Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona24/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


W rok po powrocie, chociaż nie zdołała nawiązać ani jednej przyjaźni ani zorganizować żadnej zabawy, Amaranta Urszula nadal wierzyła, że można uratować społeczność, którą upodobał sobie zły los. Gaston, jej mąż, nigdy jej w niczym nie zaprzeczył, chociaż tego śmiertelnego po­południa, kiedy wysiedli z pociągu, zrozumiał, że zdecy­dowanie jego żony jest wynikiem miraży tęsknoty i wspo­mnień. Pewien zwycięstwa rzeczywistości nad majakiem, nie zadał sobie nawet trudu, żeby złożyć rozmontowany welocyped, tylko zajął się wybieraniem jajeczek z pajęczyn zrzucanych przez murarzy, otwierał je paznokciami i całe godziny spędzał obserwując przez lupę maleńkie pajączki, które wychodziły z wnętrza. Później przypuszczając, że Ama­ranta Urszula nie ustaje w reformach przez upór, zdecydował się zmontować welocyped, którego przednie koło było o wiele większe niż tylne, i poświęcił się łapaniu i do­konywaniu sekcji wszelkich tutejszych insektów, jakie znaj­dował w okolicy, po czym wysyłał je w słoikach po ma­rmoladzie do swojego dawnego profesora historii naturalnej na uniwersytecie w Liege, gdzie niegdyś studiował entomologię i miał duże osiągnięcia w tej dziedzinie, chociaż jego głównym powołaniem była aeronautyka. Na rowerze jeździł w spodniach cyrkowca, grubych skarpetach szko­ckiego kobziarza i cyklistówce detektywa, ale na piesze spacery chodził ubrany w nienaganny lniany garnitur, białe pantofle, jedwabny krawat, kapelusz canotier i z wiklinową laseczką. Miał jasne źrenice, które podkreślały jego wygląd żeglarza, i wąsik rudy jak wiewiórka. Chociaż był co naj­mniej o piętnaście lat starszy od żony, jego młodzieńcze upodobania, zawsze czujna troska o jej zadowolenie i zalety jako kochanka rekompensowały różnicę wieku. Ktokolwiek widział tego czterdziestolatka o powściągliwym sposobie bycia, z jedwabną smyczą na szyi, z cyrkowym rowerem, nigdy by nie przypuszczał, że łączy go z młodą żoną pakt nieokiełzanej miłości i że oboje ulegali wzajemnej palącej potrzebie w miejscach najmniej do tego odpowiednich, gdziekolwiek przyszło im natchnienie, tak samo jak w pierw­szych czasach znajomość i z pasją, którą bieg czasu i coraz bardziej niezwykłe okoliczności czyniły coraz głębszą i bo­gatszą. Gaston nie tylko był gwałtownym kochankiem o nie­wyczerpanej wyobraźni i wiedzy, ale także prawdopodobnie pierwszym w dziejach ludzkości człowiekiem, który dokonał przymusowego lądowania i omal się przy tym nie zabił, razem ze swoją narzeczoną, tylko po to, żeby kochać się z nią na łące fiołków.

Poznali się trzy lata przed ślubem, kiedy w sportowym dwupłatowcu zataczał piruety nad budynkiem szkoły, gdzie uczyła się Amaranta Urszula. Dokonał niebezpiecznego ma­newru, żeby nie zawadzić o drzewce flagi, i prymitywny kadłub z drelichu i papieru aluminiowego zawisł ogonem na drutach telegraficznych. Od tego czasu, nie zważając na swoje nogi w gipsie, przychodził co sobota po Amarantę Urszulę na pensję zakonną, w której nadal mieszkała i której regulamin nie był tak surowy, jakby sobie tego życzyła Fernanda, i zabierał ją do swojego klubu sportowego. Za­częli kochać się na wysokości pięciuset metrów w niedziel­nym powietrzu nad wrzosowiskiem, i tym bliżsi czuli się sobie nawzajem, im mniejsze stawały się istoty ludzkie na ziemi. Ona opowiadała mu o Macondo jak o najpiękniej­szym, najmilszym miejscu świata i o wielkim domu pach­nącym ziołami, gdzie chciałaby mieszkać do późnej starości z wiernym mężem i dwoma niesfornymi synami, którzy nazywaliby się Rodrigo i Gonzalo, a w żadnym przypadku Aureliano i Jose Arcadio, i córką imieniem Virginia, a nigdy Remedios. Wspominała to miasto, wyidealizowane przez tęsknotę, z upragnieniem i uporem, które kazały zrozumieć Gastonowi, że ona nie zechce wyjść za niego, jeżeli jej nie zawiezie do Macondo. Zgodził się na to, tak samo jak później zgodził się na smycz, bo uważał to za przejściowy kaprys, który lepiej było pozostawić czasowi, ale kiedy minęły dwa lata w Macondo i Amaranta Urszula nadal czuła się tam równie szczęśliwa jak pierwszego dnia, zaczął się niepokoić. Do tego czasu zbadał już i rozczłonkował wszyst­kie nadające się do tego owady w całej okolicy, mówił po hiszpańsku jak tubylec i rozwiązał wszystkie krzyżówki w czasopismach przysyłanych pocztą. Nie mógł powołać się na klimat jako pretekst do przyspieszenia powrotu, gdyż natura obdarzyła go kolonialną wątrobą, która bez szwanku wytrzymywała wilgotną duszność powietrza i wodę z kijan­kami. Kuchnia kreolska smakowała mu tak, że kiedyś zjadł potrawę z osiemdziesięciu dwóch jajek i iguany. Amaranta Urszula, przeciwnie, kazała sprowadzać koleją ryby i skoru­piaki w skrzynkach z lodem, mięso w puszkach i owoce w cukrze, -bo to tylko mogła jadać. Ubierała się wciąż zgodnie z modą europejską i nadal otrzymywała żurnale, chociaż nie miała żadnych wizyt do składania ani przyjmowa­nia, a jej mąż już w tym czasie nie był w odpowiednim humorze, by oceniać jej krótkie sukienki, wykwintne filcowe kapelusze i naszyjniki siedem razy okręcane wokół szyi. Jej sekret zdawał się polegać na tym, że zawsze znajdowała sobie coś do roboty, bądź rozwiązując problemy domowe, które sama stwarzała, bądź robiąc źle niektóre rzeczy, by je naza­jutrz poprawiać, z przewrotną skwapliwością, która Fernandzie wydałaby się dziedzicznym nałogiem pracy bez celu i sensu. Upodobanie do zabawy było w niej wciąż tak żywe, że kiedy otrzymywała nowe płyty, wołała Gastona do salonu, żeby ćwiczyć do późna nowe tańce, które opisywały jej koleżanki ze szkoły, załączając rysunki, co zwykle kończyło się miłością w wiedeńskich fotelach albo na podłodze. Do pełnego szczęścia brakowało jej tylko dziecka, ale szanowała pakt zawarty ze swoim mężem, żeby nie mieć dzieci przed upływem pięciu lat małżeństwa.

Szukając sposobu wypełnienia godzin bezczynności, Gaston przyzwyczaił się spędzać ranki w pokoju Melquiadesa z mało towarzyskim Aurelianem. Lubił wspominać z nim razem najdalsze zakątki swego kraju, który Aureliano znał tak, jakby tam przebywał wiele czasu. Kiedy Gaston spytał, skąd czerpie wiadomości, których nie ma w encyklopedii, otrzymał tę samą odpowiedź co Jose Arcadio: „Wszystkiego się można dowie­dzieć". Oprócz sanskrytu Aureliano nauczył się angielskiego, francuskiego, trochę łaciny i greki. Ponieważ wtedy wychodził co popołudnie, a Amaranta Urszula wyznaczyła dla niego tygodniową sumę na wydatki osobiste, jego pokój wyglądał jak filia księgarni uczonego Katalończyka. Czytał łapczywie do późnych godzin nocnych, choć sądząc po sposobie traktowa­nia tych lektur Gaston myślał, że Aureliano kupuje książki nie po to, by się z nich czegoś dowiedzieć, lecz by sprawdzić ścisłość swoich wiadomości, i że żadne dzieła nie interesują go bardziej niż pergaminy, którym poświęca większą część ranków. Zarówno Gaston, jak i jego żona chętnie włączyliby go do życia rodzinnego, Aureliano jednak był hermetycznie zamknięty, otoczony chmurą tajemniczości, która z czasem stawała się coraz gęstsza. Był tak nieprzystępny, że Gastonowi nie udało się do niego zbliżyć i musiał poszukiwać innego sposobu wypełniania swoich pustych godzin. W tym to czasie wpadł na pomysł ustanowienia poczty lotniczej.

Nie był to nowy projekt. Jego realizacja była właściwie dość daleko posunięta, kiedy poznał Amarantę Urszulę, tyle że pierwotny plan dotyczył nie Macondo, lecz Konga Belgij­skiego, gdzie jego rodzina miała wytwórnię oleju palmowego. Małżeństwo i decyzja spędzenia kilku miesięcy w Macondo, zgodnie z życzeniem żony, zmusiły go do odłożenia planu. Kiedy zobaczył jednak, że Amaranta Urszula zdecydowana jest poświęcić się poprawie bytu powszechnego, a nawet wyśmiewa się z jego napomknień o powrocie, zrozumiał, że sytuacja zanosi się na długo, i nawiązał z powrotem kontakt ze swymi zapomnianymi wspólnikami z Brukseli, w przekona­niu, że równie dobrze może być pionierem w rejonie Morza Karaibskiego jak w Afryce. Podczas gdy sprawa posuwała się naprzód, przygotowywał lotnisko na dawnym terenie zacza­rowanym, który wówczas wydawał się kamienistą równiną, przestudiował kierunki wiatru, geografię wybrzeża i najodpo­wiedniejsze szlaki żeglugi powietrznej, nie wiedząc, iż jego pracowitość, tak przypominająca krzątaninę pana Herberta, budzi powszechne podejrzenia, że jego zamiarem nie jest wytyczenie dróg, ale uprawa bananów. Zapalił się w końcu do pomysłu, który mógłby uzasadnić jego ostateczne osiedlenie się w Macondo, i odbył kilka podróży do stolicy prowincji, gdzie przeprowadził rozmowy z władzami, otrzymał koncesję i podpisał kontrakty, jednocześnie utrzymywał ze wspólnika­mi w Brukseli korespondencję podobną do tej, jaką prowadzi­ła Fernanda z niewidzialnymi medykami, i przekonał ich, żeby przysłali statkiem części składowe pierwszego samolotu pod opieką doświadczonego mechanika, który zmontuje aparat w najbliższym porcie i przyleci nim do Macondo. W rok po pierwszych pomiarach i obliczeniach meteorologicznych, ufny w przyrzeczenia swych korespondentów, spacerował wciąż jeszcze po ulicach patrząc w niebo, nasłuchując zmian wiatru w oczekiwaniu, aż pojawi się samolot.

Powrót Amaranty Urszuli, choć ona tego nie zauważyła, wprowadził radykalną zmianę w życiu Aureliana. Po śmierci Josego Arcadia stał się częstym klientem księgarni kata-lońskiego mędrca. Poza tym wolność, jaką się cieszył, i czas, jakim dysponował, rozbudziły w nim pewną cie­kawość dla miasteczka, które poznawał bez zdziwienia. Przebiegał opustoszałe i zakurzone ulice, obserwując z za­interesowaniem raczej naukowym niż ludzkim wnętrza zruj­nowanych domów, metalowe siatki w oknach zniszczone przez rdzę, zdychające ptaki i przybitych wspomnieniami ludzi. Próbował budować w wyobraźni zrównane z ziemią splendory dawnej fortecy Kompanii Bananowej, której wy­schnięty basen wypełniały dziś po brzegi zgniłe buty męskie i damskie pantofelki i gdzie w jednym z rozwalonych domów znalazł szkielet wilczura uwiązanego na łańcuchu i telefon, który dzwonił i d2wonił, do chwili gdy Aureliano podniósł słuchawkę, zrozumiał, o co pytała po angielsku jakaś stroskana dama z oddali, i odpowiedział jej, że owszem, strajk zakończył się i trzy tysiące zabitych robotników wrzucono do morza, a Kompania Bananowa odjechała i w Macondo wreszcie po wielu latach zapanował spokój. Te wędrówki zawiodły go do zrujnowanej dzielnicy' roz­rywki, w której niegdyś dla ożywienia nastroju palono całe pliki banknotów, a która teraz była rumowiskiem ulic bardziej niż inne dotkniętych zniszczeniem i nędzą;



gdzieniegdzie paliły się tu jeszcze czerwone żarówki, a w opustoszałych, przybranych strzępami girland salonach tanecznych wybladłe i nalane wdowy po nikim, prababki francuskie i babilońskie matrony wciąż czekały na progach. Aureliano nie znalazł nikogo, kto pamiętałby jego rodzinę, nawet pułkownika Aureliana Buendię, oprócz najstarszego z Murzynów z Antyli, starca, którego biała głowa przy­pominała fotograficzny negatyw i który siedząc na ganku przed domem śpiewał wciąż jeszcze psalmy przedwieczorne. Aureliano rozmawiał z nim w jego dziwacznym języku, którego wyuczył się w kilka tygodni, a czasami dzielił z nim rosół z kogucich łebków ugotowany przez jego prawnuczkę, olbrzymią grubokościstą Murzynkę o biodrach klaczy, piersiach jak melony i okrągłej jak kula głowie opancerzonej twardą otoczką drucianych włosów podobnych do hełmu średniowiecznego wojownika. Nazywała się Nigromanta. W tym okresie Aureliano żył ze sprzedaży srebr­nych sztućców, lichtarzy i innych drobiazgów domowych. Kiedy nie miał ani grosza w kieszeni, co się zdarzało nader często, zbierał od właścicieli straganów na rynku kogucie głowy przeznaczone do wyrzucenia na śmieci i za­nosił je Nigromancie, żeby mu gotowała swoje zupy pe­rfumowane zielskiem. Po śmierci starego, Aureliano przestał przychodzić do ich domu, ale spotykał się z Nigromantą w cieniu migdałowców na rynku, gdzie swoimi gwizdami dzikiego zwierzęcia wabiła nielicznych przechodniów. Często spędzał z nią długie godziny, rozmawiając w narzeczu murzyńskim o zupach z kogucich głów i innych przy­smakach nędzy, i trwałoby to bez końca, gdyby nie zwróciła mu uwagi, że jego towarzystwo odstrasza klientelę. Chociaż nieraz ogarniała go pokusa i pomimo że samej Nigromancie wydawałoby się to naturalnym dopełnieniem ich znajomości, nigdy z nią nie spał. Toteż nie znał jeszcze kobiety, kiedy Amaranta Urszula powróciła do Macondo i otoczyła go ramionami w siostrzanym uścisku, który zaparł mu dech. Ilekroć ją widział, a gorzej jeszcze, kiedy uczyła go modnych tańców, dręczyła go ta sama słabość w kościach, którą odczuwał jego praprapradziadek, gdy Pilar Ternera po­kazywała mu w spiżarni sztuczki karciane. Żeby uśmierzyć miotającą nim burzę, pogrążył się jeszcze bardziej w pe­rgaminach i unikał niewinnych zaczepek tej ciotki, której obraz nie dawał mu spać po nocach, lecz im bardziej od niej uciekał, tym większy niepokój wywoływał w nim jej hałaśliwy śmiech i mruczenie szczęśliwej kotki lub dzięk­czynne pienia samicy omdlewającej z miłości, o byle jakiej godzinie i w najbardziej nieoczekiwanych miejscach domu. Pewnej nocy o dziesięć metrów od jego łóżka, na stole w warsztacie złotniczym, małżonkowie w napadzie miłos­nego szaleństwa potłukli szkła i kochali się w kałuży kwasu solnego. Aureliano nie zmrużył oka ani przez minutę, a naza­jutrz miał gorączkę i dusił go szloch wściekłości. Przez długie jak wieczność godziny czekał nadejścia nocy i spotka­nia z Nigromantą w cieniu migdałowców, czując na całym ciele ukłucia lodowatych igieł niepewności i ściskając w dłoni peso i pięćdziesiąt centavos, o które poprosił Amarantę Urszulę nie tylko dlatego, że ich potrzebował, ale żeby ją w jakiś sposób w to wciągnąć, zbrukać i sponiewierać swoją przygodą. Nigromantą zaprowadziła go do swego pokoiku oświetlonego świeczkami, do swego żelaznego łóżka z prze­ścieradłem nasiąkniętym nieczystą miłością i swego ciała złej suki, zatwardziałej i nie kochanej, gotowej odprawić go jak wystraszone dziecko, i znalazła się nagle oko w oko z męż­czyzną, którego olbrzymia moc żądała od niej reakcji potęż­niejszej niż wstrząs sejsmiczny.

Zostali kochankami. Aureliano spędzał ranki na odcyfrowaniu pergaminów, a w porze sjesty szedł do odurzającej sypialni, gdzie czekała Nigromantą, żeby go nauczyć naj­pierw, jak to robią glisty, potem żaby, a w końcu raki. Minęło wiele tygodni, zanim Aureliano odkrył, że jego kochanka nigdy nie zdejmuje z siebie cieniutkiego paska, który nosiła na gołym ciele i który zdawał się zrobiony ze struny skrzypiec, ale był twardy jak stal i nie miał zapięcia, bo urodził;! się w nim i z nim razem rosła. W przerwach między miłością jedli siedząc nago w łóżku, w obłędnym upale i poii gwiazdami dnia, które rdza wyżerała na cyn­kowym dachu. Po raz pierwszy Nigromantą miała stałego mężczyznę, „domowego", jak mówiła ze śmiechem, i nawet zaczynała ulegać złudzeniom serca, kiedy Aureliano wyznał jej swoją tłumioną namiętność dla Amaranty Urszuli, żądzę, której nie zdołały uleczyć namiastki i która spalała go, drążyła z każdym dniem głębiej, w miarę jak doświadczenie rozszerzyło horyzonty miłości. Wtedy Nigromanta, choć nadal przyjmowała go równie gorąco, kazała sobie płacić za usługi, prowadząc rachunki tak ścisłe, że kiedy Aureliano nie miał pieniędzy, notowała zaległe sumy nie za pomocą cyfr, lecz kreseczek, które żłobiła paznokciem dużego palca nad drzwiami. Wieczorami, gdy wychodziła na ciemny plac ryn­kowy, Aureliano wracał przemykając się przez ganek jak obcy i ledwie witając Amarantę Urszulę i Gastona, którzy zwykle o tej godzinie jedli kolację, i zamykał się w pokoju Melquiadesa, ale nie mógł czytać ani pisać, a nawet myśleć, słysząc śmiechy, szepty, wstępne figle, a potem eksplozje śmiertelnego szczęścia, którymi przepełnione były noce w domu. Tak wyglądało jego życie na dwa lata przedtem, zanim Gaston zaczął wyczekiwać aeroplanu, i pozostało takie aż do tego popołudnia, kiedy poszedł do księgarni katalońskiego mędrca i zastał tam czterech chłopców w zaciet­rzewionej dyspucie o metodach zabijania karaluchów w śred­niowieczu. Stary księgarz, znając zamiłowanie Aureliana do książek, które tylko Będą Wielebny zdolny był przeczytać, nie bez pewnej dobrodusznej złośliwości wciągnął go do sporu, a on nawet nie zaczerpnąwszy tchu wytłumaczył, że karaluch, najstarszy insekt uskrzydlony na ziemi, już w Sta­rym Testamencie był ulubioną ofiarą ciosów obcasa, należał jednak do gatunku najbardziej odpornego na wszelkie meto­dy eksterminacji, począwszy od plasterków pomidora z bora­ksem aż do mąki z cukrem, ponieważ jego tysiąc sześćset trzy odmiany przetrwały najdawniejsze, najbardziej okrutne i uporczywe prześladowania, jakie człowiek od początków swego istnienia rozpętał przeciw jakiemukolwiek żyjącemu stworzeniu, nie wyłączając samego człowieka, tak dalece, że jeżeli przypisuje się rodzajowi ludzkiemu instynkt reproduk­cji, należy mu również przypisać drugi instynkt, bardziej jeszcze zdecydowany i nieodparty, to jest instynkt zabijania karaluchów, i jeśli zdołały one się wymknąć okrucieństwu ludzkiemu, to dlatego że schroniły się w ciemności, gdzie zapewniły sobie nietykalność na skutek wrodzonego lęku człowieka przed ciemnością, ale za to stały się wrażliwe na blask południa, tak więc już w średniowieczu, w epoce obecnej i przez wieki wieków jedyną skuteczną metodą zabijania karaluchów było oślepienie słońcem.

Ten encyklopedyczny fatalizm zapoczątkował wielką przy­jaźń i Aureliano co dnia po południu spotykał się z czterema partnerami w dysputach. Nazywali się Alvaro, Herman, Alfonso i Gabriel - pierwsi i ostatni przyjaciele, jakich miał w życiu. Dla kogoś zamkniętego jak on w fortecy rzeczywis­tości pisanej te burzliwe zebrania, które zaczynały się w księ­garni o szóstej po południu, a kończyły o świcie w bur­delach, były objawieniem. Nigdy dotychczas nie przyszło mu na myśl, że literatura jest najlepszą zabawką, jaką wymyślo­no, żeby drwić z ludzi, tak jak to wykazał Alvaro pewnej pijackiej nocy. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim Aurelia­no zdał sobie sprawę, że źródłem tej arbitralności sądów jest przykład katalońskiego mędrca, dla którego wiedza nie miała żadnej wartości, jeśli nie można było się nią posłużyć do wynalezienia nowej potrawy z grochu.

Tego popołudnia, kiedy Aureliano wygłosił wykład o ka­raluchach, dyskusja zakończyła się w domu cnotliwych dzie­wczynek, które uprawiały nierząd z głodu, to jest w burdelu z nieprawdziwego zdarzenia na przedmieściach Macondo. Właścicielką była bogobojna niewiasta, zawsze uśmiechnięta, cierpiąca na manię otwierania i zamykania drzwi. Jej wieczny uśmiech zdawał się wywołany łatwowiernością klientów, którzy na serio traktowali zakład istniejący tylko w imaginacji, bo nawet rzeczy dotykalne były tam nieprawdziwe krzesła, które rozpadały się przy siadaniu, rozbebeszona szafa grająca, w której kura wysiadywała jajka, ogród z papiero­wych kwiatów, kalendarze sprzed czasów Kompanii Banano­wej, oprawne w ramy litografie wycięte z czasopism, których nigdy nie publikowano. Nawet nieśmiałe kurewki, które przybiegały z sąsiedztwa na zawiadomienie właścicielki o przybyciu klientów, były czczym wymysłem. Wchodziły bez powitania w kwiecistych sukienczynach, z których wyro­sły pięć lat temu i które zdejmowały z taką samą niewinno­ścią, z jaką je wkładały, i w paroksyzmie miłosnym wyrażały swoje zdumienie albo krzyczały, że dach się wali, a otrzymawszy swoje peso i pięćdziesiąt centavos wydawały je co prędzej na chleb i kawałek sera, które sprzedawała im właścicielka, bardziej roześmiana niż kiedykolwiek, bo tylko ona wiedziała, że to pożywienie także nie było prawdziwe. Aureliano, dla którego wówczas świat rozpoczynał się od pergaminów Melquiadesa, a kończył w łóżku Nigromanty, znalazł w wyimaginowanym burdeliku końską kurację na swoją nieśmiałość. Z początku nie mógł dojść do niczego w pokoikach, dokąd właścicielka wchodziła w szczytowych momentach miłości robiąc uwagi na temat intymnych powa­bów uczestników spektaklu. Z czasem jednak tak się oswoił z tymi zwyczajami, że pewnej nocy, z mniej jeszcze praw­dziwego zdarzenia niż inne, rozebrał się w poczekalni i prze­defilował przez cały dom utrzymując w równowadze butelkę piwa na swoim niesamowitym fallusie. On to wprowadził w modę ekstrawagancje, które właścicielka aprobowała swo­im wieczystym uśmiechem, nie dowierzając, nie protestując nawet wtedy, gdy Herman usiłował podpalić dom, by udo­wodnić, że nie istnieje, ani kiedy Alfonso ukręcił głowę papudze i wrzucił ją do garnka, gdzie gotował się rosół z kury.

Chociaż Aureliano czuł się związany ze swoimi czterema przyjaciółmi jednakową więzią przyjaźni i solidarności tak dalece, że myślał o nich tak, jakby byli jedną i tą samą osobą, do Gabriela zbliżył się bardziej niż do innych. Więź ta zrodziła się pewnej nocy, kiedy przypadkiem zaczął opowia­dać o pułkowniku Aurelianie Buendii i tylko Gabriel nie uważał, że chce z kogoś zadrwić. Nawet właścicielka, która nie miała w zwyczaju wtrącać się do rozmów, oświadczyła z pasją rozjuszonej przekupki, że pułkownik Aureliano Buendia, o którym rzeczywiście kiedyś coś słyszała, był osobis­tością zmyśloną przez rząd jako pretekst do zabijania libera­łów. Gabriel natomiast nie negował istnienia pułkownika Aureliana Buendii, ponieważ był on towarzyszem broni i nieodłącznym przyjacielem jego pradziadka, pułkownika Gerinelda Marqueza. Te kaprysy pamięci przechodziły w sta­dium jeszcze bardziej krytyczne, kiedy rozmawiano o wymo­rdowaniu robotników. Ilekroć Aureliano poruszał ten temat, nie tylko właścicielka, ale i starsze od niej osoby odrzucały bajkę o robotnikach osaczonych na stacji i pociągu o dwustu wagonach załadowanych trupami, twierdząc uporczywie, że tak w końcu ustalono w dochodzeniach sądowych i zapisano w podręcznikach szkolnych, według których Kompania Ba­nanowa nigdy nie istaniała. Tak więc Aureliana i Gabriela łączyło pewnego rodzaju wspólnictwo oparte na faktach rzeczywistych, w które nikt nie wierzył, a które zaważyły na ich życiu tak bardzo, że obaj czuli się jak znoszeni prądem pośród gruzów świata skończonego, z którego została tylko tęsknota za nim. Gabriel sypiał tam, gdzie go zastawała pora snu. Aureliano nieraz lokował go w warsztacie złotniczym, ale nie mógł tam spać niepokojony krzątaniną zmarłych, którzy do świtu krążyli po sypialniach. Później polecił go Nigromancie, która zabierała go do swego tłumnie nawie­dzanego pokoiczku, kiedy był wolny, i prowadziła jego rachunki na drzwiach pionowymi kreskami na tej skąpej przestrzeni, której nie zapisały długi Aureliana.

Mimo tego chaotycznego życia cała grupa za namową mędrca z Katalonii usiłowała dokonać czegoś trwałego. To on, ze swoim doświadczeniem dawnego profesora filologii klasycznej i swoim zbiorem przedziwnych książek, rozbudził w nich taki entuzjazm dla wiedzy, że potrafili spędzić całe noce na poszukiwaniu trzydziestej siódmej sytuacji drama­tycznej w miasteczku, gdzie nikt nie miał ani możliwości, ani chęci dalej rozwijać wiedzy nabytej w szkole powszechnej. Zafascynowany odkryciem przyjaźni, oszołomiony czarami świata wzbronionego mu przez małostkowość Fernandy, Aureliano porzucił odcyfrowywanie pergaminów akurat wte­dy, gdy zaczęły mu się objawiać zawarte w nich szyfrowane przepowiednie. Później jednak sprawdzony wniosek, że cza­su wystarcza na wszystko bez potrzeby wyrzeczenia się burdeli, zachęcił go do powrotu do izdebki Melquiadesa i decyzji nieustania w wysiłku aż do ostatecznego odkrycia szyfru. Było to w dniach, kiedy Gaston zaczął wyczekiwać aeroplanu i Amaranta Urszula poczuła się tak osamotniona, że pewnego ranka przyszła do jego pokoju.

- Witaj, jaskiniowy człowieku - powiedziała. - Znowu w jaskini?

Była urzekająca w sukience własnego pomysłu i w jednym ze swych długich naszyjników własnego wyrobu, z krę­gosłupa ryb. Zaniechała smyczy przekonana o wierności swego męża i po raz pierwszy od dnia powrotu zdawała się dysponować chwilą bezczynności. Aureliano nie potrze­bował jej widzieć, żeby wiedzieć, że przyszła. Oparła łokcie na stole roboczym, tak bliska i bezbronna, że Aureliano znów doznał dawnego uczucia wiotczenia kości, i wyraziła zainteresowanie pergaminami. Próbując stłumić wzburzenie zdołał uchwycić i przytrzymać własny głos i życie, które z niego uciekało, pamięć, która zamieniała się w skamieniały polip, i zaczął jej mówić o kapłańskim przeznaczeniu sansk-rytu, o tym, że nauka umożliwia dostrzeżenie przyszłości poprzez czas, tak jak się widzi pod światło to, co jest napisane na odwrotnej stronie papieru, o konieczności szyf­rowania przepowiedni, żeby nie zniszczyły się samoczynnie, o Centuriach Nostradamusa, o wyniszczeniu Cantabrii proro­kowanym przez świętego Milana. Nagle, nie przerywając rozmowy, pchnięty impulsem, który drzemał w nim od niepamiętnych czasów, Aureliano położył swoją dłoń na jej ręce uważając, że ta końcowa decyzja kładzie kres niepoko­jom. Ale ona chwyciła jego wskazujący palec w niewinnej pieszczocie, jak nieraz w dzieciństwie, i trzymała go, podczas gdy Aureliano odpowiadał na jej pytania. Trwali tak złączeni lodowatym palcem, który nie przekazywał nic w żadnym kierunku, dopóki Amaranta Urszula nie przebudziła się ze swego chwilowego snu i nie uderzyła się ręką w czoło. „Mrówki" - wykrzyknęła. I od razu zapomniała o manu­skryptach, podskoczyła tanecznym krokiem ku drzwiom i stamtąd posłała Aurelianowi koniuszkami palców taki sam pocałunek, jakim pożegnała swego ojca tego popołudnia, gdy wysyłano ją do Brukseli.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna