Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona23/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26

- A więc - powiedział głosem ostrym jak brzytwa - to ty jesteś tym bękartem.

- Jestem Aureliano Buendia.

- Odejdź do swego pokoju - powiedział Jose Arcadio. Aureliano odszedł i nie wyjrzał nawet przez ciekawość, kiedy usłyszał krzątaninę wokół samotnego pogrzebu. Czasa­mi z kuchni widział Josego Arcadia spacerującego po domu, słyszał jego urywany, z trudem chwytany oddech i jego kroki, które jeszcze długo po północy rozlegały się w zruj­nowanych sypialniach. Nie słyszał za to jego głosu przez wiele miesięcy nie tylko dlatego, że Jose Arcadio nie zwrócił się do niego ani jednym słowem, ale że on sam nie miał ochoty, by to się stało, ani czasu na myślenie o czymkolwiek oprócz pergaminów. Po śmierci Fernandy wyjął przedostat­nią rybkę i poszedł do księgarni katalońskiego mędrca w poszukiwaniu potrzebnych mu książek. Nie interesowało go nic, co widział po drodze, może dlatego, że nie miał wspomnień do porównywania, a opustoszałe ulice i walące się domy wyglądały zupełnie tak, jak je sobie wyobrażał w czasach, kiedy oddałby duszę za to, żeby je poznać. Sam sobie udzielił pozwolenia, którego odmówiła mu Fernanda, i tylko jedyny raz w jedynym celu i na czas nieodzownie w tym celu potrzebny, toteż przebiegł, nie zatrzymując się ani na chwilę, jedenaście przecznic, które dzieliły dom od uliczki, gdzie dawniej tłumaczono sny, i wszedł zziajany do zatłoczonego i ponurego pomieszczenia, gdzie ledwie wy­starczyło miejsca, żeby się obrócić. Bardziej niż księgarnię przypominało to śmietnik wyrzuconych książek spiętrzonych w nieładzie na półkach zżartych przez termity, w kątach zasnutych pajęczyną, a nawet zajmujących przestrzeń, która powinna być przeznaczona dla klientów. Przy długim stole, także uginającym się pod stosami szpargałów, właściciel niestrudzenie kaligrafował fioletowym atramentem prozę trochę nieskładną i na luźnych kartkach ze szkolnego ze­szytu. Piękna połyskująca srebrem grzywa sterczała mu nad czołem jak czub papugi kakadu, a niebieskie oczy, bystre

- Odejdź do swego pokoju - powiedział Jose Arcadio. Aureliano odszedł i nie wyjrzał nawet przez ciekawość, kiedy usłyszał krzątaninę wokół samotnego pogrzebu. Czasa­mi z kuchni widział Josego Arcadia spacerującego po domu, słyszał jego urywany, z trudem chwytany oddech i jego kroki, które jeszcze długo po północy rozlegały się w zruj­nowanych sypialniach. Nie słyszał za to jego głosu przez wiele miesięcy nie tylko dlatego, że Jose Arcadio nie zwrócił się do niego ani jednym słowem, ale że on sam nie miał ochoty, by to się stało, ani czasu na myślenie o czymkolwiek oprócz pergaminów. Po śmierci Fernandy wyjął przedostat­nią rybkę i poszedł do księgarni katalońskiego mędrca w poszukiwaniu potrzebnych mu książek. Nie interesowało go nic, co widział po drodze, może dlatego, że nie miał wspomnień do porównywania, a opustoszałe ulice i walące się domy wyglądały zupełnie tak, jak je sobie wyobrażał w czasach, kiedy oddałby duszę za to, żeby je poznać. Sam sobie udzielił pozwolenia, którego odmówiła mu Fernanda, i tylko jedyny ra2 w jedynym celu i na czas nieodzownie w tym celu potrzebny, toteż przebiegł, nie zatrzymując się ani na chwilę, jedenaście przecznic, które dzieliły dom od uliczki, gdzie dawniej tłumaczono sny, i wszedł zziajany do zatłoczonego i ponurego pomieszczenia, gdzie ledwie wy­starczyło miejsca, żeby się obrócić. Bardziej niż księgarnię przypominało to śmietnik wyrzuconych książek spiętrzonych w nieładzie na półkach zżartych przez termity, w kątach zasnutych pajęczyną, a nawet zajmujących przestrzeń, która powinna być przeznaczona dla klientów. Przy długim stole, także uginającym się pod stosami szpargałów, właściciel niestrudzenie kaligrafował fioletowym atramentem prozę trochę nieskładną i na luźnych kartkach ze szkolnego ze­szytu. Piękna połyskująca srebrem grzywa sterczała mu nad czołem jak czub papugi kakadu, a niebieskie oczy, bystre i zwężone, zdradzały łagodną cierpliwość człowieka, który przeczytał wszystkie książki. Siedział w kalesonach, mokry od potu, i nie przerwał pisania, by spojrzeć, kto przyszedł. Aureliano nie miał żadnych trudności ze znalezieniem w tym niewiarygodnym bezładzie potrzebnych mu pięciu książek, bo znajdowały się dokładnie w miejscu wskazanym mu przez Melquiadesa. Bez słowa wręczył je wraz ze złotą rybką katalońskiemu mędrcowi, a ten przejrzał je i powieki jego zamrugały. „Chyba zwariowałeś" - mruknął w swoim języ­ku, wzruszając ramionami, i zwrócił Aurelianowi pięć ksią­żek i rybkę.



- Zabierz to sobie - powiedział po hiszpańsku. - Ostat­nim człowiekiem, który przeczytał te książki, był chyba Issak Ociemniały, więc zastanów się dobrze, co robisz.

Jose Arcadio odrestaurował sypialnię Meme, kazał oczyś­cić i naprawić aksamitne zasłony i adamaszkowy baldachim nad łóżkiem królewskim i doprowadził do używalności opuszczoną łazienkę, której cementowy basen porastała scze­rniała, włóknista masa glonów. Do tych dwóch miejsc zredukowało się jego królestwo blichtru, zniszczonych eg­zotycznych tkanin, fałszowanych perfum i taniej biżuterii. Co do reszty domu, jedyną rzeczą, jaka mu przeszkadzała, byli święci z ołtarza domowego, których pewnego popołudnia spalił na popiół w ognisku, własnoręcznie roznieconym na podwórzu. Rano wstawał dopiero po jedenastej. Szedł do łazienki w wystrzępionej tunice w złote smoki, w rannych pantoflach z żółtymi pomponami i tam odprawiał obrządek, który, jeśli chodzi o drobiazgowość i czas trwania, przypo­minał te, jakim niegdyś oddawała się Piękna Remedios. Przed kąpielą skraplał basen wonnościami, które przywiózł z sobą w trzech alabastrowych słoiczkach. Nie oblewał się tą aromatyczną wodą za pomocą tykwy, tylko zanurzał się w niej i spędzał w basenie prawie dwie godziny, unosząc się na powierzchni, twarzą do góry, rozmarzony przyjemną świeżością i wspomnieniem Amaranty. W kilka dni po przyjeździe porzucił przywiezione z sobą ubranie, nie tylko za ciepłe jak na tutejszy klimat, ale jedyne, jakie posiadał, i zmienił je na obcisłe spodnie, bardzo podobne do tych, jakie nosił Piętro Crespi na lekcjach tańca, i koszulę z suro­wego jedwabiu ze swoimi inicjałami wyhaftowanymi na lewej piersi. Dwa razy w tygodniu prał spodnie i koszulę w basenie i chodził w tunice, póki nie wyschły, ponieważ nie miał nic innego do włożenia. Nigdy nie jadał w domu. Wychodził na ulicę, kiedy łagodniał upał sjesty, i wracał późną nocą. Wtedy kontynuował swój niespokojny spacer, oddychając chrapliwie i myśląc o Amarancie. Ona i strasz­liwe spojrzenie świętych w blasku nocnej lampy były to jedyne dwa wspomnienia, jakie zachował o domu. Nieraz podczas odurzającego sierpnia rzymskiego otwierał oczy w połowie snu i widział Amarantę, jak wyłania się z mar­murowej fontanny w swoich koronkowych halkach i z ban­dażem na ręce, wyidealizowana przez smutek wygnania. Przeciwnie niż Aureliano Jose, który próbował zdławić ten obraz w krwawej topieli wojny, on chciał utrzymać go żywym w grzęzawisku pożądania, oszukując bez końca mat­kę mitem o swoim powołaniu kapłańskim. Ani jemu, ani Fernandzie nigdy nie przyszło do głowy, że ich korespon­dencja była wymianą fantastycznych kłamstw. Jose Arcadio, który porzucił seminarium zaraz po przyjeździe do Rzymu, nadal podtrzymywał legendy o teologii i prawie kanonicz­nym, żeby nie narazić na niebezpieczeństwo bajkowego spadku, o którym mówiły obłędne listy matki i który miał go wyzwolić z nędzy i brudu, dzielonych z dwoma kolegami w mansardzie na Zatybrzu. Kiedy otrzymał ostatni list od Fernandy, dyktowany przeczuciem bliskiej śmierci, spakował do walizki resztki swego fałszywego splendoru i przebył ocean pod podkładem statku, gdzie podróżowali emigranci stłoczeni jak bydło wiezione do rzeźni, odżywiając się zim­nym makaronem i robaczywym serem. Jeszcze zanim prze­czytał testament Fernandy, który był tylko dokładną i spóź­nioną rekapitulacją nieszczęść, rozpadające się meble i chwa­sty na ganku powiedziały mu już, że wpadł w pułapkę, z której nigdy nie wyjdzie, na zawsze wygnany z diamen­towego światła i nieśmiertelnego powietrza rzymskiej wios­ny. W bezsenności zabijającej go astmy mierzył bez końca głębię swojego nieszczęścia krążąc w ciemnościach domu, gdzie starcze lęki Urszuli zaszczepiły w nim strach przed światem. Żeby mieć pewność, że nie pochłoną go ciemności, Urszula przeznaczyła mu kąt w sypialni, jedyny, gdzie mógł być bezpieczny przed zmarłymi, którzy błądzili po domu od zmierzchu. „Cokolwiek złego zrobisz - mówiła do niego - święci mi o tym powiedzą". Zalęknione noce jego dzieciń­stwa skupiły się w tym kącie, gdzie czekał na godzinę położenia się do łóżka, siedząc nieruchomo na taborecie i pocąc się ze strachu pod czujnym i lodowatym spojrzeniem świętych donosicieli. Była to niepotrzebna tortura, bo już wtedy przerażony był wszystkim, co go otaczało, i przygoto­wany, by lękać się wszystkiego, co mógł spotkać w swoim życiu: kobiet z ulicy, które psuły krew; domowych kobiet, które rodziły synów ze świńskimi ogonami; kogutów bojo­wych, które powodowały śmierć ludzi i wyrzuty sumienia do końca życia; broni palnej, której samo dotknięcie skazywało na dwadzieścia lat wojny; nieudanych przedsięwzięć, prowa­dzących tylko do rozczarowania i obłędu, i wszystkiego w końcu, wszystkiego, co Bóg stworzył w swojej nieskoń­czonej dobroci, a co. diabeł zdeprawował. Gdy budził się udręczony powracającymi koszmarami, jasność w oknach, pieszczoty Amaranty w wannie i rozkosz, z jaką pudrowała go między nogami jedwabistym puszkiem, uwalniały go od grozy. Nawet Urszula była inna w jasnym świetle ogrodu, bo tam nie opowiadała mu o duchach, ale szorowała mu zęby pyłem węglowym, żeby miał promienisty uśmiech papieża, obcinała i szlifowała jego paznokcie, żeby pielgrzymów, którzy będą przybywać do Rzymu ze wszystkich stron świata, zadziwiała piękność rąk papieża w chwili błogosławieństwa, i czesała go jak papieża, i skraplała wodą kwiatową, aby jego ciało i ubranie rozsiewało papieską woń. Na dziedzińcu w Castel Gandolfo widział papieża na balkonie, wygłaszającego to samo przemówienie w siedmiu językach dla tłumu pielgrzy­mów, i jedyną rzeczą, jaka istotnie zwróciła jego uwagę, były jego ręce, białe, jakby były wymoczone w ługu, olśniewający blask jego letnich szat i dyskretny zapach wody kolońskiej.

Prawie w rok po powrocie do domu, kiedy już sprzedał srebrne kandelabry i heraldyczny nocnik, w którym, w go­dzinie prawdy, ze złota okazały się tylko inkrustacje w her­bie, jedyną jego rozrywką było sprowadzanie chłopców z ulicy, żeby bawili się w domu. Przychodził z nimi w porze sjesty i kazał im skakać przez sznur w ogrodzie, śpiewać na ganku, dokonywać sztuk akrobatycznych z meblami w salo­nie, a sam spacerował między grupami, udzielając wszystkim lekcji dobrych manier. W tym czasie skończyły się już obcisłe spodnie i jedwabna koszula i nosił zwyczajne ubranie kupio­ne w sklepach Arabów, ale nadal zachował omdlałą dystynk­cję i gesty papieskie. Chłopcy zawładnęli domem tak jak niegdyś koleżanki Meme. Do późnej nocy słyszało się ich rozmowy, śpiew i tańce z przytupywaniem i dom był podob­ny do internatu bez dyscypliny. Aureliano nie przejmował się tą inwazją, dopóki nie zaczęto go nachodzić w pokoju Melquiadesa. Pewnego ranka dwaj chłopcy pchnęli drzwi i przestraszyli się widokiem brudnego i zarośniętego męż­czyzny, który przy stole ślęczał nad pergaminami. Nie od­ważyli się wejść, ale wciąż kręcili się dokoła pokoju. Szepcąc zaglądali przez szpary, wrzucali żywe gady przez lufcik, a któregoś dnia zabili gwoździami od zewnątrz drzwi i okno, tak że Aureliano stracił pół dnia, żeby je wyważyć. Rozocho­ceni bezkarnością swych wybryków, pewnego ranka, kiedy Aureliano był w kuchni, czterej chłopcy wtargnęli do poko­ju, żeby zniszczyć pergaminy. Ledwie jednak pochwycili pożółkłe pliki i zwoje, jakaś nadziemska siła uniosła ich z ziemi i trzymała zawieszonych w powietrzu, póki nie wrócił Aureliano i nie odebrał im pergaminów. Od tego czasu przestali mu dokuczać.

Czterej najstarsi chłopcy, którzy nosili krótkie spodenki, chociaż zbliżali się już do wieku młodzieńczego, zajmowali się pielęgnacją urody Josego Arcadia. Przychodzili wcześniej niż inni i w ciągu ranka golili go, masowali rozgrzanymi ręcznikami, obcinali i polerowali paznokcie u rąk i nóg, nacierali go wodą kwiatową. Kilka razy wleźli do basenu, żeby namydlić go od stóp do głów, podczas gdy leżał twarzą do góry myśląc o Amarancie. Potem wycierali go, pudrowali jego ciało i ubierali. Jeden z chłopców, który miał kędzierza­we jasne włosy i oczy z różowego szkła jak królik, zazwyczaj sypiał w domu. Tak mocne były więzy łączące go z Josem Arcadiem, że towarzyszył mu podczas bezsennych nocy astmatyka, spacerując z nim razem po domu pogrążonym w ciemnościach. Pewnej nocy w pokoju, gdzie sypiała Urszu­la, zobaczyli żółty blask bijący przez szpary w podłodze, jakby świeciło tam podziemne słońce. Nie musieli zapalać latarki. Wystarczyło im podnieść kilka spróchniałych desek w kącie, gdzie zawsze stało łóżko Urszuli i gdzie blask był najsilniejszy, żeby znaleźć tajny schowek, którego na próżno poszukiwał Aureliano Drugi w obłędzie wykopalisk. Były tam trzy płócienne worki związane miedzianym drutem, a w nich siedem tysięcy dwieście czternaście monet, które świeciły w ciemności jak rozżarzone węgle.

Odkrycie skarbu było jak nagły wybuch ognia. Zamiast wracać do Rzymu z niespodziewaną fortuną, co było jego marzeniem dojrzałym w nędzy, Jose Arcadio przeobraził dom w raj o zmierzchu bogów. Kupił nowy aksamit na zasłony i' baldachim w sypialni i kazał wyłożyć kolorowymi kafelkami podłogę i ściany łazienki. Kredens w jadalni wypełniły kandyzowane owoce, szynki i marynaty, a nie używana spiżarnia została otwarta, by gromadzić w niej wina i likiery, które sam Jose Arcadio osobiście odbierał na stacji kolejowej w skrzyniach z wypisanym jego nazwiskiem. Pewnej nocy on i czterej najstarsi chłopcy urządzili zabawę, która przeciągnęła się do świtu. O szóstej rano wyszli nago z sypialni, wypuścili z basenu wodę i napełnili go szampanem. Pluskali się pływając, niby ptaki fruwające po złotawym niebie aromatycznych bąbelków, podczas gdy Jose Arcadio, nie biorąc udziału w zabawie, unosił się na powierzchni twarzą do góry wspomi­nając Amarantę. Został tam z otwartymi oczyma, pogrążony we wspomnieniach, przeżuwając gorycz swoich nieczystych przyjemności, jeszcze długo potem, kiedy chłopcy znudzeni kąpielą poszli gromadnie do sypialni, gdzie oberwali aksamitne kotary, żeby się wytrzeć, zbili kryształowe zwierciadło i rozwa­lili baldachim nad łóżkiem próbując się w nim położyć wszyscy naraz. Kiedy Jose Arcadio wrócił z łazienki, zastał ich śpiących jeden przy drugim, nagich, w alkowie, która wyglądała jak po kataklizmie. Rozgniewany nie tyle z powodu wyrządzonych szkód, co wstrętem i litością, jaką odczuwał dla samego siebie w rozpaczliwej pustce saturnaliów, uzbroił się w rzemienną dyscyplinę, którą miał schowaną na dnie kufra obok włosiennicy i innych akcesoriów pokuty i umartwienia, i wygnał chłopców z domu wyjąc jak obłąkany i chłoszcząc ich bez miłosierdzia jak stado kojotów. Powalił go atak astmy i trwał pr2ez kilka dni, które wydawały się agonią. Trzeciej nocy tortur poszedł do pokoju Aureliana i poprosił go o kupienie w pobliskiej aptece proszków do inhalacji. W ten sposób Aureliano wyszedł po raz drugi na ulicę. Musiał przebiec zaledwie sto metrów, żeby dojść do małej apteki o zakurzo­nych szybach, gdzie stały na półkach porcelanowe flakony z łacińskimi napisami i gdzie dziewczyna o tajemniczej urodzie węża z Nilu dała mu lekarstwo, którego nazwę J osę Arcadio zapisał na papierze. Ta druga wizja opustoszałego miasta, oświetlonego tylko żółtawym blaskiem latarń na ulicy, nie wzbudziła w Aurelianie większej ciekawości niż za pierwszym razem. Jose Arcadio posądzał go już o ucieczkę, kiedy ukazał się z powrotem lekko zdyszany biegiem i powłócząc nogami, które na skutek zamknięcia i braku ruchu stały się słabe i niezdarne. Jego obojętność dla świata była tak niewątpliwa, że parę dni później Jose Arcadio złamał przyrzeczenie dane swojej matce i pozwolił mu swobodnie wychodzić, kiedykol­wiek zechce.

- Nie mam nic do roboty na ulicy - odpowiedział mu Aureliano.

Żył nadal w zamknięciu, zaabsorbowany pergaminami, które stopniowo odczytywał, nie mogąc jednakże wytłuma­czyć ich sensu. Jose Arcadio zanosił mu do pokoju plastry szynki, owoce w cukrze, które pozostawiały w ustach smak wiosny, a czasami kieliszek dobrego wina. Nie interesował się pergaminami, które uważał za raczej ezoteryczną rozryw­kę, zwróciła natomiast jego uwagę zdumiewająca wiedza i niewytłumaczalna znajomość świata, jaką miał ten nie­szczęsny krewniak. Wtedy dowiedział się, że tamten potrafi zrozumieć angielski w piśmie i że między jednym pergami­nem a drugim przeczytał od deski do deski, jak powieść, sześć tomów encyklopedii. Tym sobie z początku tłumaczył fakt, że Aureliano mógł mówić o Rzymie, tak jakby mieszkał tam przez wiele lat, wkrótce jednak przekonał się, że znane mu są także rzeczy, których nie ma w encyklopedii, jak na przykład ceny przedmiotów. „Wszystkiego się można dowie­dzieć" - było jedyną odpowiedzią Aureliana na pytanie, skąd to wie. Aureliano natomiast dziwił się, że Jose Arcadio widziany z bliska jest tak różny od obrazu, jaki sobie o nim stworzył widząc go z daleka krążącego po domu. Umiał się śmiać, pozwalał sobie od czasu do czasu na wspomnienia przeszłości domu, a nawet potrafił się troszczyć o pokój Melquiadesa. To zbliżenie między dwoma samotnikami tej samej krwi było bardzo dalekie od przyjaźni, ale pozwoliło obydwóm lżej znosić tę niezgłębioną samotność, która jednocześnie dzieliła ich i łączyła. Jose Arcadio mógł odtąd prosić o pomoc Aureliana w rozwiązaniu pewnych problemów domowych, które go doprowadzały do rozpaczy. Aureliano natomiast mógł siadywać na ganku, otrzymywać listy od Amaranty Urszuli, które nadchodziły punktualnie jak zazwyczaj, i używać łazienki, skąd wypędził go Jose Arcadio od razu po przyjeździe.

Pewnego gorącego ranka obydwóch obudziło gwałtowne dobijanie się do drzwi od ulicy. Był to jakiś nieznajomy starzec, którego wielkie zielone oczy oświetlały twarz fos­forycznym blaskiem, i miał krzyż z popiołu na czole. W łach­manach, zdartych butach i ze starą sakwą na ramieniu, stanowiącą jego jedyny bagaż, wyglądał na żebraka, ale godność jego zachowania wyraźnie przeczyła tym pozorom. Wystarczyło raz na niego spojrzeć, nawet w półmroku salonu, żeby wiedzieć, że tajemna siła, która pozwala mu żyć, nie jest instynktem samozachowawczym, lecz przyzwyczaje­niem do strachu. Był to Aureliano Amador, jedyny z siedem­nastu synów pułkownika Aureliana Buendii, który ocalał w noc pogromu i teraz szukał wytchnienia w swojej długiej i niebezpiecznej egzystencji zbiega. Powiedział, kim jest, i prosił o schronienie w tym domu, który w swoich nocach pariasa wspominał jako ostatni pozostały mu w życiu bastion bezpieczeństwa, ale Jose Arcadio i Aureliano nie pamiętali go. Przekonani, że jest włóczęgą, wypędzili go kopniakiem na ulicę. Obaj zobaczyli wtedy, stojąc w drzwiach, finał dramatu, który zaczął się jeszcze, zanim Jose Arcadio wyrósł z dzieciństwa. Dwaj agenci policji, którzy ścigali Aureliana Amadora przez wiele lat i jak psy gończe idąc za jego śladem przewędrowali pół świata, wyłonili się zza migdałowców po drugiej stronie ulicy i gruchnęły dwa strzały z mauzerów trafiając prosto w krzyż z popiołu.

Od czasu wypędzenia chłopców z domu Jose Arcadio oczekiwał wiadomości o pewnym transatlantyku, który miał odpłynąć do Neapolu przed Bożym Narodzeniem. Powiedział o tym Aurelianowi, a nawet planował założenie dla niego jakiegoś przedsiębiorstwa, z którego mógłby żyć, bo koszyka z prowiantami nie przysyłano od pogrzebu Fernandy. Ale i to ostatnie marzenie nie miało się spełnić. Pewnego wrześniowego ranka, wypiwszy kawę z Aurelianem w kuchni, Jose Arcadio kończył swoją codzienną kąpiel, kiedy przez ruchome dachówki wtargnęli do łazienki czterej chłopcy, których przedtem wypędził z domu. Zanim zdążył pomyśleć o jakiejkolwiek obronie, wskoczyli w ubraniach do basenu, chwycili go za włosy i trzymali jego głowę zanurzoną w wodzie tak długo, aż przestały się ukazywać pęcherzyki powietrza i ciche, nierucho­me i blade ciało delfina osunęło się na dno aromatycznej wody. Potem zabrali trzy worki ze złotem ze schowka, który znali tylko oni i ich ofiara. Akcja była tak pospieszna, metodyczna i brutalna, że przypominała atak wojskowy. Aureliano zamknię­ty w swoim pokoju nic nie zauważył. Po południu, nie widząc go w kuchni, zaczął szukać Josego Arcadia po całym domu i znalazł go w łazience, gdzie kołysał się na perfumowanych wodach basenu, ogromny, i wzdęty, i myślący wciąż o Amarancie. Wtedy dopiero zrozumiał, jak bardzo zaczął go kochać.



Amaranta Urszula wróciła wra2 z pierwszymi aniołami grudnia na skrzydłach wiatru popychającego żaglowiec i przywiozła z sobą męża, na jedwabnym sznurku uwiązanym wokół szyi. Zjawiła się bez uprzedzenia, w sukience barwy kości słoniowej, ze sznurem pereł, który sięgał jej po kolana, w pierścionkach zdobnych w szmaragdy i topazy, z krótko uciętymi włosami gładko przylegającymi do twarzy i za­kręconymi koło uszu w kształt jaskółczego ogona. Mężczyz­na, za którego wyszła za mąż sześć miesięcy temu, był Flamandczykiem, w pełni wieku, szczupłym i o wyglądzie żeglarza czy podróżnika. Wystarczyło jej pchnąć drzwi salo­nu, żeby zrozumieć, że jej nieobecność była dłuższa i przy­niosła więcej zniszczenia, niż jej się wydawało.

- Boże mój - zawołała raczej uradowana niż przerażona. - Jak to widać, że nie ma kobiety w tym domu!

Jej bagaż nie mieścił się na ganku. Oprócz dawnego kufra Fernandy, z którym wysłano ją do szkoły, przywiozła dwie pionowe skrzynie z sukniami, cztery walizy, worek na parasolki, osiem pudeł kapeluszy, ogromną klatkę z pięć­dziesięcioma kanarkami i rozłożony na części welocyped swego męża, w futerale, który pozwalał nosić go jak wio­lonczelę. Nie pozwoliła sobie nawet na jeden dzień od­poczynku po tak długiej podróży. Włożyła zniszczony ko­mbinezon, który przywiózł jej mąż razem z innymi akcesoriami motocyklisty, i przystąpiła do nowego remontu domu. Rozpędziła czerwone mrówki, które już objęły we władanie ganek, okopała krzaki róż, powyrywała chwasty, zasadziła paprocie, majeranek i begonie w doniczkach na parapecie. Stanęła na czele drużyny stolarzy, murarzy i ślusa­rzy, którzy naprawili wyrwy w podłogach, umocowali w za­wiasach drzwi i okna, odnowili meble i pobielili ściany wewnątrz i na zewnątrz tak, że w trzy miesiące po jej powrocie znowu oddychało się atmosferą młodości i zabawy, jak w czasach pianoli. Nigdy nikt w tym domu nie był w lepszym humorze, o każdej godzinie i w każdej sytuacji, ani bardziej gotów do tańca i śpiewania, i wyrzucania na śmietnik starych gratów i zwyczajów. Jednym zamachem szczotki wymiotła wspomnienia pogrzebowe i sterty niepotrzebnych rupieci i przesądów zalegających kąty i jedyną rzeczą, którą zachowa­ła, by uszanować życzenie Urszuli, był dagerotyp Remedios w salonie. „To dopiero jest luksus - wołała zanosząc się od śmiechu. - Czternastoletnia prababka!" Kiedy jeden z murarzy powiedział jej, że dom zaludniają widma i jedynym sposobem ich wystraszenia jest odnaleźć skarb, który tu zakopali, odpowiedziała ze śmiechem, że nie wierzy w zabobony mężczyzn. Tak była spontaniczna, swobodna, obdarzona tak nowoczesnym i niezależnym umysłem, że Aureliano czuł się oszołomiony w pierwszej chwili, gdy ją zobaczył. „To niebywałe! - zawołała uszczęśliwiona, witając go z otwartymi ramionami - spójrzcie, jak wyrósł mój ukochany ludożerca!" Zanim zdążył zareagować, już nastawiła płytę na przenośnym gramofonie, który przywiozła ze sobą, i próbowała go nauczyć najmodniejszych tańców. Zmusiła go, żeby zmienił obszarpane spodnie odziedziczone po pułkowniku Aurelianie Buendii, podarowała mu komplet koszul odpowiednich dla młodego człowieka i buty w dwóch kolorach i siłą wypychała go na ulicę, kiedy za dużo czasu spędzał w pokoju Melquiadesa.

Ruchliwa, drobna, nieujarzmiona jak Urszula i niemal dorównująca urodą Pięknej Remedios, miała jakiś dziwny instynkt wyprzedzania mody. Najnowsze żurnale wysyłane pocztą służyły jej tylko do sprawdzenia, że nie pomyliła się w modelach, które sama obmyślała i szyła na prymitywnej ręcznej maszynie Amaranty. Abonowała wszystkie czasopis­ma poświęcone modzie, sztuce i muzyce lekkiej, jakie wyda­wano w Europie, i ledwie rzuciwszy na nie okiem, orien­towała się, że wszystko na tym świecie rozwija się tak, jak ona sobie to wyobrażała. Wydawało się niepojęte, żeby kobieta z takim usposobieniem wróciła do martwego miasta, przysypanego kurzem i trawionego upałem, zwłaszcza z mę­żem, który miał aż nadto pieniędzy, by zamieszkać w jakim­kolwiek miejscu świata, i który kochał ją tak bardzo, że zgadzał się być prowadzony przez nią na jedwabnej smyczy. A jednak, w miarę jak upływał czas, coraz bardziej stawało się oczywiste, że zamierza tu zostać, bo wszystkie jej plany sięgały w daleką przyszłość, a wszystkie podejmowane przez nią decyzje zmierzały do stworzenia sobie wygodnego życia i spokojnej starości w Macondo. Klatka z kanarkami świad­czyła, że nie były to .zamiary podjęte nagle. Pamiętając, że matka pisała jej w jednym z listów o wyniszczeniu ptaków, przez parę miesięcy odwlekała powrót szukając statku, który zatrzymywałby się na Wyspach Szczęśliwych, i tam wybrała dwadzieścia pięć par najładniejszych kanarków, by na nowo zapełnić niebo nad Macondo. Była to najbardziej żałosna spośród jej licznych nieudanych inicjatyw. W miarę roz­mnażania się ptaków Amaranta Urszula wypuszczała je para­mi, ale zaledwie poczuły wolność, uciekały z miasta. Na próżno próbowała wzbudzić w nich przywiązanie do pta-szarni, którą założyła Urszula podczas pierwszej rozbudowy. Na próżno robiła dla nich sztuczne gniazda na drzewach migdałowych, obsypywała dachy siemieniem lnianym, a uwięzione ptaki zmuszała do śpiewania, żeby zawracały z drogi dezerterów, bo ci przy pierwszej próbie wzbijali się w górę i natychmiast zataczali łuk na niebie, by odnaleźć kierunek na Wyspy Szczęśliwe.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna