Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona22/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


W sześć miesięcy po zakopaniu kury Aureliano Drugi zbudził się o północy w ataku kaszlu z uczuciem, że duszą go w głębi gardła szczypce kraba. Wtedy zrozumiał, że choćby nie wiedzieć ile zniszczył magicznych pessariów i zakopał całą setkę zaklętych kur, jedyną i smutną prawdą jest to, że umiera. Nie powiedział tego nikomu. Dręczony obawą, że umrze, zanim zdąży wysłać do Brukseli Amarantę Urszulę, pracował jak nigdy dotychczas i zamiast jednej organizował trzy loterie tygodniowo. Od wczesnego ranka przebiegał miasto, nawet najbardziej odległe i nędzne dzielnice, usiłując rozprzedać bilety z błagalną natarczywością, jaką mógł oka­zywać tylko umierający. „Oto nawiedza was Boska Opatrz­ność - wołał. - Nie pozwólcie jej odejść, bo przybywa tylko raz na sto lat". Dokonywał nadludzkich wysiłków, żeby wydać się wesoły, sympatyczny, dobroduszny, ale wystar­czyło spostrzec jego bladość i spływający ciurkiem pot, żeby wiedzieć, że ledwie panuje nad sobą. Czasami zbaczał na nieuprawne pola, gdzie nikt go nie mógł zobaczyć, i siadał tam na moment, żeby odpocząć od kleszczy rozdzierających go w środku. Jeszcze o północy biegał po wesołej dzielnicy, usiłując pocieszyć dobrymi wróżbami samotne kobiety szlo­chające przy gramofonach. „Ten numer nie wychodził już cztery miesiące - mówił im wskazując bilety. - Nie daj szczęściu umknąć ci przed nosem, bo życie jest krótsze, niż człowiek myśli". W końcu ludzie stracili dla niego respekt, zaczęli się naśmiewać i w ostatnich miesiącach jego życia nie nazywali go „don Aureliano", jak zawsze, tylko „don Boska Opatrzność", nawet przy nim. Głos jego zaczął przybierać fałszywe tony, tracił dźwięczność, aż wreszcie przygasł zupeł­nie i przypominał warczenie psa, ale Aureliano Drugi nie ustawał w swych wysiłkach i nie dopuszczał, żeby zmniej­szyło się zainteresowanie nagrodami losowanymi na podwórku Petry Cotes. Niemniej, w miarę jak tracił glos i czuł, że wkrótce nie będzie już mógł znieść bólu, pojmował, że to nie z pomocą wieprzów i kóz córka jego wyjedzie do Brukseli, i wtedy wpadł na bajeczny pomysł, żeby puścić na loterię ziemie zniszczone przez potop, które mógłby doskonale odrestaurować ktoś, kto rozporządzał kapitałem. Była to inicjatywa tak efektowna, że sam alkad udzielił swego popar­cia, podając imprezę do wiadomości publicznej w formie oficjalnego ogłoszenia i zawiązały się spółki, żeby nabywać bilety po sto pesos, które rozkupiono w ciągu niecałego tygodnia. Wieczorem w dzień loterii ci, co wygrali, urządzili bankiet dorównujący niemal tym z dawnych czasów Kom­panii Bananowej i Aureliano Drugi po raz ostatni zagrał na akordeonie zapomniane piosenki Francisca el Hombre, ale nie mógł już śpiewać.

W dwa miesiące później Amaranta Urszula pojechała do Brukseli. Aureliano Drugi wręczył jej nie tylko pieniądze z ekstraloterii, ale wszystko, co zdołał zaoszczędzić w ubie­głych miesiącach, a nawet skromne sumy uzyskane ze sprze­daży pianoli, klawikordu i innych cennych przedmiotów w niełasce losu. Według jego obliczeń powinno to wystar­czyć na opłacenie nauki, tak więc pozostała tylko nie roz­wiązana kwestia opłacenia podróży powrotnej. Fernanda sprzeciwiała się temu wyjazdowi do ostatniej chwili, zgorszo­na myślą, że Bruksela znajduje się tak blisko rozpustnych uciech Paryża, uspokoił ją jednak list, jaki wręczył jej córce ojciec Angel do przełożonej pensji dla dziewcząt katolickich pod kierownictwem zakonnic, gdzie Amaranta Urszula przy­rzekła mieszkać aż do zakończenia nauki. Prócz tego dzięki staraniom proboszcza miała odbyć podróż pod opieką grupy sióstr franciszkanek, które jechały do Toledo, gdzie spodzie­wały się spotkać kogoś zaufanego, kto by stamtąd odwiózł ją do Belgii. Podczas pospiesznej wymiany listów w tej sprawie Aureliano Drugi z pomocą Petry Cotes zajął się bagażem Amaranty Urszuli. Wieczorem, kiedy spakowano jeden z ślubnych kufrów Fernandy, wszystko było ułożone i roz­mieszczone tak starannie, że przyszła studentka wiedziała na pamięć, w jakich sukienkach i pantoflach ma przebyć Atlan­tyk i gdzie jest granatowy wełniany płaszcz z miedzianymi guzikami i buciki z kurdybanu, w których miała wysiąść na ląd; wiedziała również, jak musi stąpać, żeby nie wpaść do wody, gdy będzie wchodzić po trapie na pokład, że ani na chwilę nie wolno jej się odłączyć od zakonnic, że wolno jej wychodzić z kabiny tylko na posiłki, a w żadnym wypadku nie powinna odpowiadać na pytania zadawane przez osoby nieznajome, bez względu na ich płeć. Wiozła buteleczkę z kroplami przeciw morskiej chorobie i zeszycik, w którym ojciec Angel własnoręcznie wypisał sześć modlitw na zaklęcie burzy. Fernanda uszyła jej płócienny pas, gdzie miała chować pieniądze, i pokazała jej, jak trzeba go nosić pod koszulą, tak żeby nie musiała go zdejmować nawet do snu. Chciała podarować jej złoty nocnik wyszorowany szarym mydłem i zdezynfekowany spirytusem, ale Amaranta odmówiła w obawie, że będą się z niej naśmiewać koleżanki z pensji. W parę miesięcy później, w godzinę śmierci, Aureliano Drugi miał wspominać jej obraz taki jak w chwili, gdy widział ją po raz ostatni, bezskutecznie usiłującą otworzyć zakurzone okno w przedziale drugiej klasy, by usłyszeć ostatnie polecenia Fernandy. Miała na sobie sukienkę z różo­wego jedwabiu z przypiętym na lewym ramieniu bukiecikiem sztucznych bratków, buciki z kurdybanu ze sprzączkami i na niskim obcasie i jedwabne pończochy z okrągłymi podwiąz­kami na łydkach. Była drobna, miała rozpuszczone długie włosy i żywe iskrzące się oczy, takie jak Urszula w jej wieku, a opanowanie, z jakim się żegnała, bez płaczu, ale i bez uśmiechu, świadczyły, że odziedziczyła też po Urszuli siłę charakteru. Idąc obok wagonu, w miarę jak pociąg nabierał rozpędu, i trzymając Fernandę pod rękę, żeby się nie po­tknęła, Aureliano Drugi ledwie zdążył odpowiedzieć pod­niesieniem ręki na pocałunek posłany mu w powietrzu koniuszkami palców. Małżonkowie stali nieruchomo pod rozżarzonym słońcem, wpatrzeni w oddalający się pociąg, który wkrótce był tylko czarnym punktem na horyzoncie, i trzymając się pod rękę po raz pierwszy od dnia ślubu.

Dziewiątego sierpnia, zanim przyszedł pierwszy list z Bru­kseli, Jose Arcadio Drugi rozmawiał z Aurelianem w pokoju Melquiadesa i nagle, choć to nic nie miało wspólnego z rozmową, powiedział:

- Pamiętaj zawsze, że było ich przeszło trzy tysiące i że zostali wrzuceni do morza.

Potem upadł twarzą na pergaminy i skonał z otwartymi oczami.

W tej samej chwili w łóżku Fernandy jego brat bliźniak doszedł do kresu długiej i straszliwej męczarni żelaznych krabów zżerających mu gardło. Na tydzień przedtem wrócił do domu, bez głosu i bez tchu, niemal skóra i kości, ze swymi wędrownymi kuframi i akordeonem włóczęgi, żeby dotrzymać przyrzeczenia, że umrze przy żonie. Petra Cotes pomogła mu spakować ubrania i pożegnała go nie uroniwszy ani jednej łzy, zapomniała tylko dać mu lakierki, w których chciał być pochowany. Toteż dowiedziawszy się, że umarł, ubrała się na czarno, zawinęła trzewiki w gazetę i poszła do Fernandy z prośbą, żeby wolno jej było pożegnać zmarłego, Fernanda nie pozwoliła jej przestąpić progu.

- Niech pani wejdzie w moje położenie i zrozumie - bła­gała Petra Cotes. - Proszę sobie wyobrazić, jak bardzo go musiałam kochać, żeby narazić się na to upokorzenie.

— Nie ma takich upokorzeń, na które nie zasługiwałaby ladacznica - odpowiedziała Fernanda. - Niech pani czeka, aż umrze następny z kochanków, żeby nałożyć mu te buty.

Dotrzymując danego przyrzeczenia, Santa Sofia de la Piedad nożem kuchennym odcięła głowę trupowi Josego Arcadia Drugiego dla pewności, że nie pogrzebią go żyw­cem. Ciała umieszczono w jednakowych trumnach i wtedy stwierdzono, że po śmierci bracia stali się do siebie równie podobni jak w dzieciństwie. Dawni towarzysze hulanek Aureliana Drugiego położyli na jego trumnie wieniec z fiole­tową szarfą i napisem: „Na bok, krowy, bo życie jest krótkie!". Fernandę tak oburzył ten brak szacunku, że kazała wyrzucić wieniec na śmietnik. W zamieszaniu ostatniej chwili smutne pijaczyny, które wynosiły trumny z domu, pomyliły je i braci pogrzebano w zamienionych grobach.



Aureliano przez długi czas nie opuszczał pokoju Melquiadesa. Nauczył się na pamięć fantastycznych legend z roz­sypującej się księgi, syntezy studiów Hermana Paralityka: wskazówek do uzyskania kamienia filozoficznego, notatek z traktatu o satanizmie, centurii Nostradamusa i jego badań nad dżumą, tak że osiągnął wiek młodzieńczy nie wiedząc nic o swojej epoce, ale rozporządzając podstawowymi wia­domościami człowieka średniowiecza. O jakiejkolwiek go­dzinie wchodziła do jego pokoju Santa Sofia de la Piedad, zastawała go zagłębionego w lekturze. Przynosiła mu o świ­cie kubek kawy bez cukru, a w południe talerz ryżu z pla­strami smażonego banana, co było jedynym pożywieniem w domu po śmierci Aureliana Drugiego. Dbała, żeby miał porządnie ostrzyżone włosy, iskała mu gnidy, przerabiała na niego stare ubrania znalezione w zapomnianych kufrach, a kiedy zaczął rosnąć mu wąs, przyniosła mu brzytwę i miseczkę na mydło pułkownika Aureliana Buendii. Żaden z synów pułkownika, nawet Aureliano J osę, nie był do niego tak podobny zwłaszcza z powodu wydatnych kości policzkowych i mocnej, z lekka drwiącej i okrutnej linii ust. Santa Sofia de la Piedad, jak niegdyś Urszula, wchodząc do pokoju Aureliana Drugiego była przekonana, że Au­reliano mówi do siebie. W rzeczywistości rozmawiał z Melquiadesem. Któregoś upalnego popołudnia, wkrótce po śmierci bliźniaków, zobaczył w odbiciu okna posępnego starca w kapeluszu z rondem wygiętym w kształt skrzydeł kruka niby zmaterializowany obraz wspomnienia istniejącego w jego pamięci jeszcze na długo przed urodzeniem. Aureliano skończył klasyfikację alfabetu pergaminów. Toteż na pytanie Mequiadesa, czy odkrył, w jakim języku są napisane, nie zawahał się z odpowiedzią:

- W sanskrycie - powiedział.

Melquiades oznajmił, że wkrótce nie będzie już mógł go odwiedzać. Mimo to odchodzi spokojny na łąki śmierci ostatecznej, bo Aureliano ma dość czasu na opanowanie sanskrytu w ciągu lat, których jeszcze brakuje, żeby pergami­ny miały za sobą cały wiek istnienia i mogły zostać odczyta­ne. On to poinformował go, że na uliczce prowadzącej do rzeki, gdzie za czasów Kompanii Bananowej przepowiadano przyszłość i tłumaczono sny, pewien mędrzec kataloński ma antykwariat z książkami, a w nim znajduje się książka Sanskrit Primer, która za sześć lat zostanie zjedzona przez mole, jeśli Aureliano nie pospieszy się z jej kupieniem. Pierwszy raz w ciągu swego długiego życia Santa Sofia de la Piedad dała wyraz pewnemu uczuciu, a było to uczucie zdziwienia, kiedy Aureliano poprosił, żeby przyniosła mu ze sklepu książkę, którą znajdzie między Jerozolimą Wyzwoloną a wierszami Miltona na prawym krańcu drugiej półki regału. Ponieważ nie umiała czytać, nauczyła się na pamięć tych tytułów i uzyskała pieniądze ze sprzedaży jednej z siedemnas­tu złotych rybek, które zostały w warsztacie (tylko ona i Aureliano wiedzieli, gdzie są schowane) od tej nocy, kiedy żołnierze rewidowali dom.

Aureliano robił postępy w nauce sanskrytu, a tymczasem Melquiades zjawiał się coraz rzadziej i postać jego stawała się coraz bardziej oddalona, jakby rozpływała się w promiennej jasności południa. Ostatni raz, kiedy Aureliano wyczuł jego obecność, był już prawie niewidzialny i szeptał: „Umarłem na żółtą febrę w bagnach Singapuru". Wtedy jego pokój opanowały termity, kurz, upał, kolorowe mrówki i mole, które miały zamienić w trociny wiekową mądrość książek i pergaminów.



W domu nie brakowało jedzenia. Nazajutrz po śmierci Aureliana Drugiego jeden z przyjaciół, którzy przynieśli mu wieniec z nieodpowiednim na tę okazję napisem, przyszedł z propozycją wypłacenia Fernandzie pieniędzy, które pozo­stał winien jej mężowi. Odtąd posłaniec przynosił w każdą środę kosz z żywnością, której starczyło na cały tydzień. Nikt nigdy się nie dowiedział, że te wiktuały przysyła Petra Cotes w przekonaniu, że stała dobroczynność jest sposobem upo­korzenia kogoś, kto ją upokorzył. Uraza jednak minęła znacznie prędzej, niż sama Petra przypuszczała, i później posyłała jedzenie tylko przez dumę, a w końcu przez litość. Nieraz, kiedy nie miała już sił sprzedawać biletów, a ludzie stracili zainteresowanie dla loterii, sama obywała się bez jedzenia, żeby mogła jeść Fernanda, i wypełniała ten dob­rowolnie przyjęty obowiązek, dopóki nie zobaczyła prze­chodzącego ulicą jej pogrzebu.

Santa Sofia de la Piedad mimo zmniejszonej liczby do­mowników nie miała wypoczynku, na który zasłużyła po pięćdziesięciu z górą latach pracy. Nigdy nie słyszano skargi od tej milczącej, nieprzeniknionej kobiety, która zasiała w rodzinie anielskie ziarna Pięknej Remedios i tajemniczy majestat Josego Arcadia Drugiego. Całe swoje życie sa­motności i milczenia poświęciła wychowaniu dzieci, które prawie nie pamiętały, że są jej dziećmi i wnukami, i zajęła się Aurelianem, tak jakby wyszedł z jej własnych wnę­trzności, sama nie wiedząc, że jest jego prababką. Tylko w takim domu jak ten było do pomyślenia, że zawsze sypiała na macie rozpościeranej na ziemi w spiżarni, wśród nocnego chrobotania szczurów, i nigdy nikt się nie dowie­dział, że pewnej nocy obudziło ją nieznośne uczucie, jakby ktoś patrzył na nią. w ciemnościach, i że to była żmija, która prześliznęła się po jej brzuchu. Nie wątpiła, że gdyby opo­wiedziała o tym Urszuli, ta podzieliłaby z nią własne łóżko, ale były to czasy, kiedy nikt nie przyjmował do wiadomości niczego, dopóki nie krzyczano o tym na cały głos, bo prace w piekarni, wstrząsy wojenne i pilnowanie dzieci nie zo­stawiały czasu na troskę o czyjeś wygody i zadowolenie. Petra Cotes, której nigdy nie widziała na oczy, była jedyną osobą, która o niej pamiętała. Ona to troszczyła się o jej skromną garderobę, nawet w czasach, kiedy dokonywali cudów z pieniędzmi uzyskanymi z loterii. Kiedy Fernanda przybyła do domu, miała wszelkie powody uważać ją za dożywotnią służącą i choć nieraz słyszała, że to matka jej męża, fakt ten wydawał jej się tak niewiarygodny, że zapom­niała o nim wcześniej, niż przyjęła go do wiadomości. Santa Sofia de la Piedad nigdy nie wydawała się urażona swoją poślednią pozycją. Przeciwnie, wszyscy mieli wrażenie, że lubi się krzątać bez chwili wypoczynku, bez jednego słowa skargi, utrzymując w porządku i czystości olbrzymi dom, w którym mieszkała od lat dziewczęcych, a który zwłaszcza w czasach Kompanii Bananowej bardziej przypominał kosza­ry niż dom rodzinny. Ale po śmierci Urszuli jej nadludzka pracowitość zaczęła się załamywać. Nie tylko dlatego, że już była stara i wyczerpana, ale sam dom nagle padł jakby ofiarą uwiądu starczego. Delikatny mech wypełzł na ściany. Kiedy nie było już pustego miejsca na dziedzińcu i podwórku za domem, chwasty podważyły cement ganku, który popękał jak szyba, a w szczelinach zaczęły wyrastać te same żółte kwiatki, które prawie sto lat temu znalazła Urszula w szklan­ce ze sztuczną szczęką Melquiadesa. Nie mając czasu ani środków na hamowanie rozmachu przyrody, Santa Sofia de la Piedad całe dnie spędzała w sypialniach płosząc wielkie jaszczurki, które powracały nocą. Pewnego ranka zauważyła, że czerwone mrówki opuściły podważone fundamenty, prze­szły przez galerię, gdzie begonie przybrały kolor ziemi, i przedostały się w głąb domu. Z początku próbowała wytępić je miotłą, potem środkami owadobójczymi, a w koń­cu wapnem, ale nazajutrz znajdowała je w tym samym miejscu, zawsze w ruchu, uparte i niezwyciężone. Fernanda, pisząc wciąż listy do swoich dzieci, nie zdawała sobie sprawy z niepowstrzymanego postępu zniszczenia. Santa Sofia de la Piedad sama walczyła z zielskiem, żeby nie owładnęło kuchnią, zrywała ze ścian festony pajęczyn, które odradzały się po paru godzinach, zalewała wapnem ścieżki termitów. Ale gdy zobaczyła, że pokój Melquiadesa, tak samo jak inne, jest stale zakurzony i pełen pajęczyn, choćby go zamiatała i wycierała kurze trzy razy dziennie, i pomimo jej czyścicielskiej furii grozi mu ruina i nędza, którą tylko pułkownik Aureliano Buendia i młody wojskowy umieli przewidzieć, zrozumiała, że została pokonana. Wtedy wło­żyła swoją zniszczoną suknię odświętną, stare trzewiki Urszuli i parę bawiełnianych pończoch, które podarowała jej Amaranta Urszula, i zrobiła tobołek z kilku zmian bielizny, stanowiących cały jej dobytek.

- Poddaję się - powiedziała do Aureliana. - To za duży dom na moje stare kości.



Aureliano zapytał, dokąd odchodzi, na co odpowiedziała nieokreślonym ruchem ręki, jakby nie miała najmniejszego wyobrażenia, co z nią będzie. Niemniej spróbowała wyjaśnić, że chce spędzić swoje ostatnie lata z siostrą cioteczną, która mieszkała w Riohacha. Nie było to wyjaśnienie prawdopo­dobne. Od śmierci swoich rodziców nie utrzymywała kon­taktu z nikim, nie otrzymywała żadnych listów ani wiadomo­ści, ani nie słyszano, żeby kiedykolwiek wspominała kogoś z krewnych. Aureliano dał jej czternaście złotych rybek, bo zamierzała odejść z tym tylko, co miała: jeden peso i dwa­dzieścia pięć centavos. Przez okno w pokoju widział ją przechodzącą przez podwórze, z węzełkiem z bielizną, po­włóczącą nogami i przygarbioną wiekiem, i zobaczył, jak wyciąga rękę przez szparę w drzwiach, żeby zamknąć je za sobą na zasuwkę. Nigdy już nic więcej o niej nie słyszano.

Dowiedziawszy się o tej ucieczce, Fernanda cały dzień poświęciła na przetrząśnięcie kufrów, komód i szaf, sztuka po sztuce, żeby przekonać się że Santa Sofia de la Piedad nie wzięła niczego. Poparzyła sobie palce usiłując po raz pierw­szy w życiu rozpalić pod kuchnią i musiała prosić Aureliana, żeby nauczył ją robić kawę. Z czasem to on przejął obo­wiązki kuchenne. Wstając Fernanda znajdowała gotowe śnia­danie i wychodziła z sypialni tylko po to, żeby zabrać jedzenie, które Aureliano zostawiał jej na piecu, i zanosiła talerz do jadalni, żeby zjeść na lnianych obrusach, wśród kandelabrów, siedząc na głównym miejscu przy stole, na­przeciw piętnastu pustych krzeseł. Nawet w tych warunkach Aureliano i Fernanda nie dzielili z sobą samotności, lecz żyli każde w swojej, sprzątając własny pokój, podczas gdy paję­czyna przyprószała róże, tapetowała belki i ściany. Wtedy to Fernandzie zaczęło się wydawać, że dom jest pełen choch­lików. Tak jakby przedmioty — zwłaszcza codziennego użyt­ku - przybrały zdolność przenoszenia się z miejsca na miejsce własnymi siłami. Fernandzie mijał czas na szukaniu noży­czek, które - była tego pewna - położyła na łóżku, i prze­wróciwszy całą sypialnię do góry nogami znajdowała je na półce w kuchni, gdzie nie była od czterech dni. Nagle znikły wszystkie widelce z szuflady na sztućce i znajdowała sześć sztuk na ołtarzyku, a trzy w pralni. Ta wędrówka przed­miotów martwych była szczególnie denerwująca, kiedy zasia­dała do pisania. Kałamarz, stojący zawsze po prawej stronie, ukazywał się z lewej, suszka z bibułą znikała i odnajdowała się w dwa dni później pod poduszką, stronice listu napisa­nego do Josego Arcadia mieszały się z tymi, które były przeznaczone dla Amaranty Urszuli; żyła w ustawicznym lęku, że włożyła listy do niewłaściwych kopert, co w rzeczy­wistości zdarzyło jej się kilka razy. Kiedyś zgubiła pióro. W dwa tygodnie później zwrócił je listonosz, który znalazł je w swojej torbie i szukał właściciela od domu do domu. Z początku myślała, że to sprawki niewidzialnych medyków, tak jak zniknięcie pessarium. Zaczęła nawet pisać do nich list z błaganiem, żeby zostawili ją w spokoju, ale w pewnym momencie musiała przerwać pisanie i zająć się czymś innym, a kiedy wróciła do pokoju, nie tylko nie znalazła rozpo­czętego listu, ale zapomniała, co miała pisać. Przez pewien czas posądzała o te figle Aureliana. Zaczęła go śledzić i podsuwać mu różne przedmioty, żeby go przyłapać w chwi­li, gdy będzie je przenosił gdzie indziej. Wkrótce jednak przekonała się, że Aureliano opuszcza pokój Melquiadesa tylko po to, żeby iść do kuchni lub do ubikacji, i że w ogóle nie jest skłonny do żartów. W końcu doszła więc do wnios­ku, że to psoty chochlików, i postanowiła zabezpieczyć każdy przedmiot tak, żeby się znajdował na właściwym miejscu. Przywiązała nożyczki na długiej tasiemce do wez­głowia łóżka. Przywiązała piórnik i suszkę z bibułą do nogi stołu, przy kleiła kałamarz do stołu po prawej stronie miejsca, gdzie zazwyczaj zasiadała do pisania. Nie rozwiązało to problemu, gdyż po paru godzinach szycia sznurek od noży­czek zrobił się za krótki, żeby ciąć tkaninę, jak gdyby krasnoludki ciągle go skracały. To samo działo się ze sznur­kiem od pióra, a nawet z jej własną ręką, która po napisaniu kilku stron nie dosięgała już do kałamarza. Ani Amaranta Urszula w Brukseli, ani Jose Arcadio w Rzymie nie dowie­dzieli się nigdy o tych błahych kłopotach. Fernanda pisała im, że jest szczęśliwa, i rzeczywiście tak było właśnie dlatego, że czuła się wolna od wszelkich obowiązków, jakby życie pozwoliło jej wrócić do świata rodziców, gdzie nie cierpiała z powodu codziennych problemów, zawczasu rozwiązanych w wyobraźni. Wskutek tej nie kończącej się korespondencji zatraciła poczucie czasu, zwłaszcza gdy odeszła Santa Sofia de la Piedad. Przyzwyczaiła się liczyć dnie, miesiące i lata biorąc za punkt odniesienia daty przewidziane na powrót swoich dzieci. W miarę jednak opóźniania się tego powrotu daty jej się myliły, terminy się mieszały, a dnie tak były podobne jedne do drugich, że nie czuło się, jak mijają. Zamiast się niecierpliwić, Fernanda odczuwała głębokie za­dowolenie z tej zwłoki. Nie niepokoiło jej, że wiele lat po zapowiedzi przyjęcia w najbliższych dniach święceń kapłańs­kich J osę Arcadio nadal czekał na ukończenie wyższych studiów teologicznych, by rozpocząć studia dyplomatyczne, bo rozumiała, że kręte schody prowadzące na tron Piętrowy są bardzo wysokie i najeżone przeszkodami. Cieszyły ją natomiast wiadomości, które dla innych byłyby bez znacze­nia, jak to, na przykład, że jej syn widział papieża. Nie mniejszym zadowoleniem napełniały ją wieści od Amaranty Urszuli, która donosiła, że jej studia przeciągają się poza przewidziany czas, gdyż dzięki doskonałym wynikom w nau­ce uzyskała przywileje, których jej ojciec nie wziął pod uwagę w swoich obliczeniach.

Więcej niż trzy lata minęły od czasu, kiedy Santa Sofia de la Piedad przyniosła mu gramatykę, do dnia, kiedy Aureliano zdołał przetłumaczyć pierwszy plik pergaminów. Nie była to praca niepotrzebna, stanowiła jednak zaledwie pierwszy krok na drodze, której długości nie można było przewidzieć, ponieważ tekst hiszpański nic nie znaczył: były to wiersze szyfrowane. Aureliano nie znał klucza do ich rozszyfrowania, ale wiedział od Melquiadesa, że w sklepiku katalońskiego mędrca są książki potrzebne do zgłębienia treści pergami­nów, zdecydował się więc prosić Fernandę, żeby mu po­zwoliła ich poszukać. W pokoju pożeranym przez ruinę, której zastraszających postępów nie mógł już powstrzymać, rozmyślał nad formą wyrażenia swojej prośby i nad okolicz­nościami, w jakich ma to zrobić, szukając najbardziej od­powiednich okazji, ale kiedy spotykał Fernandę zabierającą jedzenie z kuchni, co było jedyną sposobnością, by 2 nią pomówić, prośba tak starannie obmyślona więzła mu w gar­dle i nie mógł wydobyć z siebie głosu. Zaczął ją szpiegować. Słyszał, jak podchodziła do drzwi, żeby odebrać listy od dzieci i wręczyć swoje listonoszowi, nasłuchiwał do późnych godzin nocnych jej kroków w sypialni lub twardego i ner­wowego biegania pióra po papierze, zanim doszedł do jego uszu odgłos przekręcanego kontaktu i szept pacierzy w ciem­ności. Wtedy dopiero zasypiał, ufając, że następny dzień da mu oczekiwaną okazję. Uradowany myślą, że pozwolenie nie zostanie mu odmówione, pewnego ranka obciął nawet włosy sięgające mu aż do ramion, zgolił zwichrzoną brodę, włożył obcisłe spodnie i koszulę z doczepianym kołnierzykiem, odziedziczoną sam nie wiedział po kim, i czekał w kuchni, aż Fernanda przyjdzie po śniadanie. Przyszła tam nie ta kobieta, którą widywał co dzień, z podniesioną głową i kamienną twarzą, lecz staruszka nadprzyrodzonej piękności, w płaszczu z pożółkłych gronostajów, w koronie z pozłacanej tektury, zbiedzona jak ktoś, kto płakał w sekrecie. Prawdę mówiąc Fernanda wiele razy już wkładała nadgryziony przez mole strój królowej od chwili, gdy znalazła go w kufrach Aureliana Drugiego. Ktokolwiek widziałby ją przed lustrem, w eks­tazie podziwiającą własne gesty monarchini, mógłby ją wziąć za obłąkaną. Ale tak nie było. Królewskie szaty służyły jej po prostu do odgrzebywania wspomnień. Pierwszy raz, kiedy je włożyła, serce jej się ścisnęło, oczy napełniły się łzami, bo w tej chwili na nowo podrażnił jej nozdrza zapach pasty do butów oficera, który przyszedł do jej domu, żeby z niej zrobić królową, i duszę jej rozjaśniła tęsknota do straconych złudzeń. Poczuła się tak stara i tak wyczerpana, tak daleka od najlepszych godzin swego życia, że zatęskniła nawet do tych, które pamiętała jako najgorsze, i wtedy dopiero odkryła, jak bardzo brakuje jej zapachu ziół na ganku, aromatu krzaków różanych o zmierzchu, a nawet grubiańskich cudzoziemców. Jej serce ze skamieniałego popiołu, odporne na najcelniejsze ciosy codziennej rzeczywistości, roztopiło się przy pierw­szych przypływach tęsknoty. Potrzeba smutku stawała się nałogiem w miarę niszczycielskiego działania lat. W samo­tności Fernanda nabrała cech ludzkich. Niemniej tego ranka, kiedy weszła do kuchni i zobaczyła filiżankę kawy, którą podawał jej kościsty i blady chłopak z blaskiem halucynacji w oczach, szarpnęło nią poczucie śmieszności. Nie tylko odmówiła mu pozwolenia, ale od tej chwili nosiła klucze od domu przy sobie, w tej kieszeni, gdzie przechowywała nie używane pessarium. Była to daremna ostrożność, bo gdyby Aureliano chciał, mógłby uciec i wrócić nie zauważony. Ale długoletnia niewola, niepewność świata, przyzwyczajenie do posłuszeństwa wyniszczyły w jego sercu ziarna buntu. Wró­cił więc do swego zamknięcia i do pergaminów, ślęcząc nad nimi do późnej nocy i słuchając płaczu Fernandy w sypialni. Pewnego ranka poszedł jak zwykle rozpalić piec i znalazł nie tknięte jedzenie zostawione dla niej poprzedniego dnia. Wtedy zajrzał do sypialni i zobaczył ją wyciągniętą na łóżku, okrytą płaszczem gronostajowym, piękniejszą niż kiedykol­wiek, ze skórą, która przybrała barwę kości słoniowej. W cztery miesiące później, kiedy przyjechał Josę Arcadio, znalazł ją nietkniętą.

Był podobny do matki ponad wszelkie ludzkie wyobraże­nie. Blady i wątły, w jedwabnym żałobnym ubraniu, w koszuli z okrągłym sztywnym kołnierzykiem i cienką wstążeczką zawiązaną na kokardkę zamiast krawata, miał zdziwione spojrzenie i wąskie zaciśnięte usta. Czarne włosy, wypoma­dowane i proste, rozdzielone na środku czaszki prostym i anemicznym przedziałkiem, wyglądały równie sztucznie jak fryzury świętych. Cień zarostu, starannie golonego na twarzy jak odlanej z parafiny, wydawał się złudzeniem. Miał białe, nerwowe dłonie o zielonych żyłach, a wskazujący palec jego lewej ręki zdobił złocisty pierścień z okrągłym opalem. Otworzywszy mu drzwi Aureliano nie potrzebował domyś­lać się, kim jest, żeby wiedzieć, że przybywa z bardzo daleka. Gdy wszedł, w całym domu rozniósł się zapach wody kolońskiej, którą Urszula skraplała mu głowę, kiedy był dzieckiem, żeby go rozpoznać w ciemnościach. W jakiś sposób nie do określenia Jose Arcadio po tylu latach nieobe­cności nadal był dzieckiem, starym, straszliwie smutnym i osamotnionym. Poszedł prosto do sypialni matki, gdzie Aureliano przez cztery miesiące rozpylał rtęć w tyglu dziad­ka, żeby zakonserwować ciało według formuły Melquiadesa. Jose Arcadio nie zadał ani jednego pytania. Ucałował czoło zmarłej, wyjął spod jej spódnicy tiulowy woreczek, gdzie były trzy pessaria jeszcze nie używane i klucz od szafy. Jego ruchy, proste i zdecydowane, kontrastowały z omdlewającym wyrazem twarzy. Wyjął z bieliźniarki kuferek z damasceń­skiej stali z herbem rodzinnym i we wnętrzu pachnącym drzewem sandałowym znalazł obszerny list, w którym Fernanda uwolniła swoje serce od brzemienia niezliczonych prawd, jakie przed nim zataiła. Nie siadając przeczytał go chciwie, lecz bez niepokoju, a na trzeciej stronie zatrzymał się i spojrzał na Aureliana wzrokiem powtórnego rozpoznania.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna