Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona21/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26

Jose Arcadio Drugi nie przestał odczytywać pergaminów. W splątanym kołtunie włosów świeciły tylko zęby z zielo­nym połyskiem i nieruchome oczy.

Poznając głos prababki zwrócił głowę w kierunku drzwi, spróbował się uśmiechnąć i bezwiednie powtórzył niegdyś wypowiedziane przez nią zdanie:

- Cóż chcesz - mruknął - czas mija.

- To prawda - powiedziała Urszula - ale nie aż tak szybko.



Mówiąc to uświadomiła sobie, że odpowiada mu tak samo, jak jej odpowiedział pułkownik Aureliano Buendia w swojej celi skazańca, i wzdrygnęła się znowu stwierdzając wbrew temu, co przyznała przed chwilą, że czas nie mija, lecz kręci się w kółko. Ale i wtedy nie dała za wygraną. Skrzycza­ła Josego Arcadia Drugiego jak dziecko i zmusiła go, żeby się wykąpał, ogolił i użyczył siły swego ramienia przy robocie z odnowieniem domu. Sama myśl opuszczenia czterech ścian, które zapewniły mu spokój, wzbudziła grozę Josego Arcadia Drugiego. Krzyknął, że nie ma takiej siły ludzkiej, która by go zmusiła do wyjścia, bo nie chce widzieć pociągu o dwustu wagonach załadowanych trupami, który co wieczór odjeżdża z Macondo w kierunku morza. „Wszyscy, co byli na stacji - krzyczał. - Trzy tysiące czterysta osiem osób". Wtedy dopiero zrozumiała Urszula, że Jose Arcadio Drugi żyje w świecie ciemności bardziej nieprzeniknionym niż jej świat, równie nieprzystępnym i samotnym jak świat jego dziadka. Zostawiła go w spokoju, ale nie zamykano już drzwi na kłódkę, sprzątano codziennie, nocniki wyrzucono na śmietnik pozostawiając tylko jeden i Jose Arcadio Drugi musiał prezentować się równie schludnie jak jego pradziadek w swoim więzieniu pod kasztanem. Fernanda z początku uważała tę krzątaninę za atak starczego obłędu i z trudem powstrzymywa­ła rozdrażnienie. Ale w tym czasie Jose Arcadio napisał z Rzymu, że zamierza przyjechać do Macondo, zanim przyjmie święcenia kapłańskie, i ta dobra nowina wzbudziła w niej taki zapał, że sama zabrała się do roboty i cztery razy dziennie podlewała kwiaty, by jej syn nie wyniósł z domu złego wrażenia. Ten sam bodziec skłonił ją do przyspieszenia korespondencji z niewidzialnymi medykami i przystrojenia ganku w donice, w których jak dawniej rosły paprocie, majeranek i begonie, zanim jeszcze Urszula zdążyła się dowiedzieć, że wszystko to padło ofiarą niszczycielskiego szału Aureliana Drugiego. Później sprzedała srebrną zastawę i kupiła naczynia fajansowe, cynowe talerze i łyżki, sztućce z alpaki, gasząc splendor szaf nawykłych do porcelany Towarzystwa Indyjskiego i czeskich kryształów. Urszula posunęła się jeszcze dalej. „Otwórzcie drzwi i okna - wołała. - Gotujcie mięso i ryby, kupujcie największe żółwie, niech przyjdą cudzoziemcy, niech rozkładają swoje maty po kątach, niech siusiają na róże. Niech siadają do stołu, ile razy zechcą jeść i gadać, niech brudzą i zabłocą wszystko swoimi butami, niech z nami zrobią, co im się podoba, bo to jedyny sposób, żeby wygnać ruinę". Ale to pozostało w sferze złudzeń. Była już za stara i za długo żyła, żeby jeszcze raz powtórzyć cud ze zwierzątkami z karmelu, a nikt z jej potomstwa nie odziedziczył po niej siły charakteru. Na żądanie Fernandy dom nadal pozostał zamknięty.

Aureliano Drugi, który z powrotem przeniósł swoje kufry do domu Petry Cotes, dysponował środkami wystarczającymi ledwie na to, aby rodzina nie umarła z głodu. Za pieniądze uzyskane z wylosowania muła Petra Cotes i on kupili inne zwierzęta i zdołali zorganizować prymitywne przedsiębior­stwo gry na loterii. Aureliano Drugi chodził od domu do domu zachęcając wszystkich do kupna ozdobnych bi­lecików, które sam malował kolorowymi farbami, żeby wy­dawały się bardziej atrakcyjne i przekonujące, i może nie zdawał sobie sprawy, że wiele osób kupowało je od niego przez wdzięczność, a większość z litości. Jednakże nawet najbardziej litościwi z nabywców nie gardzili okazją wy­grania prosiaka za dwadzieścia centavos lub cielaka za trzy­dzieści dwa i podekscytowani nadzieją, co wtorek wieczorem tłoczyli się na podwórzu Petry Cotes w oczekiwaniu mo­mentu, gdy wybrane na chybił trafił dziecko wyciągnie z worka wygrywający numer. Wkrótce losowanie zmieniło się w cotygodniowy jarmark, bo już od zmierzchu insta­lowano na dziedzińcu stragany ze specjałami i napojami i wielu szczęśliwców na miejscu zabijało wygrane zwierzę, pod warunkiem, że inni postarają się o muzykę i wódkę, tak więc zupełnie niechcący Aureliano Drugi znowu zaczął grywać na akordeonie i uczestniczyć w skromnych turniejach obżarstwa. Te ubożuchne repliki festynów z dawnych dni pozwoliły Aurelianowi Drugiemu odkryć, jak bardzo upadł w nim duch i wyschła pomysłowość genialnego moczy-mordy. To już nie był on. Sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi, do których doszedł w czasach pojedynku z Elefantą, zredukowały się do siedemdziesięciu ośmiu. Dob­roduszna i pucołowata gęba żółwia stała się obliczem iguany i wyrażała nudę i zmęczenie. Dla Petry Cotes jednak nigdy nie był milszy sercu niż wtedy, może dlatego, że myliła miłość ze współczuciem, jakie w niej wzbudzał, z soli­darnością i koleżeństwem, jakie w obojgu obudziła nędza. Zdewastowane łóżko przestało być miejscem szaleństw i stało się miejscem zwierzeń. Wolni od niedyskretnych luster, które sprzedali, żeby kupić zwierzęta na loterię, od zje­dzonych przez muła adamaszków i perwersyjnych aksami­tów, do późnej nocy robili rachunki, z niewinnością dwojga źle sypiających staruszków wykorzystując na liczenie pie­niędzy czas, niegdyś poświęcany na ich trwonienie. Często pierwsze koguty zastawały ich na układaniu monet w małe wzgórki, ujmowali z jednego i dokładali do drugiego, tak by starczyło na wszystko: to na gospodarstwo dla Fernandy, a tamto na buciki dla Amaranty Urszuli, a to żeby Santa Sofia de la Piedad, która od niepamiętnych czasów nie miała nowej sukienki, mogła ją sobie kupić, a tamto dla stolarza na trumnę, jeżeli umrze Urszula; to na kawę, która zdrożała o jednego centavo na funcie w ciągu trzech mie­sięcy, a tamto na cukier, który był coraz mniej słodki a to na drzewo - jeszcze było mokre od czasu potopu - a tamto na papier i kolorowy atrament do sporządzania biletów; a to wszystko, co zostanie, musi iść na amortyzację kosztów cielaka, z którego cudem zdołali ocalić skórę, bo dostał karbunkułów akurat w czasie kwietniowego cią­gnienia, kiedy wszystkie numery już były wyprzedane. Te msze w katakumbach miały w sobie coś prawdziwie wznio­słego, bo zawsze przeznaczali największą część dla Fernandy, i to nie z litości czy pod wpływem wyrzutów sumienia, lecz dlatego, że jej dobrobyt był dla nich ważniejszy niż własny. W rzeczy samej, aczkolwiek żadne z nich sobie tego nie uświadamiało, obydwoje myśleli o Fernandzie jak o córce, którą chcieliby mieć i nie mieli, tak dalece, że kiedyś przez trzy dni nie jedli nic prócz zupy z kukurydzy, żeby Fernanda mogła sobie kupić holenderski obrus. Nie­mniej, chociaż zabijali się pracą, pomimo najsurowszej oszczędności i wielu iście czarodziejskich sztuczek, ich anio­łowie stróże spali widocznie ze zmęczenia, podczas gdy oni układali i rozkładali monety tak, żeby przynajmniej wystarczyło na życie. Nie mogąc później zasnąć po niepo­myślnym bilansie, rozmyślali, co to się stało na świecie, dlaczego zwierzęta nie rozmnażają się z dawną obfitością, dlaczego pieniądze rozpływają się w rękach, a ludzie, którzy do niedawna palili pliki banknotów w szale hulanek, uważają teraz za rozbój liczenie po dwanaście centavos za bilet w loterii na sześć kur. Aureliano Drugi myślał, nie mówiąc tego, że zło tkwi nie w świecie, tylko w jakimś ukrytym zakamarku tajemniczego serca Petry Cotes, gdzie coś się popsuło podczas potopu, wywołując bezpłodność zwierząt i płynność pieniędzy. Zaintrygowany tą zagadką szperał tak głęboko w jej uczuciach, że szukając zysku znalazł miłość, starając się, żeby ona go kochała, pokochał ją sam. Petra Cotes natomiast kochała go tym mocniej, im bardziej czulą, że wzrasta jego czułość, i tak to w pełni jesieni zaczęła wierzyć w młodzieńczy przesąd, że bieda jest służką miłości. Oboje wspominali wtedy jako przeszkodę bezmyślne hu­lanki, bogactwo na pokaz i niczym nieskrępowaną rozpustę, lamentując, ile życia zmarnowali na to, by znaleźć raj dzielo­nej samotności. Rozkochani w sobie bez pamięci, po tylu latach jałowego wspólnictwa, radowali się z cudu miłości tak samo odczuwanej przy stole jak w łóżku i w końcu stali się tak szczęśliwi, że nawet jako para bezsilnych staruszków figlowali wciąż z sobą jak króliczki i gryźli się jak psy.

Loteria fantowa nigdy nie przyniosła wielkich zysków. Z początku Aureliano Drugi trzy dni w tygodniu spędzał zamknięty w swoim dawnym biurze hodowcy bydła, rysując bilet po bilecie, malując z pewnym zacięciem artystycznym czerwoną krówkę, zieloną świnkę albo stado niebieskich kur, zależnie od gatunku losowanego zwierzątka, i kaligrafował, zręcznie imitując drukowane czcionki, nazwę, którą Petra Cotes uznała za odpowiednią dla ich przedsiębiorstwa: „Loteria Boskiej Opatrzności". Z czasem jednak malowanie dwóch tysięcy biletów tygodniowo tak go znudziło, że zamówił pieczątki z wizerunkami zwierząt, nazwą i numerem i wtedy praca ograniczyła się do przykładania ich do poduszeczek w różnych kolorach tuszu. W ostatnich latach wpadli na pomysł zastąpienia numerów zagadkami, tak żeby nagroda była rozdzielona między wszystkich, którzy dali trafne rozwiązanie, ale system ten okazał się tak skom­plikowany i budził tyle zastrzeżeń, że zaniechali go po pierwszej próbie.

Aureliano, zajęty zdobywaniem renomy dla swojej loterii fantowej, prawie nie widywał dzieci. Fernanda oddała Amarantę Urszulę do prywatnej szkółki, gdzie przyjmowano tylko sześć uczennic, ale nie chciała pozwolić, żeby Aureliano uczył się w szkole publicznej. Uważała, że już i tak zbyt wiele ustąpiła pozwalając mu wychodzić z pokoju. Poza tym w szkołach w tych czasach przyjmowano tylko pra­wowite dzieci małżeństw katolickich, a na świadectwie uro­dzenia przyczepionym do kaftanika dziecka, kiedy je przy­niesiono do domu, Aureliano był zarejestrowany jako pod­rzutek. Tak więc został w domu na łasce litościwej opieki Sofii de la Piedad i przejaśnień umysłowych Urszuli, od­krywając zawężony świat domu, tak jak mu go tłumaczyły babki. Był wrażliwy, szczupły, obdarzony dociekliwością, która wyprowadzała z równowagi starszych. W przeciwień­stwie do pytającego, a czasem jasnowidzącego spojrzenia, jakie miał pułkownik w jego wieku, jego spojrzenie było ruchliwe i trochę roztargnione. W czasie gdy Amaranta Urszula przebywała w szkole, łapał glisty i torturował owady w ogrodzie. Alę kiedyś, gdy Fernanda zaskoczyła go wkładającego do pudełka skorpiony, ażeby potem wpu­ścić je do łóżka Urszuli, zamknęła go w dawnej sypialni Meme, gdzie urozmaicał swoje samotne godziny oglądaniem rysunków w encyklopedii. Tam znalazła go Urszula pew­nego popołudnia, kiedy skraplała cały dom mokrym od rosy porannej pęczkiem pokrzyw, i choć wiele razy już z nim rozmawiała, zapytała go, kim jest.

— Jestem Aureliano Buendia - odpowiedział.

- Prawda - powiedziała wtedy. - Najwyższy czas, żebyś zaczął się uczyć sztuki złotniczej.

Znowu pomyliła go ze swoim synem, ponieważ minął ciepły wiatr, który nastał po potopie i przywrócił umysłowi Urszuli przejściową jasność. Nie odzyskała rozumu. Wcho­dząc do swojej sypialni zastawała tam Petronilę Iguaran w krynolinie, o którą zawadzał każdy z przechodzących, i w żakieciku naszywanym paciorkami, który nosiła na uroczyste wizyty; była tam także Tranquilina Maria Miniata Alacoque Buendia, jej babka, która wachlowała się piórem pawia w swoim fotelu paralityczki, i pradziadek Aureliano Arcadio Buendia w fałszywym dolmanie gwardii wicekróla, i Aureliano Iguaran, jej ojciec, który ułożył specjalną modlit­wę skuteczną przeciwko kleszczom nękającym bydło, i jej świątobliwa matka, i kuzyn z ogonem prosięcia, i Jose Arcadio Buendia, i jej zmarli synowie - wszyscy siedzieli na krzesłach ustawionych przy ścianie, jakby tu przyszli nie z wizytą, ale na uroczystość czuwania przy zmarłym. Z każ­dym z nich nawiązała Urszula nić rozmowy, łącząc w barw­nym wątku sprawy bardzo odległe od siebie w czasie i prze­strzeni, i kiedy Amaranta Urszula wróciła ze szkoły, a Aure­liano znudził się przeglądaniem encyklopedii, znajdowali ją głośno mówiącą do siebie i zagubioną w labiryncie zmarłych. „Gore!" - krzyknęła kiedyś przestraszona wywołując na chwilę popłoch w całym domu, ale ten okrzyk odnosił się do pożaru stajni, na który patrzyła w wieku czterech lat. Doszła w końcu do takiego pomieszania przeszłości z czasem obec­nym, że podczas tych kilku przebłysków świadomości, które nawiedziły ją przed śmiercią, nikt nie był pewien, czy mówi o tym, co czuje, czy wspomina rzeczy dawne. Stopniowo zaczynała kurczyć się i upodabniać do embriona czy mumii, tak że w ostatnich miesiącach swego życia wyglądała jak suszona śliwka zagubiona w za dużej na nią koszuli, a wznie­sione archanielskie ramię w końcu zaczęło przypominać łapkę małpiego niemowlęcia. Czasem nie poruszała się przez parę dni i Santa Sofia de la Piedad musiała nią potrząsać, żeby przekonać się, czy żyje, i sadzała ją sobie na kolana, karmiąc po łyżeczce wodą z cukrem. Wyglądała jak sędziwy noworodek. Amaranta Urszula i Aureliano nosili ją na rękach po sypialni, kładli na ołtarzu, żeby zobaczyć, czy jest większa niż Dzieciątko Jezus, a pewnego popołudnia schowali ją w szafie w spiżarni, gdzie omal nie zjadły jej szczury. W Palmową Niedzielę weszli do sypialni, kiedy Fernanda była na mszy, i podnieśli ją z łóżka, trzymając za głowę i za nogi.

- Biedna prapraprababcia - powiedziała Amaranta Urszu­la - umarła nam ze starości! Urszula wzdrygnęła się.

- Przecież ja żyję! - zawołała.

- Widzisz - powiedziała Amaranta Urszula hamując śmiech - już nawet nie oddycha.

- Ja przecież mówię! - krzyknęła Urszula.

- Już nic nie mówi - powiedział Aureliano. - Umarła, cichutka jak świerszczyk.

Wtedy Urszula poddała się oczywistości. „Mój Boże - sze­pnęła - więc to już śmierć" - i zaczęła odmawiać modlitwę, pospiesznie, z głębi duszy. Trwało to przeszło dwa dni, w Wielki Wtorek prośby do Boga zaczęły się przeplatać z serią praktycznych porad i przestróg, żeby kolorowe mrówki nie rozsadziły domu, żeby nigdy nie pozwolono zgasnąć lampce przy dagerotypie Remedios, żeby żaden z Buendiów nie poślubił kogoś z tej samej krwi, bo wtedy rodzą się dzieci ze świńskim ogonem. Aureliano Drugi próbował wykorzystać ten obłęd i wydobyć z niej wyznanie, gdzie jest zakopane złoto, ale jego błagania i tym razem okazały się daremne. „Kiedy przyjdzie właściciel — powie­działa Urszula - Bóg go oświeci i wskaże mu, gdzie ma szukać". Santa Sofia de la Piedad była pewna, że w każdej chwili zastanie ją martwą, gdyż zauważyła w tych dniach zakłócenia w przyrodzie: róże pachniały koprem, wypadła jej z rąk tykwa wypełniona grochem i ziarenka ułożyły się na ziemi w idealnym porządku geometrycznym w kształt roz­gwiazdy, a którejś nocy zobaczyła przelatujący po niebie sznur świetlistych krążków pomarańczowych.

Umarła w Wielki Czwartek. Ostatnim razem, kiedy poma­gano jej obliczyć własny wiek za czasów Kompanii Banano­wej, obliczenia dały przybliżony wynik stu piętnastu-stu dwudziestu lat życia. Pochowano ją w skrzyneczce niewiele większej od koszyka, w którym przyniesiono Aureliana, i tylko nieliczna garstka osób wzięła udział w pogrzebie, bo bardzo już niewielu pozostało z tych, co ją pamiętali, a poza tym tego popołudnia był taki upał, że oszołomione ptaki rozbijały się jak śrut o ściany i przerywały metalowe siatki w oknach, żeby umrzeć w sypialniach.

Z początku przypuszczano, że to nowa plaga. Gospodynie ledwie trzymały się na nogach od ciągłego zamiatania zdech­łych ptaków, zwłaszcza w godzinie sjesty, a mężczyźni ładowali je na wózki i wrzucali do rzeki. W niedzielę wielkanocną stuletni ojciec Antonio Isabel ogłosił z ambony, że ptaki zdychają na skutek złych fluidów rozsiewanych przez Żyda Wiecznego Tułacza, którego on sam widział poprzedniej nocy. Opisał go jako hybrydę, skrzyżowanie kozła z samicą heretyczką, piekielną bestię, której oddech zatruwa powietrze i której obecność powoduje płodzenie potworów przez nowo zaślubione pary. Niewiele osób zwró­ciło uwagę na to apokaliptyczne kazanie, bo całe miasto było przekonane, że proboszczowi pomieszało się w głowie ze starości. Ale w następną środę pewna kobieta obudziła wszystkich o świcie krzycząc, że znalazła odciśnięte na ziemi ślady dwunoga z kopytami. Siady były tak wyraźne i auten­tyczne, że ci, którzy pobiegli je zobaczyć, nie mieli wątpliwo­ści co do istnienia straszliwego potwora podobnego do tego z opisu proboszcza i jednomyślnie postanowili zainstalować pułapki na swoich podwórkach. Tak więc potwór został schwytany. W dwa tygodnie po śmierci Urszuli któregoś ranka Petra Cotes i Aureliano Drugi obudzili się przerażeni rozlegającym się w pobliżu beczeniem olbrzymiego barana. Kiedy wstali, zwierz przestał już beczeć i gromada mężczyzn zdejmowała go z wyostrzonych włóczni umieszczonych w głębi dołu przykrytego zeschłymi liśćmi. Ważył tyle co wół, mimo że wzrostem nie przewyższał przeciętnego chło­paka, a z jego ran ciekła lepka zielona krew. Całe ciało pokrywała szczeć usiana maleńkimi larwami, a skóra podob­na była do łuski ryby, ale w przeciwieństwie do opisu proboszcza jego członki przypominały raczej cherlawego anioła niż mężczyznę, bo ręce miał gładkie i zwinne, oczy duże i zamglone, a na łopatkach widać było zakrzepłe blizny potężnych skrzydeł prawdopodobnie odrąbanych siekierą drwala. Zawieszono go głową w dół na drzewie migdało­wym pośrodku placu, tak żeby każdy mógł go obejrzeć, a kiedy zaczął się rozkładać, wrzucano ścierwo do ogniska, ponieważ nie można było ustalić, czy natura tego mieszańca każe go zaliczyć do zwierząt i wrzucić do rzeki, czy też do chrześcijan, w którym to wypadku powinien zostać po­grzebany w ziemi. Nie stwierdzono, czy to istotnie przez niego zdychały ptaki, ale nowożeńcy nie spłodzili zapowie­dzianych potworów ani nie zmniejszył się upał.

Pod koniec tego roku umarła Rebeka. Argenida, służąca która była przy niej całe życie, prosiła o pomoc władze miejskie, aby wyważyć drzwi sypialni, gdzie jej pani była zamknięta od trzech dni, i znaleziono ją w łóżku, zwiniętą jak krewetka, z głową wyłysiała od świerzbu i kciukiem tkwią­cym w ustach. Aureliano Drugi zajął się pogrzebem i próbo­wał odrestaurować dom, żeby go sprzedać, ale zniszczenie było tak daleko posunięte, że tynki odpadały zaraz po malowaniu i żadna zaprawa murarska nie zdołała zapobiec rozpadowi podłóg i gniciu belek obrośniętych mchem.

Wszystko tak wyglądało od czasów potopu. Apatia ludzi kontrastowała z żarłocznością zapomnienia, stopniowo i bez­litośnie zżerającego wszystko, co pozostało w pamięci, tak dalece, że w tym czasie, z okazji nowej rocznicy traktatu w Neerlandii, przybyli do Macondo emisariusze prezydenta republiki, aby wreszcie doręczyć order tylekroć odrzucany przez pułkownika Aureliana Buendię, i całe popołudnie stracili szukając kogoś, kto by im wskazał któregokolwiek z jego potomków. Aureliano Drugi miał ochotę przyjąć medal, pewien, że jest ze szczerego złota, ale Petra Cotes w ostatniej chwili odwiodła go od tej niegodnej pokusy, kiedy emisariusze przygotowali już przemówienie na uroczy­stość. W tym także czasie powrócili Cyganie, ostatni spadko­biercy nauk Mekjuiadesa, i zastali Macondo tak wyniszczone, a mieszkańców tak odseparowanych od reszty świata, że znów zaczęli krążyć po domach ciągnąc namagnetyzowane sztabki, jakby naprawdę był to ostatni wynalazek babilońs­kich mędrców, i znowu skupiali promienie słoneczne olb­rzymią lupą, i nie zabrakło takich, co wytrzeszczali ze zdumienia oczy i otwierali usta na widok spadających patelni i toczących się rondli, ani takich, co płacili po pięćdziesiąt centavos, by móc do woli przyglądać się starej Cygance, która wyjmowała i zakładała swoją sztuczną szczękę. Rozklekotany żółty pociąg, który nikogo nie przywoził ani nie zabierał i ledwie przystawał na opustoszałej stacji, był wszyst­kim, co pozostało po tłocznym pociągu pasażerskim, do którego pan Brown doczepiał swój wagon ze szklanym dachem i biskupimi fotelami, i po stu dwudziestu wagonach towarowych, których przejazd z ładunkiem bananów zaj­mował całe popołudnie. Delegaci kurii biskupiej, którzy przyjechali sprawdzić wiarygodność doniesień o dziwnej śmiertelności ptaków i całopaleniu Żyda Wiecznego Tułacza, zastali ojca Antonia Isabel bawiącego się z dziećmi w ciuciu­babkę i uważając jego sprawozdanie za wytwór halucynacji zabrali go do przytułku dla starców. Wkrótce potem przybył przysłany przez kurię ojciec Agusto Angel, nieugięty i nie­ustraszony krzyżowiec nowych czasów, który osobiście parę razy dziennie pociągał za dzwony, by nie zasypiały dusze wiernych, i chodził od domu do domu wzywając ospałych na poranną mszę; ale przed upływem roku i on także został zwyciężony przez atmosferę ruiny i pustki, którą oddychało się wraz z powietrzem, przez gorący kurz, który przysypywał i paraliżował wszystko, przez senność, o którą przyprawiały go zjadane co dzień na obiad mielone kotlety w nieznośnym upale sjesty.



Po śmierci Urszuli dom znowu popadł w zaniedbanie, z którego nie mogła go podźwignąć nawet wola tak silna i żywotna jak Amaranty Urszuli, która wiele lat później, będąc kobietą bez przesądów, wesołą i nowoczesną, ot­worzyła drzwi i okna, by wystraszyć ruinę, doprowadziła do porządku ogród, wytępiła kolorowe mrówki, nawet w biały dzień spacerujące po ganku, i daremnie usiłowała obudzić zapomnianego ducha gościnności. Klasztorne upodobania Fernandy zamknęły tamą nie do przebycia rwący potok stu lat Urszuli. Nie tylko zabroniła otwierać drzwi, kiedy minął gorący wiatr, ale kazała zabić okna drewnianymi krzyżami, posłuszna ojcowskiemu hasłu pogrzebania się za żyda. Żmudna korespondencja z niewidzialnymi medykami zakoń­czyła się klęską. Po długim odwlekaniu terminu zamknęła się w swojej sypialni w uzgodnionym dniu i godzinie, przykryta tylko białym prześcieradłem, z głową zwróconą na północ, i o pierwszej w nocy poczuła, że zakrywają jej twarz chustką przesiąkniętą lodowatym płynem. Kiedy się obudziła, słońce błyszczało za oknem i zobaczyła na swoim brzuchu długi szew w kształcie łuku, który ciągnął się od pachwiny aż do mostka między żebrami. Ale jeszcze zanim minął przewidzia­ny okres rekonwalescencji, otrzymała skonsternowany list od niewidzialnych medyków, którzy twierdzili, że po sześciu godzinach skrupulatnego badania nie znaleźli nic, co od­powiadałoby symptomom tyle razy i tak skrupulatnie przez nią opisywanym. Istotnie jej zgubny zwyczaj nienazywania rzeczy po imieniu doprowadził do nowego nieporozumienia i jedynym schorzeniem wykrytym przez telepatycznych chi­rurgów było opuszczenie macicy, co można było poprawić przez używanie pessarium. Rozczarowana Fernanda próbo­wała uzyskać jakąś bardziej precyzyjną informację, ale kore­spondenci już nie odpowiedzieli na jej listy. Czuła się tak przytłoczona ciężarem nie znanego słowa, że zdecydowała się w końcu przełknąć wstyd i zapytać, co to jest pessarium, i wtedy dopiero dowiedziała się, że francuski lekarz powiesił się trzy miesiące temu na belce i wbrew woli miasta został pogrzebany przez dawnego towarzysza broni pułkownika Aureliana Buendię. Wówczas zwierzyła się swojemu synowi Josemu Arcadio i ten przysłał jej z Rzymu pessarium z bro­szurką informacyjną, którą Fernanda po nauczeniu się treści na pamięć wrzuciła do latryny, żeby nikt nie mógł poznać natury jej dolegliwości. Była to niepotrzebna ostrożność, bo nikt w domu prawie nie zwracał na nią uwagi. Santa Sofia de la Piedad krążyła po korytarzach w osamotnieniu starości, gotując tę odrobinę, którą jedli, i niemal wyłącznie oddana doglądaniu Josego Arcadia Drugiego. Amaranta Urszula, która odziedziczyła część wdzięków Pięknej Remedios, od­rabianiem zadań szkolnych wypełniała czas przedtem po­święcony dręczeniu Urszuli i zaczęła wykazywać zdrowy rozsądek i zainteresowanie nauką, tak że w Aurelianie Dru­gim na nowo odżyły nadzieje, jakie niegdyś budziła w nim Meme. Przyrzekł wysłać ją na dokończenie nauki do Bruk­seli, zgodnie ze zwyczajem ustanowionym w czasach Kom­panii Bananowej, i ożywiony tą myślą usiłował odrestauro­wać ziemie zdewastowane przez potop. W domu widywano go rzadko i przychodził tylko do Amaranty Urszuli, bo z biegiem czasu stał się obcy dla Pernandy, a mały Aureliano w miarę zbliżania się okresu dojrzewania robił się coraz bardziej nieufny i zamknięty w sobie. Aureliano Drugi ufał, że starość zmiękczy serce Fernandy na tyle, żeby dziecko mogło włączyć się do normalnego życia w mieście, gdzie nikt z pewnością nie będzie się trudził dociekaniami sekretów jego pochodzenia. Ale sam Aureliano wydawał się zadowolo­ny z zamknięcia i samotności i nie zdradzał żadnych chęci poznania świata, który zaczynał się za drzwiami od ulicy. Kiedy Urszula kazała otworzyć pokój Melquiadesa, zaczął krążyć wokół niego i zerkać przez uchylone drzwi i zawiązała się nić wzajemnej sympatii między nim i Josem Arcadiem Drugim. Aureliano Drugi odkrył tę przyjaźń dopiero dużo później, kiedy usłyszał, że chłopak mówi o rzezi na stacji. Pewnego dnia ktoś przy stole ubolewał nad ruiną, w jakiej pogrążyło się miasto po opuszczeniu go przez Kompanię Bananową, a Aureliano zaprzeczył mu z powagą i znajomo­ścią rzeczy osoby dorosłej. Jego zdaniem, sprzecznym z opi­nią powszechną, Macondo było miastem bogatym i rozwijało się dobrze, do czasu gdy wprowadziła tam zamęt, korupcję i wyzysk Kompania Bananowa, której inżynierowie wywołali potop, żeby uniknąć dotrzymania umów zawartych z robot­nikami. Mówiąc tak rozsądnie, że Fernandzie wydawało się to grzeszną parodią Jezusa wśród doktorów, chłopiec opo­wiedział ze szczegółami o tym, jak wojsko wystrzelało ponad trzy tysiące robotników spędzonych na stację i jak załadowa­no trupy do pociągu o dwustu wagonach, żeby wyrzucić je do morza. Przekonana tak jak większość ludzi o prawdzie oficjalnej wersji, że nic się tego dnia nie stało, Fernanda zgorszyła się myślą, że chłopiec odziedziczył anarchistyczne instynkty pułkownika Aureliana Buendii, i kazała mu zamilk­nąć. Aureliano Drugi natomiast rozpoznał w opowiadaniu wersję swojego brata bliźniaka. W rzeczywistości, pomimo że wszyscy uważali go za obłąkanego, Jose Arcadio Drugi był w owym czasie najtrzeźwiejszym spośród domowników. Nauczył małego Aureliana czytać i pisać, wtajemniczył go w studia nad pergaminami i wpoił w niego tak osobistą interpretację znaczenia, jakie miała dla Macondo Kompania Bananowa, że wiele lat później, kiedy Aureliano widywał się z ludźmi, uważano, że powtarza historię powstałą w czyjejś wyobraźni, gdyż było to całkowicie sprzeczne z fałszywą wersją, którą historycy przyjęli i rozpowszechnili w podręcz­nikach szkolnych. W zacisznej izdebce, gdzie nigdy nie docierał upalny wiatr ani kurz, obaj przywoływali odwieczną zjawę starca, w kapeluszu z rondem wygiętym w kształt skrzydeł kruka, który opowiadał o świecie wsparty o framu­gę okna, na wiele lat przed ich urodzeniem. Obaj jednocześ­nie odkryli, że tam zawsze był marzec i zawsze poniedziałek, i wtedy zrozumiali, że Jose Arcadio Buendia nie był tak obłąkany, jak mówiła rodzina, lecz przeciwnie on jeden miał umysł dość jasny, by zbliżyć się do prawdy, że czas także ulega potknięciom i wypadkom i dlatego może się rozbić, i zostawić w jednym pokoju ułamek swojej wieczności. Jose Arcadio Drugi zdołał poza tym sklasyfikować kryptoznaki pergaminów. Pewien był, że odpowiadają alfabetowi złożonemu z czterdziestu siedmiu do pięćdziesięciu trzech liter, które, każda z osobna, wyglądały jak pająki czy bezmyślne gryzmoły, lecz w ozdobnej kaligrafii Melquiadesa przypomi­nały sztuki wypranej bielizny rozwieszonej do wyschnięcia na drucie. Aureliano przypomniał sobie, że widział podobną tablicę w encyklopedii angielskiej, i przyniósł ją, żeby poró­wnać z tablicą Jose Arcadio Drugiego. Były rzeczywiście identyczne.

W tym czasie, kiedy wpadł na pomysł loterii z zagadkami, Aureliano Drugi zaczął się budzić ze ściśniętym gardłem, jakby tłumił łkanie. Petra Cotes wytłumaczyła to jako jedną z dolegliwości spowodowanych przez niedożywienie i złe warunki życia i co rano, przez rok z górą, smarowała mu podniebienie pędzelkiem umaczanym w pszczelim miodzie i dawała do picia wywar z czarnej rzodkwi. Kiedy ucisk w gardle stał się tak dokuczliwy, że przeszkadzał mu od­dychać, Aureliano Drugi poszedł do Pilar Ternery spytać, czy nie zna ziół, które przyniosłyby mu ulgę. Jego babka, której nic nie było w stanie złamać i która dożyła setki lat jako właścicielka zakamuflowanego burdeliku, nie ufając przesądom terapeutycznym zasięgnęła rady kart. Zobaczyła w nich złotego konia z gardłem przebitym sztyletem przez waleta pikowego i wyciągnęła z tego wniosek, że Fernanda stara się ściągnąć męża z powrotem do domu za pomocą niegodziwego systemu wbijania szpilek w jego podobiznę i że to ona spowodowała utworzenie się guza w gardle przez niedostateczną znajomość swoich niecnych praktyk. Ponie­waż Aureliano Drugi nie miał żadnych fotografii oprócz ślubnych, które znajdowały się w albumie rodzinnym, szukał ich więc po całym domu starając się nie wzbudzić podejrzeń żony i w końcu znalazł w głębi szafy pół tuzina pessariów w oryginalnych opakowaniach. Przypuszczając, że kółeczka z czerwonego kauczuku, są jakimś narzędziem magii, włożył jedno do kieszeni, żeby je pokazać Pilar. Ta nie mogła określić jego pochodzenia, ale wydało jej się to tak podejrza­ne, że na wszelki wypadek poleciła mu przynieść całe pół tuzina i spaliła je w ognisku rozpalonym na podwórzu. Żeby udaremnić rzekome czary Fernandy, kazała Aurelianowi Drugiemu zmoczyć w wodzie kwokę i zakopać ją żywą pod kasztanem, co zrobił tak skwapliwie i z tak dobrą wiarą, że gdy skończył przykrywać suchymi liśćmi .świeżo skopaną ziemię, już czuł, że lepiej oddycha. Co do Fernandy, to wytłumaczyła zniknięcie pessariów jako złośliwość niewi­dzialnych medyków i wszyła sobie po wewnętrznej stronie koszuli rodzaj kieszonki, gdzie chowała nowe pessaria, które przysłał jej syn.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna