Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona20/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   26

Aureliano Drugi wrócił do domu ze swymi kuframi, przekonany, że nie 'tylko Urszula, ale wszyscy mieszkańcy Macondo czekają na lepszą pogodę, żeby umrzeć. Prze­chodząc widział, jak siedzieli w salonach wpatrzeni w prze­strzeń niewidzącym wzrokiem, ze skrzyżowanymi ramiona­mi, czując, jak mija czas, nie ograniczony niczym, nie poskromiony, bo nie było po co dzielić go na miesiące i lata ani dni na godziny, skoro nie można było robić nic poza obserwowaniem deszczu. Dzieci powitały radośnie Aureliana Drugiego, który znowu zaczął je rozweselać grą na ast­matycznym akordeonie. Ale koncerty nie pochłaniały ich uwagi tak jak oglądanie encyklopedii, toteż wznowiono posiedzenia w dawnym pokoju Meme, gdzie imaginacja Aureliana Drugiego przeobrażała zeppelin w latającego sło­nia poszukującego miejsca, żeby ułożyć się do snu wśród chmur. Kiedyś natrafił na obraz mężczyzny na koniu, który mimo egzotycznych szat miał w sobie coś dobrze znajomego, i po długim wpatrywaniu się doszedł do wniosku, że jest to portret pułkownika Aureliana Buendii. Pokazał go Fernandzie i ona także zauważyła podobieństwo jeźdźca, nie tylko do pułkownika, ale do wszystkich członków rodziny, chociaż w rzeczywistości był to jakiś wojownik tatarski. I tak mijał mu czas między Kolosem Rodyjskim a zaklinaczami węży, aż pewnego dnia małżonka oznajmiła mu, że w domu zostało już tylko sześć kilo solonego mięsa i jeden worek ryżu w spiżarni.

- No więc co mam zrobić? - zapytał.

- Nie wiem - odparła Fernanda. - To sprawy mężczyzn.

- Dobrze - oświadczył. - Coś się wymyśli, jak tylko przestanie padać.



W dalszym ciągu bardziej interesowała go encyklopedia niż kłopoty domowe, nawet wtedy, gdy musiał się zadowalać ochłapem mięsa i odrobiną ryżu na obiad. „Teraz i tak nic się nie da zrobić - mówił. - Nie może przecież padać przez całe życie". Im dalej odsuwał od siebie problemy spiżarni, tym bardziej rosło oburzenie Fernandy, aż wreszcie jej słabe protesty i ograniczone wyładowania nerwów rozpętały się w niepohamowany potok słów, który rozpoczął się pewnego ranka jak monotonne brzęczenie gitary i z biegiem dni przybierał tony coraz wyższe, coraz wspanialsze i bardziej różnorodne. Do uszu Aureliana Drugiego dotarł dopiero następnego dnia po śniadaniu. Oszołomiony brzęczeniem głośniejszym i bardziej uporczywym niż deszcz, uświadomił sobie, że Fernanda chodzi tam i z powrotem po wszystkich pokojach, lamentując nad tym, że ją wychowano jak królową po to, żeby skończyła jak służąca w domu wariatów, z mężem próżniakiem, bezbożnikiem i libertynem, który cały czas leży, gdy ona tymczasem haruje jak wół, żeby zatrzymać na poziomie życie w tym domu niczym nie zabez­pieczonym, gdzie tyle jest do roboty i gdzie tyle rzeczy trzeba znosić i tyle naprawiać od świtu do późnej nocy, tak że kładzie się do łóżka z oczami jakby pełnymi sproszkowanego szkła, a mimo to nikt dotychczas jej nie powiedział ani razu „dzień dobry, Fernando, czy dobrze spałaś, Fernando" i nie zapytał, bodaj przez grzeczność, czemu jest taka blada i dla­czego wstaje rano z tymi fioletowymi kręgami pod oczyma, choć oczywiście ona się nie spodziewa, żeby zdobył się na coś takiego ktokolwiek z tej rodziny, która w gruncie rzeczy zawsze traktowała ją jak zawalidrogę, jak szmatę do szoro­wania garnków, jak koczkodana wymalowanego na ścianie, w tym domu, gdzie wszyscy zawsze spiskowali przeciw niej po kątach, nazywali ją świętoszką, nazywali ją obłudnicą i jaszczurką, do tego stopnia, że nawet kiedyś Amaranta, świeć, Panie, nad jej duszą, powiedziała jej na cały głos, że własne gówno traktuje jak relikwię, niech jej Bóg przebaczy te bluźnierstwa, a ona wszystko zniosła w pokorze ofiarowu­jąc swoje poniżenie na intencję Ojca Świętego, ale nie mogła ścierpieć, kiedy ten złoczyńca Josę Arcadio Drugi powie­dział, że na własną zgubę rodzina otworzyła drzwi przed tą despotką z obcych stron, wyobraźcie sobie coś podobnego - despotką! - rodem z płaskowyżu, rodaczką tych żandar­mów, których rząd tu przysłał, żeby zabijali robotników, i wyraził się w ten sposób ni mniej, ni więcej, tylko o niej, chrzestnej córce księcia Alba, damie tak szlachetnie urodzo­nej, że wszystkim małżonkom prezydentów przewracały się wątroby, szlachciance najczystszej krwi, która ma prawo podpisywać się jedenastoma nazwiskami hiszpańskimi i jest jedną jedyną śmiertelniczką w tym mieście przybłędów, która nie zamienia się w słup soli na widok siedemnastu sztućców przy nakryciu i stara się przyzwoicie podawać jedzenie po to, żeby jej mąż, rozpustnik i cudzołóżca, pękając ze śmiechu mówił, że tyle łyżek i tyle widelców to chyba potrzebują stonogi, nie chrześcijanie, i ona jedna ze wszystkich zamiesz­kałych tu śmiertelników może z zamkniętymi oczami powie­dzieć, kiedy się podaje białe wino, po której stronie nakrycia i w jakim kieliszku, a kiedy się podaje czerwone, z której strony i w jakim kieliszku, a nie jak ta prostaczka Amaranta, świeć, Panie, nad jej duszą, co uważała, że białe wino podaje się w dzień, a czerwone wieczorem; i ona jedyna na całym wybrzeżu mogła się poszczycić tym, że używa do potrzeb naturalnych złotego nocnika, po to żeby później pułkownik Aureliano Buendia, Panie, świeć nad jego duszą, miał czel­ność ją zapytać, z tą swoją zgryźliwością masona, skąd sobie zasłużyła na taki przywilej i czy to, co ona robi do nocnika, to może gwiezdny pył, a nie zwyczajne gówno, i żeby Renata, jej rodzona córka, która zajrzała kiedyś przez or­dynarne wścibstwo do jej nocnika w sypialni, odpowiedziała mu, że i owszem, prawda, że nocnik jest złoty i z herbami, ale to w nim w środku, to najzwyklejsze w świecie ziemskie gówno, może jeszcze gorsze od innych, bo nietutejsze i śmie­rdzi płaskowyżem, to nie do wiary, jej własna, rodzona córka, toteż nigdy nie robiła sobie złudzeń co do reszty rodziny, ale tak czy owak ma chyba prawo oczekiwać trochę więcej uszanowania od własnego męża, bo jest bądź co bądź jej współmałżonkiem, uświęconym przez sakrament, jej le­galnym prześladowcą, który z własnej i nieprzymuszonej woli przyjął na swoje barki tak poważną odpowiedzialność jak zabranie jej z domu ojca, gdzie nigdy niczego jej nie brakowało i na nic nie mogła się uskarżać, gdzie plotła wieńce pogrzebowe dla przyjemności i rozrywki, bo jej ojciec chrzestny przysłał list ze swoim podpisem i herbem na swoim pierścieniu odciśniętym w laku po to tylko, by napisać, że ręce jego chrzestnej córki nie są stworzone do zajęć potrzebnych dla tego świata, chyba tylko takich jak gra na klawikordzie, a jednak mimo wszystko jej zwariowany mąż zabrał ją z rodzicielskiego domu nie słuchając żadnych napomnień i przestróg i zawiózł do tego przedsionka piekieł, gdzie nie można oddychać z gorąca, i jeszcze zanim ona skończyła swoje dni pokutne z okazji Zielonych Świąt, już a porzucił i odszedł ze swoimi wędrownymi kuframi i swoim niesławnym akordeonem, żeby nurzać się w bagnie rozpusty z tą z piekła rodem ladacznicą, bo wystarczyło tylko zobaczyć jej pośladki, żeby wiedzieć, co to za jedna, to znaczy zobaczyć, jak ona kręci tymi pośladkami i jak je wypina, żeby odgadnąć, że to najskrajniejsze przeciwieństwo jej, Fernandy, która zawsze jest damą, w pałacu czy w nędznej chacie, przy stole czy w łóżku, damą z urodzenia, bogobojną, posłuszną prawu i ulegle znoszącą swoje prze­znaczenie, i z nią, rzecz jasna, on nie może wyprawiać tych wszystkich cyrkowych sztuczek i łajdactw co z tamtą, która oczywiście na wszystko jest gotowa, jak te matrony francu­skie, a nawet jeszcze gorzej, kiedy się nad tym zastanowić, bo tamte przynajmniej na tyle są uczciwe, że zapalają czerwoną latarnię nad drzwiami, wyobrazić sobie tylko, że ni podobne świństwa miałaby pozwolić ona, jedyna i uko­chana córka dońi Renaty Argote i don Fernanda del Carpio, przede wszystkim jego córka, świątobliwego męża i przy­kładnego chrześcijanina, Kawalera Orderu Grobu Świętego, z tych, co prosto od Boga otrzymują ten specjalny przywilej, że nie rozkładają się w grobie i pozostają tacy jak za życia, ze skórą gładką jak atłas panny młodej i żywymi oczyma, przezroczystymi jak szmaragdy...

- Co to, to nieprawda - przerwał jej Aureliano Drugi. - Kiedy go przyniesiono, już cuchnął.

Słuchał jej cierpliwie przez cały dzień, dopóki nie przyłapał jej na tej nieścisłości. Fernanda nie zwróciła na to uwagi, ale zniżyła głos. Tego wieczora przy kolacji irytujące brzęczenie jej kantyczki zagłuszyło szmer deszczu. Aureliano Drugi zjadł bardzo niewiele, nie odrywając oczu od talerza, i wcześnie poszedł spać. Nazajutrz przy śniadaniu Fernanda drżała jak po nie przespanej nocy i rzekłbyś, że wyzbyła się doszczętnie swoich uraz. Nie mniej, gdy jej mąż spytał, czy mógłby dostać jajko na miękko, nie odpowiedziała mu po prostu, że jajek brakuje już od tygodnia, tylko wygłosiła sardoniczną diatrybe przeciwko ludziom, którzy spędzają cały czas na adoracji własnego pępka, a potem mają czelność dopominać się o frykasy przy stole. Aureliano Drugi zabrał się do przegląda­nia z dziećmi encyklopedii, jak zwykle, a Fernanda udawała, że robi porządki w sypialni Meme, po to tylko, żeby on słyszał jej mrukliwe uwagi na temat bezczelności, z jaką trzeba się urodzić, żeby wmawiać biednym niewiniątkom, że pułkownik Aureliano Buendia uwieczniony jest na portrecie w encyklope­dii. Po południu, kiedy dzieci spały, Aureliano Drugi usiadł na ganku, ale nawet tam nie przestała ścigać go Fernanda, prowokując go, dokuczając, kręcąc się wokół niego ze swym nieubłaganym brzęczeniem trzmiela, mówiąc, że lada dzień w domu do jedzenia pozostaną już tylko kamienie, ale jej męża, rzecz jasna, nic to nie obchodzi, siedzi sobie jak turecki basza przyglądając się deszczowi, bo do niczego więcej się nie nadaje i zresztą niczego więcej nie można wymagać od wałkonia, fanfarona, mazgaja miękkiego jak z waty, który przyzwyczaił się żyć z pracy kobiet i przekonany jest, że się ożenił z małżonką Jonasza, którą zadowoliła bajeczka o wielo­rybie. Aureliano Drugi słuchał jej przeszło dwie godziny bez jednego drgnięcia, jakby był głuchy. Przerwał jej dopiero późnym popołudniem, kiedy nie mógł już dłużej znieść tego rezonansu bębna rozsadzającego mu głowę.

- Zamilknij już, na litość boską - powiedział błagalnie. Fernanda, wręcz przeciwnie, podniosła głos. „Nie mam l powodu milczeć - powiedziała. - Kto nie chce mnie słuchać, może odejść". Wtedy Aureliano Drugi stracił panowanie nad sobą. Wstał bez pośpiechu, jakby chciał tytko rozprostować sobie kości, i z doprowadzoną do perfekcji zimną metodycz­ną furią chwytał jedną po drugiej doniczki z begoniami, paprociami i majerankiem i jedną po drugiej roztrzaskiwał o ziemię. Fernanda przestraszyła się, bo prawdę mówiąc dotychczas nie uświadamiała sobie jasno straszliwej siły swojej melopei, ale już było za późno na wszelkiego rodzaju próby sprostowania. Porwany rozpętaną nawałnicą wyłado­wującej się wściekłości, Aureliano Drugi potłukł oszklone ściany i dach ganku i jedną po drugiej, nie spiesząc się, wydobywał z kredensu sztuki porcelany, ciskał je o podłogę i robijał na proszek. Systematycznie, pogodnie, z taką samą wytrwałością, z jaką niegdyś wytapetował dom banknotami, zaczął potem rozbijać o ściany kryształy czeskie, ręcznie malowane flakony porcelanowe, obrazy dziewic w barkach pełnych róż, lustra w złoconych ramach, wszystko, co tylko dało się rozbić i połamać, od salonu do spiżarni, i skończył na olbrzymim dzbanie w kuchni, który roztrzaskał się na środku dziedzińca z głośnym hukiem. Potem umył sobie ręce, zarzucił na głowę ceratową płachtę i przed północą wrócił, niosąc kilka połci solonego mięsa, woreczków ryżu i kukurydzy z robakami, i parę żałosnych kiści bananów. Od tego czasu nie brakowało już w domu jedzenia.



Amaranta Urszula i mały Aureliano mieli wspominać potop jako szczęśliwy okres swego życia. Mimo rygorów Fernandy, chlapali się w błocie na dziedzińcu, polowali na jaszczurki, żeby je ćwiartować, i bawili się w zatruwanie zupy, wrzucając do garnka pył ze skrzydeł motylich, ilekroć Santa Sofia de la Piedad odwróciła się na chwilę. Ich najulubieńszą zabawką była Urszula. Uważali ją za wielką, rozsypującą się ze starości lalkę, ciągali ją z kąta w kąt ustrojoną w kolorowe szmaty, z twarzą umazaną sadzą i arniką, a kiedyś omal nie wydłubali jej oczu nożycami ogrodowymi, jak żabom. Nic ich tak nie cieszyło, jak jej mówienie od rzeczy. Istotnie, coś w jej mózgu musiało się popsuć w trzecim roku deszczu, bo stopniowo zatracała poczucie rzeczywistości i myliła teraźniejszość z najdalszymi okresami swego życia, tak że kiedyś przez trzy dni gorzko opłakiwała śmierć swojej prababki Petroneli Iguaran, po­chowanej przeszło sto lat temu. Wszystko jej się mieszało w głowie do tego stopnia, że małego Aureliana brała za swego syna pułkownika z czasów, kiedy zaprowadzono go do obozu Cyganów, żeby zobaczył lód, a Jose Arcadio przebywający w seminarium w Rzymie był dla niej jej pierworodnym, który poszedł za Cyganami. Tyle mówiła o rodzinie, że dzieci nauczyły się rozróżniać wszystkich jej członków - wymyśliły nową zabawę polegającą na zaprasza­niu wyimaginowanych gości, którzy nie tylko dawno już umarli, ale żyli w innych epokach. Siedząc na łóżku, z włosa­mi posypanymi popiołem i twarzą obowiązaną czerwoną chustką, Urszula czuła się szczęśliwa w otoczeniu nie ist­niejących krewnych, których dzieci opisywały jej tak szcze­gółowo, jakby ich znały naprawdę. Rozmawiała ze swymi przodkami o rzeczach, które działy się przed jej urodzeniem, radowała się nowinami, które jej przynosili, i razem z nimi opłakiwała zmarłych, którzy zeszli z tego świata wiele lat po śmierci jej gości. Wkrótce dzieci nie omieszkały zauważyć, że podczas tych wizyt zza świata Urszula zawsze pytała o kogoś, kto przyniósł do domu w czasie wojny gipsową statuę świętego Józefa naturalnej wielkości, z prośbą, żeby go przechowano do końca deszczów. W ten sposób Aureliano Drugi przypomniał sobie o pieniądzach zakopanych w jakimś miejscu znanym tylko Urszuli, ale daremne były jego pytania i podstępne manewry, jakimi usiłował wyciągnąć z niej prawdę, bo w labiryntach swego obłędu Urszula zachowała, rzekłbyś, pewien margines trzeźwości, aby bronić sekretu, który miała zdradzić tylko temu, kto dowiedzie, że jest prawowitym właścicielem zakopanego złota. Tak była zręczna i nieprzejednana, że gdy jeden z towarzyszy hulanek Aureliana Drugiego na jego polecenie odegrał rolę odnale­zionego właściciela fortuny, poddała go drobiazgowemu przesłuchaniu, z którego subtelnych pułapek nie mógł się wyplątać.

Przekonany, że Urszula zabierze z sobą tajemnicę do grobu, Aureliano Drugi wynajął drużynę kopaczy pod pre­tekstem przeprowadzenia kanałów odwadniających na dzie­dzińcu i bocznym podwórku i sam sondował ziemię że­laznymi drągami, z pomocą wszelkiego rodzaju wykrywaczy metali, ale po trzech miesiącach wyczerpujących badań geo­logicznych nie znalazł nic, co by przypominało złoto. Wre­szcie udał się do Pilar Ternery w nadziei, że karty zdziałają więcej niż łopaty i kilofy, ale ona już na wstępie wyjaśniła, że wszelkie próby są daremne, jeśli Urszula sama nie przełoży kart. Potwierdziła natomiast istnienie skarbu, określając go szczegółowo jako siedem tysięcy dwieście czternaście monet w trzech workach brezentowych związanych drutem, za­kopanych wewnątrz koła o promieniu stu dwudziestu dwóch metrów, biorąc jako środek koła miejsce, gdzie stoi łóżko Urszuli, ale uprzedziła, że zostanie to odnalezione dopiero wtedy, gdy skończą się deszcze i słońce trzech kolejnych czerwców zamieni błoto w kurz. Obfitość i drobiazgowa niejasność tych wskazówek wydała się Aurelianowi Dru­giemu tak podobna do opowieści z seansów spirytystycz­nych, że uparł się przy tym przedsięwzięciu, chociaż był to sierpień i należało czekać przynajmniej trzy lata na spełnienie warunków przepowiedni. Pierwsze, co go zdumia­ło, a zarazem jeszcze bardziej zbiło z tropu, było to spraw­dzenie, że od łóżka Urszuli do płotu zewnętrznego podwórza odległość wynosi dokładnie sto dwadzieścia dwa metry. Fernanda przestraszyła się, że jej mąż zwariował, tak samo jak jego brat bliźniak, kiedy zobaczyła go robiącego pomia­ry, a jeszcze bardziej kiedy kazał drużynie kopaczy pogłębiać rowy o jeszcze jeden metr. Porwany gorączką poszukiwacza złota, podobnie jak jego pradziadek, kiedy poszukiwał drogi do wielkich wynalazków, Aureliano Drugi stracił ostatnie fałdy tłuszczu, jakie jeszcze pozostały na jego ciele, i dawne podobieństwo do brata bliźniaka znowu zaczęło się rysować nie tylko w wychudłej postaci, ale także w sposobie bycia, dalekim i roztargnionym. Nie zajmował się już dziećmi. Jadał o jakiejkolwiek godzinie, utytłany w błocie od stóp do głów, w kącie kuchni, ledwie odpowiadając na pytania, jakie czasem ośmielała mu się zadać Santa Sofia de la Piedad. Widząc go tak zapracowanym jak nigdy Fernanda, która przedtem nie potrafiłaby sobie tego nawet wyobrazić, wzięła jego beztroskę za skwapliwość, chciwość za poświęcenie, a upór za wytrzymałość i zaczęło ją gryźć sumienie z powodu złośliwości, z jaką wyrzucała mu nieróbstwo. Aureliano Drugi nie był jednak w nastroju do chrześcijańskich pojed­nań. Zanurzony po szyję w grzęzawisku zgniłych kwiatów i uschniętych gałęzi, przetrząsał piędź za piędzią ziemię w ogrodzie, skończywszy z podwórzem wewnętrznym i bocznym, i tak głęboko podważył fundamenty wschod­niego ganku domu, że pewnej nocy wszyscy zerwali się obudzeni czymś, co wydawało się kataklizmem, zarówno ze względu na wstrząsy jak i groźne trzeszczenie podziemne, i stwierdzili, że wali się część ganku i że przerażająca szczelina biegnie stamtąd aż do sypialni Fernandy. Nie skłoniło to Aureliana Drugiego do zaniechania trudów.

Nawet kiedy już zgasły ostatnie nadzieje i tylko przepowied­nie z kart zdawały się mieć jeszcze jakiś sens, umocnił nadwerężone fundamenty, zatkał szczelinę zaprawą murarską i dalej przekopywał niezmordowanie zachodnią stronę domu. Tam zastał go jeszcze drugi tydzień czerwca, kiedy deszcz zaczął się uspokajać, chmury podniosły się wyżej i widać było, że lada chwila rozjaśni się niebo. Tak też się stało. Pewnego piątku o drugiej po południu nad światem rozbłys­ło zdumione słońce, karmazynowe, ostre jak pył ceglany i niemal równie chłodne jak woda, a potem deszcz już nie padał przez dziesięć lat.

Macondo było jedną ruiną. W grzęzawiskach na ulicy pozostały połamane meble, szkielety zwierząt, z których wykwitały kolorowe lilie, ostatnie ślady hordy najeźdźców, którzy uciekli z Mocondo równie nagle, jak przybyli. Domy, budowane z takim pośpiechem podczas gorączki bananowej, stały pustką. Z dawnego państwa za drutami zostały tylko szczątki. Drewniane domy, cieniste tarasy, gdzie upływały pogodne popołudnia na grze w karty, wydawały się zmiecione podmuchem zwiastującym ów bi­blijny wiatr, który wiele lat później miał zgładzić Macondo z powierzchni ziemi. Jedynym ludzkim śladem, jaki zostawił po sobie ten żarłoczny podmuch, była rękawiczka Patrycji Brown w samochodzie zarosłym polnymi bratkami. Za­czarowana kraina, którą odkrył Jose Arcadio Buendia w czasach założenia Macondo i gdzie później prosperowały plantacje bananów, była gąszczem zgniłych pędów, na którego dalekim widnokręgu przez wiele lat dostrzec było można milczące fale morza. Aurelino Drugi przeżył chwile ciężkiego przygnębienia w pierwszą niedzielę, kiedy włożył na siebie suche ubranie i wyszedł na rekonesans na miasto. Ci, co przetrwali katastrofę, wszyscy ci, co już mieszkali w Macondo, zanim jego podstawami wstrząsnął huragan Kompanii Bananowej, siedzieli na środku ulicy radując się pierwszymi promieniami słońca. Ich skóra zachowała jeszcze zielony kolor wodorostów i zapach stęchlizny - piętno, jakim naznaczyły ją deszcze, ale w głębi serc wydawali się zadowoleni z odzyskania miasta, gdzie się narodzili. Ulica Turków wyglądała tak jak niegdyś, w pierwszych latach, kiedy Arabowie w szpiczastych ciżmach i z obręczami w uszach, ci sami, którzy przebiegli świat wymieniając papugi na świecidełka, znaleźli tu zaciszną przystań, gdzie mogli odpocząć po tysiącletniej wędrówce. Po deszczu towary na bazarach gniły i rozpadały się na kawałki, te, które wystawiono w otwartych drzwiach, porosły mchem, lady podminowane były przez termity, a ściany zżarte wilgocią, ale Arabowie trzeciego pokolenia siedzieli w tym samym miejscu i w tej samej pozie co ich ojcowie i dziadkowie, milczący, nieulękli, odporni na czas i klęskę, równie żywi lub równie martwi jak po pladze bezsenności i trzydziestu dwóch wojnach pułkownika Aureliana Buendii. Tak zdumiewająca była ich siła ducha w obliczu szczątków stołów do gry, straganów z przysmakami, strzelnic jarmarcznych i uliczki, gdzie tłumaczono sny i przepowiadano przyszłość, że Aureliano Drugi ze zwykłą bezceremonialnością pytał ich, jakie cudowne sposoby zastosowali, żeby nie zginąć od piorunów w czasie burzy, jak, u diabła, to zrobili, żeby nie utonąć. Jeden za drugim, od progu do progu, odpowiadał mu takim samym filuternym uśmiechem i rozmarzonym spojrzeniem i wszyscy, nie umawiając się, dawali tę samą odpowiedź:

- W wodzie trzeba umieć pływać!

Petra Cotes, jedyna bodaj ze wszystkich tu urodzonych, miała w sobie serce Araba. Widziała ostatnie resztki swoich obór i stajen zmiecione przez burzę, ale udało jej się ocalić dom, który stał nietknięty. Przez ostatni rok wysyłała do Aureliana Drugiego naglące polecenia, on jednak zawsze odpowiadał, że nie wie, kiedy wróci do domu, ale w każdym wypadku przyniesie z sobą skrzynię złotych monet, żeby wyłożyć nimi podłogę sypialni. Wtedy zaczęła rozpaczliwie szperać we własnym sercu, w poszukiwaniu siły, która pozwoliłaby jej przetrwać nieszczęście, i znalazła tam wściek­łość, trzeźwą i sprawiedliwą, i poprzysięgła sobie odbudować fortunę roztrwonioną przez kochanka i do reszty wyniszczo­ną przez powódź. Była to decyzja tak niezłomna, że Aureliano Drugi wrócił do domu w osiem miesięcy po ostatnim wezwaniu i zastał ją zzieleniałą, rozczochraną, z zapadłymi oczyma i skórą zżartą przez liszaje, ale wypisywała numery na kawałeczkach papieru, żeby zorganizować loterię. Aureliano Drugi stał osłupiały i tak był wychudły i uroczysty, że Petra Cotes nie poznała go, pewna, że przyszedł do niej nie ten, który był jej kochankiem przez całe życie, ale jego brat bliźniak.

- Oszalałaś - powiedział. - Chyba że zamiast fantów chcesz losować kości.



Wtedy kazała zajrzeć mu do sypialni i Aureliano Drugi zobaczył muła. Składał się wyłącznie ze skóry i kości, jak jego właścicielka, ale był równie żywy i zdecydowany jak ona. Petra Cotes żywiła go swoją wściekłością i kiedy już nie było trawy ani kukurydzy, ani korzeni, zabrała go do swojej sypialni i dawała mu do jedzenia perkalowe prześcieradła, perskie dywany, pluszowe kapy, aksamitne kotary i wreszcie haftowany złotymi nićmi baldachim z jedwabną frędzlą nad biskupim łożem.

Urszula musiała się zdobyć na wielki wysiłek, żeby do­pełnić swego przyrzeczenia i umrzeć, kiedy się wypogodzi. Przebłyski trzeźwości umysłu, tak rzadkie przez cały czas trwania deszczów, stały się częstsze począwszy od sierpnia, kiedy zerwał się ostry wiatr, łamiąc krzaki róż, wysuszając błoto na kamień i przysypując Macondo lepkim pyłem, który przykrył na zawsze pordzewiałe dachy cynkowe i stu­letnie migdałowce. Urszula płakała z żalu dowiedziawszy się, że przez trzy lata z górą była zabawką w rękach dzieci. Umyła pomazaną twarz, zdjęła z siebie strzępy wstą­żek, zeschłe jaszczurki i żaby, szkaplerze i stare naszyjniki arabskie, którymi była obwieszona na całym ciele, i pierwszy raz od śmierci Amaranty podniosła się z łóżka bez niczyjej pomocy, żeby na nowo włączyć się w życie rodziny. Hart jej niestrudzonego serca pozwolił orientować się w cie­mnościach. Ci, którzy widzieli jej potknięcia i zawadzali w przejściu o jej archanielskie ramię zawsze uniesione na wysokości głowy, myśleli, że z trudem dźwiga swoje ciało, ale jeszcze nie wierzyli w jej ślepotę. Nie potrzebowała wzroku - żeby wiedzieć - że grządki kwiatów, tak pieczołowicie hodowanych od czasu pierwszej rozbudowy domu, zostały zniszczone przez deszcz i rozkopane przez AureJiana Drugiego, że popękały ściany i cement podłogi, że meble chwieją się i obłażą z politury, drzwi wypadają z zawiasów, a rodzinie grozi przygnębienie i upadek ducha, nie do pomyślenia za jej czasów. Posuwając się po omacku przez opustoszałe sypialnie słyszała nieustające drążenie terminów, buszowanie moli w szafach i niszczycielskie bzyczenie ol­brzymich czerwonych mrówek, które rozpleniły się podczas potopu i przeżarły fundamenty domu. Pewnego dnia ot­worzyła kufer z figurami świętych i Santa Sofia de la Piedad musiała jej pomóc strząsnąć z siebie karaluchy, które wyskoczyły z wnętrza, gdzie zżarły ubrania na proszek. „Nie można żyć w takim niedbalstwie - wołała. - Jak tak dalej pójdzie, nas samych w końcu pożrą bestie". Odtąd nie zaznała chwili wypoczynku. Na nogach od świtu, prosiła o pomoc i zatrudniała każdego, kto był pod ręką, nawet dzieci. Wystawiła na słońce nieliczną garderobę, która na­dawała się jeszcze do użytku, wypłoszyła karaluchy środkami owadobójczymi, zniszczyła ścieżki termitów w drzwiach i oknach i zalała niegaszonym wapnem gniazda. Gorączka odnawiania zaprowadziła ją w końcu do zapomnianych po­mieszczeń. Kazała oczyścić ze śmieci i pajęczyn pokój, gdzie Josemu Arcadiowi Buendii wysechł mózg w poszukiwaniu kamienia filozoficznego, uporządkowała warsztat złotniczy zdewastowany przez żołnierzy, a w końcu zażądała kluczy od pokoju Melquiadesa, żeby sprawdzić, w jakim stanie się znajduje. Wierna życzeniu Josego Arcadia Drugiego, który zabronił wstępu do siebie, dopóki nie będzie jakiejś oczywistej wskazówki, że umarł, Santa Sofia de la Piedad użyła wszelkiego rodzaju wykrętów, żeby zmylić Urszulę. Tak niezłomne było jednak jej postanowienie, by nie zo­stawić insektom nawet najskrytszego i najbardziej zapom­nianego kąta domu, że usunęła wszystkie przeszkody, jakie próbowano stawiać, i po trzech dniach nalegań dopięła tego, że otworzono przed nią pokój. Musiała chwycić się futryny, żeby nie zemdleć od smrodu, ale wystarczyły dwie sekundy, by sobie przypomniała, że tam przechowywano siedemdziesiąt dwa nocniki pensjonarek i że którejś z pierw­szych nocy deszczowych patrol żołnierzy przeprowadzał re­wizję w domu szukając Josego Arcadia Drugiego i nie mógł go znaleźć.

- Boże święty! - zawołała, jakby widziała wszystko. - Ty­le starań, żeby cię nauczyć czystości i porządku po to, abyś skończył w chlewie!



1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna