Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona2/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26
tak nieugięta. Usiłował zwieść ją blaskiem swoich fantazji i obietnicą wspaniałego świata, gdzie wystar­czy skropić ziemię magicznym płynem, aby rośliny dały owoce, jakie tylko człowiek zechce, i gdzie sprzedają za bezcen wszelkie środki przeciwko bólom. Ale Urszula pozo­stała niewrażliwa na jego wspaniałe wizje.

- Zamiast się upierać przy twoich wariackich pomysłach, zatroszczyłbyś się lepiej o własnych synów - odpowiedziała. - Spójrz tylko na nich, zdani na łaskę boską, zaniedbani i głupi jak osły.



Jose Arcadio Buendia przyjął dosłownie to, co powiedzia­ła żona. Spojrzał przez okno, zobaczył dwóch bosych chłop­ców w słonecznym ogrodzie i doznał wrażenia, że dopiero od tego momentu zaczęli istnieć, stworzeni zaklęciem Urszuli. Wtedy coś się stało w głębi jego istoty, coś tajemniczego i nieodwołalnego, coś, co go oderwało od czasu, w którym tkwił obecnie, i poniosło na oślep w niezbadaną strefę wspomnień. Podczas gdy Urszula dalej zamiatała dom, które­go - teraz już była tego pewna - nie miała opuścić do końca życia, on stał wpatrzony w dzieci niewidzącym wzrokiem, aż zwilgotniały mu oczy i wytarł je wierzchem dłoni z głębokim westchnieniem rezygnacji.

- Dobrze - powiedział. - Powiedz im, żeby przyszli pomóc mi powyjmować rzeczy ze skrzyni.

Starszy z synów, Jose Arcadio, skończył czternaście lat. Miał kwadratową czaszkę, kędzierzawe włosy i samowolny charakter swego ojca. Choć zapowiadało się, że odziedziczy po nim wzrost i tężyznę fizyczną, już wtedy było oczywiste, że brakuje mu ojcowskiej wyobraźni. Został poczęty i uro­dzony podczas uciążliwej przeprawy przez góry, przed zało­żeniem Macondo, i rodzice dziękowali niebiosom przekona­wszy się, że nie ma żadnego organu zwierzęcego. Aureliano, pierwsza istota ludzka urodzona w Macondo, miał skończyć sześć lat w marcu. Był cichy i zamknięty w sobie. Płakał w łonie swojej matki i urodził się z otwartymi oczami. Podczas przecinania pępowiny kręcił głową na wszystkie strony, rozpoznając przedmioty w pokoju i przypatrując się twarzom ludzi z ciekawością, ale bez zdziwienia. Później - obojętny na tych, którzy zbliżyli się, żeby go poznać - całą uwagę skupił na palmowym dachu, który zdawał się bliski zawalenia pod straszliwym naporem deszczu. Urszula przy­pomniała sobie intensywność tego spojrzenia w dniu, kiedy trzyletni Aureliano wszedł do kuchni w chwili, gdy ona wyjęła z pieca i postawiła na stole garnek z wrzącym rosołem. Chłopiec stojąc bezradnie w drzwiach powiedział: „Zaraz zleci". Garnek stał mocno na środku stołu, ale ledwie chłopak zdążył wymówić te słowa, zaczął nieuchronnie posu­wać się w kierunku brzegu, jakby pod impulsem dynamiki wewnętrznej, i roztrzaskał się na ziemi. Urszula przerażona opowiedziała ten epizod mężowi, ten jednak potraktował to jako zjawisko naturalne. Taki był zawsze, obcy życiu swoich synów, po części dlatego, że uważał dzieciństwo za okres niedorozwoju umysłowego, a poza tym za bardzo pochłania­ły go chimeryczne spekulacje.

Ale od tego popołudnia, kiedy przywołał synów, aby mu pomogli rozpakować przyrządy laboratoryjne, zaczął poświę­cać im większość swego czasu. W ustronnej izdebce, której ściany pokrywały się z wolna nieprawdopodobnymi mapami i bajecznymi rysunkami, nauczył ich czytać, pisać i rachować. Opowiadał o cudach tego świata nie tylko w granicach swoich wiadomości, ale wysilał swoją wyobraźnię, posuwając ją do krańców niewiarygodnych. W taki to sposób chłopcy dowiedzieli się, iż na samym południu Afryki żyją ludzie tak inteligentni i spokojni, że ich jedynym zajęciem jest siedzenie i rozmyślanie, i że można przejść suchą stopą przez Morze Egejskie, przeskakując z wyspy na wyspę aż do portu Saloniki. Te fascynujące opowieści pozostawiły tak trwały ślad w pamięci chłopców, że wiele lat później, na sekundę przed rozkazem „ognia", który oficer wojsk regularnych rzucił plutonowi egzekucyjnemu, pułkownik Aureliano Buendia przeżył na nowo ów ciepły wieczór marcowy, w któ­rym jego ojciec przerwał lekcję fizyki i znieruchomiał z ręką w powietrzu i utkwionymi w jeden punkt oczyma, słysząc z daleka piszczałki, bębny i grzechotki Cyganów, którzy znowu przybywali do wsi, aby zaprezentować ostatni za­dziwiający wynalazek uczonych z Memfis.



Byli to nowi Cyganie. Młodzi mężczyźni i kobiety, którzy znali tylko swój własny język, dorodni, z oliwkową skórą i zręcznymi rękami. Ich tańce i muzyka wywoływały na ulicach rozgardiasz pełen nieokiełznanej wesołości, bo przy­wieźli z sobą różnobarwne papugi recytujące włoskie romance, kurę, która znosiła setkę złotych jajek na dźwięk tamburynu, tresowaną małpę, która odgadywała myśli, skom­plikowaną maszynę służącą jednocześnie do przyszywania guzików i obniżania temperatury, aparat do wypłaszania złych wspomnień, plaster do zabijania czasu i tysiąc innych jeszcze wynalazków tak przemyślnych i osobliwych, że Jose Arcadio Buendia zapragnął wynaleźć specjalną maszynę, któ­ra ułatwiłaby mu spamiętanie ich wszystkich. W mgnieniu oka przewrócili do góry nogami całą wieś. Mieszkańcy Macondo zgubili się nagle na własnych ulicach, oszołomieni tym jarmarkiem cudów.

Idąc między dwoma chłopcami, których trzymał za ręce, żeby nie zgubili się w tłumie, mijając linoskoczków o złotych zębach i kuglarzy o sześciu ramionach, dusząc się pomiesza­nym zapachem nawozu i drzewa sandałowego, Jose Arcadio Buendia gorączkowo poszukiwał Melquiadesa, żeby ten wy­jawił mu sekrety tego baśniowego mirażu. Spytał o niego Cyganów, ale nie rozumieli jego języka. Doszedł w końcu do miejsca, gdzie Melquiades zazwyczaj rozbijał swój namiot, i spotkał tam małomównego Ormianina, który zachwalał po hiszpańsku syrop zapewniający człowiekowi niewidzialność. Wypił przed chwilą jednym haustem szklankę bursztynowe­go płynu, kiedy Jose Arcadio Buendia przepchnął się przez tłum gapiów oglądających widowisko i zdążył zadać pytanie. Cygan ogarnął go zdziwionym spojrzeniem, zanim przeobraził się w kałużę cuchnącej i parującej smoły, nad którą unosiło się echo jego odpowiedzi: „Melquiades umarł". Oszołomiony tą wiadomością Jose Arcadio Buendia stał bez ruchu usiłując opanować wzruszenie, póki nie rozproszył się tłum żądny nowych rozrywek i kałuża po małomównym Ormianinie nie wyparowała doszczętnie. Później inni Cyga­nie potwierdzili, że Melquiadesa istotnie zmogła żółta febra na bagnach Singapuru i ciało jego wrzucono w najgłębsze miejsce Morza Jawajskiego. Na chłopcach ta wiadomość nie wywarła wrażenia. Chcieli koniecznie obejrzeć wspaniałą nowość wynalezioną przez uczonych z Memfis i zapowiadaną u wejścia do namiotu, który, jak mówiono, należał do króla Salomona. Napierali się tak, że Jose Arcadio Buendia zapłacił trzydzieści realów i zaprowadził ich do środka namiotu, gdzie olbrzym z obrośniętym torsem i ogoloną głową, z miedzianą obręczą w nosie i ciężkim żelaznym łańcuchem wokół kostki u nogi strzegł skrzyni piratów. Gdy olbrzym uniósł wieko, ze skrzyni powiał lodowaty podmuch. W środ­ku znajdował się tylko ogromny przezroczysty blok, jakby zlepiony z niezliczonego mnóstwa igiełek, w których światło zmierzchu rozszczepiało się na różnokolorowe gwiazdki. Oszołomiony, wiedząc, że chłopcy oczekują natychmiasto­wych wyjaśnień, Jose Arcadio Buendia odważył się szepnąć:

- To chyba największy diament świata...

- Nie - powiedział Cygan. - To jest lód.

Jose Arcadio Buendia, nie rozumiejąc, wyciągnął rękę w kierunku lodu, ale olbrzym odsunął go. „Pięć realów za dotknięcie" - powiedział. Jose Arcadio Buendia zapłacił, dotknął ręką lodu i trzymał ją tak przez parę minut, podczas gdy jego serce biło mocno ze strachu a zarazem radości zetknięcia się z tajemnicą. Nie wiedząc, co powiedzieć, zapłacił jeszcze dziesięć realów, żeby jego synowie także mogli przeżyć to cudowne doświadczenie. Mały Jose Ar­cadio odmówił dotknięcia lodu. Aureliano, przeciwnie, zbli­żył się o krok, położył rękę i natychmiast ją cofnął. „Gotuje się!" - krzyknął przerażony. Ale ojciec nie zwrócił na niego uwagi. Odurzony oczywistością cudu, zapomniał w oka­mgnieniu o klęskach swych szaleńczych pomysłów i o zwło­kach Melquiadesa rzuconych na żer mątwom. Zapłacił na­stępne pięć realów i z ręką na bloku lodowym, jak gdyby składał przysięgę na Pismo Święte, wykrzyknął:

- Oto największy wynalazek naszych czasów!



Kiedy korsarz Francis Drakę napadł w XVI wieku na miasteczko Riohacha, prababka Urszuli Iguaran tak bardzo zlękła się huku dział i bicia dzwonów na trwogę, że nie panując nad nerwami usiadła na rozpalonej płycie kuchennej. Oparzenia uczyniły ją do końca życia bezużyteczną małżon­ką. Siadać mogła tylko połową przeznaczonej do tego części ciała i wsparta na poduszkach, musiało jej też pozostać coś dziwnego w sposobie poruszania się, bo nigdy nie chciała chodzić przy ludziach nawet po domu. Wyrzekła się wszel­kiego życia towarzyskiego dręczona obsesją, że jej ciało czuć spalenizną. Świt zastawał ją na podwórzu: bała się zasnąć, bo śniło się jej, że Anglicy ze swymi psami gończymi włażą przez okno do jej sypialni i haniebnie torturują rozpalonym do czerwoności żelazem. Jej mąż, kupiec aragoński, z któ­rym miała dwoje dzieci, połowę dochodów ze sklepu wyda­wał na lekarstwa i rozrywki, próbując ulżyć jej lękom. W końcu zwinął interes i z całą rodziną powędrował, by osiedlić się daleko od morza, w wiosce spokojnych Indian, położonej u podnóża gór. Tam zbudował dla żony sypialnię bez okien, aby nie mieli którędy włazić piraci z jej koszmar­nych snów.

W tej to zapadłej wsi mieszkał od bardzo dawna, zajmując się uprawą tytoniu, Jose Arcadio Buendia, Kreol, z którym pradziad Urszuli wszedł w spółkę tak owocną, że w ciągu kilku lat obaj dorobili się fortuny. Kilka wieków później praprawnuk Kreola ożenił się z praprawnuczką Aragończyka. Dlatego też w chwilach, gdy Urszulę wyprowadzały z równowagi obłąkańcze pomysły męża, przeskakiwała trzy­sta lat przypadków i zrządzeń losu, przeklinając godzinę, w której Francis Drakę napadł na Riohacha. Był to po prostu sposób wyładowania gniewu, w rzeczywistości bowiem czuli się związani aż do grobu węzłem mocniejszym niż miłość - wspólnym wyrzutem sumienia. Byli kuzynami. Razem wychowali się w dawnej wsi, którą z czasem przodkowie obojga, dzięki swej pracowitości i dobrym obyczajom, uczy­nili jednym z pierwszych miasteczek w prowincji. Chociaż małżeństwo między nimi było do przewidzenia od momentu ich przyjścia na świat, kiedy wyrazili chęć pobrania się, krewni próbowali temu przeszkodzić. Obawiali się, że tę dorodną parę potomków dwóch od wieków ze sobą spo­krewnionych rodów może spotkać hańba wydania na świat potworków i że ze związku tego narodzą się iguany. Istniał bowiem straszliwy precedens. Pewna ciotka Urszuli wyszła za wuja Josego Arcadia Buendii i urodziła syna, który przez całe życie nosił niezwykle luźne spodnie i umarł z upływu krwi, przeżywszy czterdzieści dwa lata w stanie absolutnego dziewictwa, bo przyszedł na świat i chodził do końca swych dni z ogonkiem chrząstkowym w kształcie korkociągu, za­kończonym kępką włosów. Był to świński ogon, którego nigdy nie widziała żadna kobieta i którego utratę nieszczęśnik przypłacił życiem, gdy pewien zaprzyjaźniony rzeźnik odrąbał mu go tasakiem. Jose Arcadio Buendia z beztroską swych dziewiętnastu lat rozstrzygnął problem jednym zda­niem: „Nic mi nie przeszkadza, jeśli będę miał prosięta, byle umiały mówić". Tak więc pobrali się, a wesele z orkiestrą i fajerwerkami trwało trzy dni. Byliby szczęśliwi już od tej chwili, gdyby matka Urszuli nie nastraszyła jej złowrogimi prognostykami co do potomstwa i nie wymogła na niej odmowy dopełnienia powinności małżeńskiej. W obawie, że krewki i porywczy mąż weźmie ją gwałtem w czasie snu, Urszula kładąc się do łóżka wciągała na siebie rodzaj zgrzeb­nych spodni, które matka uszyła jej z żaglowego płótna, umocnionych systemem krzyżujących się rzemieni i zamyka­nych z przodu na grubą żelazną klamrę. Trwało to przez kilka miesięcy. W ciągu dnia mąż zajmował się trenowaniem kogutów do walki, ona zaś haftowała z matką na krosnach. W nocy mocowali się przez kilka godzin z napięciem i gwał­townością, która zaczynała już niemal zastępować im zbliże­nie miłosne, aż w końcu mieszkańcy miasteczka wywęszyli, że coś tu nie jest w porządku, i rozpuścili pogłoskę, że Urszula w rok po ślubie pozostała dziewicą, ponieważ ma męża impotenta. Jose Arcadio dowiedział się o tej plotce ostatni.

- Widzisz Urszulo, co gadają ludzie - powiedział z wiel­kim spokojem do żony.

- A niech sobie gadają - odparła. - My wiemy, że to nieprawda.

Sytuacja pozostała więc bez zmian przez dalszych sześć miesięcy, aż do tej tragicznej niedzieli, kiedy Jose Arcadio Buendia wygrał w walce kogutów z Prudenciem Aguilarem. Wściekły i wzburzony widokiem krwi swego koguta Prudencio odsunął się od przeciwnika na taką odległość, aby wszyscy obecni mogli usłyszeć to, co chciał mu powiedzieć.

- Winszuję ci! - krzyknął. - Może wreszcie ten kogut odda przysługę twojej żonie!

Jose Arcadio spokojnie zabrał swojego koguta.

- Zaraz wracam - oznajmił wszystkim. Potem zaś zwrócił się do Prudencia Aguilara: - A ty idź do domu po broń, bo przyjdę cię zabić.

Po dziesięciu minutach wrócił ze straszliwą śmiercionośną włócznią swego dziada. Prudencio Aguilar czekał na niego u wejścia na kogucią arenę, gdzie zebrało się już pół mias­teczka. Nie miał czasu się bronić. Włócznia Josego Arcadio Buendii, rzucona z niewiarygodną siłą i z taką samą celno­ścią, z jaką ciskał ją pierwszy Aureliano Buendia, gdy tępił grasujące w okolicy jaguary, przebiła mu gardło na wylot. Tej nocy, gdy czuwano przy zwłokach Prudencia na arenie walk kogucich, Jose Arcadio Buendia wszedł do sypialni w chwili, gdy jego żona wkładała swój pas cnoty. Potrząsając jej włócznią przed nosem rozkazał: „Zdejmij to". Urszula uczuła się bezsilna wobec zdecydowanej postawy męża. „Ty będziesz odpowiedzialny za to, co się stanie" - szepnęła. Jose Arcadio Buendia wbił włócznię w klepisko.

- Jeżeli urodzisz iguany, będziemy wychowywać iguany - powiedział. - Ale nie będzie już więcej ofiar w tym miasteczku z twojej winy.

Była to przyjemna noc czerwcowa, chłodna i jasna od księżycowego blasku. Nie spali aż do rana, baraszkując w łóżku, obojętni na przynoszone przez wiatr do sypialni dalekie echa płaczu krewnych Prudencia Aguilara.

Sprawę potraktowano jako pojedynek honorowy; pewien niepokój pozostał jednak w sumieniu małżonków. Którejś nocy, gdy Urszula nie mogąc zasnąć wyszła na podwórze napić się wody, ujrzała stojącego przy wielkim dzbanie Prudencia Aguilara. Był siny, z twarzą pełną smutku, i pę­czkiem trawy usiłował zatkać ziejącą w gardle dziurę. Nie budził w niej strachu, tylko litość. Wróciła do pokoju i opowiedziała mężowi, co zobaczyła, ale on nie uwierzył. »Umarli nie wychodzą z grobu - powiedział. - Rzecz w tym, że nie możemy udźwignąć tego ciężaru na sumieniu". W dwie noce później Urszula znów ujrzała Prudencia w ła­zience, gdy zmywał sobie pęczkiem trawy zakrzepłą na szyi krew. Kiedy indziej zobaczyła go spacerującego w strugach deszczu. Jose Arcadio Buendia rozgniewany nocnymi przywidzeniami żony wyszedł na podwórko uzbrojony w dziadkową włócznię. Przed nim stał smutny jak zawsze nieboszczyk.

- Wynoś się do diabła! - krzyknął Jose Arcadio Buendia.

- Choćbyś wracał sto razy, zawsze cię zabiję.

Prudencio Aguilar nie odszedł, a Jose Arcadio Buendia nie ośmielił się rzucić włócznią. Od tego czasu nie mógł spać spokojnie. Dręczył go ten bezbrzeżny żal, z jakim spoglądał na niego zmarły stojący na deszczu, jego głęboka tęsknota za żywymi, niepokój, z jakim krążył po domu szukając wody, aby zmoczyć swój pęczek trawy. „Pewnie bardzo cierpi - powiedział do Urszuli. - Widać, że jest bardzo samotny". Tak się tym przejęła, że kiedy następnym razem zobaczyła nieboszczyka zaglądającego do garnków w kuchni, zrozu­miała, czego szuka, i odtąd wszędzie zostawiała dla niego kubki z wodą. Którejś nocy, gdy Jose Arcadio Buendia ujrzał w swoim własnym pokoju zabitego obmywającego ranę, nie mógł już dłużej wytrzymać.

- Dobrze, Prudencio - powiedział. - Pójdziemy sobie z tego miasteczka jak najdalej i nigdy tu nie wrócimy. Możesz odejść spokojnie.

Tak oto podjęli przeprawę przez góry. Kilku przyjaciół Josego Arcadia Buendii, równie jak on młodych, dało się porwać przygodzie. Pozbierali domowe graty i wraz z żona­mi i dziećmi wyruszyli na poszukiwanie ziemi, której nikt im nie obiecywał. Przed opuszczeniem domu Jose Arcadio Buendia zakopał włócznię na podwórzu i pozarzynał jednego po drugim wszystkie swoje wspaniałe koguty w nadziei, że tym sposobem zapewni Prudenciowi Aguilarowi nieco spo­koju. Urszula zabrała tylko kufer z wyprawą ślubną, kilka domowych sprzętów i odziedziczoną po ojcu szkatułkę ze złotymi monetami. Nie wyznaczyli sobie z góry żadnej określonej marszruty. Starali się tylko wędrować w kierunku przeciwnym do Riohacha, aby nie zostawić żadnego śladu i nie spotkać znajomych. Był to zupełny absurd. Po czternas­tu miesiącach wędrówki, z żołądkiem zepsutym przez małpie mięso i zupę z węży, Urszula urodziła syna, którego przyna­leżność do rasy ludzkiej nie budziła żadnych wątpliwości. Połowę drogi przebyła w hamaku zawieszonym na drągu, który niosło dwóch mężczyzn, bo nogi spuchły jej tak, że nie mogła iść, a żylaki pękały jak bąble. Dzieci, choć wyglądały żałośnie, z wydętymi brzuszkami i oczyma bez blasku, znios­ły wyprawę lepiej od rodziców, traktując ją przez większość czasu jak dobrą zabawę. Pewnego ranka po dwóch niemal latach wędrówki przez góry - pierwsi spośród śmiertelnych - ujrzeli zachodnie zbocza łańcucha. Z zasnutego chmurami szczytu patrzyli na ogromną wodnistą równinę wielkich mokradeł, ciągnącą się aż po krańce świata. Ale nigdy nie zobaczyli morza. Którejś nocy, po kilku miesiącach błądzenia pośród bagnisk, daleko od ostatnich napotkanych po drodze Indian, rozbili obóz na brzegu kamienistej rzeki, której wody wyglądały jak potok lodowatego szkła. W wiele lat później, podczas drugiej wojny domowej, pułkownik Aureliano Bu­endia próbował przebyć tę samą trasę, żeby zdobyć Riohacha przez zaskoczenie, i już po sześciu dniach drogi zrozumiał, że to szaleństwo. Niemniej przeto, jeśli tej nocy na brzegu rzeki drużyna jego ojca wyglądała jak garść rozbitków w sytuacji bez wyjścia, to liczebnie zwiększyła się podczas wędrówki przez góry i wszyscy byli zdecydowani umrzeć dopiero ze starości (co im się zresztą udało). Josemu Arcadiowi Buendii przyśniło się tej nocy, że na miejscu obozu wznosi się gwarne miasto, w którym domy mają ściany z luster. Zapytał, co to za miasto, i w odpowiedzi wymieniono nazwę, której nigdy przedtem nie słyszał, i która nic nie oznaczała, a jednak tej nocy we śnie przybrała dźwięk magicznego zaklęcia: Macon-do. Nazajutrz przekonał swoich ludzi, że nigdy nie znajdą morza. Kazał im wyciąć drzewa, żeby w chłodniejszym miejscu nad rzeką utworzyć polanę, i tu założyli osadę.

Jose Arcadio Buendia nie potrafił rozszyfrować snu o do­mach z lustrzanymi ścianami aż do dnia, gdy zobaczył lód. Wtedy wydało mu się, że rozumie jego głęboki sens. Pomyś­lał, że w niedalekiej przyszłości będzie można produkować bloki lodu na wielką skalę, z tak prostego surowca jak woda, i budować z nich nowe domy. Macondo przestałoby wów­czas być rozżarzonym piecem, gdzie zawiasy i kołatki u drzwi miękną i wypaczają się od upału, i zmieniłoby się w miasto wiecznej zimy. Jeśli nie wytrwał w swych próbach stworzenia fabryki lodu, to dlatego, że w tym czasie oddawał się z prawdziwym entuzjazmem wychowaniu synów, zwłasz­cza Aureliana, który od pierwszej chwili zdradzał wyjątkowe talenty alchemika. Laboratorium zostało otarte z kurzu. Przejrzawszy notatki Melquiadesa, teraz już s. spokojem, bez podniecenia, jakie wzbudza nowość, długo i cierpliwie pró­bowali oddzielić złoto Urszuli od przywartej do dna garnka skorupy. Młody Jose Arcadio prawie nie uczestniczył w tych zabiegach. Podczas gdy jego ojciec ciałem i duszą tkwił przy swym tyglu, dziarski potomek pierworodna który zawsze był za duży na swój wiek, wyrósł na imponującego młodzień­ca. Przeszedł mutację. Pod nosem sypnął mu się pierwszy meszek. Któregoś wieczoru Urszula weszła do pokoju w chwili, gdy jej syn rozbierał się do snu, i doznała niejas­nego uczucia wstydu, a zarazem podziwu ten pierwszy mężczyzna, którego widziała nago, nie liczy męża, tak był znakomicie wyposażony przez naturę, że aż wydało jej się to nienormalne. Oczekując trzeciego dziecka Urszula zaczęła przeżywać na nowo swoje obawy z pierwszych miesięcy po ślubie.

Przychodziła wówczas do ich domu pewni kobieta, weso­ła i cięta w języku, która pomagała przy zajęciach domowych i umiała czytać przyszłość z kart. Urszula zwierzyła się jej ze swych niepokojów co do syna. Myślała, że ów nieproporcjo­nalnie duży szczegół jego budowy jest czymś równie urągają­cym naturze jak świński ogon kuzyna. Kobieta wybuchnęła donośnym śmiechem, który zadźwięczał w całym domu jak szklany deszcz. „Przeciwnie - rzekła. - Będzie szczęśliwy". Dla potwierdzenia swej przepowiedni przyniosła w kilka dni później karty i zamknęła się z Jose Arcadiem w przyległej do kuchni stodole. Rozłożyła karty z wielkim spokojem na starym warsztacie stolarskim, mówiąc o jakichś błahostkach, podczas gdy chłopak stojąc przy niej czekał bardziej znudzo­ny niż zaciekawiony. Nagle wyciągnęła rękę i dotknęła go. „Coś podobnego" - rzekła szczerze przestraszona i nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Jose Arcadio poczuł, że uginają się pod nim nogi, ogarnął go dziwnie słodki lęk i ogromna chęć do płaczu. Kobieta nic mu nie podszepnęła. Ale Jose Arcadio prze/ całą noc przywoływał jej obraz wspominając dymny zapach jej ciała, który przywarł do jego własnej skóry. Chciał być zawsze przy niej, chciał, żeby to ona była jego matką, żeby nigdy nie wychodzili z tej stodoły, żeby ona mówiła: „coś podobnego" i znów go dotykała, i powtarzała to samo. Któregoś dnia nie mógł już tego dłużej znieść i poszedł do jej domu. Złożył kurtuazyjną wizytę, raczej niezrozumiałą w tych okolicznościach, i siedział w sa­lonie nie odzywając się mi słowem. W tym momencie nie pragnął jej. Wydała mu się inna, nie mająca nic wspólnego z tym obrazem, jaki jej zapach wywoływał przed jego oczyma, jak gdyby była kimś innym. Wypił kawę i wyszedł zniechęcony. Tej nocy w udręce bezsenności znów zapragnął Jej z dzikim utęsknieniem, ale tym razem nie takiej, jaką pamiętał ze stodoły, lecz takiej, jaką była tego popołudnia.

W kilka dni później, ci stąd, ni zowąd, kobieta zaprosiła go do swego domu, w dniu, kiedy była sama z matką, i zaprowadziła go do sypialni pod pretekstem pokazania mu sztuczki karcianej. Wtedy dotknęła go z taką swobodą, że po pierwszym wstrząsie doznał rozczarowania i odczuł więcej lęku niż rozkoszy. Zaproponowała, żeby przyszedł do niej tej nocy. Zgodził się, aby jakoś z tego wybrnąć, wiedział jednak, że nie potrafi się na to zdobyć. Ale w nocy, gdy leżał na swoim rozpalonym łóżku, zrozumiał, że musi iść do niej, choćby nie mógł. Ubrał się po omacku, słysząc w ciemności spokojny oddech swego brata, suchy kaszel ojca w sąsiednim pokoju, astmatyczne dyszenie ;kur na podwórzu, brzęczenie moskitów, łomotanie własnego serca, cały dotąd nie do­strzegany gwar świata, i wyszedł na uśpioną ulicę. Pragnął z całego serca, żeby drzwi były zaryglowane, a nie, jak mu przyrzekła, tylko przymknięte. Były jednak otwarte. Pchnął je czubkami palców; zawiasy wydały posępny i wyraźny jęk, który odbił się w jego trzewiach lodowatym echem. Gdy wszedł ukradkiem, na palcach, nie robiąc najlżejszego szme­ru, poczuł od pierwszej chwili jej zapach. Znajdował się jeszcze w małym pokoju, gdzie trzej bracia tej kobiety rozwieszali swoje hamaki w miejscach, których nie mógł po ciemku określić, chociaż musiał przejść tędy po omacku, pchnąć drzwi do sypialni i trafić do właściwego łóżka. Udało mu się. Potknął się o sznury hamaków wiszących niżej, niż przypuszczał, a mężczyzna, który dotąd chrapał, poruszył się przez sen i powiedział tonem jakby rozczarowania: „To było w środę". Kiedy pchnął drzwi do sypialni, nie zdołał prze­szkodzić, by zaskrzypiały. Nagle, wśród absolutnej ciemności pojął z uczuciem bezsilnego smutku, że jest zupełnie zdezo­rientowany. W ciasnym pokoju spała matka, druga jej córka z mężem i dwojgiem dzieci oraz ta kobieta, która może wcale na niego nie czekała. Mógłby kierować się zapachem, gdyby zapach ten nie unosił się w całym domu, tak złudny, a zara­zem tak wyraźny, jak gdyby zawsze tkwił w jego skórze.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna