Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona19/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   26

Jose Arcadio Drugi nie odezwał się, póki nie skończył pić kawy.



  • Musiało ich być około trzech tysięcy - szepnął.

- Co?

- Zabitych - wyjaśnił. - Zginęli wszyscy, co byli na stacji, Kobieta spojrzała na niego z litością. „Tu nie było żadnych zabitych - powiedziała. - Od czasów twego stryja pułkownika nic się nie działo w Macondo". W trzech kuchniach, w któ­rych zatrzymywał się J osę Arcadio Drugi, zanim doszedł do domu, powiedziano mu to samo: „Nie było zabitych". Przeszedł przez placyk na stacji i zobaczył stoły, na których wczoraj sprzedawano przekąski, spiętrzone jedne na drugich, i tam także nie znalazł żadnych śladów masakry. Ulice były puste, w potokach uporczywego deszczu, a domy zamknięte, bez jakichkolwiek znaków życia wewnątrz. Jedyną wieścią ludzką było uderzenie w dzwony na jutrznię. Zastukał do drzwi domu pułkownika Gavilana. Kobieta w ciąży, którą znał z widzenia, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. „Odjechał - powiedziała przestraszona. - Wrócił do swego kraju!"

Główne wejście do zelektryfikowanego kurnika było strzeżone, jak zwykle, przez dwóch miejscowych policjan­tów, którzy wyglądali jak kamienne posągi w ociekających deszczem płaszczach nieprzemakalnych i ceratowych kas­kach. W swojej bocznej uliczce Murzyni z Antyli śpiewali chórem sobotnie psalmy. Jose Arcadio Drugi przeskoczy} ogrodzenie podwórza i wszedł do domu przez drzwi od kuchni. Santa Sofia de la Piedad przywitała go szeptem:

„Żeby tylko Fernanda cię nie zobaczyła! — powiedziała.

- Lada chwila wstanie z łóżka". Jakby wypełniając nie wypowiedziany słowami pakt zaprowadziła swego syna do „pokoju nocników", przygotowała mu rozklekotane łóżko Melquiadesa i około drugiej, kiedy Fernanda odpoczywała po obiedzie, podała mu przez okno talerz z jedzeniem.

Aureliano Drugi spał tego dnia w domu, bo tam zaskoczył go deszcz, i o trzeciej po południu wciąż jeszcze czekał, aż przestanie padać. O tej godzinie, poinformowany w tajemnicy przez matkę, poszedł odwiedzić swego brata w pokoju Melquiadesa. On także nie uwierzył w opowiadanie o masak­rze i pociągu wiozącym trupy do morza. Poprzedniej nocy wszyscy czytali nadzwyczajne obwieszczenie rządu stwier­dzające, że robotnicy posłuchali rozkazu opuszczenia stacji i spokojnie rozeszli się do domów. W obwieszczeniu infor­mowano także, że przywódcy związkowi, ożywieni duchem patriotyzmu, ograniczyli swoje żądania do dwóch punktów reformy służby lekarskiej i zbudowania latryn w mieszka­niach. Później podano jeszcze do wiadomości, że władze wojskowe za zgodą robotników pospieszyły zakomunikować to panu Brownowi, który nie tylko przyjął te nowe warunki, ale zaofiarował się pokryć koszty zabaw publicznych dla uczczenia końca konfliktu. Tyle tylko, że podobno kiedy przedstawiciele wojska zapytali o datę podpisania nowej umowy, dyrektor spojrzał przez okno na niebo oświetlane raz po raz błyskawicami i zrobił gest wyrażający niepewność.

- Chyba kiedy się wypogodzi - powiedział. - Póki będą trwały deszcze, przerwiemy wszelkiego rodzaju działalność.

Nie padało od trzech miesięcy i był okres suszy. Ale kiedy pan Brown oznajmił swoją decyzję, w całej strefie bananowej lunął deszcz, który zaskoczył Josego Arcadia na drodze do Macondo. W tydzień później wciąż jeszcze padało. Wersja oficjalna, tysiąc razy powtarzana i rozpowszechniana w ca­łym kraju wszelkimi środkami przekazu, jakie znalazł rząd w swoim zasięgu, w końcu zwyciężyła: nie było zabitych i robotnicy zadowoleni powrócili do swoich rodzin, a Kom­pania Bananowa zawieszała działalność do czasu, gdy ustaną deszcze. Stan wojenny trwał nadal, w przewidywaniu konie­czności zastosowania nadzwyczajnych środków przeciwko publicznej klęsce deszczy, ale wojsko było skoszarowane. W ciągu dnia wojskowi brnęli przez potoki wody na ulicach, w spodniach podwiniętych do polowy łydki, bawiąc się z dziećmi w rozbicie okrętu. W nocy, po godzinie policyjnej, wyłamywali kolbami drzwi domów, wyciągali podejrzanych z łóżka i zabierali z sobą w podróż bez powrotu. Było to wciąż jeszcze poszukiwanie i eksterminacja złoczyńców, mor­derców, podpalaczy i buntowników objętych Dekretem Nr 4, ale wojskowi przeczyli temu i wypierali się przed krewnymi swych ofiar, którzy oblegali biura dowództwa pytając o wia­domości. „Na pewno się komuś to wszystko przyśniło - powtarzali oficerowie i urzędnicy. - W Macondo nic się nie stało i nigdy się nie stanie. To jest miasto szczęśliwe". W ten sposób dokonano eksterminacji przywódców związków za­wodowych.

Jedynym, który pozostał przy życiu, był Jose Arcadio Drugi. Pewnej nocy w lutym dało się słyszeć nieomylne łomotanie kolbami w drzwi. Aureliano Drugi, który wciąż czekał, aż ustanie deszcz, żeby wyjść z domu, poszedł otworzyć i znalazł się oko w oko z sześcioma żołnierzami pod komendą oficera. Ociekający deszczem, bez słowa przeszukali dom, pokój za pokojem, szafę za szafą, od salonów do strychu. Urszula zbudziła się, kiedy zapalili światło w sypialni, i ani razu nie westchnęła podczas trwania rewizji, ale trzymała skrzyżowane palce poruszając nimi w tym kierunku, w jakim poruszali się żołnierze. Santa Sofia de la Piedad zdołała uprzedzić Josego Arcadia, który spał w pokoju Melquiadesa, ale on zrozumiał, że już za późno próbować ucieczki. Santa Sofia de la Piedad zamknęła więc drzwi z powrotem, on włożył koszulę i buty i usiadł na łóżku, czekając, aż wejdą żołnierze. W tej chwili przetrząsali warsztat złotniczy. Oficer kazał otworzyć kłódkę i w jednym pospiesznym okrążeniu wnętrza latarką zobaczył stół do pracy, oszkloną gablotkę z buteleczkami kwasów i narzędzia­mi, które znajdowały się wciąż w tym samym miejscu, gdzie zostawił je ich właściciel, i zrozumiał, jak się zdawało, że w tym pokoju nikt nie mieszka. Niemniej spytał chytrze Aureliana

Drugiego, czy to on jest złotnikiem, ten zaś odpowiedział, że był to niegdyś warsztat pułkownika Aureliana Buendii. „Aha" - powiedział oficer i zapaliwszy światło zarządził przeszukiwanie tak dokładne, że uwagi rewidujących nie uszło osiemnaście złotych rybek, które zostały nie przetopione i były ukryte w blaszanej puszce za buteleczkami. Oficer obejrzał jedną po drugiej na stole roboczym i wtedy zmiękł. „Chciałbym wziąć jedną na pamiątkę — powiedział — w swoim czasie były znakiem rebelii, ale teraz są relikwią". Był miody, niemal w latach chłopięcych, bez odrobiny nieśmiałości, i miał w sobie coś naturalnego i sympatycznego, czego przedtem nie dało się zauważyć. Aureliano Drugi podarował mu rybkę. Oficer włożył ją do kieszeni koszuli z błyskiem dziecinnej radości w oczach, a pozostałe rybki wrzucił do pudełka i postawił je tam, gdzie było.

- To bezcenna pamiątka - powiedział. - Pułkownik Aure­liano Buendia był jednym z naszych najwierniejszych ludzi.

Ten ludzki odruch nie wpłynął jednak na jego czynności zawodowe. Przed drzwiami pokoju Melquiadesa, także za­mkniętymi na kłódkę, Santa Sofia de la Piedad odwołała się do ostatniej nadziei. „W tym pokoju nikt nie mieszkał prawie od stu lat" - powiedziała. Oficer kazał otworzyć i snopem światła latarki zamiótł ściany dokoła. Aureliano Drugi i Santa Sofia de la Piedad ujrzeli błędne oczy Josego Arcadia Drugiego w momencie, gdy snop światła przesunął się po jego twarzy, i zrozumieli, że tu jest koniec jednego niepokoju i początek drugiego, który dopiero znajdzie ulgę w rezygnacji. Ale oficer dalej oglądał wnętrze za pomocą latarki, nie okazując żadnego zainteresowania, póki nie zauważył siedemdziesięciu dwóch nocników spiętrzonych na szafach. Wtedy zapalił światło. Jose Arcadio Drugi siedział na brzegu łóżka, gotów iść za żołnierza­mi, bardziej uroczysty i zamyślony niż kiedykolwiek. W głębi były półki z rozsypującymi się książkami, zwojami pergaminów i stół do pracy czysty i porządny, ze świeżym jeszcze atramentem w kałamarzach. Ta sama świeżość była w powiet­rzu i ta sama przezroczystość, ten sam broniący od kurzu i zniszczenia przywilej, który znał Aureliano Drugi w dzieciń­stwie i którego tylko pułkownik Aureliano Buendia nie mógł dostrzec. Ale oficera interesowały tylko nocniki.

- Ile osób mieszka w tym domu? - zapytał.

- PięĆ.


Oficer najwidoczniej nie zrozumiał. Zatrzymał wzrok na tym kawałku przestrzeni, gdzie Aureliano Drugi i Santa Sofia de la Piedad wciąż widzieli Josego Arcadia Drugiego, i ten także zdał sobie sprawę, że oficer patrzy na niego nie widząc. Potem zgasił światło i zamknął drzwi. Słysząc go rozmawiającego z żołnierzami Aureliano Drugi zrozumiał, że młody oficer widział wnętrze pokoju tymi samymi oczyma, jakimi patrzył na nie pułkownik Aureliano Buendia.

- To prawda, że nikt nie zaglądał do tego pokoju przynaj­mniej od stu lat - powiedział oficer do żołnierzy. - Tu muszą być nawet węże.

Z chwilą gdy zamknęły się drzwi, Jose Arcadio Drugi był pewien, że jego wojna jest skończona. Wiele lat temu pułkownik Aureliano Buendia mówił mu o fascynacji, jaką wywiera wojna, i próbował dowieść jej w niezliczonych przykładach z własnego doświadczenia. Wierzył mu wtedy. Ale tej nocy, gdy żołnierze patrzyli na niego nie widzącym wzrokiem, Jose Arcadio Drugi myśląc o napięciu ostatnich miesięcy, o nędzach więzienia, o panice na stacji i pociągu naładowanym trupami, doszedł do wniosku, że pułkownik Aureliano Buendia był błaznem albo głupcem. Nie rozumiał, że można potrzebować tylu słów na wytłumaczenie tego, co się czuje na wojnie, kiedy wystarczy tylko jedno: strach. W pokoju Melquiadesa, pod ochroną sztucznego światła, szmeru deszczu i poczucia, że jest niewidzialny, Jose Arcadio chwilę swego poprzedniego życia, i jedynym strachem, jaki przetrwał, było to, żeby go nie zakopano żywcem. Santa Sofia de la Piedad, która przyniosła mu posiłek dzienny i której powiedział, czego się lęka, przyrzekła mu, że będzie starała się żyć jak najdłużej, nawet wtedy, gdy ją opuszczą siły, żeby upewnić się, czy go nie zakopano żywego. Bez­pieczny od wszelkich lęków Jose Arcadio Drugi zajął się więc studiowaniem pergaminów Melquiadesa, z tym większą ochotą, im mniej je rozumiał. Gdy przywykł do szmeru deszczowego, który po dwóch miesiącach zmienił się w jakąś nową formę ciszy, jedyną rzeczą zakłócającą jego samotność były kroki, które słyszał, gdy wchodziła i wychodziła Santa Sofia de la Piedad. Dlatego prosił ją, żeby mu stawiała jedzenie na parapecie okna, a drzwi zamknęła na kłódkę. Reszta rodziny zapomniała o nim, nawet Fernanda nie miała nic przeciw temu, żeby go tam zostawić, dowiedziawszy się, że żołnierze widzieli go i nie poznali. Po sześciu miesiącach zamknięcia, kiedy wojsko wycofało się z Macondo, Aureliano Drugi zdjął kłódkę szukając kogoś, z kim mógłby roz­mawiać, póki nie skończą się deszcze. Kiedy otworzył drzwi, uderzył go w nozdrza smród nocników, które były ustawio­ne na podłodze i wszystkie wielokrotnie używane. Jose Arcadio Drugi, zżerany świerzbem, obojętny na smrodliwe powietrze, czytał bez końca niezrozumiałe pergaminy. Pro­mieniał jakąś anielską błogością. Ledwie podniósł wzrok na odgłos otwierających się drzwi, ale jego bratu wystarczyło to spojrzenie, żeby dostrzec w nim powtórzony obraz nie­odwracalnego losu pradziadka.

- Było ich przeszło trzy tysiące - tyle tylko powiedział Jose Arcadio Drugi. - Wszyscy, którzy się zebrali na stacji.



Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Były okresy mżawki, kiedy wszyscy wkładali pontyfikalne szaty i przybierali wyraz twarzy rekonwalescentów, żeby uczcić koniec pory deszczowej, wkrótce jednak przyzwyczaili się interpretować te pauzy jako zapowiedzi wzmożonej ule­wy. Niebo rozdzierały niszczycielskie burze, a z północy przychodziły huragany, zrywały dachy domów, rozwalały ściany i wyrywały z korzeniami z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach. Tak jak w czasie epidemii bezsenności, którą Urszula przypominała sobie w te dni, sama plaga pobudzała do obmyślania środków obrony przeciwko nu­dzie. Aureliano Drugi był jednym z tych, którzy najwytrwalej i najenergiczniej opierali się bezczynności. Przyszedł do domu z jakiegoś błahego powodu tego wieczora, kiedy pan Brown przywołał ducha deszczów, i Fernanda chciała mu dać połamany parasol, który znalazła w szafie. „Nie trzeba - powiedział. - Zostanę tu, póki nie przestanie padać". Nie było to oczywiście rygorystyczne i bezkom­promisowe zobowiązanie, ale mało brakowało, a byłby, je wypełnił co do joty. Ponieważ cała jego garderoba znaj­dowała się u Petry Cotes, co trzy dni ściągał z siebie bieliznę i czekał ubrany tylko w kalesony, aż mu ją wypiorą. Żeby się nie nudzić, zajął się naprawą licznych uszkodzeń w domu. Umocnił zawiasy, naoliwił zamki, poprzykręcał klamki w drzwiach, wyrównał zasuwy. Przez kilka miesięcy krążył po domu ze skrzynką z narzędziami, którą praw­dopodobnie zapomnieli zabrać Cyganie za czasów Josego Arcadia Buendii, i nikt nie wiedział, czy to z powodu tych ćwiczeń gimnastycznych, czy jesiennej melancholii, czy też na skutek przymusowego postu brzuch spadał mu sto­pniowo, kurczył się jak skórzany bukłak, jego oblicze roz­promienionego żółwia stało się mniej czerwone, a podbródek mniej nalany, aż wreszcie cały mniej zaczął przypominać gruboskórca i mógł znowu sam sobie wiązać sznurowadła u butów. Widząc go naprawiającego klamki i rozkręcającego zegary, Pernanda zastanawiała się, czy on także nie padł ofiarą błędnego koła, jak pułkownik Aureliano Buendia ze złotymi rybkami, Amaranta ze swoim całunem, Jose Arcadio Drugi z pergaminami, a Urszula ze wspomnieniami. Ale to nie była prawda. To deszcz niszczył i psuł wszystko, między trybami maszyn najbardziej jałowych wyrastały kwiatki, jeśli się ich nie oliwiło co trzy dni, rdzewiały nitki brokatów, a na zamoczonej do prania bieliźnie kiełkowały wodorosty. Atmosfera tak tchnęła wilgocią, że ryby mogłyby wpływać drzwiami i wypływać przez okna w na­powietrznej żegludze po pokojach. Któregoś ranka Urszula obudziła się z wrażeniem, że umiera zapadając w jakieś kojące omdlenie, i prosiła już, żeby sprowadzono ojca Antonia Isabel, choćby miał przyjść na czworakach, kiedy Santa Sofia de la Piedad odkryła na jej plecach mozaikę pijawek. Ściągano je jedną po drugiej, przypalając rozżarzoną głownią, zanim zdążyły wykrwawić Urszulę do końca. Trze­ba było kopać kanały celem odwodnienia domu, oczyścić go z ropuch i ślimaków, tak żeby mogły wyschnąć podłogi i żeby można wyjąć cegły podstawione pod nogi łóżek i zacząć na nowo chodzić w butach. Zajęty tysiącznymi drobiazgami, które wymagały jego interwencji, Aureliano Drugi nie zdawał sobie sprawy, że się starzeje, aż do pew­nego popołudnia, kiedy odpoczywając w swym fotelu przyła­pał się na kontemplacji przedwcześnie zapadającego zmierz­chu i odkrył, że myśli o Petrze Cotes bez emocji. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby powrócić do ckliwej miłości Fernandy, której urodę nieco już przyćmiły dojrzałe lata, ale deszcz chronił go przed wszelkimi przypływami namiętności i studził wrzenie krwi. Zabawiał się myśląc o rozrywkach, którym mógł oddawać się niegdyś, przy tym wtórze szmeru spływającej wody, trwającym już blisko rok. Był jednym z pierwszych, którzy sprowadzili do Macondo blachy cyn­kowe na długo przedtem, zanim Kompania Bananowa wpro­wadziła je w modę, po to tylko, żeby zrobić z nich dach nad sypialnią Petry Cotes i radować się nastrojem intymności domowego zacisza, jaki wywoływało w nim uderzanie kropel o blachę. Ale nawet te wspomnienia wybryków bujnej młodości pozostawiały go niewzruszonym, jak gdyby ostat­nia hulanka, wyczerpawszy jego temperament, nagrodziła go w zamian za to cudownym darem zdolności wspominania miłosnych uciech bez goryczy i żalu. Można by przypusz­czać, że potop dostarczył mu okazji do rozmyślań w fotelu, a szamotanie się z obcęgami i śrubokrętem obudziło spóźnio­ne tęsknoty do wszystkich pożytecznych zajęć, jakich mógł­by w swoim życiu dokonać i nie dokonał. Ale ani jedno, ani drugie nie było prawdą, bo krążąca wokół niego pokusa spokojnej egzystencji domatora przybywała z o wiele dal­szych stron, odgrzebana kilofem deszczu, z czasów, kiedy w pokoju Melquiadesa czytywał czarodziejskie baśnie o lata­jących dywanach i wielorybach, które odżywiały się okrętami z całą załogą. Wtedy to, któregoś z tych dni przez nieuwagę Fernandy wyjrzał na korytarz mały Aureliano i dziadek poznał tajemnicę jego pochodzenia. Ostrzygł mu włosy, ubrał, nauczył nie bać się ludzi i bardzo prędko okazało się, ze chłopiec jest nieodrodnym potomkiem Buendiów, z wy­datnymi kośćmi policzkowymi, ze swoim zdumionym spoj­rzeniem i obyczajem samotności. Dla Fernandy była to ulga. Od dawna poznała już bezmiar swej dumy, ale nie wiedziała, jak ją odkupić, bo im bardziej medytowała nad rozwiąza­niami, tym mniej słuszne jej się wydawały. Gdyby wiedziała, że Aureliano Drugi przyjmie sytuację tak, jak to zrobił, z dobrodusznością dziadka, nie szukałaby tylu wykrętów i nie zwlekała przez tyle czasu, tylko jeszcze przed rokiem zrzuciłaby z siebie brzemię udręki. Dla Amaranty Urszuli, która traciła już mleczne zęby, siostrzeniec był czymś w ro­dzaju ruchomej zabawki, pocieszającej w nudzie deszczu. Aureliano Drugi przypomniał sobie wtedy o encyklopedii angielskiej, która dotychczas leżała nie dotykana przez niko­go w dawnej sypialni Meme. Najpierw zaczął pokazywać dzieciom obrazki, zwłaszcza zwierząt, a później mapy, foto­grafie z dalekich krajów i portrety sławnych ludzi. Ponieważ nie znał angielskiego i ledwie mógł się zorientować w na­zwach najbardziej znanych miast i nazwiskach osób, zaczął z własnej fantazji czerpać nazwy i napisy pod fotografiami, żeby zaspokoić nienasyconą ciekawość dzieci.

Fernanda naprawdę myślała, że jej małżonek czeka końca potopu, żeby wrócić do konkubiny. W pierwszych mie­siącach deszczu bała się, że wieczorem będzie próbował wejść do jej sypialni, i drżała na myśl o wstydzie, jaki będzie musiała znieść tłumacząc mu, że jest niezdolna do pojednania od czasu narodzin Amaranty Urszuli. To była przyczyna jej niecierpliwej korespondencji z niewidzialnymi lekarzami, często przerywanej przeszkodami w komunikacji pocztowej. W pierwszych miesiącach, kiedy napływały wia­domości o katastrofach na kolei wywołanych przez burze, jeden z niewidzialnych lekarzy poinformował ją, że jej listy giną. Później, kiedy kontakt z nieznanymi korespondentami został przerwany, poważnie myślała o tym, żeby włożyć tygrysią maskę, którą nosił jej mąż w czasie krwawego karnawału, i pod fałszywym nazwiskiem dać się zbadać któremuś z lekarzy Kompanii Bananowej. Ale jedna z tych licznych osób, które przychodziły wówczas do domu przy­nosząc złe nowiny, powiedziała jej, że Kompania likwiduje ambulatoria, żeby je przenieść na suche tereny. Wtedy straci­ła nadzieję. Pogodziła się z koniecznością czekania, aż minie plaga i unormuje się komunikacja, próbując tymczasem ulżyć swoim utajonym dolegliwościom środkami własnej inwencji, bo wolała umrzeć, niż oddać się w ręce jedynego lekarza pozostałego w Macondo, Francuza, który odżywiał się zioła­mi, dobrymi dla mułów, a nie dla ludzi. Zwierzyła się ze swoich kłopotów Urszuli, w nadziei, że ta zna jakieś sposoby leczenia domowego. Ale fatalny zwyczaj nienazywania rzeczy po imieniu kazał jej wprowadzać daleko idące zmiany i nie­ścisłości z dziedziny anatomii i fizjologii, żeby wszystko wyglądało mniej wstydliwie, Urszula doszła więc w końcu do logicznego wniosku, że nie chodzi tu o zaburzenia hormonalne, lecz gastryczne, i poradziła jej zażywać proszki kalomelu po śniadaniu. Gdyby nie ta choroba, która nie miała w sobie nic wstydliwego dla kogoś, kto sam nie chorował na wstydliwość i gdyby nie te zaginione listy, Fernanda nie miałaby nic przeciwko deszczowej pladze, bo ostatecznie całe życie było dla niej takie, jak gdyby bez przerwy padał deszcz. Nie zmieniła godzin w rozkładzie dnia i nie pozwoliła na żadne odstępstwa w rytuałach domowych. Kiedy stół był jeszcze ustawiony na cegłach i podkładano deski pod krzesła, żeby zasiadający do posiłków nie moczyli nóg w wodzie, w dalszym ciągu kazała używać lnianych obrusów i chińskiej porcelany i zapalała kandelabry do kolacji, uważając, że plagi przyrody nie mogą służyć za pretekst do rozluźnienia obyczajów. Nikt nie wysuwał nosa czasów dużo dawniejszych, bo według niej drzwi wynalezio­no po to, żeby je zamykać, a to, co się dzieje na ulicy, mogło być ciekawe tylko dla ulicznic. A jednak ona pierwsza wyszła na próg, kiedy zapowiedziano, że przechodzi kondukt po­grzebowy pułkownika Gerinelda Marqueza.

Trudno było sobie wyobrazić orszak bardziej żałosny. Ustawiono trumnę na wozie zaprzężonym w woły, a nad nią skonstruowano rodzaj daszka z liści bananowych, ale deszcz lał tak gwałtowny i na ulicach tyle było błota, że koła grzęzły w nim co krok, a dach z liści groził zawaleniem. W smętnych strumieniach wody spływających na trumnę mókł sztandar, którym ją przykryto, brudny od kurzu i krwi sztandar, wzgardzony przez weteranów najbardziej czcigodnych. Na trumnie leżała także szabla z wisiorkami z jedwabiu i miedzi, ta sama, którą pułkownik Gerineldo Marquez zawieszał na kołku w salonie, aby wejść bez broni do szwalni Amaranty. Za wozem, niektórzy boso, a wszyscy w spodniach pod­winiętych do połowy łydki, człapali przez kałuże ostatni z tych, co przeżyli kapitulację w Neerlandii, podpierając się laską, a w drugiej ręce niosąc wieńce z papierowych kwiatów odbarwionych przez deszcz. Ukazali się jak wizja z przeszło­ści na ulicy, która jeszcze nosiła miano pułkownika Aureliana Buendii, i wszyscy przechodząc spojrzeli na dom i skręcili za rogiem placu, gdzie musieli prosić o pomoc, żeby wyciągnąć wóz z błota. Na prośbę Urszuli Santa Sofia de la Piedad podprowadziła ją do drzwi. Z taką uwagą śledziła perypetię pogrzebu, że nikt nie wątpił w to, że go widzi, zwłaszcza że jej podniesiona w górę dłoń zwiastującego anioła poruszała się wraz z ruchem utykającego wozu.

- Żegnaj, Gerineldo, synu mój! - zawołała. - Pozdrów moich ludzi i powiedz, że zobaczymy się, jak tylko obeschnie.

Aureliano Drugi pomógł jej wrócić do łóżka i z tą sama bezceremonialną poufałością, z jaką traktował ją zawsze, spytał, co miało znaczyć to pożegnanie.

- To jest prawda - odpowiedziała. - Czekam tylko, aż deszcz ustanie, aby umrzeć.

Stan ulic przeraził Aureliana Drugiego. Ze spóźnionym niepokojem o los swoich zwierząt zarzucił na siebie ceratową płachtę i wyruszył do domu Petry Cotes. Zastał ją na podwórzu, po pas w wodzie, kiedy usiłowała wydobyć na powierzchnię końskiego trupa. Aureliano Drugi pomógł jej żerdzią i olbrzy­mie wzdęte cielsko obróciło się i odpłynęło porwane prądem. Odkąd zaczęły się deszcze, Petra Cotes nie robiła nic innego, tylko oczyszczała swoje podwórze ze ścierwa zwierząt. W ciągu pierwszych tygodni wzywała Aureliana Drugiego przez posłań­ców, żeby jak najprędzej zabezpieczył stajnie i obory, a on odpowiadał jej, że nie ma pośpiechu, że sytuacja nie jest groźna i że pomyśli o tym, jak tylko obeschnie. Posyłała mu wiadomości, że stajnie toną, że bydło ucieka w stronę gór, gdzie nie ma co jeść i znajduje się na łasce jaguara lub zarazy. „Nic na to nie poradzimy - odpowiadał Aureliano Drugi. - Urodzi się nowe bydło, jak tylko deszcze miną". Petra Cotes widziała, jak zdychały całe stada, i prawie już nie zadawała sobie trudu, żeby ćwiartować na mięso zwierzęta utopione w błocie. Bezsilnie patrzyła, jak potop niszczy bez miłosierdzia fortunę, która w swoim czasie była największa i najsolidniejsza w całym Macondo, a teraz nie zostało z niej nic prócz fetoru. Kiedy Aureliano Drugi zdecydował się wreszcie przyjść i zobaczyć, co się dzieje, znalazł tylko końskie ścierwo i jednego wynędzniałe­go muła pośród szczątków stajni. Petra Cotes z daleka patrzyła, jak nadchodzi, bez zdziwienia, bez radości czy goryczy, i pozwoliła sobie tylko na ironiczny uśmiech.

- W samą porę! - powiedziała. Postarzała się, schudła tak, że zostały same kości, a jej wąskie oczy drapieżnego zwierzęcia stały się smutne i bezmyślne od ciągłego patrzenia na deszcz. Aureliano Drugi został u niej przez trzy miesiące nie dlatego, żeby lepiej czul się w jej domu niż w rodzinnym, ale dlatego że tyle czasu potrzebował, żeby powziąć decyzję zarzucenia sobie znowu ceratowej płachty na ramiona. „Nie ma pośpiechu - mówił jak przedtem w tamtym domu. -Miejmy nadzieję, że już wkrótce się wypogodzi". W ciągu pierwszego tygodnia przyzwyczajał się do szkód, jakie czas i deszcz wyrządziły zdrowiu jego konkubiny, i stopniowo zaczynał ją widzieć taką, jaką była przedtem, przypominając sobie jej radosne szaleństwa i niepojętą płodność, do jakiej pobudzała zwierzęta jej miłość, i częściowo z miłości, a częś­ciowo z wyrachowania, pewnej nocy w drugim tygodniu obudził ją natarczywymi pieszczotami. Petra Cotes przyjęła je z obojętnością. „Śpij spokojnie - mruknęła. - Już na to nie pora, nie te czasy". Aureliano Drugi zobaczył siebie w lust­rach sufitu, zobaczył kręgosłup Petry Cotes niby rząd szpu­lek nawleczonych na postronek zwiotczałych nerwów, i zro­zumiał, że ona ma rację, nie, jeśli chodzi o czasy, ale o nich samych, że już się do tego nie nadają.



1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna