Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona18/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   26

O piątej po południu, gdy dojechały do końcowej stacji moczarów, wysiadła z pociągu, bo to samo zrobiła przedtem Fernanda. Wsiadły do dorożki, która wyglądała jak olbrzymi nietoperz, zaprzężonej w jednego astmatycznego konia, i przejechały przez wyludnione miasto, gdzie na ulicach, nieskończenie długich i przeżartych saletrą, rozbrzmiewały ćwiczone na fortepianie gamy, takie same, jakich słuchała Fernanda w godzinie sjest swojej młodości. Potem wsiadły na statek rzeczny, którego drewniane koło sprawiało piekiel­ny hałas i którego zardzewiała blacha ziała ogniem jak otwór pieca. Meme zamknęła się w kabinie. Dwa razy dziennie Fernanda stawiała jej talerz przy łóżku i dwa razy dziennie zabierała go nietknięty nie dlatego, by Meme postanowiła zamorzyć się głodem, ale dlatego, że sam zapach jedzenia wywoływał w niej mdłości i żołądek nie przyjmował nawet czystej wody. Ona sama nie wiedziała wtedy, że jej płodność zadrwiła sobie z gorczycznych naparów, tak jak Fernanda, która dowiedziała się o tym dopiero w rok później, kiedy przyniesiono jej dziecko. W dusznej kajucie, udręczona wib­racją blaszanych ścian i nieznośną wonią gnijącej wody, mąconej przez drewniane koło, Meme straciła rachubę dni. Minęło wiele czasu, odkąd widziała ostatniego żółtego moty­li ginącego w śmigłach wentylatora i przyjęła jako nieodwra­calną prawdę, że Mauricio Babilonia nie żyje. Mimo to nie poddała się rezygnacji. Nie przestała myśleć o nim podczas uciążliwej podróży na grzbiecie muła przez złudną pustynię, gdzie niegdyś zabłądził Aureliano Drugi szukając najpiękniej­szej z kobiet tego świata, ani wtedy, gdy ścieżkami Indian przeprawiały się przez góry i dotarły do ponurego miasta, w którego kamiennych zaułkach dźwięczało echo dzwonów żałobnych z trzydziestu dwóch kościołów. Tej nocy spały w opuszczonej rezydencji kolonialnej, na deskach, które Fernanda ułożyła na podłodze w zarosłym chwastami salonie, owinięte w strzępy firanek zerwanych z okien i rozsypujących się przy każdym poruszeniu ciał. Meme wiedziała, gdzie są, bo w majaczeniach bezsenności zobaczyła czarno ubranego mężczyznę, którego w pewne dalekie Boże Narodzenie przy­niesiono do domu wewnątrz ołowianej skrzyni. Nazajutrz, po mszy, Fernanda zaprowadziła ją do ciemnego budynku, który Meme natychmiast poznała, przypomniawszy sobie opowia­dania matki o klasztorze, gdzie ją wychowywano na królową, i zrozumiała, że tutaj kończy się ich podróż.

Podczas gdy Fernanda rozmawiała z kimś w sąsiednim gabinecie, Meme czekała w rozmównicy zdobnej w ogromne portrety olejne biskupów kolonialnych drżąc z zimna, bo jeszcze miała na sobie sukienkę z muślinu w drobne kwiatki i ciężkie półbuciki rozmokłe od lodów pustyni. Stała pośrod­ku salonu myśląc o Mauriciu Babilonii, w żółtym strumieniu światła z witraży, kiedy z przyległego gabinetu wyszła młoda i piękna nowicjuszka, niosąc w ręku jej walizeczkę z trzema zmianami bielizny. Przechodząc koło Meme wyciągnęła do niei rękę. nie zatrzymując się. - Chodźmy, Renato - powiedziała.

Meme podała jej rękę i pozwoliła się prowadzić. Pernanda zobaczyła ją ostatni raz, usiłującą dostosować krok do kroku mniszki, po czym zatrzasnęła się krata klauzury. Jeszcze myślała o Mauriciu Babilonii, jego zapachu smarów i aureoli motyli, i miała myśleć o nim przez wszystkie dni swojego życia, aż do dalekiego ranka jesiennego, kiedy pod zmienio­nym imieniem, nigdy nie wymówiwszy ani słowa, zmarła ze starości w ponurym przytułku w Krakowie.

Fernanda wróciła do Macondo pociągiem pod ochroną zbrojnej policji. Podczas podróży zauważyła napięcie wśród pasażerów, ćwiczenia wojskowe w pogranicznych miastecz­kach i atmosferę niepokoju, jak gdyby oczekiwania na coś ważnego, co się miało stać, ale nie wiedziała, co to znaczy, i dopiero w Macondo powiedziano jej, że J osę Arcadio Buendia podburza do strajku robotników Kompanii Banano­wej. „Tego nam tylko brakowało - pomyślała Fernanda. - Anarchista w rodzinie!" Strajk wybuchł w dwa tygodnie później, ale nie pociągnął za sobą dramatycznych konsek­wencji, których się obawiano. Robotnicy żądali, żeby ich nie zmuszano do zrywania i ładowania bananów w niedzielę, i żądanie to wydawało się tak słuszne, że poparł je nawet ojciec Antonio Isabel jako zgodne z prawem bożym. Triumf tej akcji i kilku innych, podjętych w następnych miesiącach, sprawił, że nagle na ustach wszystkich mieszkańców Macon­do znalazło się imię Josego Arcadia Drugiego, o którym dotychczas zwykło się mówić, że jedyną jego zasługą było sprowadzenie do miasta francuskich prostytutek. Z nagłym zdecydowaniem, pod wpływem takiego samego impulsu, z jakim niegdyś sprzedał na licytacji swoje koguty bojowe, żeby założyć urągające zdrowemu rozsądkowi przedsiębior­stwo żeglugi, teraz zrzekł się stanowiska szefa drużyny w Kompanii Bananowej i stanął po stronie robotników. Wkrótce zaczęto go wskazywać jako agenta międzynarodowego spisku przeciw porządkowi publicznemu. Pewnej no­cy, w ciągu niespokojnego tygodnia ponurych pogłosek, cudem uniknął czterech strzałów rewolwerowych, które od­dał do niego jakiś nieznajomy w chwili wyjścia z tajnego zebrania. W ciągu następnych dwóch miesięcy atmosfera tak była naprężona, że dostrzegła to nawet Urszula ze swego zakamarka ciemności i odniosła wrażenie, że przeżywa na nowo groźne czasy, kiedy jej syn Aureliano nosił w kieszeni homeopatyczne pigułki dywersji. Chciała porozmawiać z Josem Arcadiem Drugim, żeby poinformować go o tym prece­densie, ale Aureliano Drugi powiedział jej, że od nocy zamachu nie wiadomo, gdzie przebywa jego brat.

- Tak samo jak Aureliano! — westchnęła Urszula. — Zupeł­nie jakby świat kręcił się w kółko.

Do Fernandy nie docierał powszechny niepokój tych dni. Nie miała kontaktów ze światem z zewnątrz od czasu gwałtownej scysji ze swoim mężem, oburzonym na nią za to, że rozstrzygnę­ła o losie Meme nie zasięgnąwszy jego opinii. Aureliano Drugi potów był ściągnąć córkę z powrotem, nawet z pomocą policji, gdyby było trzeba, ale Fernanda pokazała mu dokumenty stwierdzające, że jej córka wstąpiła do klasztoru z własnej woli. Rzeczywiście Meme podpisała papiery już po drugiej stronie żelaznej kraty, a zrobiła to z tą samą pogardą, z jaką dała się tam zaprowadzić. W głębi ducha Aureliano Drugi nie wierzył w prawomocność tych dowodów, tak samo jak nigdy nie wierzył, że Mauricio Babilonia wśliznął się na podwórze ich domu po to, żeby kraść kury, ale obydwie tezy uspokajały jego sumienie, tak że mógł bez skrupułów wrócić pod skrzydło Petry Cotes, wznawiając huczne zabawy i festyny obżarstwa. Obca troskom miasta, głucha na groźne prognostyki Urszuli Fernan­da nakreśliła ostatni zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu. Napisała długi list do swego syna Josego Arcadia, który miał już przyjąć pierwsze święcenia, zawiadamiając go, że jego siostra Renata wyzionęła ducha w stanie łaski bożej, na skutek czarnej zarazy. Potem, powierzywszy małą Amarantę Urszulę opiece swej świekry, zajęła się korespondencją z nie­widzialnymi lekarzami, wyczerpana nerwowo historią Meme. Pierwszym jej staraniem było wyznaczenie ostatecznej daty na kilkakrotnie odraczaną operację telepatyczną. Ale niewi­dzialni lekarze odpowiedzieli jej, że byłoby to nieostrożne, póki nie minie stan podniecenia socjalnego w Macondo. Była tak przynaglona potrzebą i źle poinformowana, że w następnym liście przedstawiła bezpodstawność tych obaw, tłumacząc, że żadne wzburzenie socjalne nie istnieje, ponieważ wszystko jest wynikiem zwariowanych pomysłów jej szwagra, który dostał teraz manii na punkcie związków zawodowych, jak niegdyś na punkcie walki kogutów i żeglugi.

Jeszcze nie doszło do porozumienia, kiedy w pewną upalną środę zastukała do drzwi domu stara zakonnica z koszykiem przewieszonym przez ramię. Santa Sofia de la Piedad myślała, że chodzi o jakiś dar przysłany z klasztoru i chciała zabrać koszyk przykryty piękną koronkową serwetą. Ale mniszka powstrzymała ją mówiąc, że ma ścisłe polecenie aby doręczyć przesyłkę osobiście dońi Fernandzie del Carpio de Buendia. Było to dziecko Meme. Dawny spowiednik Fernandy donosił jej w liście, że urodziło się dwa miesiące temu i że pozwolono sobie ochrzcić chłopca imieniem Aureliano, na pamiątkę dziadka, ponieważ jego matka nie ui. worzyła ust, żeby wyrazić swoje życzenia. Fernanda zbun­towała się w duszy przeciwko temu szyderstwu losu, ile znalazła dość siły, by ukryć to przed zakonnicą.

- Powiemy, że znalazłyśmy koszyk pływający na rzece - uśmiechnęła się.

- Nikt w to nie uwierzy - zauważyła mniszka.

- Jeżeli ludzie uwierzyli słowom Pisma Świętego - odpowie­działa Fernanda - nie widzę, czemu mieliby nie wierzyć moim.

Mniszka została na obiedzie w domu, czekając na pociąg powrotny, i zgodnie z zaleconą jej dyskrecją nie wspomniała już więcej o dziecku, ale Fernanda, widząc w niej niepożąda­nego świadka swego wstydu, ubolewała w duchu, że za­rzucono średniowieczny zwyczaj wieszania na szubienicy posłańców przynoszących złe nowiny. Postanowiła więc uto­pić dziecko w basenie, skoro tylko mniszka odejdzie, ale nie miała serca tego zrobić i wolała zaczekać, aż Bóg nieskończo­ny w swej dobroci uwolni ją od tego brzemienia.

Nowy Aureliano skończył rok, kiedy w naprężonej sy­tuacji publicznej doszło do wybuchu bez żadnej zapowiedzi. Jose Arcadio Drugi i inni przywódcy związkowi, dotychczas pozostający w ukryciu, ujawnili się nagle pod koniec pew­nego tygodnia organizując manifestacje w miasteczkach stre­fy bananowej. Policja ograniczyła się do czuwania nad po­rządkiem. Ale w nocy z niedzieli na poniedziałek przywódcy zostali wyciągnięci z domów i z pięciokilowymi ciężarami przykutymi do nóg odesłani do więzienia w stolicy pro­wincji. Wśród nich znajdowali się Jose Arcadio Drugi i Lorenzo Gavilan, pułkownik z rewolucji meksykańskiej, który przebywał na wygnaniu w Macondo i, jak mówił, był świadkiem bohaterstwa swego towarzysza broni Artemia Gruz. Po niecałych trzech miesiącach wypuszczono ich je­dnak na wolność, gdyż rząd i Kompania Bananowa nie mogli dojść do porozumienia, kto ma ich żywić w więzieniu. Tym razem wystąpienia robotnicze dotyczyły złych warun­ków zdrowotnych w mieszkaniach, oszustw w służbie le­karskiej, niesprawiedliwości w systemie płac. Twierdzili po­nadto, że otrzymują wynagrodzenie nie w gotówce, lecz w bonach, za które mogli kupować tylko szynkę z Wirginii w sklepach Kompanii. Jose Arcadio Drugi został aresz­towany za podanie do wiadomości publicznej, że system bonów jest podjętym przez Kompanię środkiem w celu

opłacania frachtowców owocowych, które, gdyby nie towar sklepowy, musiałyby wracać puste z Nowego Orleanu do portów załadunku bananów. Inne zarzuty były publicznie znane. Lekarze Kompanii nie badali chorych, tylko kazali im się ustawiać rzędem przed drzwiami ambulatoriów i pielęgniar­ka kładła im na język pigułkę niebieskiego koloru, bez względu na to, czy skarżyli się na malarię, na rzeżączkę czy niestrawność. Terapia ta była tak rozpowszechniona, że dzieci po kilka razy stawały w kolejce i zamiast łykać pigułki, używały ich jako żetonów do gry w loteryjkę. Robotnicy Kompanii żyli stłoczeni w nędznych barakach. Zamiast zbudować latryny, inżynierowie przywozili do osiedli w okresie Bożego Narodze­nia przenośne klozety, po jednym na każde pięćdziesiąt osób, demonstrując publicznie, jak ich używać, żeby służyły jak najdłużej. Zgrzybiali adwokaci w czarnych ubraniach, którzy niegdyś oblegali pułkownika Aureliana Buendię, a teraz byli plenipotentami Kompanii Bananowej, obalili te zarzuty w spo­sób, który przywodził na myśl sztukę czarnoksięską.

Kiedy robotnicy zredagowali pismo z wykazem swych żądań, nieprędko mogli przedstawić je oficjalnie Kompanii. Dowiedziawszy się o ich zamiarze, pan Brown kazał przy­czepić do pociągu swój wspaniały szklany wagon i ulotnił się z Macondo razem z głównymi funkcjonariuszami swego przedsiębiorstwa. Niemniej w następną sobotę kilku robot­ników spotkało jednego z nich w burdelu i kazało mu podpisać petycję w momencie, kiedy był rozebrany do naga, z kobietą, która zgodziła się pomóc go ściągnąć w tę pułapkę. Adwokaci o żałobnych obliczach dowiedli w sądzie, że człowiek ten nie ma nic wspólnego z Kompanią, i aby rozwiać wszelkie wątpliwości, kazali go aresztować za poda­nie fałszywego nazwiska. W jakiś czas później pan Brown został przyłapany podczas podróży incognito wagonem trze­ciej klasy i zmuszono go do podpisania innej kopii pisma.

Nazajutrz stawił się w sądzie z włosami przefarbowanymi na sarno i mówił płynną hiszpańszczyzną. Adwokaci dowiedli, że to nie jest pan Jack Brown, główny dyrektor Kompanii Bananowej, urodzony w Prattville w stanie Alabama, lecz nieszkodliwy sprzedawca ziół leczniczych, rodem z Macondo, tamże ochrzczony i zapisany w księgach jako Dagoberto Fonseca. Wkrótce potem, wobec nowych prób robotników, adwokaci wystawili na widok publiczny autoryzowane pra­wnie świadectwo zgonu pana Browna, stwierdzające, iż w dniu dziewiątego czerwca przejechał go wóz straży pożar­nej na ulicy w Chicago. Mając dość tej obłąkańczej zabawy, robotnicy zlekceważyli władze miejscowe i odwołali się do sadów najwyższej instancji. Tam to czarnoksiężnicy prawa dowiedli, że oskarżenia pozbawione są wszelkiej podstawy, ponieważ Kompania Bananowa nie ma, nigdy nie miała i nie zamierza mieć pracowników stałych i zatrudnia ich tylko w pewnych okresach, zawsze na czas ograniczony. Tak zdementowano wyssane z palca bajki o szynce z Wirginii, cudownych pigułkach i gwiazdkowych klozetach i zgodnie z rozporządzeniem trybunału w uroczystych obwieszczeniach ogłoszono nieistnienie pracowników.

Wybuchł strajk powszechny. Przerwano pracę na plantac­jach, owoce gniły na drzewach, a pociągi o stu dwudziestu wagonach stały na bocznicach. Bezrobotni wypełniali oko­liczne miasteczka. Na ulicy Turków co dzień świętowano sobotę, a w sali bilardowej w hotelu Jacoba trzeba było ustanowić dwudziestoczterogodzinne zmiany. Tam to znaj­dował się Josę Arcadio Drugi w dniu, kiedy ogłoszono, że wojsko otrzymało rozkaz przywrócenia porządku publicz­nego. Chociaż nie był człowiekiem przesądnym, przyjął tę wiadomość jako zapowiedź oczekiwaną od tego dalekiego ranka, kiedy pułkownik Gerineldo Marquez pozwolił mu zobaczyć, jak rozstrzeliwano żołnierzy w koszarach. Zła wróżba nie zmąciła jednak jego uroczystej powagi. Uderzył kijem kulę i doprowadził do karambolu.

Wkrótce potem bicie bębnów, ostry dźwięk trąbek, krzyki i zbiegowisko ludzkie oznajmiły mu, że nie tylko partia bilardu, ale ta samotna i milcząca rozgrywka, którą prowa­dził sam z sobą od tamtego ranka egzekucji, została wreszcie zakończona. Wtedy wyjrzał na ulicę i zobaczył ich. Były to trzy regimenty maszerujące w takt uderzeń bębna galerni­ków. Ziemia drgała pod ich stopami, a zatrute tchnienie tego wielogłowego smoka zmąciło przezroczystą godzinę popołu­dnia. Byli krępi, przysadziści, szpetni. Spoceni końskim potem, mieli zapach mięsa suszonego na słońcu i nieprzenik­nioną, milczącą nieulękłość ludzi pustyni. Chociaż przemarsz trwał przeszło godzinę, można było myśleć, że to tylko kilka szwadronów kręci się w kółko, bo wszyscy byli do siebie podobni, jakby ich urodziła jedna matka, i wszyscy z tą samą tępą zajadłością dźwigali plecaki i manierki, niesławę bagne­tów na broń, brzemię ślepego posłuszeństwa i poczucie honoru. Urszula słyszała ich przechodzących ze swego łoża ciemności i podniosła dłoń ze skrzyżowanymi palcami. Santa Sofia de la Piedad istniała przez chwilę na tym świecie, pochylona nad haftowanym obrusem, który właśnie skończy­ła prasować, i pomyślała o swoim synu Josem Arcadio Drugim, który stał w drzwiach hotelu Jacoba, bez wzrusze­nia patrząc, aż przejdą ostatni żołnierze.

Stan wyjątkowy upoważniał wojsko do roli rozjemcy w sporze, ale żadne kroki pojednawcze nie zostały podjęte. Natychmiast po wkroczeniu do Macondo żołnierze odłożyli na bok karabiny, zebrali banany, załadowali je do wagonów i uruchomili pociągi. Robotnicy, którzy dotychczas ograni­czali się do czekania, kryli się teraz po lasach uzbrojeni tylko w maczety do ścinania bananów i odpowiedzieli sabotażem na sabotaż. Podpalali rezydencje i sklepy plantatorów, niszczyli tory, żeby przeszkodzić tranzytowi pociągów otwierają­cych sobie drogę ogniem karabinów maszynowych, przecina­li druty telegrafu i telefonu. Kanały nawadniające zabarwiły się krwią. Pan Brown, który był żywy i zdrów w zelekt­ryfikowanym kurniku, wraz z całą rodziną i rodzinami swych współtowarzyszy został pod ochroną wojska przewieziony z Macondo na bezpieczne terytorium. Sytuacja groziła roz­winięciem się w wojnę domową, krwawą i o nierównych siłach, kiedy władze skierowały do robotników apel wzywa­jący ich do zgromadzenia się w Macondo. Oznajmiono, że Naczelnik Wojskowy i Cywilny prowincji przybędzie w na­stępny piątek gotów interweniować w konflikcie.

Jose Arcadio Drugi od piątku rano znajdował się w tłumie zgromadzonych na stacji. Na zebraniu przywódców związ­kowych polecono mu, aby wraz z pułkownikiem Gayilanem zmieszał się z tłumem i kierował nim zależnie od obrotu okoliczności. Czuł jakieś dziwne osłabienie i smak saletry w ustach, odkąd zauważył, że wojsko rozmieściło gniazda karabinów maszynowych wokół placyku i że ogrodzonej drutem twierdzy Kompanii Bananowej bronią działa artyle­ryjskie. Około dwunastej w oczekiwaniu pociągu, który nie przyjeżdżał, przeszło trzy tysiące osób, robotnicy z żonami i dziećmi, wypełniło otwartą przestrzeń przed stacją i cisnęło się w sąsiednich ulicach zamkniętych przez wojsko rzędami karabinów maszynowych. Panowała atmosfera radosnego święta. Z ulicy Turków przeniesiono stragany z jedzeniem i trunkami i wszyscy w dobrym nastroju znosili nudę oczekiwania i żar słoneczny. Wkrótce przed trzecią zaczęła krążyć pogłoska, że pociąg oficjalny przyjedzie dopiero nazajutrz. Zmęczony tłum westchnął z rozczarowaniem. Wówczas pewien porucznik ukazał się na dachu budynku dworcowego, gdzie stały cztery gniazda karabinów maszy­nowych skierowanych w tłum, i zadął w trąbkę nakazując ciszę. Obok Josego Arcadia Drugiego stała tęga kobieta, bosa, z dwojgiem dzieci około czterech i siedmiu lat. Mniej­sze wzięła na ręce i poprosiła Josego Arcadia, nie znając go, żeby uniósł w górę starsze, żeby lepiej słyszało, co będą mówić. Jose Arcadio Drugi wziął chłopca na barana. Wiele lat później chłopiec ten miał opowiadać, choć nikt mu nie wierzył, że widział porucznika czytającego przez tubę gramo­fonu Dekret Nr 4 Naczelnika Wojskowego i Cywilnego prowincji. Podpisani byli generał Carlos Cortes Vargas i jego sekretarz, major Enrique Garcia Icaza, i w trzech punktach, z których każdy liczył około osiemdziesięciu słów, ogłoszono strajkujących bandą złoczyńców i upoważniono wojsko do strzelania.

Po odczytaniu dekretu, wśród ogłuszających gwizdów protestu, porucznika na dachu dworca zastąpił kapitan i tubą gramofonową dał znak, że chce przemówić. Tłum znowu umilkł.

- Panie i panowie - powiedział kapitan głosem cichym, powolnym i nieco zmęczonym. - Macie pięć minut czasu, aby się rozejść.

Wzmożone gwizdy i krzyki zagłuszyły trąbkę ogłaszającą, że rozpoczyna się wyznaczony czas. Nikt się nie poruszył.

- Minęło pięć minut - powiedział kapitan tym samym tonem. - Jeszcze minuta i otwieramy ogień.

Jose Arcadio Drugi, oblany lodowatym potem, zdjął dziecko z pleców i oddał je kobiecie. „Ci dranie naprawdę gotowi strzelać" - szepnęła. Jose Arcadio Drugi nie miał czasu odpowiedzieć, bo w tej chwili rozpoznał ochrypły głos pułkownika Gavilana wtórujący słowom kobiety. Odurzony napięciem, zdumiewającą głębią ciszy i przekonany poza tym, że nic nie zmusi do ucieczki tego tłumu zafascynowanego wizją śmierci, Jose Arcadio Drugi wspiął się ponad głowy tych, co stali przed nim, i po raz pierwszy w życiu podniósł głos:

- Łajdaki! - krzyknął. - Darujemy wam tę brakującą minutę!

Gdy przebrzmiał jego krzyk, stało się coś, co wywołało v nim uczucie nie strachu, lecz pewnego rodzaju halucynacji. Kapitan dał rozkaz ognia i czternaście gniazd karabinów maszynowych odpowiedziało mu niezwłocznie. Ale wszystko wydawało się farsą, tak jakby karabiny nabite były nie ołowiem, lecz jakimś produktem sztuki pirotechnicznej, bo słuchano ich straszliwego grzechotu i widziano rozżarzone potoki ich ognistej śliny, ale nie można było dostrzec najlżej­szej reakcji, usłyszeć nawet westchnienia w zwartym tłumie, który jakby skamieniał w chwilowej nietykalności. Nagle z boku budynku dworcowego krzyk śmierci przerwał czar:

„Aaaj, mamo!". Jakiś wstrząs podziemny, wulkaniczny po­dmuch, ryk kataklizmu, wybuchły pośrodku tłumu z niewia­rygodną siłą. Josę Arcadio Drugi ledwie zdążył podnieść dziecko, podczas gdy matkę z drugim dzieckiem wchłonął wir paniki, która nagle porwała ludzi.

Wiele lat później chłopczyk miał wciąż jeszcze opowiadać, mimo że wszyscy uważali go za zbzikowanego starca, że Jose Arcadio Drugi uniósł go ponad swoją głowę i dał się pociągnąć niemal w powietrzu, jakby kołysząc się na fali przerażenia tłumu, w stronę przyległej ulicy. Uprzywilejowa­na pozycja dziecka pozwoliła mu dostrzec, że w tej chwili napływająca masa ludzka zaczynała sięgać wylotu ulicy i rząd karabinów maszynowych otworzył ogień. Kilka głosów krzyknęło naraz:

- Na ziemię! Padnij!

Ci z pierwszych rzędów usłuchali już przedtem, powaleni gradem ołowiu. Ci, co ocaleli, zamiast rzucić się na ziemię, próbowali wrócić na plac i panika, niby uderzenie smoczego ogona, pchnęła ich zwartym murem na drugi zwarty mur, który sunął w przeciwnym kierunku, pchnięty drugim ciosem smoczego ogona na przeciwległej ulicy, gdzie także karabiny maszynowe bez przerwy prażyły ogniem. Osaczeni kołowali w jakimś gigantycznym wirze, który stopniowo zmniejszał obwód, ograniczał się do swego centrum, gdyż nienasycone i metodyczne nożyce ołowiu systematycznie ścinały wkoło jego brzegi, niby obrywając łuski cebuli. Chłopczyk widział jakąś kobietę klęczącą, ze skrzyżowanymi ramionami, na pustej przestrzeni, gdzie w jakiś tajemniczy sposób nie przenikały strzały. Tam postawił go Jose Arcadio Drugi w chwili, gdy osunął się na ziemię, zanim olbrzymia nawałnica ludzka zmiotła pustą przestrzeń, zmiotła klęczącą kobietę, zmiotła światło z wysokiego, rozżarzonego nieba i cały piesko-kurewski świat, gdzie Urszula Iguaran sprzedała tyle zwierzątek z karmelu.

Jose Arcadio Drugi obudził się leżąc na wznak w ciemno­ściach. Zdawał sobie sprawę, że jedzie nieskończenie długim pociągiem pogrążonym w ciszy, że ma włosy zlepione ze­schniętą krwią i że bolą go wszystkie kości. Morzyła go nieznośna senność. Gotów spać wiele godzin, z dala od strachu i grozy, ułożył się na boku, który najmniej go bolał, i wtedy dopiero odkrył, że leży na stercie trupów. W wago­nie nie było wolnej przestrzeni, prócz wąskiego przejścia pośrodku. Musiało minąć wiele godzin od czasu masakry, bo trupy miały tę samą temperaturę gipsu w jesieni i tę samą konsystencję skamieniałej piany, a ci, co je załadowali do wagonu, mieli czas ułożyć je równo, w takim samym wzoro­wym porządku, w jakim przewożono kiście bananów. Pró­bując uciec od koszmaru, Jose Arcadio przechodził z wago­nu do wagonu w kierunku ruchu pociągu i w przebłyskach światła wpadającego przez szczeliny desek, gdy mijano uśpione miasteczka, widział martwych mężczyzn, martwe kobiety, martwe dzieci, które miały być wrzucone w morze, jak niezdatne do konsumpcji banany. Rozpoznał tylko kobietę, która sprzedawała napoje chłodzące na placu, i pułkow­nika Gavilana, trzymającego jeszcze zwinięty w ręku ten sam pas ze srebrną klamrą, którym próbował sobie torować drogę pośród paniki. Dobrnąwszy do pierwszego wagonu, wyskoczył w ciemność i leżał na płask w rowie, póki nie przejechał cały pociąg. Był to najdłuższy pociąg, jaki kiedy­kolwiek widział: liczył prawie dwieście wagonów, z lokomo­tywą na jednym i drugim końcu i trzecią pośrodku. Nie miał świateł, nawet czerwonych i niebieskich lamp pozycyjnych, i mknął poprzez ciszę nocną z widmową szybkością. Na dachach wagonów można było dostrzec ciemne sylwetki żołnierzy i rozstawione karabiny maszynowe.

Po północy spadł ulewny deszcz. Jose Arcadio nie miał pojęcia, w jakim miejscu wyskoczył, ale wiedział, że idąc w kierunku przeciwnym niż pociąg dojdzie do Macondo. Po przeszło trzech godzinach marszu, przemoczony do kości, z głową pękającą z bólu, zobaczył pierwsze domy w świetle brzasku. Znęcony zapachem kawy wszedł do jakieś kuchni, gdzie kobieta z dzieckiem na ręku pochylała się nad ogniem.

- Dzień dobry - powiedział bez tchu. - To ja, Jose Arcadio Drugi Buendia.

Wymówił imię i nazwisko, litera po literze, żeby się przekonać, że jest żywy. Dobrze zrobił, bo kobieta myślała, że to zjawa, ujrzawszy w drzwiach posępną, bladą postać, z głową i ubraniem we krwi, tchnącą majestatem śmierci. Znała go. Przyniosła koc, żeby się owinął, podczas gdy schło ubranie przy ogniu, zagrzała wody do obmycia rany, która okazała się tylko draśnięciem, i dała mu czystą pieluszkę, żeby obandażował sobie głowę. Potem dała mu kubek kawy bez cukru, bo słyszała, że tak piją kawę Buendiowie, i rozwiesiła bieliznę i ubranie przy ogniu.



1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna