Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona17/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   26

Wiadomość, że Amaranta Buendia wyrusza w podróż o zmierzchu zabierając pocztę śmierci, rozeszła się w Macondo przed południem i o godzinie trzeciej w salonie stała już skrzynka pełna listów. Ci, co nie chcieli pisać, przekazywali Amarancie ustne polecenia, które zapisywała w notesie wraz z nazwiskiem i datą śmierci adresata. „Bądźcie spokojni - zapewniała zleceniodawców. - Zaraz po przybyciu zapytam o niego i przekażę tę wiadomość". Zakrawało to na farsę. Amaranta nie zdradzała najmniejszego niepokoju ani żadnych oznak bólu, a nawet wydawała się jakby odmłodzona spełnio­nym obowiązkiem. Poruszała się tak energicznie i trzymała się tak prosto jak zawsze. Gdyby nie kościste policzki i brak paru zębów, można by ją wziąć za dużo młodszą, niż była w rzeczywistości. Kazała włożyć listy do szczelnie zamykanej skrzyni i wskazała, w jaki sposób należy umieścić skrzynię w grobie, żeby uchronić ją od wilgoci. W rannych godzinach wezwała stolarza, żeby wziął miarę na trumnę, podczas gdy ona stała na środku salonu, jak gdyby mierzyła suknię. Tyle energii okazywała w swoich ostatnich godzinach, że Fernanda posą­dzała ją o kpiny. Urszula, wiedząc z doświadczenia, ze Buendiowie umierają nie chorując, nie wątpiła, że Amaranta otrzymała jakąś zapowiedź śmierci, niemniej dręczyły ją obawy, żeby w tym rozgardiaszu z listami i trosce, by jak najprędzej dotarły do adresatów, niecierpliwi nadawcy nie zakopali jej żywcem. Starała się więc koniecznie opróżnić dom i po głośnych dysputach z intruzami udało jej się osiągnąć ten cel około czwartej po południu. Amaranta skończyła wtedy rozdzielać swoje rzeczy między biednych i na prostej trumnie z surowych desek położyła tylko jedną zmianę bielizny i zwykle filcowe pantofle, w które miała być ubrana po śmierci. Nie zaniedbała tej przezorności pamiętając, że kiedy umarł pułkow­nik Aureliano Buendia, trzeba było kupić parę nowych butów, ponieważ pozostały mu już tylko człapaki, w których spędzał dni w warsztacie. Na krótko przed piątą Aureliano Drugi przyszedł po Meme, by ją odprowadzić na koncert, i zdziwił się m widok domu przygotowanego do pogrzebu. Jeśli ktoś robił wrażenie zupełnie żywego w tym domu o tej porze, to z pewnością Amaranta, tak spokojna, że starczyło jej nawet 'czasu na to, by wyciąć sobie odciski. Aureliano Drugi i Meme pożegnali się z nią żartując i zapowiadając, że w najbliższą sobotę urządzą festyn na cześć jej zmartwychwstania. Zwabio­ny pogłoską, że Amaranta Buendia zabiera listy do zmarłych, ojciec Antonio Isabel przyszedł o piątej z wiatykiem i musiał czekać przeszło kwadrans, aż umierająca wyjdzie z łazienki. Kiedy zobaczył ją wychodzącą, w koszuli z cienkiego płótna i rozpuszczonymi na plecach włosami, zgrzybiały proboszcz uznał to za kpiny i odesłał akolitę. Pomyślał jednakże, że warto skorzystać z tej okazji i skłonić Amarantę do spowiedzi po dwudziestu bez mała latach wstrzymywania się od sakramen­tów. Amaranta odpowiedziała zwyczajnie i po prostu, że nie potrzebuje żadnej pomocy duchowej, ponieważ ma czyste sumienie. Fernanda oburzyła się. Nie dbając, że ktoś może usłyszeć, spytała głośno, jaki straszliwy grzech dźwiga na sumieniu Amaranta, skoro woli świętokradczą śmierć od wstydu spowiedzi. Wtedy Amaranta położyła się i zmusiła Urszulę do publicznego zaświadczenia o jej dziewictwie.

- Niech się nikt nie łudzi - krzyknęła tak, żeby słyszała ją Fernanda - Amaranta Buendia odchodzi z tego świata tak, jak przyszła.

Nie wstała już. Oparta na poduszkach, jakby naprawdę była chora, zaplotła swoje długie warkocze i zwinęła je na uszach, bo takie uczesanie zaleciła jej śmierć do trumny. Potem, poprosiwszy Urszulę o lustro, pierwszy raz od czter­dziestu lat z górą zobaczyła swoją twarz wyniszczoną przez wiek i cierpienia i zdumiała się, jak bardzo podobna jest do tego autoportretu, jaki zachował się w jej pamięci. Z ciszy panującej w sypialni Urszula wywnioskowała, że zaczęło się ściemniać.

— Pożegnaj się z Fernandą — błagała. — Minuta pojednania więcej znaczy niż całe życie przyjaźni.

— Już nie warto — odpowiedziała Amaranta. Meme nie mogła powstrzymać się od myśli o niej, kiedy zapalono światło na zaimprowizowanej scenie i rozpoczęła się druga część programu. W połowie utworu ktoś szepnął jej na ucho wiadomość i przerwano koncert. Kiedy Aureliano Drugi przyszedł do domu, musiał łokciami torować sobie drogę wśród tłumu, żeby dotrzeć do zwłok starej dziewicy, pożółkłej, szpetnej, z czarnym bandażem na ręku, owiniętej w przepiękny całun. Były wystawione w salonie obok skrzynki z pocztą.

Urszula nie wstała już z łóżka po dziewięciu nocach modlitw za duszę Amaranty. Zajęła się nią Santa Sofia de la Piedad. Przynosiła jej do sypialni jedzenie i wodę arnikowa do mycia i dostarczała informacji o wszystkim, co się działo w Macondo. Aureliano Drugi odwiedzał ją często i przynosił bieliznę, którą kładła przy łóżku obok niezbędnych rzeczy codziennego użytku, i tak w krótkim czasie zbudowała sobie swój świat w zasięgu ręki. Zdołała pozyskać serdeczne przywiązanie małej Amaranty Urszuli, która była ogromnie do niej podobna i którą nauczyła czytać. Jej jasność umysłu i umiejętność wystarczania samej sobie kazały przypuszczać, że w naturalny sposób ugięła się wreszcie pod brzemieniem stu lat, i choć było oczywiste, że źle widzi, nikt nie podej­rzewał jej o zupełną ślepotę. Miała wtedy tyle czasu i z takim spokojem mogła czuwać nad życiem domu, że pierwsza zauważyła milczącą udrękę Meme.

— Chodź tutaj - powiedziała do niej. - Teraz, gdy jeste­śmy same, wyznaj biednej staruszce, co się z tobą dzieje.

Meme zbyła odpowiedź nerwowym śmiechem. Urszula nie nalegała, lecz utwierdziła się w swych podejrzeniach, bo Meme nie przyszła więcej, żeby ją odwiedzić. Wiedziała, że zaczyna stroić się wcześniej, niż miała w zwyczaju, że kręci się niespokojnie po domu aż do chwili wyjścia, że nie sypia po nocach, tylko przewraca się z boku na bok na swoim łóżku w sąsiedniej sypialni, i że dręczy ją jakiś fruwający wokół niej motyl. Kiedyś słysząc, jak Meme mówiła, że idzie na spotkanie z Aurelianem Drugim, nie mogła pojąć braku wyobraźni Fernandy, której nie przyszło na myśl żadne podejrzenie, kiedy jej mąż przyszedł do domu pytając o cór­kę. Było oczywiste, że Meme absorbują jakieś tajemnicze sprawy, jakieś pilne spotkania, tłumione niepokoje, na długo przed sądnym dniem, jaki urządziła Fernanda przyłapawszy córkę w kinie całującą się z mężczyzną.

Meme tak była wtedy zaślepiona i zajęta sobą, że w myśli oskarżyła Urszulę o zdradę. W rzeczywistości jednak zdradzi­li się sama. Od dawna już zostawiała za sobą ślady, które mogły obudzić najmocniej uśpionego, i jeżeli Fernanda tyle czasu potrzebowała, by je odkryć, to tylko dlatego, że ją samą absorbowały wówczas sekretne stosunki z niewidzial­nymi medykami. Mimo to dostrzegła w końcu kamienne milczenie, gwałtowne wybuchy, zmiany humoru i wykręty córki. Roztoczyła nad nią nadzór, dyskretny, ale nieugięty. Pozwoliła jej chodzić na spacery z przyjaciółkami, pomagała ubierać się na sobotnie zabawy i nie zadała ani jednego wścibskiego pytania, które mogłoby ją spłoszyć. Miała już wiele dowodów na to, że Meme robi co innego, niż mówi, ile nie ujawniała swoich podejrzeń w oczekiwaniu na decy­dującą okazję. Pewnego wieczora Meme oświadczyła, że idzie do kina z ojcem. Trochę później Fernanda usłyszała wybuchy ogni sztucznych na zabawie i nieomylny akordeon Aureliana Drugiego od strony domu Petry Cotes. Wtedy ubrała się, weszła do kina i w półmroku rozpoznała swoją córkę. Oszołomienie triumfem nie pozwoliło jej rozpoznać mężczyzny, który ją całował, zdołała jednak dosłyszeć jego drżący głos wśród gwizdów i ogłuszającego śmiechu publicz­ności. „Bardzo mi przykro, kochanie" - usłyszała. Bez słowa wyprowadziła Meme z sali, zmusiła ją do upokarzającego przejścia przez ruchliwą ulicę Turków i zamknęła na klucz w sypialni.

Nazajutrz o szóstej po południu Fernanda rozpoznała głos mężczyzny, który przyszedł z wizytą. Był młody, miał śniadą skórę, ciemne, melancholijne oczy, które nie zadziwiłyby jej tak bardzo, gdyby znała Cyganów, i nieprzytomny wyraz twarzy, który dla każdej innej kobiety o sercu mniej twardym wystarczyłby dla zrozumienia motywów córki. Ubrany był w zniszczone lniane ubranie i równie zniszczone buty, a w rę­ku trzymał słomkowy kapelusz kupiony w ostatnią sobotę. Przez całe życie nie zaznał i nie miał zaznać takiego strachu jak w tym momencie, ale była w nim godność i opanowanie, które chroniły go przed poniżeniem, a także jakaś prawdziwa elegancja, której nie wykazywały tylko ręce, sponiewierane ciężką pracą i o połamanych paznokciach. Fernandzie jednak­że wystarczyło raz spojrzeć, aby intuicyjnie odgadnąć jego zawód mechanika. Wiedziała, że ma na sobie jedyne odświęt­ne ubranie, a pod koszulą skórę przeżartą przez świerzb, szerzący się wśród ludzi pracujących dla Kompanii Banano­wej. Nie dopuściła go do słowa, nie pozwoliła nawet prze­stąpić progu drzwi, które w chwilę później musiała zamknąć, bo dom zapełniły żółte motyle.



- Proszę się wynosić - powiedziała. - Nie ma pan czego szukać wśród przyzwoitych ludzi.

Nazywał się Mauricio Babilonia. Urodził się i wychował w Macondo, był czeladnikiem u mechanika w warsztatach Kompanii Bananowej. Meme poznała go przypadkiem pew­nego popołudnia, kiedy poszła z Patrycją Brown po samo­chód, żeby przejechać się po plantacjach. Ponieważ szofer był chory, kazano mu zawieźć obie panienki i Meme mogła wreszcie, zgodnie ze swym pragnieniem, usiąść obok kierowcy, by obserwować z bliska sztukę prowadzenia wozu. W przeci­wieństwie do zawodowego szofera Mauricio Babilonia dal jej pokaz praktyczny. Było to w czasie, kiedy Meme zaczęła odwiedzać dom pana Browna i kiedy jeszcze uważano, że damom nie przystoi prowadzić samochodu. Tak więc zadowoli­ła się teoretyczną informacją i od tego dnia nie widziała Mauricia Babilonii przez kilka miesięcy. Później miała sobie przypomnieć, że podczas przejażdżki zwróciła jej uwagę, oprócz szorstkości rąk, jego męska uroda, ale potem powiedziała Patrycji Brown, że irytuje ją jego wyniosła pewność siebie. W pierwszą sobotę, kiedy poszła ze swoim ojcem do kina, spotkała tam Mauricia Babilonię w odświętnym lnianym ubraniu, siedzącego niedaleko od nich. Zauważyła, że często odrywa wzrok od ekranu i spogląda na nią, ale nie tyle dlatego, żeby ją zobaczyć, co po to, żeby ona zauważyła jego spojrzenia. Nie podobała jej się wulgarność tej zaczepki. Po seansie Mauricio Babilionia podszedł, żeby się przywitać z Aurelianem Drugim, i wtedy dopiero Meme uświadomiła sobie, że się znali przedtem, ponieważ Mauricio pracował niegdyś w prymitywnej elektrowni Aureliana Smutnego i odnosił się do jej ojca tak, jak się odnosi podwładny do szefa. Pakt ten uśmierzył rozdrażnienie, jakie wywoływała w niej jego arogancja. Nie widzieli się sam na sam ani nie zamienili z sobą słowa oprócz przywitania, aż do tej nocy, kiedy jej się śniło, że on wyratował ją z katastrofy, a ona nie odczuwała wdzięczności, tylko wściekłość. To było tak, jakby dać mu okazję, na którą czekał, kiedy ona, Meme, życzyła sobie czegoś przeciwnego, nie chcąc znać nie tylko Mauricia Babilonii, ale jakiegokolwiek innego mężczyzny, który by się nią zainteresował. Dlatego tak bardzo oburzyło ją to, że po tym śnie zamiast go znienawidzić, odczuwała niepohamowaną chęć zobaczenia się z nim znowu. Niepokój jej rósł w ciągu tygodnia i w sobotę stał się tak gwałtowny, że musiała zadać sobie wielki wysiłek, by Mauricio Babilonia kłaniając się jej w kinie nie spostrzegł, że jej serce rwie się do niego. Oszołomiona uczuciem przyjemności i wściekłości, pierwszy raz podała mu rękę i dopiero wtedy Mauricio Babilonia pozwolił sobie uścisnąć jej dłoń. W ciągu ułamka sekundy Meme zdążyła pożałować swego impulsu, ale żal natychmiast ustąpił miejsca okrutnemu zadowoleniu, gdy stwierdziła, że jego dłoń także jest lodowata i spocona. Tej nocy zrozumiała, że nie zazna spokoju, dopóki nie dowiedzie Mauriciowi Babilonii niedo­rzeczności jego aspiracji, i przez cały tydzień nie przestawała o tym myśleć. Obmyślała tysiące niepotrzebnych zabiegów, żeby skłonić Patrycję Brown do nowej przejażdżki autem. W końcu posłużyła się rudym Amerykaninem, który w tym czasie przyjechał na wakacje do Macondo, i pod pretekstem obejrzenia nowych modeli samochodów kazała się zaprowadzić do warsztatów. Z chwilą gdy zobaczyła Mauricia, Meme przestała się oszukiwać i zrozumiała, że w rzeczywistości ginie z chęci przebywania z nim sam na sam, i oburzyła ją pewność, że on zrozumiał to od pierwszej chwili, gdy weszła,

- Przyszłam obejrzeć nowe modele - powiedziała Meme.

- To dobry pretekst - odpowiedział.

Meme zdała sobie sprawę, że on spala się w płomieniu swej dumy, i rozpaczliwie szukała sposobu, żeby go upoko­rzyć. Ale nie dał jej na to czasu. „Niech się pani nie boi - powiedział cicho. - Nie pierwszy raz się zdarza, że kobieta traci głowę dla mężczyzny". Poczuła się tak bezbronna, że wyszła nie oglądając nowych modeli i przez całą noc aż do ranka przewracała się na łóżku płacząc z oburzenia. Rudy Amerykanin, który naprawdę już zaczynał ją interesować, wydał jej się dzieckiem w powijakach. Wtedy to zauważyła żółte motyle, które poprzedzały ukazanie się Mauricia Babi­lonii. Widywała je już wcześniej, zwłaszcza w warsztacie mechanicznym, myśląc, że przyciąga je woń farby. Kiedyś uczuła, że krążą nad jej głową w półmroku kina. Ale gdy Mauricio Babilonia zaczął ją prześladować jak zjawa, którą tylko ona rozpoznawała w tłumie, zrozumiała, że żółte motyle mają z nim coś wspólnego, Mauricio Babilonia zawsze znajdował się wśród publiczności na koncertach, w kinie, na sumie, a ona nie potrzebowała rozglądać się, by wiedzieć, gdzie jest, bo wskazywały go motyle. Kiedyś Aureliano Drugi tak się zniecierpliwił tym furkotem skrzydełek, że Meme miała ochotę zdradzić mu swą tajemnicę, tak jak mu to przyrzekła, ale instynkt ją ostrzegł, że tym razem on nie roześmieje się jak zwykle: „Co by na to powiedziała twoja matka!". Pewnego ranka, podczas gdy przesadzały róże w ogrodzie, Fernanda krzyknęła ze strachu i odepchnęła Meme daleko od miejsca, gdzie się znajdowały, tego samego, z którego niegdyś Piękna Remedios uleciała w niebo. Przez chwilę miała wrażenie, że cud powtórzy się z jej córką, gdyż oszołomił ją nagły trzepot skrzydełek. Były to motyle. Meme ujrzała je, jak gdyby nagle narodziły się ze światła, i serce jej skoczyło. W tej samej chwili wszedł Mauricio Babilonia z paczką, która, jak oznajmił, zawierała prezent od Patrycji Brown. Meme poczerwieniała i z trudem zdobyła się na naturalny uśmiech prosząc, by zostawił paczkę na ganku, bo ma palce ubrudzone ziemią. Jedyną rzeczą, jaką zauważyła Fernanda w tym człowieku, którego w parę miesięcy później miała wyrzucić z domu nie pamiętając nawet, że go kiedykolwiek widziała, był żółty kolor jego skóry.

- Co za dziwna twarz - powiedziała Fernanda. - Można z niej wyczytać, że wkrótce umrze.

Meme pomyślała, że jej matka jest jeszcze pod wrażeniem motyli. Kiedy skończyła okopywać róże, umyła ręce i za­niosła paczkę do sypialni, żeby ją otworzyć. Było to coś w rodzaju chińskiej zabawki składającej się z pięciu skrzy­neczek umieszczonych jedna w drugiej, a w ostatniej znalazła karteczkę pracowicie zabazgraną przez kogoś, kto ledwie umiał pisać: „Zobaczymy się w sobotę w kinie". Meme odczuła spóźnioną grozę na myśl, że pakunek tyle czasu leżał na ganku w zasięgu ciekawości Fernandy, i chociaż po­chlebiały jej odwaga i spryt Mauricia Babilonii, wzruszyła ja naiwność przypuszczenia, że ona stawi się na spotkanie. Meme wiedziała już wtedy, że Aureliano Drugi jest zajęty w sobotę wieczorem. Ale w ciągu tygodnia płomień niepo­koju trawił ją tak mocno, że w sobotę skłoniła ojca, by zostawił ją samą na sali i wrócił po nią po przedstawieniu. Ćma krążyła nad jej głową, dopóki światła były zapalone, i wtedy stało się. Gdy zgaszono światła, Mauricio Babilonia usiadł obok niej. Meme czuła, że miota się w jakiejś strasznej czeluści, z której mógł ją wyciągnąć, tak jak we śnie, tylko ten mężczyzna, cuchnący smarem do motorów, którego zaledwie mogła dostrzec w półmroku.

- Gdybyś nie przyszła - powiedział - nie zobaczyłabyś mnie już nigdy.

Meme poczuła ciężar jego ręki na kolanie i wiedziała, że oboje dotarli w tym momencie do drugiego krańca pustyni.



- Co mnie najbardziej w tobie drażni - uśmiechnęła się - to, że zawsze mówisz właśnie to, czego nie powinieneś.

Oszalała na jego punkcie. Straciła sen i apetyt i tak głęboko pogrążyła się w samotności, że nawet ojciec stal się dla niej zawadą. Opracowała skomplikowany plan fałszy­wych zobowiązań i spotkań towarzyskich, żeby zmylić czuj­ność Fernandy, przestała się widywać z przyjaciółkami, od­rzuciła wszelkie konwenanse, żeby spotykać się z Mauriciem Babilonią o każdej porze i w jakimkolwiek miejscu. Z po­czątku raziła ją jego brutalność. Pierwszy raz, kiedy spotkali się sam na sam, na pustych łąkach za warsztatem mechanicz­nym, bezlitośnie zdegradował ją do jakiegoś zwierzęcego stanu, w którym opuściły ją wszystkie siły. Dopiero po pewnym czasie zdała sobie sprawę, że i to jest formą czułości, i wtedy straciła wszelki spokój żyjąc tylko dla niego, trawiona pragnieniem, by pogrążyć się w odurzającym zapachu oleju i smarów, spłukiwanych szarym mydłem. Na krótko przed śmiercią Amaranty dostrzegła nagle jakiś przebłysk światła na dnie szaleństwa i zadrżała na myśl o przyszłości. Usłyszała wtedy, jak mówiono o pewnej kobiecie, która wróży z kart, i poszła ją odwiedzić w tajemnicy. Była to Pilar Ternera. Ledwie spojrzała na wchodzącą Meme, odgadła, co ją tu przywiodło. „Usiądź - powiedziała. - Nie potrzebuję kart, żeby poznać przyszłość kogokolwiek z Buendiów". Meme nie wiedziała i nie dowiedziała się nigdy, że ta stuletnia Pytia jest jej prababką. I nie byłaby w to uwierzyła, sądząc po brutal­nym realizmie, z jakim starucha oznajmiła jej, że taka udręka miłości znajduje ulgę i spokój tylko w łóżku. Tego samego zdania był Mauricio Babilonia, ale Meme nie chciała przyznać mu racji, przypuszczając w głębi ducha, że rozumowanie to opiera się na prostackich kryteriach robotnika. Myślała wów­czas, że tego rodzaju miłość wyklucza miłość innego rodzaju, gdyż zgodnie ze swą naturą mężczyzna gardzi głodem po zaspokojeniu apetytu. Pilar Ternera nie tylko obaliła ten błędny sąd, ale zaofiarowała swoje stare łóżko, gdzie poczęła Arcadia, dziadka Meme, i gdzie poczęła później Aureliana Josego. Prócz tego nauczyła ją zapobiegać niepożądanej ciąży za pomocą gorących kataplazmów z gorczycy i dała receptę na miksturę, która w wypadku kłopotów „pozwala wyrzucić z siebie nawet wyrzuty sumienia". Spotkanie natchnęło Meme tym samym duchem odwagi, który ogarnął ją niegdyś w ów słynny wieczór pijaństwa. Śmierć Amaranty jednakże zmusiła ją do odwleczenia decyzji. Podczas dziewięciu nocy nowenn nie rozstawała się ani na moment z Mauriciem Babilonią, który przychodził z całym tłumem nawiedzającym dom w tym czasie. Potem nadeszła przewlekła żałoba, obowiązujące dni odosobnienia, i musieli rozłączyć się na jakiś czas. Były to dni takiego podniecenia wewnętrznego, tak niepohamowanych niepokojów i tłumionych pragnień, że pierwszego popołu­dnia, kiedy mogła wyjść z domu, Meme poszła prosto do Pilar Ternery. Oddała się Mauriciowi Babilonii bez oporu, bez wstydu, bez żadnego zachowania form, z upragnieniem tak doskonałym i tak subtelną intuicją, że mężczyzna bardziej podejrzliwy niż Mauricio mógłby to wszystko przypisać wyrafinowanemu doświadczeniu. Kochali się dwa razy na tydzień przez trzy miesiące, pod ochroną niewinnego wspól-nictwa Aureliana Drugiego, który w najlepszej wierze po­twierdzał alibi córki, byle ją uwolnić od rygorów matki.

Tego wieczora, kiedy Fernanda przyłapała ich w kinie, Aureliano Drugi, dręczony wyrzutami sumienia, odwiedził Meme w sypialni, gdzie zamknęła ją matka. Miał nadzieję, że skłoni ją do zwierzeń, które była mu winna. Ale Meme wyparła się wszystkiego. Była tak pewna siebie, tak kur­czowo uczepiona swej samotności, że Aureliano Drugi od­niósł wrażenie, że nie istnieje już żadna więź między nimi, a przyjaźń i konspiracja były tylko minionym złudzeniem. Zamierzał rozmówić się z Mauriciem Babilonią przypusz­czając, że jego autorytet dawnego zwierzchnika skłoni go do ustąpienia, ale Petra Cotes przekonała go, że są to sprawy kobiece, toteż pozostał wahający i niezdecydowany, pod­trzymywany na duchu iskierką nadziei, że przymusowe za­mknięcie zakończy udręki jego córki.



Meme nie ujawniała żadnych oznak przygnębienia. Prze­ciwnie, z przyległej sypialni Urszula słyszała spokojny rytm jej oddechu, mogła zaobserwować opanowanie i pogodę w wykonywaniu codziennych czynności i regularność w po­siłkach. Jedyną rzeczą, która intrygowała Urszulę po dwóch niemal miesiącach kary, był fakt, że Meme nie kąpała się rano jak wszyscy, tylko o siódmej wieczorem. Któregoś wieczora zamierzała nawet ostrzec ją przed skorpionami, ale Meme przekonana o jej zdradzie okazywała jej taki chłód, że lepiej było nie wtrącać się ze swymi uwagami praprababki. Inwazja żółtych motyli dawała się we znaki już w pierwszych godzi­nach popołudnia. Co wieczór wracając z łazienki Meme znajdowała Fernandę w trakcie desperackiej walki z motyla­mi przy użyciu wszelkich możliwych środków owadobój­czych. „Co za plaga! - jęczała. - Całe życie mówiono mi, że nocne motyle przynoszą nieszczęście". Pewnego wieczora, kiedy Meme kąpała się w łazience, Fernanda weszła przypad­kiem do jej sypialni, tak pełnej motyli, że z trudem można było oddychać. Chwyciła ścierkę, żeby je wypędzić, i serce jej zlodowaciało ze zgrozy, gdy nagle skojarzyła wieczorne kąpiele córki z kataplazmami gorczycznymi, które ponie­wierały się po podłodze. Nie odczekała na właściwy moment, jak za pierwszym razem. Nazajutrz zaprosiła na obiad nowe­go alkada, który tak jak ona przybył tu z pustynnego płaskowyżu, i poprosiła go o przydzielenie straży nocnej, która pilnowałaby domu od tyłu, gdyż jest pewna, że kradną jej kury. Tego samego wieczora kula jednego ze strażników ugodziła Mauricia Babilonię w chwili, gdy podnosił da­chówki, żeby dostać się do łazienki, gdzie oczekiwała go Meme, naga i drżąca z miłości, pośród skorpionów i motyli, tak jak co wieczór przez dwa ostatnie miesiące. Kula, która ugrzęzła w kręgosłupie, przykuła go do łóżka na resztę jego życia. Umarł po długich latach cierpienia, w samotności, bez jednej skargi, bez protestu, bez najmniejszych prób buntu dręczony przez wspomnienia i żółte motyle, które nie dały mu chwili spokoju, i publicznie potępiony jako złodziej kur.

Wydarzenia, które miały zadać śmiertelny cios miastu Macondo, zaczęły już rysować się na horyzoncie, kiedy przyniesiono do domu syna Meme Buendii, Sytuacja poli­tyczna tak była niepewna, że nikt nie miał ochoty inte­resować się skandalami prywatnej natury, toteż Fernanda natrafiła na sprzyjające warunki, by trzymać dziecko w ukry­ciu, jak gdyby nigdy nie istniało. Musiała przyjąć wnuka, bo okoliczności, w jakich go przyniesiono, nie pozwalały się go wyprzeć. Musiała znosić go wbrew woli do końca życia, bo w decydującej godzinie zabrakło jej odwagi, by spełnić ukryty zamiar utopienia go w basenie łazienki. Zamknęła go w dawnym warsztacie pułkownika Aureliano Buendii. Santa Sofia de la Piedad nie miała innego wyjścia, niż uwierzyć jej zapewnieniom, że znaleziono go w koszyku pływającym na rzece. Urszula do śmierci nie dowiedziała się jego pochodze­nia. Mała Amaranta Urszula, która weszła raz do warsztatu, kiedy Fernanda karmiła dziecko, także uwierzyła w wersję o pływającym koszyku.

Aureliano Drugi, który ostatecznie zraził się do żony za jej niepojęty sposób potraktowania tragedii Meme, dowiedział się o istnieniu wnuka dopiero w trzy lata od dnia jego przybycia do domu, kiedy chłopczyk korzystając z nieuwagi Fernandy na ułamek sekundy wymknął się na korytarz, nagi, ze strzechą potarganych włosów i z przerażającym seksem wole indycze, jak gdyby nie był stworzeniem ludzkim, tylko encyklopedyczną definicją ludożercy.

Fernanda nie liczyła się z tym zdradzieckim chwytem tego nieodwracalnego przeznaczenia. Dziecko było jakby nawrotem wstydu, który w swoim mniemaniu wygnała z domu na zawsze. Ledwie zdążono wynieść Mauricia Babilo­ny z przetrąconym kręgosłupem, Fernanda obmyśliła aż do najdrobniej szych szczegółów plan, który miał zatrzeć wszelkie ślady hańby. Nie mówiąc nic mężowi, nazajutrz przygo­towała się do podróży. Włożyła do walizeczki trzy zmiany bielizny, których mogła potrzebować jej córka, i poszła po ą do sypialni na pół godziny przed odejściem pociągu. - Chodźmy, Renato - powiedziała. Nie udzieliła jej żadnych wyjaśnień. Meme zresztą ani tego nie oczekiwała, ani prosiła. Nie tylko nie wiedziała, dokąd j»da, ale było jej wszystko jedno, choćby mieli ją zawieźć do neźni. Nie odezwała się ani słowem i nie miała tego zrobić do końca życia od chwili, gdy usłyszała strzał na tyłach domu a podwórzem i ryk bólu Mauricia Babilonii. Kiedy matka kazała jej wyjść z sypialni, nie uczesała się i nie obmyła twarzy i wsiadła do wagonu jak lunatyczka, nie widząc nawet witych motyli, które jeszcze jej towarzyszyły. Fernanda nie dowiedziała się nigdy i nie zadała sobie trudu, by się dowie­dzieć, czy to kamienne milczenie było postanowieniem woli, czy jej córka oniemiała pod wpływem tragedii. Meme prawie nie zdawała sobie sprawy z podróży przez dawną zaczarowa­na krainę. Nie widziała białych domów cudzoziemców ani ich ogrodów, wyjałowionych przez kurz i spiekotę, ani kobiet w szortach i koszulach w paski, grających w karty na rankach. Nie widziała na zakurzonych drogach wozów za­przężonych w woły i załadowanych naręczami bananów. Nie widziała dziewcząt, które skakały jak ryby w przezroczystych rzekach, by zostawić pasażerom pociągu gorycz za uciekającym obrazem ich wspaniałych ciał, ani różnobarwnych i nędznych baraków robotniczych, gdzie fruwały żółte motyle Mauricia Babilonii, a na gankach były dzieci zielone i wychudłe, siedzące na nocnikach i ciężarne kobiety wykrzykujące obelgi za przejeżdżającym pociągiem. Te przelotne wizje, które sprawiały jej tyle radości, kiedy wracała na wakacje ze szkoły, nie poruszyły żadnej tkanki w jej sercu. Nie spojrzała przez okno nawet wtedy, gdy skończyła się gorąca wilgoć plantacji i pociąg wyjechał na czerwoną od maków równinę, gdzie jeszcze stał zwęglony szkielet karaweli hiszpańskiej, i ukazało się nagle to samo przezroczyste powietrze i to samo spienione morze, gdzie prawie sto lat temu rozwiały się złudzenia Josego Arcadia Buendii.



1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna