Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona16/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   26

- Październik - odpowiedział.

Mówiąc to nie podniósł wzroku znad pierwszej zrobionej tego dnia rybki, gdyż właśnie osadzał rubiny w oczach. Dopiero gdy ją skończył i razem z innymi złożył w pudełku, zabrał się do jedzenia zupy. Potem zjadł bez pośpiechu kawałek mięsa duszonego z cebulą, biały ryż i plasterki smażonego banana, wszystko razem na tym samym talerzu. Jego zawsze umiarkowany apetyt nie zmieniał się, zarówno w najpomyślniejszych, jak i w najcięższych okolicznościach. Po skończonym obiedzie odczuł spokój lenistwa, jakiś swe­go rodzaju przesąd naukowy nie pozwalał mu nigdy praco­wać, czytać, kąpać się ani spać z kobietą przed upływem dwóch godzin trawienia i była to wiara tak silnie zakorzenio­na, że wiele razy opóźniał operacje wojenne, żeby nie narażać wojska na ryzyko niestrawności. Toteż położył się w hama­ku, wydłubując wosk z uszu małym kozikiem, a po paru minutach zasnął. Śniło mu się, że wchodzi do pustego domu o białych ścianach i dręczy go świadomość, iż jest pierwszą istotą ludzką, jaka się tam znalazła. We śnie przypomniał sobie, że to samo śniło mu się w zeszłą noc i przez wiele innych nocy ostatnich lat, i wiedział, że obraz ten zatrze się w jego pamięci z chwilą przebudzenia, gdyż ten powtarzający się sen miał właściwość przypominania się tylko we śnie. Rzeczywiście, w chwilę później, kiedy cyrulik zapukał do drzwi warsztatu, pułkownik Aureliano Buendia przebudził się z wrażeniem, że niechcący zdrzemnął się na parę sekund i nie miał czasu nic we śnie przeżyć.

- Dzisiaj nie - powiedział do balwierza. - Zobaczymy sit w piątek.

Miał trzydniowy zarost przetykany białymi kępkami, ale nie uważał za konieczne zgolić go, skoro w piątek czekało go strzyżenie włosów i można było zrobić wszystko za jednym razem. Lepki pot podczas drzemki podrażnił blizny po wrzodach pod pachami. Deszcz ustał, ale słońce jeszcze nie wychodziło zza chmur. Pułkownik Aureliano Buendia czknął głośno i uczuł na podniebieniu kwaśny smak zupy, co było jakby wydanym przez organizm rozkazem, żeby zarzucił na ramiona opończę i poszedł do latryny. Tam pozostał dłużej, niż potrzeba, siedząc w kucki nad gnojem fermentującym w drewnianej skrzyni, dopóki przyzwyczajenie nie wskazało mu, że pora wrócić do pracy. Przypomniał sobie, że jest wtorek i że Jose Arcadio Drugi nie przyszedł do warsztatu, gdyż tego dnia przypadała wypłata na plantacjach Kompanii Bananowej. Ta myśl, podobnie jak wszystkie inne w ostat­nich latach, przywiodła go nie wiadomo dlaczego do myśli o wojnie. Przypomniał sobie, że pułkownik Gerineldo Mar-quez przyrzekł mu kiedyś postarać się o konia z białą gwiazdą na czole, ale potem już więcej nie było o tym mowy. Potem przebiegał w pamięci różne zdarzenia rozproszone po drogach przeszłości, ale bez żadnych refleksji czy wniosków, ponieważ nie mogąc zająć myśli czymś innym, nauczył się myśleć obojętnie i na zimno, tak by wspomnienia, których nie mógł uniknąć, nie zraniły w nim żadnego z uczuć. Po powrocie do warsztatu widząc, że powietrze zaczyna wysy­chać, uznał, że moment jest dobry na kąpiel, ale Amaranta wyprzedziła go w tym zamiarze. Rozpoczął więc drugą rybkę tego dnia. Modelował właśnie ogonek, kiedy słońce ukazało się w takim przepychu, że jasność aż buchnęła jak krzyk. Odświeżone trzydniowym deszczem powietrze wypełniły la­tające mrówki. Wtedy uświadomił sobie, że musi się wysiusiać, i odłożył to aż do skończenia rybki. Idąc na podwórze pod kasztan o czwartej dziesięć, usłyszał dalekie odgłosy trąbki, bicie w bęben, radosną wrzawę dzieci; po raz pierw­szy od czasu swej młodości świadomie dał się złapać w sidła tęsknoty i przeżył na nowo cudowne popołudnie Cyganów, kiedy jego ojciec zaprowadził go do nich, żeby mu pokazać lód. Santa Sofia de la Piedad porzuciła robotę w kuchni i pobiegła do drzwi. - Cyrk idzie! - zawołała.



Zamiast iść dalej pod kasztan, pułkownik Aureliano Buendia także poszedł do drzwi na ulicę i zmieszał się z tłumem obserwującym pochód. Zobaczył ubraną w złociste szaty kobietę na karku słonia. Zobaczył smutnego dromadera, zobaczył niedźwiedzia w stroju Holenderki uderzającego łyżką w rondel w takt muzyki. Zobaczył linoskoczków wykonujących akrobatyczne popisy na końcu pochodu i jesz­cze raz spojrzał w twarz swojej żałosnej samotności, kiedy wszyscy przeszli i została tylko smuga światła na ulicy i powietrze pełne fruwających mrówek, i kilku gapiów spoglądających w przepaść niepewności. Wtedy poszedł pod kasztan, myśląc o cyrku, i siusiając próbował dalej my- ' o cyrku, ale już nie odnalazł wspomnienia. Wtulił głowę w ramiona jak kurczak i znieruchomiał z czołem opartym o pień kasztana. Rodzina nie wiedziała o niczym do następ­nego dnia, do jedenastej rano, kiedy Santa Sofia de la Piedad poszła wyrzucić śmieci na koniec podwórza i uwagę jej zwróciły kołujące sępy.


Ostatnie wakacje Meme przypadły na okres żałoby po śmierci pułkownika Aureliana Buendii. W zamkniętym do­mu nie było miejsca na zabawy. Mówiono szeptem, jadano w milczeniu, odmawiano pacierz trzy razy dziennie i nawet wprawki na klawikordzie w upalnej godzinie sjesty miały pogrzebowe tony. Pomimo ukrytej wrogości do pułkow­nika, to właśnie Fernanda pod wrażeniem uroczystej powagi z jaką rząd uczcił pamięć zmarłego wroga, wprowadziła rygor żałoby. Aureliano Drugi jak zwykle podczas wakacji córki wracał na noc do domu i zapewne Fernanda zrobiła coś, aby odzyskać przywileje prawowitej żony, gdyż następ­nego roku Meme zastała nowo narodzoną siostrę, którą ochrzczono wbrew woli matki imionami Amaranta Urszula.

Meme ukończyła swoje studia. Uzyskany dyplom klawikordzistki potwierdziła mistrzowską swadą, z jaką wykonała melodie z XVII wieku na zabawie urządzonej z okazji zakończenia nauki. Uroczystość ta jednocześnie oznaczała koniec żałoby. Zaproszeni goście bardziej niż jej talent podziwiali jej niezwykłą podwójną osobowość. Trzpiotowate, a nawet trochę dziecinne usposobienie nie kwalifikowało jej na pozór do żadnego poważnego zajęcia, ale gdy siadała do klawikordu, stawała się zupełnie inna, jak gdyby nagle dorosła. Tak było zawsze. Właściwie nie miała zdecydowa­nego zamiłowania do muzyki, ale osiągnęła najwyższe oceny dziwki nieugiętej dyscyplinie, jaką sobie narzuciła nie chcąc się sprzeciwiać matce. Gdyby kazano jej się wyuczyć jakiej­kolwiek innej umiejętności, rezultaty byłyby te same. Od dzieciństwa dokuczał jej rygor Fernandy, jej zwyczaj decydo­wania za innych, i byłaby zdolna do poświęceń znacznie muszych niż gra na klawikordzie, byleby nie mieć do czynienia z jej despotyzmem. Podczas uroczystości zakończe­ni studiów miała wrażenie, że pergamin z -wielkimi goty­ckimi literami uwalnia ją od obowiązku, podjętego nie tyle przez posłuszeństwo, co dla wygody, i była przekonana, że od tej chwili nawet uparta Fernanda nie będzie interesować nic więcej instrumentem, który same zakonnice uważały za muzealny eksponat. Z początku kalkulacje te okazały się mylne. Umęczywszy połowę miasta, usypiającą z nudów nie tylko podczas popisów w salonie, ale na wszystkich wieczo­rach dobroczynnych i uroczystościach szkolnych lub pat­riotycznych, jakie urządzano w Macondo, jej matka nadal zapraszała każdego nowo przybyłego, który według niej zdolny był ocenić talent córki. Dopiero po śmierci Amaranty, kiedy w rodzinie znowu zapanowała żałoba, mogła Meme zamknąć klawikord i zapodziać klucz w jakiejś szafie bez obawy, że Fernanda zechce przeprowadzać śledztwo w celu wykrycia, jak i z czyjej winy zaginął. Meme wytrzymywała te popisy z takim samym stoickim spokojem, z jakim po­święcała się nauce. Była to cena jej wolności. Fernanda tak była rada z posłuszeństwa córki i dumna z podziwu, jaki wzbudzała jej sztuka, że nigdy nie sprzeciwiała się zaprasza­niu do domu jej licznych koleżanek, popołudniom spędza­nym na plantacjach czy wyprawom do kina z Aurelianem Drugim lub zaufanymi paniami, byleby film był autoryzowa­ny z ambony przez ojca Antonia Isabel. W tych chwilach swobody ujawniały się prawdziwe upodobania Meme. Jej radość znajdowała się na przeciwległym krańcu dyscypliny, w hałaśliwych zabawach, zwierzeniach miłosnych, w długich gawędach z przyjaciółkami w zamkniętym pokoju, gdzie uczyły się palić, rozmawiały o mężczyznach, a pewnego razu, po trzech butelkach rumu z trzciny cukrowej, rozebrały się do naga, mierzyły i porównywały poszczególne części dala, Meme nigdy nie miała zapomnieć wieczoru, gdy weszła do domu żując kłącze lukrecji i nie zwróciwszy swoim wzburze­niem niczyjej uwagi usiadła przy stole, gdzie Fernanda i Amaranta jadły kolację nie odzywając się jedna do drugiej, Przedtem spędziła dwie wspaniałe godziny w sypialni przyja­ciółki, płacząc ze śmiechu i ze strachu, i odnalazła w tym zapomnieniu cenne uczucie odwagi, której jej brakowało żeby uciec ze szkoły i oświadczyć matce, w tych albo jeszcze bardziej dosadnych słowach, że ma klawikord gdzieś. Siedząc na głównym miejscu przy stole, jedząc rosół z kury, który napełniał jej żołądek życiodajnym eliksirem, Meme ujrzała Pernandę i Amarantę w oskarżycielskiej aureoli rzeczywisto­ści. Musiała zadać sobie wielki wysiłek, żeby nie wykrzyczeć im w twarz ich pruderii, ich duchowego ubóstwa, ich manii wielkości. Już podczas drugich wakacji dowiedziała się, że ojciec jej tylko dla pozorów mieszka w domu, a znając Fernandę, tak jak ją znała, a potem urządziwszy się tak, żeby poznać Petrę Cotes, przyznała rację ojcu. Ona też wolałaby być córką konkubiny. W zamroczeniu alkoholowym Meme marzyła z rozkoszą o zgorszeniu, jakie wywołałoby w tej chwili głośne wyrażenie jej myśli, a ukryta satysfakcja z tej złośliwości była tak intensywna, że Fernanda nie omieszkała jej zauważyć.

- Co ci jest? - zapytała.



- Nic - odpowiedziała Meme. - Dopiero teraz uświado­miłam sobie, jak bardzo was kocham.

Amaranta przeraziła się oczywistym ładunkiem nienawiści zawartym w tej deklaracji. Ale Fernanda czuła się tak wzruszona, że później w nocy omal nie oszalała, kiedy Meme obudziła się z pękającą z bólu głową, dławiąc się wymiotami żółci. Dała jej do picia oleju rycynowego, przyłożyła gorący kompres na brzuch, okład z lodu na głowę i przez pięć dni trzymała ją w łóżku i na ostrej diecie, zaleconej przez nowego i ekstrawaganckiego lekarza francuskiego, który po przeszło dwugodzinnym badaniu doszedł do niejasnej konkluzji, że chodzi o jakieś dolegliwości kobiece. Utraciwszy całą od­wagę, w żałosnym stanie prostracji, Meme nie miała innego wyjścia, jak znieść wszystko cierpliwie. Tylko Urszula, zu­pełnie już ślepa, ale nadał aktywna i bystra, intuicyjnie wyczuła prawdę i postawiła trafną diagnozę stwierdzając w duchu, że kubek w kubek to samo przydarza się pijakom. Nie tylko jednak odrzuciła zaraz tę myśl, ale wyrzucała sobie beztroskę. Aureliano Drugi poczuł ukłucie w sumieniu na widok prostracji Meme i przyrzekł sobie zajmować się nią więcej w przyszłości. Tak narodziły się stosunki wesołego koleżeństwa między ojcem i córką, co uwolniło go na jakiś czas od gorzkiej samotności hulanek, a ją od nadzoru Fernandy, nie wywołując domowego kryzysu, który już wydawał się nieunikniony. Aureliano Drugi odkładał wów­czas wszelkie zobowiązania, aby dotrzymać towarzystwa córce, zaprowadzić ją do kina albo do cyrku i poświęcał jej większość swego wolnego czasu. Ostatnio absurdalna oty­łość, która przeszkadzała mu się schylić, tak by mógł zawią­zać sobie sznurowadła u butów, oraz nadużycia w zaspokaja­niu wszelkiego rodzaju zachcianek zaczynały już budzić w nim gorycz i zniechęcenie. Odkrycie własnej córki przy­wróciło mu dawną dobroduszność, a przyjemność przebywa­nia w jej towarzystwie odciągała, go z wolna od rozwiązłości. Meme wchodziła w wiek rozkwitu. Nie była piękna, tak jak nigdy nie była nią Amaranta, ale w przeciwieństwie do niej była sympatyczna, prosta i miała dar zjednywania ludzi od pierwszego wejrzenia. Jej na wskroś nowoczesny duch draż­nił głęboko zakorzenioną surowość i źle ukrywaną oschłość serca Fernandy, natomiast budził podziw i poparcie Aureliana Drugiego. On to postanowił przenieść ją z posępnej sypialni zajmowanej od dziecka, gdzie wystraszone oczy świętych w dalszym ciągu pobudzały jej własne dziecinne lęki, do innej, którą sam umeblował i przyozdobił królew­skim łożem, szeroką toaletą i pluszowymi zasłonami, nie zdając sobie sprawy, że robi drugą wersję mieszkania Petry Cotes. Był tak hojny dla Meme, że nawet nie wiedział, ile jej daje pieniędzy, bo ona sama wyciągała mu je z kieszeni i zawiadamiał ją o wszystkich nowościach z zakresu kosme­tyki, jakie dostarczano do sklepów Kompanii Bananowej. Pokój Meme pełen był szczoteczek i pędzelków, flaszeczek i słoiczków, rurek do kręcenia włosów, poduszeczek do polerowania paznokci, tubek z pastą dającą połysk zębom i innych wszelkiego rodzaju przyrządów i środków do pielęgnacji urody, a Fernandę, ilekroć tam wchodziła, ogar­niała groza na myśl, że toaletka jej córki musi być podobna do tych, jakie przyozdabiają sypialnie francuskich matron. Fernanda jednak w tym czasie musiała zajmować się głównie małą Amarantą Urszulą, która była kapryśna i chorowita, oraz pasjonującą korespondencją z niewidzialnymi lekarzami. Toteż gdy zauważyła konspirację ojca i córki, nie mogła zdziałać nic więcej poza wymuszeniem na Aurelianie Drugim obietnicy, że nigdy nie zaprowadzi Meme do domu Petry Cotes. Zastrzeżenie zbyteczne, bo konkubina tak była zdene­rwowana zażyłością swojego kochanka z córką, że nie chciała jej w ogóle znać. Dręczył ją nie znany dotąd strach, jak gdyby instynkt jej wskazywał, że Meme, jeśli tylko zechce, może dokonać tego, czego nie mogła dokonać Fernanda - pozbawić ją miłości, którą już uważała za zapewnioną do śmierci. Po raz pierwszy musiał Aureliano Drugi znosić ozięble spojrzenia i złośliwe przytyki konkubiny i zląkł się nawet, że jego wędrujące kufry będą musiały odbyć drogę powrotną do domu żony. Do tego jednak nie doszło. Nikt nie znał lepiej mężczyzny niż Petra Cotes swego kochanka, i wiedziała, że kufry pozostaną tam, dokąd je posłano, bo jeśli istniało coś, czego nienawidził Aureliano Drugi, to komplikowania sobie życia i zmiany miejsca zamieszkania. Tak więc kufry pozostały na miejscu i Petra Cotes po­stanowiła zdobyć męża na nowo, ostrząc tę jedyną broń, jaką nie mogła walczyć córka. Był to również zbyteczny wysiłek, ponieważ Meme nigdy nie zamierzała mieszać się w sprawy swego ojca, a gdyby to zrobiła, na pewno stanęłaby po stronie konkubiny. Nie miała czasu na dokuczanie komukol­wiek. Sama zamiatała sypialnię i słała łóżko, tak jak nauczyły n zakonnice. Rano zajmowała się swoją bielizną, siedząc na ranku haftowała lub szyła na starej ręcznej maszynie Amarandy. Podczas gdy inni spali po obiedzie, ona ćwiczyła dwie rodziny na klawikordzie, wiedząc, że to codzienne poświęce­nie utrzyma w spokoju Fernandę. Z tej samej przyczyny nadal dawała koncerty na odpustach kościelnych i zabawach szkolnych, chociaż zaproszenia były coraz mniej częste. Po południu ubierała się, wkładała skromne sukienki, wysokie sznurowane buciki i jeżeli ojciec nie proponował jakiejś innej rozrywki, szła w odwiedziny do koleżanek, gdzie zostawała aż do kolacji. Rzadko zdarzało się, by Aureliano Drugi nie przyszedł wtedy po nią i nie zabrał jej do kina.

Wśród przyjaciółek Meme były trzy młode Amerykanki, które przerwały mur obronny zelektryfikowanego kurnika i nawiązały przyjaźń z dziewczętami z Macondo. Jedną z nich była Patrycja Brown. Wdzięczny za gościnność Aureliana Drugiego pan Brown otworzył drzwi swego domu dla Meme i zapraszał ją na sobotnie zabawy, jedyne, na których cudzoziemcy bawili się razem z tubylcami. Dowiedziawszy się o tym Fernanda zapomniała na chwilę o Amarande, Urszuli i niewidzialnych medykach i zrobiła awantur. „Wyobraź sobie tylko - powiedziała dramatycznie do Meme - co pomyśli pułkownik w swoim grobie". Liczyli naturalnie na poparcie Urszuli. Ale niewidoma staruszka, wbrew wszelkim oczekiwaniom, nie widziała nic nagan­nego w tym, że Meme uczestniczy w tych zabawach i przyjaźni się ze swymi amerykańskimi rówieśniczkami, byleby zachowała stałość poglądów i nie dała się nawrócić na religię protestancką. Meme w lot uchwyciła myśl prababki i nazajutrz po zabawie wstawała wcześniej niż zazwyczaj, aby iść na mszę. Sprzeciw Fernandy trwał aż do dnia, gdy Meme rozbroiła ją wiadomością, że Amery­kanie chcą usłyszeć jej grę na klawikordzie. Jeszcze raz zabrano z domu instrument i zawieziono go do domu pana Browna, gdzie młoda solistka zebrała szczere brawa i entuzjastyczne gratulacje. Od tego czasu zapraszano ji nie tylko na zabawy, lecz i na niedzielne kąpiele w basenie pływackim, a raz w tygodniu na obiad. Meme nauczyła się pływać jak zawodniczka, grać w tenisa i jeść szynkę z Wirginii z plastrami ananasa. Między zabawami, basenem i tenisem zauważyła nagle, że potrafi się porozumiewać po angielsku. Aureliano Drugi tak się zachwycił postępami córki, że kupił u wędrownego sprzedawcy encyklopedię angielską w sześciu tomach z kolorowymi ilustracjami, którą Meme czytała w wolnych chwilach. Lektura przycią­gnęła jej uwagę, przedtem poświęcaną zwierzeniom lub eksperymentalnym zebraniom koleżeńskim w zamkniętym pokoju, nie dlatego, że Meme narzuciła ją sobie jako dyscyplinę, ale że straciła wszelkie zainteresowanie dla rozmów o tajemnicach powszechnie znanych. Wspominała swoje pijaństwo jako dziecinną przygodę, tak zabawną, że opowiedziała o niej Aurelianowi Drugiemu, który to uznał za jeszcze bardziej zabawne niż ona. „Gdyby twoja matka wiedziała!" - wołał ze śmiechem, jak zawsze, ilekroć wyznawała mu coś w zaufaniu. Kazał jej przyrzec, że i takim samym zaufaniem powiadomi go o swoim pierw­szym flircie, i Meme powiedziała mu, że sympatyzuje i pewnym rudym Amerykaninem, który spędzał tu waka­cje u swoich rodziców. „To niesłychane - zaśmiał się Aureliano Drugi - gdyby twoja matka wiedziała!" Ale Merne powiedziała mu też, że chłopak powrócił do swego kraju i nie dał jej znaku życia. Dojrzała trzeźwość jej sadów gwarantowała spokój w domu. Aureliano Drugi poświęcał wówczas więcej godzin Petrze Cotes i choć ciało ani duch nie miały już ochoty na zabawy tak huczne jak jawniej, nie pomijał okazji do ich urządzania i wyciągania z pudła akordeonu, którego kilka klawiszy trzeba już było podwiązać sznurowadłami do butów. W domu Amaranta haftowała swój nie kończący się całun, a Urszulę zgrzybia­łość ciągnęła w głąb ciemności, gdzie jedyną widzialną rzeczą był duch Josego Arcadia Buendii pod kasztanem. Fernanda wzmocniła swoją władzę. Wysyłane co miesiąc listy do syna Josego Arcadia nie zawierały w tym czasie ani jednego kłamstwa i ukrywała przed nim tylko swoją korespondencję z niewidzialnymi medykami, którzy orze­kli, że ma złośliwy wrzód w jelicie grubym, i przygotowy­wali ją do operacji drogą telepatyczną.

Mógłby ktoś powiedzieć, że w zmęczonym gnieździe Buendiów na długo zapanował spokój i codzienna, za­dowalająca rutyna, gdyby nieoczekiwana śmierć Amaranty nie wywołała nowego wzburzenia. Było to wydarzenie niespodziewane. Chociaż stara i oddalona od wszystkich, nadal wydawała się silna, trzymała się prosto i cieszyła się kamiennym zdrowiem jak zawsze. Nikt nie znał jej myśli od tego popołudnia, kiedy definitywnie odrzuciwszy pułkownika Gerinelda Marqueza zamknęła się w swoim pokoju, żeby płakać. Gdy stamtąd wyszła, zapas jej łez byt już wyczerpany. Nie widziano jej płaczącej po wniebowstą­pieniu Pięknej Remedios ani przy wymordowaniu Aurelianów, ani po śmierci pułkownika Aureliana Buendii, którego kochała najbardziej ze wszystkich na świecie, choć mogła mu to okazać dopiero, kiedy znaleziono go martwego pod kasztanem. Ona pomogła podnieść trupa z ziemi, ubrała go w mundur wojskowy, ogoliła, uczesała i nagumowała wąs lepiej, niż on sam to robił w latach triumfu. Nikt nie widział w tym dowodu przywiązania, bo wszyscy znali zażyłość Amaranty z obrzędami śmierci. Fernanda oburzafa się, że Amaranta nie uznaje więzów religii z życiem, tylko ze śmiercią, jakby to nie była religia, tylko katalog zwyczajów pogrzebowych. Amaranta zbyt mocno była uwikłana w gma­twaninę swych wspomnień, aby zrozumieć te subtelności apologiczne. Dożyła starości zachowując żywe wszystkie swe tęsknoty. Słuchając walców Pietra Cresplego miała ochota płakać, tak samo jak w latach dziewczęcych, jakby czas i pokuta niczego nie zmieniły. Zwoje nut, które sama wyrzuciła do śmieci pod pretekstem, że butwieją od wilgoci, nadal wirowały i uderzały w młoteczki jej pamięci. Próbowa­ła je zatopić w bagnie namiętności, na którą pozwoliła sobie dla swego bratanka Aureliana Josego, a potem schronić się pod spokojną, męską opiekę pułkownika Gerinelda Marqueza, ale nie zdołała ich pokonać nawet najbardziej despera­ckim aktem swej starości, kiedy kąpiąc małego Josego Arcadia na trzy lata przedtem, zanim posłano go do semina­rium, pieściła go nie tak, jak mogła babka pieścić swego wnuka, tylko tak, jak robiłaby to kobieta z mężczyzną, tak jak podobno robiły to matrony francuskie i jak ona chciała pieścić Pietra Crespiego w dwunastym, czternastym roku swego życia, gdy widziała go ubranego w obcisłe pantalony do tańca, z magiczną pałeczką, którą wskazywał rytm metronomu. Czasem nie mogła się oderwać od tego rynsztoka poniżeń, a czasem porywała ją taka furia, że umyślnie zakłuwała się igłą, ale im bardziej rósł ból i furia, tym bardziej pogrążał ją w goryczy ten wonny i zatruty ogród miłości, który wlokła za sobą ku śmierci. Tak jak pułkownik Aureliano Buendia nie mogąc tego uniknąć myślał o wojnie, Amaranta musiała myśleć o Rebece. Ale podczas gdy jej brat zdołał oczyścić w ogniu te wspomnienia, ona zdołała je tylko rozżarzyć. Jedyną rzeczą, o którą przez wiele lat prosiła Boga, było to, żeby oszczędził jej śmierci, póki nie umrze Rebeka. Ilekroć przechodziła obok jej domu i widziała Dostępy zniszczenia, cieszyła się myślą, że Bóg jej słucha. Pewnego popołudnia, kiedy szyła na ganku z begoniami, uczuła pewność, że będzie szyła w tym miejscu, w tej samej pozycji i przy tym samym świetle, gdy przyniosą jej wieść o śmierci Rebeki. Zaczęła na nią czekać, tak jak się czeka na list, i był nawet taki okres, kiedy odpruwała guziki i potem przyszywała je na nowo, żeby bezczynność nie przedłużała oczekiwania i nie zwiększała niecierpliwości. Nikt w domu nie wiedział, że Amaranta utkała wtedy przepiękny całun dla Rebeki. Później, kiedy Aureliano Smutny opowiadał, że widział ją podobną do upiora, z pooraną skórą i paroma żółtymi strączkami włosów na głowie, Amaranta zdumiała się, gdyż opisane widmo było identycznie podobne do tego, które ją nawiedzało już od dawna. Postanowiła odświeżyć trupa Rebeki, zamaskować parafiną bruzdy na twarzy i zro­bić jej perukę z włosów świętych figur. Spreparuje wspaniałe zwłoki, w lnianym całunie i trumnie obitej purpurowym pluszem, i odda je do dyspozycji robactwa po wspaniałym pogrzebie. Opracowała cały plan z taką nienawiścią, że aż wzdrygnęła się na myśl, że wszystko to samo mogłaby zrobić z miłości; ale nie dając się opanować zmieszaniu, w dalszym ciągu udoskonalała szczegóły, aż do osiągnięcia niezrówna­nych wyżyn kunsztu w obrzędach śmierci. Jedyne, czego nie brał w rachubę jej plan, to że pomimo próśb do Boga sama może umrzeć wcześniej niż Rebeka. Tak się stało w istocie. A jednak w swojej ostatniej godzinie Amaranta nie czuła się zawiedziona, lecz przeciwnie, wolna od wszelkiej goryczy, bo śmierć obdarzyła ją przywilejem, zawiadamiając o swym nadejściu na parę lat przedtem. Zobaczyła ją pewnego gorą­cego popołudnia wyszywającą z nią razem na ganku wkrótce po odjeździe Meme do szkoły. Poznała ją natychmiast i nie znalazła w niej nic przerażającego. Była to kobieta z długimi włosami, ubrana na niebiesko, trochę po staroświecku, i przypominała swoim wyglądem Pilar Ternerę z czasów, kiedy ta pomagała im w kuchni. Kilka razy przechodziła tędy Fernanda, ale nie dostrzegła jej, chociaż tamta była tak prawdziwa, tak ludzka, że w pewnej chwili poprosiła Amarantę o nawleczenie jej igły. Śmierć nie powiedziała jej, kiedy umrze ani czy jej godzina jest wyznaczona przed godzina Rebeki, ale poleciła jej przystąpić do tkania własnego całunu najbliższego szóstego kwietnia. Powiedziała, że może go wyhaftować i przyozdobić z taką starannością, jak sobie życzy, ale pracując równie uczciwie jak przy całunie dla Rebeki, i uprzedziła ją, że umrze bez bólu, strachu i goryczy, wieczorem tego dnia, kiedy całun będzie skończony. Aby zyskać na czasie, Amaranta zamówiła przędzę z wybrzeża i sama utkała płótno. Robiła to tak starannie, że sama ta praca zajęła jej cztery lata. Potem zaczęła haftować. W miarę jak zbliżał się nieubłagany termin, uświadamiała sobie, że tylko cud pozwoli jej przedłużyć robotę tak, żeby jej nie skończyć przed śmiercią Rebeki, ale samo skupienie uwagi dało jej spokój potrzebny na to, by się pogodzić z myślą o przegranej. Wtedy to zrozumiała błędne koło złotych rybek pułkownika Aureliana Buendii. Ból świata kończył się na powierzchni jej skóry i wszelka gorycz odpłynęła z serca. Żałowała, że to objawienie nie przyszło wiele lat wcześniej, kiedy jeszcze można było oczyścić wspomnienia i odbudo­wać na nowo wszechświat w blasku nowego światła i bez drżenia wspominać zapach lawendy Pietra Crespiego wieczo­rami i odkupić Rebekę, podnieść ją z dna nędzy nie przez nienawiść ani miłość, tylko przez bezgraniczne zrozumienie samotności. Nienawiść, jaką zauważyła pewnego wieczoru w słowach Meme, wstrząsnęła nią nie dlatego, że dotyczyła jej osoby, lecz dlatego, że ujrzała swe własne odbicie w innej, cudzej młodości, która zdawała się tak czysta, jak musiała innym wydawać się jej własna młodość, a jednak była już skażona złością. Ale wtedy Amaranta była tak głęboko pogodzona z własnym losem, że nie przeraziła jej nawet pewność, że zamknięte są dla niej wszystkie drogi poprawy. Jedynym celem było skończyć całun. Zamiast opóźniać pracę niepotrzebnymi upiększeniami, jak to robiła na początku, przyspieszyła tempo. Na tydzień przedtem obliczyła, że zrobi ostatni ścieg w nocy czwartego lutego, i nie wyjawiając przyczyny zaproponowała Meme przyspieszenie koncertu przewidzianego na dzień następny, ale ta nie zwróciła na nią uwagi. Amaranta szukała więc innego sposobu spóźnienia się o czterdzieści osiem godzin i mogła pomyśleć, że śmierć idzie jej na rękę, gdyż wieczorem czwartego lutego burza uszko­dziła sieć elektryczną. Ale następnego dnia o ósmej rano zrobiła ostatni ścieg w największym arcydziele haftu, jakie kiedykolwiek wyszło z rąk kobiecych, i oznajmiła tonem najnaturalniejszym w świecie, że wieczorem umrze. Uprze­dziła o tym nie tylko rodzinę, ale całe miasto, ponieważ doszła do wniosku, że można naprawić życie nędzne i podłe jakąś ostatnią przysługą oddaną światu, i pomyślała, że najlepszym sposobem będzie zabrać z sobą listy ludzi do zmarłych.


1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna