Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona13/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   26

Olśniona mnogością cudownych wynalazków ludność Macondo nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia. Nie spano przez całe noce, podziwiając blade światło żarówek elektrycznych, oświetlających mieszkania dzięki maszynie, którą przywiózł Aureliano Smutny ze swej drugiej podróży pociągiem i do której obsesyjnego warkotu długo nikt nie mógł się przy­zwyczaić. Oburzano się na ruchome obrazy, jakie bogaty kupiec don Bruno Crespi wyświetlał w swoim teatrze z kasa­mi w kształcie lwich paszcz, gdyż bohater zabity, pogrzebany i opłakany przez widzów w jednym filmie, ukazywał się żywy i zamieniony w Araba w następnym. Publiczność, która płaciła dwa centavos za to, by dzielić kolejne zmiany losu bohaterów, nie mogła znieść tych gorszących kpin i połamała wszystkie krzesła. Na skutek interwencji don Bruna Crespiego zarząd miasta wyjaśnił w specjalnym obwieszczeniu, że kino jest maszyną wywołującą złudzenia i nie zasługuje na reakcje emocjonalne publiczności. Po tym studzącym zapał wyjaśnieniu wielu uznało, że padli, ofiarą nowego oszustwa Cyganów, postanowili więc zbojkotować kino w przekona­niu, że mają zbyt dużo własnych zmartwień, żeby opłakiwać zmyślone nieszczęścia wymyślonych ludzi. Podobny los spot­kał gramofony z tubą, które przywiozły wesołe matrony. z Francji, by zastąpić .staroświeckie organki, i które tak dotkliwie godziły przez pewien czas w interesy muzyków z orkiestry. Z początku ciekawość przyczyniła się do wzrostu klienteli na zakazanej ulicy i mówiono nawet o pewnych czcigodnych skądinąd damach, które przebierały się po męs­ku, żeby móc obserwować z bliska nowość muzyczną. Po dłuższej jednak obserwacji z tak bliska wkrótce doszły do wniosku, że to nie żaden czarodziejski młynek, jak wszyscy przypuszczali i jak twierdziły matrony, lecz sztuczka mecha­niczna, która nie może się równać z czymś tak wzruszającym, tak ludzkim i pełnym codziennej prawdy jak orkiestra. Rozczarowanie było tak poważne, że kiedy gramofony roz­powszechniły się do tego stopnia, iż spotykano je w każdym domu, wciąż jeszcze nie traktowano ich jak przedmiotu rozrywki dla dorosłych, lecz coś, co znakomicie się nadawało do rozkręcania i rozbebeszania dla dzieci. Za to jeśli ktoś z dorosłych miał sposobność poznać intymną rzeczywistość telefonu, który zainstalowano na stacji i z powodu korbki uważano za pierwotną wersję gramofonu - widok ten budził zmieszanie nawet najbardziej nieufnych. Tak jakby Bóg postanowił poddać próbie całą ludzką zdolność podziału i utrzymywał mieszkańców Macondo w ciągłym ruchu waha­dłowym między zachwytem i rozczarowaniem, zwątpieniem i rewelacją, do ostateczności, w której nikt już nie mógł ustalić na pewno, gdzie się zaczyna i gdzie kończy się rzeczywistość. Ten pogmatwany splot prawd i złudzeń wy­trącił z równowagi widmo Josego Arcadia Buendii pod kasztanem i kazał mu krążyć po domu nawet w biały dzień. Od czasu oficjalnej inauguracji kolei, odkąd pociąg zaczął przyjeżdżać regularnie w każdą środę o jedenastej i zbudowa­no prymitywną drewnianą stację z biurkiem, telefonem i okienkiem do sprzedawania biletów, na ulicach Macondo zaczęto widywać mężczyzn i kobiety, którzy starali się za­chowywać jak ludzie zwyczajni i pospolici, ale w rzeczywis­tości wyglądali jak cyrkowcy. W mieście pamiętającym oszustwa Cyganów nie było dobrych perspektyw dla tych ekwilibrystów wędrownego handlu, którzy z tą samą beztroską ofiarowywali gwiżdżący garnek jak i przepisy na zbawienie duszy w Dzień Sądu; tylu jednak znalazło się naiwnych lub dawało się przekonać ze znużenia, że domokrążcy osiągali znakomite zyski. Pośród tych niepoważnie ubranych przyby­szów w spodniach do konnej jazdy i wysokich butach, w korkowych hełmach i okularach w metalowej oprawie, z oczyma jak topazy i skórą rasowego koguta, w pewną środę przybył do Macondo i zjadł obiad w domu Buendiów gruby i uśmiechnięty mister Herbert.

Nikt przy stole nie zwrócił na niego uwagi, dopóki nie zjadł pierwszej kiści bananów. Aureliano Drugi spotkał go przypadkowo na ulicy, protestującego w pracowitej hi-szpańszczyźnie, że w hotelu Jacoba nie ma wolnego pokoju, i jak się to już przedtem często zdarzało z innymi cu­dzoziemcami, przyprowadził go do domu. Sprzedawał ba­lony na uwięzi, z którymi objechał pół świata zgarniając doskonałe zyski, w Macondo jednak nie zdołał namówić nikogo do podróży w powietrzu, bo po obejrzeniu i wy­próbowaniu latających dywanów, które przywozili Cyganie, uważano ten wynalazek za przestarzały. Zamierzał wobec tego odjechać następnym pociągiem. Kiedy przyniesiono do stołu kiść pręgowanych bananów, zwykle zawieszonych w jadalni do obiadu, oberwał pierwszy owoc bez wielkiego entuzjazmu. Ale rozmawiając nie przestawał jeść, gryząc banany raczej z roztargnieniem mędrca niż z przyjemnością smakosza, i skończywszy pierwszą kiść poprosił o następną. Wtedy ze skrzyneczki z narzędziami, którą zawsze nosił z sobą, wyjął małe pudełeczko z przyrządami optycznymi. Z niedowierzającą skrupulatnością kupca diamentów obej­rzał owoc ze wszystkich stron, dzieląc go na części spe­cjalnym nożykiem, ważąc je potem na aptecznej wadze i odmierzając średnicę pomiarowym cyrklem. Potem wyciąg­nął ze skrzynki serię instrumentów, którymi mierzył tem­peraturę, stopień wilgotności powietrza i nasilenie światła. Była to operacja tak intrygująca, że nikt spokojnie nie mógł jeść, czekając, aż mister Herbert wyda wreszcie rewelacyjne orzeczenie, on jednak nie powiedział nic, co pozwoliłoby przeniknąć jego zamiary.



W ciągu następnych dni widziano go z siatką i koszykiem, polującego na motyle w okolicach miasta. W środę przybyła grupa inżynierów, agronomów, hydrologów, topografów i mierniczych, którzy przez parę tygodni przeszukiwali te same miejsca, gdzie Mr Herbert polował na motyle. Później przybył pan Jack Brown w dodatkowym wagonie, przy­czepionym do ogona żółtego pociągu i obitym srebrną blachą z fotelami z fioletowego pluszu i sufitem z nie­bieskiego szkła. W wagonie tym przybyli również uroczyści, czarno ubrani adwokaci, którzy kręcili się wokół pana Browna. Ci sami adwokaci w innych czasach towarzyszyli wszę­dzie pułkownikowi Aurelianowi Buendii, co utwierdziło ludzi w przekonaniu, że agronomowie, hydrolodzy, topo­grafowie i mierniczy, jak również Mr Herbert ze swoimi latającymi balonami i kolorowymi motylami oraz pan Brown ze swoim mauzoleum na kółkach i dzikimi owczarkami niemieckimi, muszą mieć coś wspólnego z wojną. Nie było jednak wiele czasu na refleksje, bo zanim podejrzliwi mie­szkańcy Macondo zaczęli zadawać sobie pytanie, co, u diabła, się dzieje, miasto zamieniło się w obozowisko drewnianych domków z cynkowymi dachami, zamieszkałych przez cu­dzoziemców, którzy przybywali pociągiem z końca świata nie tylko w wagonach i na platformach, ale i na dachach wagonów. Amerykanie, którzy sprowadzili później swoje chude i mizerne żony w muślinowych sukniach i wielkich tiulowych kapeluszach, utworzyli osobne miasteczko po drugiej stronie torów kolejowych, z ulicami między dwoma rzędami palm, z metalowymi siatkami w oknach domów, ; białymi stoliczkami na tarasach, z wiatraczkami zawie­szonymi u sufitów i rozległymi szmaragdowymi trawnikami, po których spacerowały pawie i przepiórki. Teren był oto­czony drucianą kratą, niby gigantyczny zelektryfikowany kurnik, który w chłodne miesiące lata budził się czarny od zwęglonych prądem jaskółek. Nikt jeszcze nie wiedział, czego szukają ci ludzie i czy nie mają jakichś ukrytych zamiarów, a już wywołali kolosalny zamęt, znacznie bardziej Baczący niż dawni Cyganie, ale mniej przypadkowy i mniej zrozumiały. Wyposażeni w środki, którymi w innej epoce rozporządzała wyłącznie Boska Opatrzność, zmienili porzą­dek deszczy, przyspieszyli cykl zbiorów i zmienili położenie Beki usuwając ją z miejsca, gdzie zawsze płynęła, i umieścili ja, razem z jej białymi kamieniami i prądami, na końcu miasta, za cmentarzem. Przy tej to okazji zbudowali fortecę z betonu na grobie Josego Arcadia, żeby wciąż równie, uporczywa woń prochu nie zaraziła wód. Dla cudzoziemców przybywających bez żon rozbudowano ulicę czułych matron z Francji, urządzając tam drugie miasteczko, nie mniejsze od pierwszego, i w pewną triumfalną środę przybył pociąg peien nieprawdopodobnych prostytutek, niewiast babiloń­skiej rozpusty, wyszkolonych w wiekowych i najróżnorodniejszych sztuczkach, zaopatrzonych w maście i środki na pobudzenie nieczułych, ośmielenie nieśmiałych, zaspo­kojenie chutliwych, podniecenie skromnych i pocieszenie samotnych. Na ulicy Turków, gdzie luksusowe sklepy ko­rzenne zajęły miejsce dawnych bazarów, w sobotę wieczorem roił się i huczał tłum awanturników rozpychających się łokciami pośród stolików do gier hazardowych i strzelnic jarmarcznych między zaułkiem, gdzie przepowiadano przy­szłość i tłumaczono sny, a straganami z jedzeniem i piciem, które znajdowano poprzewracane i zaśmiecające bruk w nie­dzielę rano obok leżących pokotem ciał, czasem tylko rozanielonych pijaków, a częściej gapiów, których powaliła strzelanina, bójki na pięści i na noże albo ciosy butelek. Była to inwazja tak gwałtowna, że z początku ludzie nie mogli chodzić po zatarasowanych przez meble i skrzynie ulicach z powodu robót ciesielskich tych, co zamierzali budować sobie dom na pierwszym lepszym pustym miejscu, bez niczyjego pozwolenia, a także ze względu na zgorszenie, jakie szerzyły pary kochanków rozwieszające hamaki między migdałowcami, w cieniu płóciennych parasoli, by uprawiać miłość w biały dzień i na oczach wszystkich. Jedyną oazę spokoju stworzyli pogodni i cisi Murzyni antylscy budując boczną uliczkę z podcieniami drewnianych domków na palach, z gankami, gdzie zasiadali o zmierzchu, by śpiewać melancholijne pieśni w swoim dziwacznym ptasim języku. Tyle zmian dokonało się w tak krótkim czasie, ze w osiem miesięcy po przyjeździe Mr Herberta dawni mieszkańcy Macondo wstawali jak najwcześniej, żeby poznawać własne miasto.

- Spójrzcie, w cośmy się wpakowali - mówił wówczas pułkownik Aureliano Buendia - przez jedno zaproszenie przybłędy, żeby spróbował banana.



Aureliano Drugi natomiast zachwycony był tym najazdem cudzoziemców. Dom zaczęli tłumnie nawiedzać nieznajomi goście, niezmożeni w hulankach birbanci na światową skalę i trzeba było urządzić dodatkowe pokoje, poszerzyć jadalnię i zamienić dawny stół na nowy o szesnastu miejscach z nowy­mi nakryciami i porcelaną, ale nawet w ten sposób musieli obiad podawać w dwóch turach. Fernanda musiała pokonać swoje opory i obsługiwać po królewsku ludzi najbardziej podejrzanej kondycji, którzy wchodzili do jadalni w zabłoco­nych butach, siusiali w ogrodzie, kładli gdzie popadło swoje maty na popołudniową drzemkę, a w rozmowach nie krępo­wali się wrażliwością dam ani powagą i autorytetem męż­czyzn. Amarantę tak bardzo oburzała ta inwazja hołoty, że zaczęła jadać w kuchni, jak za dawnych czasów. Pułkownik Aureliano Buendia, przekonany, że większość przychodzą­cych przywitać się z nim w jego warsztacie nie robi tego przez sympatię lub szacunek, lecz z ciekawości dla zabytku muzealnego, uznał za właściwe zamykać drzwi na rygiel [przestano go widywać oprócz rzadkich przypadków, gdy wieczorem zasiadał przed domem na ulicy. Tylko Urszula, oswet kiedy już powłóczyła nogami i chodząc macała rękami ściany, okazywała dziecinną radość, ilekroć zbliżał się mo­ment nadejścia pociągu. „Przygotujcie mięso i ryby - roz­kazywała czterem zaaferowanym kucharkom, którymi dyry­gowała niewzruszona Santa Sofia de la Piedad. - Trzeba podać wszystkiego po trosze - podkreślała - bo nigdy nie wiadomo, co zechcą jeść cudzoziemcy". Pociąg przyjeżdżał w godzinie największego upału. Podczas obiadu dom roz­brzmiewał jarmarczną wrzawą i spoceni biesiadnicy, którzy nie wiedzieli nawet, kim są gospodarze, walili hurmem, żeby ająć najlepsze miejsca przy stole, podczas gdy kucharki potrącały się wnosząc olbrzymie garnki z zupą, rondle z mię­sem, półmiski z jarzynami, misy z ryżem i bez końca rozdzielały chochlą lemoniadę z beczek. W tym niewiarygod­nym bałaganie Pernandę do furii doprowadzała myśl, że wielu z nich jada dwukrotnie, i nieraz miała ochotę ulżyć sobie i rozkrzyczeć się jak przekupka, gdy jakiś niezorien­towany gość żądał rachunku. Minął rok od wizyty pana Herberta i wiedziano tylko, że cudzoziemcy mają zamiar hodować banany w tym zaczarowanym rejonie, przez który przeszli Jose Arcadio Buendia i jego ludzie w poszukiwaniu wielkich odkryć. Zjawili się także dwaj następni spośród synów pułkownika Aureliana Buendii z krzyżami z popiołu na czole, ściągnięci tą eksplozją wulkanu, uzasadniając swe przybycie zdaniem, które może streszczało opinię po­wszechną.

- Przyszliśmy - powiedzieli - bo wszyscy tu ciągną. Tylko Piękna Remedios pozostała odporna na zarazę bananową. Zatrzymała się w cudownym wieku młodzień­czym, coraz bardziej niedostępna ustalonym formom żyda i coraz bardziej obojętna na złośliwość i podejrzenia, szczę­śliwa we własnym świecie rzeczywistości najprostszych. Nie rozumiała, dlaczego kobiety utrudniają sobie życie gorsetami i halkami, dla siebie więc uszyła worek z konopnego płótna z otworem na głowę i w ten uproszczony sposób rozwiązała problem ubrania, zachowując jednocześnie złu­dzenie, że jest naga, co w jej przekonaniu było jedynym przyzwoitym strojem na użytek domowy. Znudzona na­leganiem, żeby skróciła włosy sięgające jej aż do kostek i upięła je w kok za pomocą grzebieni lub zaplotła warkocze z kolorowymi wstążkami, po prostu ogoliła sobie głowę aż do skóry, a z włosów zrobiła peruki dla świętych, Najdziwniejsze w tym instynkcie upraszczania było to, że im mniej troszczyła się o modę szukając wygody, im bardziej wyzbywała się konwencjonalizmu posłuszna tylko impulsom, tym bardziej niepokojąca stawała się jej niewiarygodna uroda i tym bardziej prowokacyjne jej zachowanie wobec mężczyzn. Kiedy synowie pułkownika Aureliana Buendii pierwszy raz byli w Macondo, Urszula przypomniała sobie, że mają w żyłach tę samą krew co prawnuczka, i wstrząsnął nią dawno zapomniany strach. „Dobrze uważaj - ostrzegła ją. - Z każdym z nich urodzisz dziecko ze świńskim ogonem". Ona jednak tak mało zwróciła uwagi na prze­strogę, że przebrała się po męsku i wytarzała w piasku, by wdrapać się na wysmarowany dziegciem słup, co omal nie doprowadziło do tragedii wśród jej siedemnastu kuzynów, oszołomionych widokiem nie do wytrzymania. Dla­tego też żaden z nich nie spał w domu, kiedy przyjeżdżali, a ci czterej, którzy zostali tu na stałe, mieszkali z rozkazu Urszuli w wynajętych pokojach. Piękna Remedios umarłaby chyba ze śmiechu, gdyby wiedziała o tej przezorności. Do ostatniej chwili swego pobytu na ziemi nie miała pojęcia, że jej nieodwracalny los zakłócającej spokój samicy co dzień przynosi komuś zgubę. Ilekroć ukazywała się w jadalni wbrew rozkazom Urszuli, doprowadzała do roz­paczy cudzoziemców. Zbyt oczywiste było, że jest zupełnie naga pod zgrzebną koszulą, i nikt nie mógł zrozumieć, że jej idealna i zgolona czaszka nie jest wyzwaniem i że nic występnego ani prowokującego nie ma w sobie bez­wstyd, z jakim odkrywała uda, żeby się ochłodzić, czy' satysfakcja okazywana przy oblizywaniu palców po jedzeniu. Czego nigdy nie wiedział nikt z rodziny, a z czego od razu zdali sobie sprawę obcy, to że Piękna Remedios wytwarzała wokół siebie jakąś aurę niepokoju, atmosferę burzy, wyczuwalną jeszcze w parę godzin po jej przejściu. Mężczyźni doświadczeni w rozkoszach miłości, kosztowa­nych na całym świecie, twierdzili, że nigdy nie doznawali takich dreszczy, jakie wywoływał w nich naturalny zapach Pięknej Remedios. Na ganku z begoniami, w salonie, w każ­dym zakątku domu można było dokładnie określić miejsce, w którym przebywała, i czas, jaki minął od chwili, gdy stamtąd odeszła. Był to ślad trwały, nieomylny, którego nikt w domu nie mógł rozróżnić, gdyż od dawna połączył się z innymi codziennymi zapachami, ale obcy odróżniali go natychmiast. Dlatego też tylko oni rozumieli, że młody dowódca straży zmarł z miłości, a rycerz przybyły z dalekich stron stoczył się na dno rozpaczy. Nieświadoma burzliwej atmosfery, w jakiej się porusza, ani nieznośnego stanu wewnętrznej katastrofy, jaki wywołuje swoim przejściem,

Piękna Remedios traktowała mężczyzn obojętnie, bez naj­mniejszej złośliwości, i do reszty burzyła ich spokój swymi niewinnymi kaprysami. Kiedy Urszula kazała jej jadać w kuchni razem z Amarantą, żeby nie widywali jej goście poczuła się swobodniej, bo wreszcie przestała jej ciążyć wszelka dyscyplina. Było jej wszystko jedno, gdzie jada, i to nie w ustalonych godzinach, lecz według wskazań własnego apetytu. Czasami wstawała na obiad o trzeciej rano, spała przez cały dzień, i w tym odwróconym układzie rzeczy żyła kilka miesięcy, dopóki jakiś przypadkowy incydent nie przy­wołał jej z powrotem do porządku. Kiedy była w lepszym nastroju, wstawała o jedenastej rano, zamykała się na dwie godziny w łazience zupełnie naga, zabijając w tym czasie skorpiony i usiłując się otrząsnąć z ciężkiego i długiego snu. Potem wydrążoną tykwą czerpała wodę z basenu i oblewała nią całe ciało. Była to czynność tak długotrwała, tak drobiaz­gowa i obfitująca w uroczyste sytuacje, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby pomyśleć, że oddaje się zasłużonej adoracji własnego ciała. Dla niej jednakże ten samotny obrządek nie miał w sobie nic ze zmysłowości i był po prostu sposobem zabicia czasu, zanim poczuje głód. Pewnego dnia, kiedy zaczynała się kąpać, ktoś spośród przybyszów uniósł obluzo­waną dachówkę i znieruchomiał z zapartym tchem, po­dziwiając wspaniałość jej nagich kształtów. Ona zobaczyła jego zrozpaczone oczy poprzez otwór w dachu i nie odczuła wstydu, tylko przestrach.

- Ostrożnie - krzyknęła - spadnie pan.

- Chcę tylko patrzeć na panią - szepnął intruz.

- No dobrze - odpowiedziała - ale proszę uważać, bo dach jest spróchniały.

Twarz mężczyzny skamieniała w jakimś bolesnym osłupie­niu, jak gdyby toczył głuchą walkę przeciw swym pierwo­tnym impulsom, nie chcąc zniszczyć mirażu. Piękna Remedios myślała, że cierpi ze strachu, żeby strop się nie rozleciał, i skończyła się kąpać prędzej niż zwykle, żeby go nie narażać na dalsze niebezpieczeństwo. Oblewając się wodą ze zbior­nika powiedziała, że martwi ją ten zły stan dachu, bo warstwa liści zgniłych od deszczu z pewnością jest przyczyną gnieżdżenia się skorpionów w łazience. Cudzoziemcowi jej szczebiot wydał się zachętą i gdy zaczęła się namydlać, uległ pokusie, żeby posunąć się dalej.

- Ja panią namydlę - szepnął.

- Dziękuję za dobre chęci - odpowiedziała - ale zupełnie wystarczają mi moje dwie ręce.

- Choćby tylko plecy - błagał intruz.

- To zbyteczne - odpowiedziała. - Kto kiedy widział, żeby ludzie mydlili sobie plecy?

Później, kiedy się wycierała, on błagał ją z oczami pełnymi łez, żeby została jego żoną. Odpowiedziała mu szczerze, że nigdy nie wyjdzie za mąż za mężczyznę, który stracił już całą godzinę i wyrzekł się obiadu tylko po to, żeby zobaczyć kąpiącą się kobietę. W końcu, kiedy włożyła suknię, męż­czyzna stwierdził naocznie, że istotnie, jak wszyscy podej­rzewali, nie nosi nic pod spodem. To było więcej, niż mógł znieść - czuł się napiętnowany na zawsze rozpalonym żela­zem tej tajemnicy. Wyjął jeszcze dwie dachówki, żeby dostać się do wnętrza łazienki.

- To bardzo wysoko - uprzedziła go przestraszona - zabi­je się pan.



Przegniły strop rozleciał się z groźnym trzaskiem i męż­czyzna ledwie zdążył krzyknąć z przerażenia, zanim rozbił sobie czaszkę i umarł bez jęku na cementowej podłodze. Cudzoziemcy, którzy dosłyszeli hałas w jadalni i pospieszyli, żeby wynieść trupa, poczuli na jego skórze dławiący zapach Pięknej Remedios. Całe jego ciało było nim tak nasiąknięte, że z rozbitej czaszki popłynęła nie krew, lecz bursztynowa oliwa przesycona tym tajemnym aromatem, i wtedy zro­zumieli, że zapach Pięknej Remedios torturuje mężczyzn nawet po śmierci, dopóki nie rozsypią się kości. Nie skoja­rzyli mimo wszystko tego straszliwego wypadku z dwoma innymi, nie znając tamtych dwóch mężczyzn, którzy umarli przez Piękną Remedios. Trzeba było jeszcze jednej ofiary, żeby obcy przybysze, i wielu spośród dawnych mieszkańców Macondo, uwierzyli w legendę, że to, czym emanuje ciało Remedios, nie jest miłością, lecz śmiercią. Przekonano się o tym w parę miesięcy później, kiedy pewnego popołudnia Piękna Remedios w grupie koleżanek poszła obejrzeć nowe plantacje. Dla ludzi z Macondo było nową rozrywką przebie­ganie wilgotnych i długich bez końca alei pod sklepieniem bananowców, gdzie cisza zdawała się przyniesiona z innych stron i jeszcze nie używana, niczym nie zmącona, dlatego tak źle przekazywała głos. Czasami nie rozumiano czegoś, co mówiło się w odległości pół metra, a jednak doskonale to słyszano na drugim krańcu plantacji. Dla dziewcząt z Macon­do ta nowa zabawa była powodem do śmiechów, zaskoczeń i kpin, a wieczorami opowiadało się o spacerze jak o czymś przeżytym we śnie. Tyle mówiono o tej ciszy, że Urszula nie miała serca odmówić rozrywki Pięknej Remedios i pozwoliła jej wyjść któregoś popołudnia pod warunkiem, że włoży odpowiednie ubranie i kapelusz. Z chwilą gdy gromada przyjaciółek weszła na plantację, powietrze przesycił śmier­telny aromat. Mężczyźni pracujący w rowach uczuli się obezwładnieni jakimś dziwnym czarem, zagrożeni niewi­dzialnym niebezpieczeństwem i wielu nie oparło się strasz­liwej chęci płaczu. Pięknej Remedios i jej przerażonym koleżankom w ostatniej chwili udało się schronić w pobli­skim domu przed napaścią stada rozjuszonych samców. Wkrótce potem uwolnili je czterej Aurelianowie, których krzyże z popiołu budziły święty szacunek, niby znak kasty, pieczęć nietykalności. Piękna Remedios nie opowiedziała nikomu, że jeden z mężczyzn korzystając z zamieszania zdołał dotknąć jej brzucha ręką, podobną raczej do szponów oria czepiających się brzegu przepaści. Stawiła czoło napast­nikowi, jednak w nagłym olśnieniu zobaczyła tragiczne oczy, które pozostały na zawsze w jej sercu niby żar litości. Wieczorem na ulicy Turków człowiek ten przechwalał się swoją odwagą i opowiadał o swoim szczęściu jeszcze na parę minut przedtem, nim kopnięcie konia roztrzaskało mu klatkę piersiową i tłum przybyszów ujrzał go konającego pośrodku ulicy w kałuży krwi wyrzucanej ustami.

Podejrzenie, że Piękna Remedios obdarzona jest mocą sprowadzania śmierci, potwierdziły jeszcze cztery inne nie­zbite fakty. I choć niektórzy z mężczyzn pochopnie zapew­niali, że warto poświęcić życie za jedną noc miłości z tak niebezpieczną kobietą, to jednak żaden z nich nie podjął najmniejszej próby, by tego dokonać. Może na to, by ją nie tylko ujarzmić, ale także unieszkodliwić jej czary, wystar­czyłoby uczucie tak pierwotne i proste jak miłość, ale to była jedyna rzecz, która nikomu nie przyszła na myśl. Urszula przestała się już o nią martwić. Dawniej, kiedy jeszcze nie zrezygnowała z zamiaru uratowania prawnuczki dla świata, próbowała ją zainteresować drobnymi sprawami domowymi. „Mężczyźni żądają więcej, niż ci się zdaje — mówiła do niej zagadkowo. - Trzeba dużo gotować, dużo zamiatać i cierpieć przez różne drobiazgi, oprócz tego, o czym ty myślisz". W głębi duszy oszukiwała samą siebie, próbując przygoto­wać Remedios do szczęścia domowego, przekonana, że nie ma na świecie mężczyzny, który po zaspokojeniu namiętno­ści byłby zdolny znieść choć przez jeden dzień jej niedbal­stwo przekraczające wszelkie granice wyobrażenia. Narodzi­ny ostatniego Josego Arcadia i niezłomny zamiar wychowa­nia go na papieża w końcu kazały jej zaniechać trosk o prawnuczkę. Pozostawiła ją własnemu losowi, ufna, że prędzej czy później stanie się cud i na tym świecie, gdzie wszystko się zdarza, znajdzie się mężczyzna dość dziwaczny, żeby się nią zająć. Już dużo wcześniej Amaranta zrezyg­nowała z wszelkich prób uczynienia jej pożyteczną. Od czasu zapomnianych popołudni w szwalni, kiedy wnuczka po jej bracie ledwie nauczyła się obracać rączką maszyny do szycia, doszła do nader prostego wniosku, że Remedios jest głupia. „Trzeba będzie cię oddać na loterię fantową" - mówiła nie pojmując jej niewrażliwości na podziw mężczyzn. Później, kiedy Urszula kazała jej w kościele zasłaniać twarz mantylką, Amaranta myślała, że ta tajemniczość okaże się tym bardziej prowokująca i bardzo prędko znajdzie się ktoś dostatecznie zaintrygowany, żeby cierpliwie szukać słabego punktu w jej sercu. Ale przekonawszy się, jak niedorzecznie Remedios wzgardziła adoratorem, który z wielu względów bardziej się zdawał ponętny niż królewicz z bajki, straciła wszelką na­dzieję. Co do Fernandy, to nie próbowała nawet jej zro­zumieć. Ujrzawszy Piękną Remedios w przebraniu królowej podczas krwawego karnawału pomyślała, że to jakaś nad­przyrodzona istota. Ale kiedy ją zobaczyła jedzącą rękami, niezdolną w rozmowie dać odpowiedzi, która nie byłaby szczytem głupoty, żałowała tylko, że głupcy w tej rodzinie tak długo żyją. Chociaż pułkownik Aureliano Buendia wciąż wierzył i powtarzał, że Piękna Remedios jest w rzeczywisto­ści obdarzona największą jasnością umysłu, z jaką kiedykol­wiek się spotkał, i chociaż dowodził tego co chwila jej zadziwiający talent kpienia sobie ze wszystkich, pozostawio­no ją na łasce boskiej. Piękna Remedios błąkała się na pustyni samotności, nie dźwigając żadnych krzyży, dojrzewając w swoich snach bez koszmarów, w swoich nie kończących się kąpielach, posiłkach o nie ustalonych porach, w swoim głębokim i długim milczeniu bez wspomnień aż do pewnego marcowego popołudnia, kiedy Fernanda, chcąc poskładać w ogrodzie swoje koronkowe prześcieradła, poprosiła o po­moc domowe kobiety. Ledwie zaczęły je przeciągać, kiedy Amaranta spostrzegła bladość Pięknej Remedios, która wy­dawała się niemal przezroczysta.

- Źle się czujesz? - spytała. Piękna Remedios, trzymając prześcieradło za drugi koniec, uśmiechnęła się z politowaniem.



1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna