Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona12/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   26

- Nigdy nie widziałem czegoś równie nieprzyzwoitego! -zawołał wybuchając śmiechem, który odbił się w całym domu. - Ożeniłem się z siostrą miłosierdzia!

W miesiąc później, nie zdoławszy zmusić żony do zdjęcia koszuli, poszedł do Petry Cotes, żeby ją sfotografować w przebraniu królowej. Później, kiedy udało mu się skłonić Fernandę do powrotu do domu, uległa jego namowom w emocji pojednania, ale nie umiała dać mu tego spokoju, o którym marzył, gdy pojechał po nią do miasta o trzydziestu W^. Awonmcach. Aureliano Drugi znalazł w niej tylko głębokie uczucie żałości. Pewnej nocy, na krótko przed urodzeniem pierwszego dziecka, Fernanda zdała sobie spra­wę, że jej mąż wrócił w tajemnicy do łóżka Petry Cotes. - Tak, to prawda - przyznał. I wytłumaczył tonem złama­nej rezygnacji: - Musiałem to zrobić, żeby zwierzęta nie przestały rodzić.

Trzeba mu było trochę czasu na przekonanie jej o praw­dziwości tej tak dziwnej przyczyny, ale gdy to w końcu osiągnął na podstawie dowodów, które wydawały mu się nie do odparcia, jedynym przyrzeczeniem, jakie Fernanda wymu­siła, było, że nie da się zaskoczyć śmierci w łóżku konkubiny. Tak więc żyli nadal we troje nie przeszkadzając sobie, Aureliano Drugi punktualny i czuły dla obu, Petra Cotes triumfująca z racji pojednania, a Fernanda udająca, że nie zna prawdy.

Układ ten nie zdołał jednak prawdziwie włączyć Fernandy do rodziny. Na próżno Urszula nakłaniała ją do wyrzucenia wełnianego szalika, który wkładała wstając po stosunku miłosnym i który prowokował szepty sąsiadów. Nie zdołała też jej przekonać, by używała ubikacji lub zwykłego naczynia nocnego, a sprzedała złoty nocnik pułkownikowi Aurelianowi Buendii do przerobienia na rybki. Amarantę drażniła jej niewyraźna dykcja i zwyczaj używania eufemi­zmów na określenie czegokolwiek, tak że przedrzeźniała a mówiąc do niej niezrozumiałym bełkotem.

Pewnego dnia rozgniewana tymi żartami Fernanda zapyta­ła, co mówi Amaranta, ta zaś nie użyła eufemizmów, aby jej odpowiedzieć.

- Mówię - wytłumaczyła - że ty jesteś z tych, co z włas­nym gównem obchodzą się jak z relikwią.



Od tego dnia nie zamieniły z sobą ani słowa. Kiedy wymagała tego konieczność, przesyłały sobie zlecenia na piśmie albo rozmawiały za pośrednictwem osób trzecich. Pomimo wyraźnych oporów rodziny Fernanda nie wyrzekła się chęci narzucenia im zwyczajów swoich przodków. Poło­żyła kres jadaniu w kuchni i w dowolnych porach dnia, wprowadzając obowiązek wspólnych posiłków o ustalonych godzinach, przy dużym stole w jadalni, z lnianym obrusem, kandelabrami i srebrną zastawą. Celebrowanie czynności, którą Urszula uważała zawsze za najprostszą z życia codzien­nego, stworzyło naprężoną atmosferę, przeciw której pierw­szy zbuntował się milczący Jose Arcadio Drugi. Ale zwyczaj ten przyjął się, podobnie jak odmawianie pacierza przed kolacją, co zwróciło uwagę sąsiadów, i dość szybko rozniosła się pogłoska, że u Buendiów nie siadano po prostu do stołu tak jak u innych śmiertelników, lecz celebrowano posiłki jak nabożeństwo. Nawet praktyki religijne Urszuli, raczej spon­taniczne niż wynikające z tradycji, różniły się wielce od tych, jakie wyniosła z domu Fernanda, dokładnie określonych i dostosowanych do każdej okazji. Dopóki Urszula zachowa­ła pełnię władz umysłowych, przetrwały jeszcze niektóre z dawnych zwyczajów i życie rodzinne ulegało jej wpływowi, ale kiedy straciła wzrok i ciężar lat odsunął ją na ubocze, rygor wprowadzony przez Fernandę od chwili jej przybycia zapanował niepodzielnie i tylko ona decydowała teraz o losach rodziny. Przedsiębiorstwo wypieku ciasta i karmelowych zwierzątek, które Santa Sofia de la Piedad prowadziła na życzenie Urszuli, zostało uznane przez Fernandę za nie licujące z godnością i nie omieszkała go zlikwidować. Drzwi domu, otwarte na oścież od świtu do pory spoczynku, zamykano teraz pod pretekstem, że słońce nagrzewa sypialnie, aż w końcu zamknięto je na zawsze. Gałązkę aloesu i chleb, zawieszone nad wejściem, zastąpiła nisza z wizerunkiem serca Jezusowego. Pułkownik Aureliano Buendia dostrzegł te przemiany i przewi­dział ich konsekwencje. „Zaczynamy przybierać dystyngowane maniery - powiedział. - Jeśli tak dalej pójdzie, to znowu będziemy wojować przeciw konserwatystom, ale teraz już zechcemy króla na ich miejsce". Fernanda dyplomatycznie unikała starć z pułkownikiem. Jego duch niezależności, oporność wobec wszelkich form przymusu społecznego budzi­ły jej wewnętrzny sprzeciw. Drażniły ją jego filiżanki kawy o piątej rano, nieporządek w warsztacie, jego wystrzępiona opończa i zwyczaj zasiadania przed domem o zmierzchu. Musiała jednak pozwolić na tę nie dokręconą śrubkę w mecha­nizmie rodzinnym, przekonana, że stary pułkownik jest zwierzęciem ujarzmionym przez lata i rozczarowanie, ale zdolnym jeszcze w przypływie starczego buntu wyrwać fundamenty domu. Kiedy jej mąż postanowił dać pierwszemu synowi imię pradziadka, nie odważyła się oponować, bo dopiero minął rok od jej przybycia. Ale kiedy urodziła się pierwsza córka, zdecydowanie wyraziła życzenie, żeby nazywa­ła się Renata, tak jak jej matka. Urszula tymczasem postanowiła nazwać dziewczynkę Remedios. Po napiętej dyskusji, w której Aureliano Drugi występował w roli pośrednika, ochrzczono ją imionami Renata Remedios, ale Fernanda nazywała ją po prostu Renata, podczas gdy rodzina jej męża i całe miasto wołało na nią Meme, czyli zdrobnieniem od „Remedios".

Z początku Fernanda nie mówiła o swojej rodzinie, ale z czasem zaczęła idealizować swego ojca. Opowiadała o nim przy stole jako o człowieku wyjątkowym, który zrezygnował z marności tego świata i żył jak święty. Aureliano Drugi, zdziwiony tą niewczesną gloryfikacją teścia, nie odmawia! sobie niewinnych żarcików na ten temat za plecami żony. Reszta rodziny brała z niego przykład. Sama Urszula, która zawsze nade wszystko pragnęła harmonii w rodzinie i skrycie cierpiała z powodu tych domowych utarczek, pozwoliła sobie kiedyś zauważyć, że mały praprawnuczek ma zapew­nioną przyszłość na najwyższych szczeblach hierarchii koś­cielnej jako „wnuk świętego, syn królowej i koniokrada". Pomimo tej dobrodusznej konspiracji dzieci przyzwyczaiły się uważać dziadka za istotę legendarną, przysyłającą im w listach pobożne wierszyki, a na każde Boże Narodzenie skrzynię z prezentami tak wielką, że z trudem mieściła się w drzwiach od ulicy. Były to w rzeczywistości ostatnie resztki wielkopańskiego dziedzictwa. Wykorzystano je na urządzenie w sypialni dzieci ołtarza ze świętymi naturalnej wielkości, których szklane oczy nadawały im niepokojące pozory życia, a szaty z aksamitu, artystycznie haftowane, zaćmiewały wspaniałością wszystkie stroje, jakie kiedykol­wiek noszono w Macondo. Stopniowo żałobny splendor starej i zimnej rezydencji przeniesiony został do jasnego domu Buendiów. „Przysłali nam już cały cmentarz rodzinny - powiedział kiedyś Aureliano Drugi. - Brakuje tylko wierzb płaczących i nagrobków". Chociaż w skrzyniach nie przyszło nigdy nic, co mogłoby służyć jako zabawka, dzieci przez cały rok wyczekiwały grudnia, bo ostatecznie te dziwaczne i za­wsze zaskakujące dary stanowiły nowość w domu. W dziesią­te Boże Narodzenie, kiedy mały Jose Arcadio przygotowy­wał się do wyjazdu do seminarium, przybyła nieco wcześniej niż w latach ubiegłych olbrzymia skrzynia od dziadka, zabita gwoździami i uszczelniona, zaadresowana jak zawsze goty­ckim pismem do „Wielce Szanownej Pani Pernandy del &irpio Buendia". Gdy Fernanda czytała list w sypialni, dzieci niecierpliwiły się, by otworzyć skrzynię; jak zwykle z pomocą Aureliana Drugiego odbiły wieko, zerwały pieczęcie, wrzuciły ochronną warstwę trocin i znalazły w środku ogromną ołowianą kasetę z mosiężnymi śrubami. Aureliano Drogi odkręcił osiem śrub, przynaglany niecierpliwością dzieci, i ledwie zdążył krzyknąć i odsunąć je na bok, kiedy podniósłszy ołowianą pokrywę zobaczył don Fernanda ubra­nego na czarno, z krucyfiksem na piersiach, ze skórą wzdętą i przegniłą, jakby gotującego się na wolnym ogniu w pieni­stej i bulgocącej cieczy żywych pereł.

Wkrótce po urodzinach dziewczynki ogłoszono niespo­dziewany jubileusz pułkownika Aureliana Buendii, nakazany przez rząd dla uczczenia nowej rocznicy traktatu w Neerlsindii. Było to postanowienie tak niezgodne z oficjalną polityką, że pułkownik gwałtownie wypowiedział się prze­ciw niemu i odrzucił ofiarowywany mu zaszczyt. „Pierwszy raz słyszę słowo jubileusz - powiedział. - Ale cokolwiek ono oznacza w tym wypadku, nie może być niczym innym niż drwiną". W ciasnym warsztacie złotniczym zaczęli się tłoczyć emisariusze. Wrócili - o wiele starsi i bardziej uroczyści - adwokaci w czarnych ubraniach, którzy dawniej krążyli jak kruki wokół pułkownika. Kiedy zaczęli się pojawiać znowu ci, co niegdyś zjawiali się po to, by błotem obrzucać wojnę, nie mógł znieść cynizmu ich panegiryków. Zażądał, żeby zostawiono go w spokoju, pod­kreślił, że wbrew ich mniemaniu nie jest bohaterem na­rodowym, lecz rzemieślnikiem bez wspomnień, którego jedynym pragnieniem jest umrzeć ze starości, w zapomnieniu i ubóstwie swoich złotych rybek. Najbardziej oburzyła go wieść, że sam prezydent republiki zamierza uczestniczyć w uroczystościach w Macondo i udekorować go Orderem Zasługi. Pułkownik Aureliano Buendia kazał mu powtórzyć słowo w słowo, że z prawdziwą niecierpliwością oczekuje tej spóźnionej, lecz zasłużonej okazji strzelenia prezydentowi w łeb, nie po to, by mu kazać zapłacić za samowole i anachronizmy w sposobie rządzenia, lecz za uchybienie szacunku starcowi, który nic złego nie czyni. Z taką gwał­townością wypowiedział swoją groźbę, że prezydent repub­liki w ostatniej chwili odwołał podróż i przesłał odznaczenie przez swojego osobistego przedstawiciela. Pułkownik Gerineldo Marquez, pod presją przybierającą różne formy, pod­niósł się ze swego łoża paralityka, aby ułagodzić dawnego towarzysza broni. Gdy ten zobaczył fotel niesiony przez czterech mężczyzn i siedzącego w nim między ogromnymi poduszkami przyjaciela, który od zarania młodości dzielił z nim zwycięstwa i klęski, ani na chwilę nie miał wątpliwości, że dokonał on tego wysiłku, by mu wyrazić swoją solidar­ność. Ale kiedy poznał prawdziwy powód jego wizyty, kazał wyrzucić go za drzwi.

- Za późno się przekonałem - powiedział - że oddałbym ci wielką przysługę, gdybym pozwolił cię wtedy rozstrzelać.

Tak więc jubileusz odbył się bez udziału kogokolwiek z rodziny. Przypadek chciał, że uroczystość zbiegła się w cza­sie z tygodniem karnawałowym i nikt nie zdołał przekonać pułkownika Aureliana Buendii, że i ten zbieg okoliczności nie został zaplanowany przez rząd dla podkreślenia okrucień­stwa żartu. Ze swego samotnego warsztatu słyszał muzykę wojskową, strzały artylerii, dzwony na Te Deum i strzępki przemówień wygłaszanych przed jego domem, kiedy ochrzczono ulicę jego nazwiskiem. Łzy oburzenia i bezsilnej wściekłości kręciły mu się w oczach i po raz pierwszy od czasu klęski żałował, że nie ma już młodzieńczego zapału, żeby wszcząć krwawą wojnę, która starłaby ostatnie ślady reżimu konserwatystów. Nie umilkły jeszcze echa składanych mu hołdów, kiedy Urszula zastukała do drzwi warsztatu.

- Nie przeszkadzajcie mi - powiedział. - Jestem zajęty.



- Otwórz - nalegała Urszula. - To nie ma nic wspólnego z uroczystością.

Wtedy pułkownik Aureliano Buendia odsunął rygiel i uj­rzał przy drzwiach siedemnastu młodych, nie znanych mę­żczyzn. Byli najróżniejszej barwy skóry, rysów i postawy, ale wszyscy naznaczeni tym piętnem samotności, które wy­starczyło, żeby można ich było rozpoznać w jakimkolwiek miejscu na ziemi. Byli to jego synowie. Nie umawiając się, nie znając się nawzajem, przybyli z najbardziej odległych zakątków wybrzeża na wieść o jubileuszu. Każdy z nich nosił dumne imię Aureliano i nazwisko matki. Przez trzy dni, kiedy gościli w domu, ku zadowoleniu Urszuli i oburzeniu Femandy, przewrócili wszystko do góry nogami. Amaranta odszukała w starych papierach notes, w którym Urszula zapisała nazwiska, daty urodzin i chrztu wszystkich, i dodała przy każdym nazwisku obecny adres. Ta lista pozwoliłaby na rekapitulację dwudziestu lat wojny. Można by na jej podstawie odtworzyć nocne wędrówki pułkownika od świtu, gdy na czele dwudziestu jeden ludzi wyruszył z Macondo w stronę chimerycznej rebelii, do czasu, gdy powrócił ostatni raz, szczelnie owinięty w opończę sztywną od krwi. Aureliano Drugi nie przepuścił okazji uczczenia kuzynów huczną zabawą z szampanem i akordeonem, zin­terpretowaną jako spóźniony rozrachunek z nieudanym z po­wodu jubileuszu karnawałem. Goście wytłukli połowę za­stawy porcelanowej, połamali krzaki róż goniąc za bykiem, żeby zarzucić na niego płachtę, strzelali do kur, zmusili Amarantę do tańczenia smutnych walców Pietra Crespiego, namówili Piękną Remedios, żeby włożyła męskie spodnie i wdrapała się na słup szczęścia, wpuścili do jadalni wieprza wysmarowanego łojem, który przewrócił Fernandę, ale nikt nie lamentował nad szkodami, bo całym domem zatrzęsła burza, która niosła zdrowie. Pułkownik Aureliano Buendia z początku przyjął ich nieufnie, a nawet zakwestionował pokrewieństwo z niektórymi spośród nich, ale potem rado­wał się ich figlami i na pożegnanie podarował każdemu złotą rybkę. Nawet posępny Jose Arcadio Drugi zorganizował dla nich walkę kogutów, która omal nie zakończyła się tragedią, gdyż kilku Aurelianów miało tak wielkie doświadczenie w walkach kogucich, że z punktu odkryli szachrajstwa ojca Antonia Isabel. Aureliano Drugi, widząc nieograniczone perspektywy hulanek, jakie otwierała przed nim ta rozbawio­na parantela, uznał, że wszyscy powinni zostać i pracować u niego. Propozycję przyjął tylko Aureliano Smutny, rosły Mulat obdarzony tupetem i awanturniczym duchem dziadka; próbował już szczęścia niemal w całym świecie i było mu obojętne, gdzie się zatrzyma. Inni, choć jeszcze nieżonaci, uważali swój los za rozstrzygnięty. Wszyscy znali dobrze jakieś rzemiosło, lubili dom i unikali waśni. W środę popiel­cową zanim rozproszyli się znowu po wybrzeżu, Amaranta zdołała ich nakłonić, żeby włożyli odświętne ubrania i poszli z nią do kościoła. Bardziej dla rozrywki niż z pobożności dali się zaciągnąć do ołtarza, gdzie ojciec Antonio Isabel nakreślił im na czole krzyż z popiołu. Po powrocie do domu, kiedy najmłodszy próbował umyć twarz, przekonał się, że znak krzyża jest niezniszczalny. Tak samo było z jego braćmi. Próbowali zmyć popiół wodą i mydłem, szorowali czoła zgrzebłem i ziemią, a w końcu pumeksem i szklanym papie­rem, ale wszystkie wysiłki okazały się daremne. Amaranta natomiast i inni, którzy byli na mszy, zmyli krzyż bez trudności. „Tak wyglądacie lepiej - powiedziała im na pożegnanie Urszula. - Odtąd nikt was już nie pomyli". Odeszli całą bandą, odprowadzeni przez orkiestrę i fajerwerki, pozostawiając w mieście wrażenie, że ród Buendiów nie wygaśnie jeszcze przez wiele stuleci. Aureliano Smutny, ze swoim krzyżem na czole, otworzył na przedmieściach fabrykę lodu, o której marzył Josę Arcadio Buendia w swoich majaczeniach wynalazcy.

W kilka miesięcy po przybyciu, kiedy był już znany i szanowany, Aureliano Smutny zaczął szukać domu, gdzie mógłby sprowadzić swoją matkę i niezamężną siostrę, która nie była córką pułkownika. Zainteresowało go rozpadające się ze starości domostwo w rogu placu rynkowego, które zdawało się stać pustką. Spytał, kto jest właścicielem, i po­wiedziano mu, że jest to dom bezpański, gdzie niegdyś mieszkała samotna wdowa, która żywiła się ziemią i wapnem ze ścian i którą w ostatnich latach widziano dwukrotnie na ulicy w kapeluszu z maleńkimi sztucznymi kwiatkami i pan­tofelkach koloru starego srebra, przechodzącą przez plac w kierunku poczty, żeby wysłać list do biskupa. Jedyną jej towarzyszką, jak twierdzono, jest okrutna służąca, która zabija psy i koty, i wszystkie zwierzęta, jakie pokażą się w domu, a potem wyrzuca padlinę na środek ulicy na złość sąsiadom, żeby im dokuczała woń zgnilizny. Tyle czasu minęło, odkąd słońce zmumifikowało pustą skórę ostatniego zwierzęcia, że według powszechnego przekonania właściciel­ka domu i służąca umarły na długo przed końcem wojen, a dom stał jeszcze tylko dlatego, że od dawna nie było ostrej zimy ani prawdziwie mocnego wiatru. Zawiasy zżarte rdzą, drzwi zarosłe pajęczynami, okna wypaczone przez wilgoć, zioła i polne kwiaty wyrastające w szparach podłogi, w któ­rych mnożyły się jaszczurki i wszelkiego rodzaju insekty, wydawały się potwierdzać wersję, że przynajmniej od pół wieku nie przebywała tu żadna ludzka istota. Dla impulsyw­nego Aureliana Smutnego nie trzeba było tylu dowodów, aby pobudzić go do działania. Pchnął ramieniem główne drzwi i spróchniała framuga runęła bez szmeru w bezgłoś­nym kataklizmie kurzu, ziemi i gniazd termitów. Pozostał na progu czekając, aż kurz opadnie, i wtedy zobaczył pośrodku salonu staruszkę ubraną w suknie z ubiegłego wieku, ze strączkami zżółkłych włosów na łysiejącej czaszce, z olb­rzymimi pięknymi jeszcze oczyma, w których zgasły ostatnie gwiazdy nadziei, i skórą twarzy pooraną przez pustynną suszę samotności. Wstrząśnięty tą wizją z innego świata Aureliano Smutny prawie nie zauważył, że kobieta trzyma wycelowany w niego stary pistolet wojskowy.

- Przepraszam - wymamrotał.

Ona stała nieruchomo pośrodku salonu wypełnionego niepotrzebnymi sprzętami, mierząc wzrokiem cal po calu olbrzyma o kwadratowych barach z tatuażem popiołu na czole, i przez zasłonę kurzu zobaczyła go w mgle innego czasu, z dubeltówką przewieszoną przez ramię i parą zajęcy w ręku.

- Na miłość boską - zawołała cicho - to niesprawied­liwość, żeby teraz nawiedzało mnie to wspomnienie.

- Chcę wynająć ten dom - powiedział Aureliano Smutny. Kobieta podniosła wówczas pistolet i celując wprawną ręką w krzyż z popiołu, odciągnęła kurek z nieodwołalną decyzją.

- Proszę wyjść - rozkazała.

Tego wieczoru podczas kolacji Aureliano Smutny opowie­dział ten epizod rodzinie i Urszula popłakała się z wrażenia. „Święty Boże - wykrzyknęła ściskając rękoma głowę. - Ona jeszcze żyje!" Czas wojny, niezliczone katastrofy codzienne sprawiły, że zapomniała o Rebece. Tylko nieprzejednana i postarzała Amaranta nie straciła nawet na chwilę świado­mości istnienia swej rywalki. Myślała o niej o świcie, kiedy chłód serca budził ją w samotnym łóżku, i myślała namydlając swe zwiędnięte piersi i wyblakły brzuch, i nakładając halki z falbanami i gorsety starości Czy zmieniając na t(ce czarny bandaż straszliwej pokuty. Zawsze, o każdej rodzinie, we śnie i na jawie, w chwilach najwznioślejszych porywów ducha i największego poniżenia Amaranta myślała o Rebece, ponieważ samotność dokonała selekcji jej wspo­mnień, wypaliła na popiół niepotrzebne śmieci tęsknoty, jakie życie nagromadziło w jej sercu, i oczyściła, wyolb­rzymiła i uwieczniła inne wspomnienia, te najbardziej gorzkie. Od niej wiedziała Piękna Remedios o istnieniu Rebeki. Ilekroć przechodziły obok rozpadającego się domu, Amaran­ta opowiadała jakiś przykry incydent, jakąś hańbiącą historyj­kę próbując w ten sposób przekazać siostrzenicy swoją urazę, swoją nienawiść i przedłużyć ją aż poza własną śmierć. Ale nie osiągnęła celu, gdyż Remedios była niedostępna wszel­kim gwałtownym uczuciom, a tym bardziej cudzym. Urszula, w której dokonał się proces odwrotny niż w Amarancie, wspominała Rebekę wspomnieniem czystym, wolnym od niechęci, gdyż obraz biednej dziewczynki, którą przyniesiono do nich z workiem rodzicielskich kości, przetrwał dłużej niż hańba, która ją uczyniła niegodną więzi z rodziną. Aureliano Drugi postanowił, że należy ją sprowadzić do domu i oto­czyć opieką, ale jego dobre chęci natrafiły na nieprzejednaną opozycję Rebeki, która potrzebowała wielu lat cierpień i nę­dzy, aby uzyskać przywileje samotności, i nie miała zamiaru z nich rezygnować w zamian za starość niepokojoną fał­szywymi słodyczami miłosierdzia.

W lutym, kiedy znowu przybyło w odwiedziny szesnastu synów pułkownika Aureliana Buendii, wciąż naznaczonych krzyżem z popiołu, Aureliano Smutny opowiedział im o Re­bece podczas pijackiej zabawy i w niecały dzień odnowili dom z zewnątrz, pozmieniali drzwi i okna, pomalowali fasadę na wesołe kolory, podparli ściany i przywieźli nowy cement na podłogi, ale nie uzyskali pozwolenia na dalszy ciąg robót wewnątrz. Rebeka nawet nie wyszła na próg. Po­zwoliła im skończyć ten zadziwiający remont, a potem obliczyła wydatki i przesłała przez Argenidę, starą służącą, która nadal u niej służyła, garść monet wycofanych z obiegu od czasów ostatniej wojny, ale w jej mniemaniu nadal użytecznych. Wtedy zrozumiano, do jak niepojętego punktu doszło jej zerwanie ze światem i że nie uda się jej wyzwolić z tego dobrowolnego i upartego zamknięcia, dopóki zostanie w niej bodaj iskierka życia.

Podczas tej drugiej wizyty synów pułkownika Aureliana Buendii w Macondo jeszcze jeden z nich, Aureliano Centeno, został i zaczął pracować z Aurelianem Smutnym. Był jednym z pierwszych, którzy przybyli do domu na chrzciny, a Urszu­la i Amaranta pamiętały go dobrze, bo w ciągu kilku godzin potłukł i połamał wszystkie łamliwe przedmioty, które prze­szły przez jego ręce. Czas utemperował jego rozmach bar­barzyńcy; był teraz spokojnym mężczyzną średniego wzrostu, z twarzą naznaczoną śladami ospy, ale zadziwiająca siła niszczycielska jego rąk pozostała nienaruszona. Rozbił tyle naczyń, nawet ich nie dotykając, że Fernanda skłonna była kupić specjalnie dla niego cynowe talerze i kubki, zanim zniszczy resztki jej cennego serwisu. Ale nawet metalowe talerze zostały w krótkim czasie pogięte i wyszczerbione. Oprócz tej nieuleczalnej właściwości, denerwującej nawet dla niego samego, miał w sobie jakąś naturalną serdeczność, która natychmiast zjednywała mu zaufanie, i zdumiewający zapał do pracy. W krótkim czasie tak powiększył produkcję lodu, że zaspokoił rynek miejscowy i Aureliano Smutny musiał rozważyć możliwość rozszerzenia przedsiębiorstwa na inne miejscowości. Podjął wówczas decydujący krok, nie tylko w kierunku modernizacji swojego przemysłu, ale także połączenia miasta z resztą świata.

- Trzeba zbudować kolej żelazną - powiedział.

Wtedy po raz pierwszy usłyszano to słowo w Macondo. Patrząc na rysunek, który Aureliano Smutny wykreślił na stole, a który wywodził się bezpośrednio ze schematów Josego Arcadia Buendii, ilustrujących projekt słonecznej wojny, Urszula utwierdziła się w przekonaniu, że czas obraca się wkoło. W przeciwieństwie do swego dziadka, Aureliano Smutny nie tracił snu ani apetytu i nie dręczył nikogo napadami złego humoru, lecz wymyślał projekty najbardziej nierealne w stosunku do bezpośrednich możliwości, dokony­wał racjonalnych obliczeń co do kosztów i terminów i do­prowadzał je do końca bez przerw na rozgoryczenie. Aurelia­no Drugi - który jeśli miał coś ze swego pradziadka, to absolutną niechęć do zwad, z pewnością nie odziedziczoną po pułkowniku Aurelianie Buendii - sypnął pieniędzmi na zbudowanie kolei równie lekko i hojnie, jak niegdyś finan­sował niedorzeczne projekty żeglarskie swego brata. Aurelia­no Smutny zajrzał do kalendarza i odjechał w następną środę z zamiarem powrotu po okresie deszczów. Nie było o nim więcej wiadomości. Aureliano Centeno, zaniepokojony nad­produkcją fabryki, próbował już wyrabiać lód na bazie soków owocowych zamiast wody i, sam o tym nie wiedząc ani nie stawiając sobie tego za cel, wynalazł zasadę wyrobu lodów. Myślał, że w ten sposób urozmaici produkcję przed­siębiorstwa, które uważał już za własne, ponieważ brat nie dawał znaku życia po upływie pory deszczowej i przez całe następne lato. Niemniej na początku następnej zimy pewna kobieta, która prała bieliznę w rzece w godzinie najwięk­szego skwaru, przebiegła główną ulicę krzycząc wniebogłosy ze strachu i podniecenia:

- Tam jedzie - zdołała wytłumaczyć - coś jak ogromna kuchnia i ciągnie za sobą domy.

W tym momencie miastem wstrząsnął przeraźliwy gwizd i jakieś dziwne, urywane sapanie. W poprzednich tygodniach widziano ekipy ludzi instalujących podkłady i szyny, ale nikt nie zważał na nich, bo myślano, że to nowa sztuczka Cyganów, którzy wracali ze swoim odwiecznym i niepoważ­nym rwetesem gwizdków i grzechotek, wychwalając dosko­nałość jakiejś tam mikstury wynalezionej przez wschodnich mędrców od Siedmiu Boleści. Ale kiedy ochłonięto ze zdu­mienia i ogłuszenia, wszyscy mieszkańcy miasta wylegli na ulicę i zobaczyli Aureliana Smutnego machającego z paro­wozu ręką na powitanie i patrzyli urzeczeni na- pociąg ubrany kwiatami, który przybywał tu po raz pierwszy z ośmio­miesięcznym opóźnieniem. Niewinny żółty pociąg, który tyle niepewności i faktów oczywistych, tyle miłych niespodzianek i tyle niepowodzeń, tyle zmian i tyle katastrof, i tyle tęsknot miał przynieść do Macondo.



1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna