Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona11/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   26

- Wszystkie urodziły się dzisiaj w nocy! - powiedziała. - Straszne! - wykrzyknął. - Może spróbujesz tego z krowami?

W parę dni później, próbując zrobić trochę miejsca na podwórku Petra Cotes zamieniła króliki na krowę, która po kilku miesiącach urodziła trojaczki. I tak potoczyły się sprawy. Z dnia na dzień Aureliano Drugi stał się właś­cicielem ziemi i trzód i ledwie nadążał z rozbudową stajni i przepełnionych chlewów. Ten obłędny dobrobyt śmieszył nawet jego samego tak, że pozwalał sobie na głupie żarty, by rozładować swój dobry humor. „Na bok krowy, bo życie jest krótkie!" - krzyczał. Urszula zadawała sobie pytanie, czy nie wdał się w jakieś podejrzane interesy, czy nie kradnie albo nie skończy jako koniokrad, i wyrzucała mu marnotrawstwo, ilekroć otwierał szampana po to, by sobie wylać pianę na krowę. Tak go to gniewało, że któregoś dnia, gdy wstał v wyjątkowo promiennym humorze, przyszedł ze skrzynką pieniędzy, z puszką kleju i szczotką i wyśpiewując na całe gardło stare piosenki Francisca el Hombre zaczął tapetować dom od góry do dołu wewnątrz i na zewnątrz banknotami jednopesowymi. Stare domostwo, pomalowane na biało od czasu, gdy wniesiono pianolę, przybrało podejrzany wygląd meczetu. Wśród popłochu całej rodziny, oburzenia Urszuli i radości tłumu, który wypełnił ulicę, by uczestniczyć w tej apoteozie marnotrawstwa, Aureliano Drugi wytapetował dom do końca, od fasady aż do kuchni, nie wyłączając łazienek i sypialni, i wyrzucił zbywające banknoty na po­dwórze.

- Teraz — oświadczył na zakończenie — mam nadzieję, że nikt w tym domu nie będzie mi już mówił o pieniądzach.

Nie pomylił się. Urszula kazała usunąć przylepione do nawapnowanych ścian banknoty z powrotem pomalować dom na biało. „Boże mój - modliła się - uczyń nas tak biednymi, jak byliśmy zakładając to miasto, żebyś na tamtym świecie nie kazał nam płacić za tę rozrzutność". Jej modły zostały wysłuchane w przeciwnym sensie. Jeden z robot­ników odlepiających pieniądze potrącił nieostrożnie olbrzy­mią gipsową figurę świętego Józefa, którą ktoś zostawił tu na przechowanie podczas ostatnich lat wojny, i posąg roz­trzaskał się o ziemię. Był wypełniony złotymi monetami. Nikt nie pamiętał, kto przyniósł tego świętego o naturalnych wymiarach. „Przydźwigali go trzej mężczyźni - tłumaczyła Amaranta. - Prosili, żeby przechować posąg, dopóki nie miną deszcze, a ja kazałam postawić go w tym kącie, żeby nikomu nie zawadzał, wstawili go bardzo ostrożnie i odtąd zawsze tam stał, bo nie wrócili go odebrać". W ostatnich czasach Urszula stawiała mu świeczki i klękała przed nim, nie podejrzewając, że zamiast świętego adoruje dwieście bez mała kilogramów złota. To niewczesne objawienie jej mimo­wolnego bałwochwalstwa pogrążyło ją w rozpaczy. Splunęła na okazałą górę monet, przesypała je do trzech drelichowych worków i zakopała w nieznanym nikomu miejscu z nadzieją, że wcześniej czy później trzej nieznajomi zgłoszą się po odbiór. Wiele lat później, w trudnych latach starości, Urszula nabrała zwyczaju zaczepiania licznych podróżnych, którzy tędy przechodzili, by zapytać, czy podczas wojny nie zo­stawili tu gipsowego świętego Józefa na przechowanie przez porę deszczową.



Te rzeczy, tak zdumiewające dla Urszuli, były w owym czasie na porządku dziennym. Macondo opływało w cudow­ny dobrobyt. Domki założycieli, zrobione z gliny i trzciny zastąpiono murowanymi budynkami o drewnianych żaluz­jach i cementowych podłogach, które łatwiej pozwalały znieść duszący upał w godzinie sjesty. Z dawnej osady Josego Arcadia Buendii zostały tylko zakurzone migdałow­ce, które miały przetrwać najcięższe chwile, i rzeka o przejrzystych wodach, której przedhistoryczne kamienie obróciły się w proszek pod ciosami oszalałych młotów Josego Arcadia Drugiego, kiedy ten uparł się pogłębić koryto rzeki, by rozwinąć żeglugę. Był to obłąkańczy pomysł, dający się porównać tylko do szaleństw jego pradziadka, gdyż kamieni­ste łożysko i liczne wiry przeszkadzały tranzytowi z Macon­do' do morza. Ale Jose Arcadio Drugi w niespodziewanym przypływie brawury obstawał przy swoim projekcie. Dotych­czas nie objawiał w niczym swojej wyobraźni. Prócz krótko­trwałej przygody z Petrą Cotes nie znał żadnej innej kobiety. Urszuli wydawał się najbardziej niemrawym z jej potomków w całych dziejach rodziny, niezdolnym wybić się nawet w tresurze kogutów. Pewnego dnia pułkownik Aureliano Buendia opowiedział mu o karaweli hiszpańskiej zarytej w piasku o dwanaście kilometrów od morza, której zwęglo­ny szkielet on sam oglądał podczas wojny. Opowieść, którą tyle ludzi przez tak długi czas uważało za zmyśloną, stała się objawieniem dla Josego Arcadia Drugiego. Sprzedał swoje koguty na licytacji, zebrał ludzi, kupił narzędzia i rozpoczął gigantyczne przedsięwzięcie rozbijania kamieni, kopania ka­nałów, oczyszczania dna rzeki i nawet wyrównywania pozio­mu katarakt. „Wszystko to już znam na pamięć - krzyczała Urszula. - Tak jakby czas kręcił się w kółko i jakbyśmy wrócili do początków". Uznawszy, że rzeka jest spławna, lose Arcadio Drugi szczegółowo wytłumaczył swoje plany bratu i ten dał mu pieniądze potrzebne do zakończenia imprezy. Potem znikł. Zaczęto już mówić, że jego projekt kupna statku był tylko pretekstem do ucieczki z pieniędzmi brata, gdy nadeszła wieść, że jakiś dziwny okręt zbliża się do Macondo. Mieszkańcy, którzy już nie pamiętali kolosalnych przedsięwzięć Josego Arcadio Buendii, pospieszyli nad rzekę i nie dowierzając własnym oczom zobaczyli pierwszy i ostat­ni statek, jaki kiedykolwiek przybił do tych wybrzeży. Była to zwykła tratwa z pni, którą ciągnęło na linach dwudziestu mężczyzn idących brzegiem. Na przedzie Jose Arcadio Drugi z błyskiem zadowolenia w oku dyrygował tym kosztownym manewrem. Z nim razem przybyła grupa wspaniałych dam, które osłaniały się od palącego słońca wykwintnymi parasol­kami i szalami z jedwabiu okrywającymi ramiona; miały jaskrawo umalowane twarze, naturalne kwiaty we włosach, złote węże na rękach i diamenty w zębach. Tratwa z pni była jedynym wehikułem, jaki drogą wodną zdołał dotrzeć do Macondo, ale Jose Arcadio Drugi nigdy nie przyznał się do porażki swego przedsięwzięcia i ogłosił swój wyczyn zwycię­stwem silnej woli. Zdał dokładnie rachunki bratu i szybko wrócił do rutyny kogutów. Jedynym, co pozostało z tej nieudanej inicjatywy, był powiew nowości, jaki przyniosły ze sobą damy z Francji, których cudowne sztuczki zmieniły tradycyjne metody miłości i których wyższość klasowa zruj­nowała staroświecki sklepik Catarina, przeobrażając całą uli­cę w bazar japońskich lampionów i tęsknych organków. One to zorganizowały pamiętny karnawał, który na trzy dni pogrążył Macondo w szaleństwie i którego jedyną trwałą konsekwencją było spotkanie Aureliana Drugiego i Fernandyn del Carpio.

Piękną Remedios ogłoszono królową karnawału. Urszula, którą niepokoiła oszałamiająca piękność prawnuczki, nie mogła przeszkodzić wyborowi. Dotychczas udawało jej się nie wypuszczać dziewczyny na ulicę, poza wysłuchaniem mszy w kościele, dokąd chodziła w towarzystwie Amaranty i musiała zasłaniać twarz czarną mantylką. Nawet najwięksi bezbożnicy, ci, co przebierali się za księży, by odprawiać bluźniercze msze w sklepiku Catarina, chodzili teraz do kościoła po to, by zobaczyć choć na chwilę twarz Pięknej Remedios, o której bajecznej urodzie rozprawiano w fer­worze na całym obszarze moczarów. Wiele czasu minęło, zanim zdołali ją ujrzeć, i lepiej by na tym wyszli, gdyby to nigdy nie nastąpiło, gdyż większość z nich nie mogła odtąd spać spokojnie. Człowiek, który im to umożliwił, cudzozie­miec, stracił na zawsze spokój. Stoczył się na dno nędzy i poniżenia, a w kilka lat później został przejechany przez nocny pociąg, kiedy zasnął na szynach. Od chwili, kiedy ujrzano go w kościele w ubraniu z zielonego aksamitu i haftowanej kamizelce, nikt nie wątpił, że przybywa z dale­ka, może z odległego miasta za granicą, przyciągnięty ma­gicznym czarem Pięknej Remedios. Był tak urodziwy, tak śmiały i pewny siebie, tak wykwintny, a zarazem pełen szlachetnej prostoty, że w porównaniu z nim Piętro Crespi wyglądałby jak nie donoszony noworodek, i wiele kobiet ! szeptało wśród pogardliwych uśmiechów, że to on właśnie powinien nosić mantylkę. Z nikim spośród mieszkańców Macondo nie nawiązał bliższej znajomości, ukazywał się o świcie w niedzielę jak książę z bajki na koniu w srebrem nabijanej uprzęży i w aksamitnym czapraku i wyjeżdżał zaraz ' po mszy.

Blask, jaki bił od niego, miał w sobie tyle magnetycznej siły, że odkąd pierwszy raz ujrzano go w kościele, wszyscy przyjęli za pewnik, że między nim a Piękną Remedios wywiązał się pojedynek napięty i milczący, tajemny pakt, nieodwołalne wyzwanie do walki, której punktem kulmina­cyjnym nie mogła być sama tylko miłość, ale także śmierć. W szóstą niedzielę rycerz zjawił się z żółtą różą w ręku. Wysłuchał mszy stojąc, jak zawsze, a po wyjściu z kościoła zagrodził drogę Pięknej Remedios i wręczył jej samotną różę. Ona przyjęła ją gestem naturalnym, jakby była przygotowana na ten hołd, i wtedy odkryła twarz na chwilę i podziękowała uśmiechem. To było wszystko, co zrobiła. Niemniej nie tylko dla rycerza, lecz dla wszystkich mężczyzn, których nieszczęsnym przywilejem było przeżyć tę chwilę, była to chwila wieczności.

Od tego czasu młodzieniec wysyłał pod okna Pięknej Remedios orkiestrę, która grała niekiedy aż do świtu. Aureliano Drugi był jedynym, który serdecznie mu współczuł i próbował wybić mu tę miłość z głowy. „Nie trać pan czasu - powiedział mu któregoś wieczora. - Kobiety z tego domu gorsze są od mułów". Ofiarował mu swoją przyjaźń, zaprosił go na kąpiel w szampanie, usiłował tłumaczyć, że wszystkie. dziewczęta w jego rodzinie mają serca z kamienia, ale nie zdołał osłabić jego uporu. Rozwścieczony trwającymi bez końca nocami muzyki pułkownik Aureliano Buendia za­groził, że go wyleczy z miłości za pomocą pistoletu. Ale nic nie pomagało i nieszczęśliwe uczucie z czasem wtrąciło go w nędzę. Piękny i nienagannie ubrany młodzieniec stał się niechlubnym obszarpańcem. Opowiadano, że porzucił władza i majątek w swoim odległym kraju, chociaż naprawdę nic nie było wiadomo o jego pochodzeniu. Wszczynał bijatyki w knajpach, pił, oddawał się rozpuście, budził się uwalany w swoich własnych ekskrementach w sklepiku Catarina, Najtragiczniejsze było to, że Piękna Remedios nie spojrzała już na niego, nawet kiedy pojawił się w kościele ubrany jak książę. Przyjęła żółtą różę bezmyślnie, ubawiona ekstrawa­gancją gestu, i uniosła mantylkę, żeby przyjrzeć się jego twarzy, a nie po to, by pokazać mu swoją.

Piękna Remedios żyła poza nawiasem tego świata. Aż do późnego wieku dziewczęcego Santa Sofia de la Piedad musia­ła ją myć i ubierać i nawet kiedy już mogła robić to sama, trzeba było ją pilnować, aby nie malowała na ścianach zwierzątek pałeczką umazaną we własnej kupce. W dwudzie­stym roku życia nie umiała czytać ani pisać, odmawiała posługiwania się sztućcami i spacerowała nago po domu, zbuntowana przeciw wszelkiemu konwencjonalizmowi. Kie­dy młody dowódca straży wyznał jej swą miłość, odrzuciła go po prostu, zdumiona jego śmiałością. „Pomyśl, co za głupiec z niego - powiedziała do Amaranty. - Mówi, że umiera z mego powodu, zupełnie jakbym była chorobą". Gdy rzeczywiście znaleziono go nieżywego pod jej oknem, Piękna Remedios potwierdziła swoje pierwotne wrażenie.

- No widzicie - powiedziała - był beznadziejnie głupi. Wydawało się, że jakaś zdolność widzenia na wskroś pozwala jej pojmować istotę rzeczy poza wszelkimi formami. Takie przynajmniej było zdanie pułkownika Aureliana Buendii, dla którego Piękna Remedios bynajmniej nie była upo­śledzona umysłowo, tak jak przypuszczano, ale wręcz prze­ciwnie. „Tak jakby tu powróciła po dwudziestu latach wojny" — mówił. Urszula ze swej strony dziękowała Bogu, że wynagrodził rodzinę istotą o tak wyjątkowej czystości, ale jednocześnie niepokoiła ją jej uroda, gdyż widziała w tym niebezpieczeństwo, diabelskie sidła ukryte pośród niewinno­ści. Dlatego też postanowiła odseparować ją od świata, uchronić od wszelkiej pokusy ziemskiej nie wiedząc, że Piękna Remedios już w łonie swej matki była zabezpieczona przed jakąkolwiek zarazą. Nigdy nie pomyślała o tym, że mogliby ją wybrać królową piękności podczas pandemonium karnawału. Aureliano Drugi, urzeczony pomysłem przebra­nia się za tygrysa, przyprowadził do domu ojca Antonia Isabel, żeby wytłumaczyć Urszuli, iż karnawał nie jest pogań­skim świętem wbrew jej twierdzeniom, ale tradycją katoli­cką. W końcu przekonana zgodziła się na koronację, aczkol­wiek w głębi ducha była temu przeciwna.



Wiadomość, że Remedios Buendia będzie królową zaba­wy, rozeszła się w parę godzin poza granice moczarów, dotarła do odległych terytoriów, gdzie nie znano niezmier­nego prestiżu jej urody, i wzbudziła niepokój tych, którzy jeszcze uważali jej nazwisko za symbol dywersji. Był to niepokój bezpodstawny. Jeśli istniał ktoś nieszkodliwy w tym czasie, to z pewnością postarzały i rozczarowany pułkownik Aureliano Buendia, który stopniowo zatracał wszelki kontakt z życiem narodu. Żył zamknięty w swoim warsztacie i jedyną jego więzią z resztą świata była produkcja złotych rybek. Jeden z dawnych żołnierzy, którzy strzegli jego domu w pierwsze dni pokoju, sprzedawał je w miastecz­kach na moczarach i wracał obładowany pieniędzmi i wiado­mościami, że rząd konserwatystów popierany przez liberałów reformuje kalendarz, tak by każdy prezydent sprawował władzę przez sto lat; że w końcu podpisano konkordat ze Stolicą Apostolską i że przyjechał z Rzymu kardynał w koro­nie z diamentów zasiadający na tronie z czystego złota, i że ministrowie liberalni kazali fotografować się na klęczkach w chwili całowania jego pierścienia; że główna chórzystka hiszpańskiego zespołu podczas występów w stolicy została porwana ze swojej garderoby przez grupę ludzi w maskach a następnej niedzieli tańczyła nago w letniej rezydencji prezydenta republiki. „Nie mów mi o polityce - przerwał mu pułkownik. - Nasza sprawa to sprzedaż rybek". Powszechnie panująca opinia, że dawny bohater nie chce nic wiedzieć o sytuacji w ferafu, ponieważ zrobił majątek na złotych ryb­kach, wywoła śmiech Urszuli, kiedy doszła do jej uszu. Ze swym straszliwym zmysłem praktycznym nie mogła znaleźć sensu w pracy pułkownika, który zamieniał złote rybki na złote monety, z których wyrabiał złote rybki, i tak w kółko, tak że im więcej sprzedawał, tym więcej musiał pracować, żeby nadążyć za rozpędzonym błędnym kołem. W rzeczywis­tości interesowało go nie przedsiębiorstwo, ale praca. Łącze­nie łusek, inkrustowanie maleńkich rubinków w otworach ocznych, modelowanie płetw i ogona wymagało takiego skupienia umysłu, że nie było w nim pustego miejsca, które mogłyby wypełnić rozczarowania wojenne. Precyzyjne rze­miosło pochłaniało go do tego stopnia, że w krótkim czasie postarzał się bardziej niż przez długie lata wojny; wskutek pozycji siedzącej skrzywił się kręgosłup i osłabł nadmiernie wytężany wzrok, ale ta nieubłagana koncentracja przyniosła w nagrodę spokój ducha. Ostatni raz zajął się sprawą, która miała-coś wspólnego z wojną, kiedy grupa weteranów obu partii zażądała jego poparcia w walce o renty dożywotnie, stale obiecywane i stale tkwiące w punkcie wyjścia. „Wybij­cie to sobie z głowy - powiedział im. - Ja zrzekłem się mojej renty po to, żeby nie czekać na nią aż do śmierci". Z począt­ku pułkownik Gerineldo Marquez odwiedzał go pod wieczór i obaj zasiadali w drzwiach od ulicy, żeby wspominać przeszłość, ale Amaranta nie mogła znieść wspomnień, jakie indzie w niej ten znużony mężczyzna, którego łysina spycha-ła w przepaść przedwczesnej starości. Gnębiła go wciąż niesłusznymi pretensjami, tak że odwiedzał ich coraz rza­dziej, ograniczając wizyty do wyjątkowych okazji, a w końcu przestał przychodzić zupełnie, przykuty do łóżka paraliżem. Zamknięty w sobie, milczący, nieczuły na nowy podmuch żywotności, który wstrząsnął domem, pułkownik Aureliano Buendia nie rozumiał, że sekretem dobrej starości jest nie co innego, tylko szczery pakt z samotnością. Wstawał o piątej po lekkim śnie, wypijał w kuchni swój odwieczny kubek kawy, zamykał się na cały dzień w warsztacie i o czwartej po południu przechodził przez galerię ciągnąc za sobą taboret, nie patrząc nawet na pożar róż ani blask popołudniowej godziny, ani na nieulękłość Amaranty, której melancholia była jak szelest liści, wyraźniej uchwytny pod wieczór, i zasiadał przy drzwiach na ulicę, pozostając tam, dopóki pozwalały mu komary. Pewnego razu ktoś odważył się zakłócić jego samotność.

- Jak się pan miewa, pułkowniku? - zapytał prze­chodzień. .

-Czekam, aż przejdzie mój -własny pogrzeb - odpo­wiedział.

Tak więc niepokój wywołany nowym rozgłosem, jaki przybrało nazwisko Buendia z okazji królowania Pięknej Remedios, pozbawiony był prawdziwych podstaw. Wiele osób jednakże było innego zdania. Nie przeczuwając wiszącej w powietrzu tragedii, ludność tłumnie wypełniła główny plac w hałaśliwej eksplozji radości. Karnawał osiągnął szczytowy punkt szaleństwa, Aureliano Drugi spełnił wreszcie swoje' marzenie i w przebraniu tygrysa krążył uszczęśliwiony wśród rozszalałego tłumu, ochrypły od tygrysich ryków, kiedy na drodze z moczarów ukazał się różnobarwny tłum przebierań­ców, niosąc w pozłacanej lektyce najbardziej fascynującą kobietę, jaką mogła stworzyć wyobraźnia. Pokojowo nasta­wieni mieszkańcy Macondo zdjęli na chwilę maski, żeby lepiej się przyjrzeć tej olśniewającej istocie w diademie ze szmaragdów i gronostajowym płaszczu, która zdawała się wyposażona w autentyczną władzę królewską, nie tylko w majestat świecideł i karbowanej bibułki. Znalazło się wielu dość bystrych, by wietrzyć w tym prowokację. Ale Aureliano Drugi z punktu położył kres podejrzeniom, ogłosił nowo przybyłych honorowymi gośćmi i salomonowym sądem roz­strzygnął wahanie ustawiając tron Pięknej Remedios i królo­wej Intruzki na tym samym piedestale. Do północy przebrani za Beduinów przybysze uczestniczyli w szaleństwie, a nawet urozmaicili zabawę obfitą pirotechniką i popisem akroba­tycznym, który przypominał sztuki Cyganów. Nagle w pory­wie entuzjazmu ktoś zburzył chwiejną równowagę.

- Niech żyje partia liberalna - krzyknął - niech żyje pułkownik Aureliano Buendia.

Wystrzały karabinów zgasiły wspaniałość sztucznych ogni, okrzyki przerażenia zagłuszyły muzykę i radość ustąpiła miejsca panice. Jeszcze wiele lat później nadal twierdzono, że królewska gwardia samozwańczej królowej była szwadronem regularnego wojska, który pod karnawałowymi strojami ukrywał żołnierskie karabiny. Rząd zdementował ten zarzut w nadzwyczajnym obwieszczeniu i przyrzekł ścisłe docho­dzenie w sprawie krwawego epizodu. Ale prawda nigdy nie została wyjaśniona i przetrwała na zawsze wersja, że bez żadnej prowokacji gwardia królewska zajęła pozycje bojowe na sygnał swego dowódcy i bezlitośnie strzelała do tłumu. Kiedy przywrócono porządek, nie pozostał w mieście ani jeden z fałszywych Beduinów, pozostało natomiast na placu wśród zmarłych i rannych dziewięciu pierrotów, cztery kolombiny, siedemnastu królów karcianych, jeden diabeł, trzech muzykantów, trzech parów Francji i trzy japońskie cesarzowe. W zamieszaniu zbiorowej paniki Jose Arcadio Drugi zdołał uratować Piękną Remedios, a Aureliano Drugi zaniósł aa rękach do domu cudzoziemską władczynię w poszarpanej sukni i w gronostajowym płaszczu zbryzganym krwią. Nazywała się Fernanda del Carpio. Wybrano ją jako najpiękniejszą spośród pięciu tysięcy pięknych kobiet w kraju i zawieziono je Macondo przyrzekając, że zostanie mianowana królową Madagaskaru. Urszula zajęła się nią jak córką. Zamiast kwestionować jej niewinność, miasto ulitowało się nad jej nieszczęściem. W sześć miesięcy po masakrze, kiedy wy­zdrowieli ranni i ostatnie kwiaty zwiędły na zbiorowym grobie, Aureliano Drugi pojechał do odległego miasta, gdzie mieszkała ze swoim ojcem karnawałowa władczyni, i ożenił się z nią w Macondo, wyprawiając dwudziestodniowe huczne wesele.


Po dwóch miesiącach małżeństwo omal się nie rozpadło, bo Aureliano Drugi próbując pogodzić się z Petrą Cotes kazał ją sfotografować w stroju królowej Madagaskaru. Dowiedziawszy się o tym Fernanda spakowała swoje kufry wyprawne i wyjecha­ła z Macondo bez pożegnania. Aureliano Drugi dogonił ją na drodze do moczarów. Po wielu prośbach i obietnicach poprawy zdołał przywieźć ją z powrotem do domu i porzucił konkubinę.

Petra Cotes świadoma swojej siły nie okazywała niepoko­ju. To ona zrobiła z niego człowieka. Wyciągnęła go z poko­ju Melquiadesa, kiedy był jeszcze dzieckiem z głową pełną fantastycznych pomysłów, bez żadnego kontaktu z rzeczywi­stością, i dała mu miejsce w świecie. Natura stworzyła go skrytym i nieśmiałym, ze skłonnościami do samotnych medy­tacji, a ona ukształtowała charakter wręcz przeciwny, żywo­tny, ekspansywny i niepohamowany, aż do przeobrażenia go wewnątrz i na zewnątrz w mężczyznę, jakiego wymarzyła dla siebie od pierwszych lat młodości. Ożenił się więc, tak jak wcześniej czy później żenią się synowie. On sam nie odważył się zawiadomić jej o tym. Zajął postawę bardzo dziecinną w obliczu sytuacji, stosując metodę fałszywych uraz i urojo­nych pretensji, w poszukiwaniu sposobu, żeby to ona, Petra Cotes, sprowokowała zerwanie. Pewnego dnia, kiedy Aure­liano Drugi zrobił jej niesprawiedliwą wymówkę, nie dala się wpędzić w pułapkę i postawiła sprawę jasno.

- Chodzi przecież tylko o to, że chcesz się żenić z królową - powiedziała.

Aureliano Drugi, zawstydzony, udał napad gniewu, oświad­czył, że jest niezrozumiany i znieważony, i przestał ją od­wiedzać. Petra Cotes, ani na chwilę nie tracąc swego wspa­niałego opanowania drapieżnej bestii w momencie odpoczyn­ku, słuchała muzyki i petard na weselu, oszalałego zgiełku publicznej zabawy, tak jakby wszystko to było nowym figlem Aureliana Drugiego. Tych, którzy litowali się nad jej losem, uspokajała uśmiechem. „Nie martwcie się — mówiła.

-U mnie królowe są na posyłki". Sąsiadce, która przyniosła świecznik, żeby uroczyście spalić portret utraconego kochan­ka, powiedziała z zagadkową pewnością - jedyna świeca, która mu każe wrócić, jest zawsze zapalona.

Tak jak to przewidziała, Aureliano Drugi powrócił do jej domu, zaledwie minął miesiąc miodowy. Przyprowadził jak zawsze swoich kumpli, wędrownego fotografa, przyniósł suknię i zakrwawiony płaszcz gronostajowy, który Fernanda miała na sobie w czasie karnawału. W ferworze. zabawy, która rozgorzała później, kazał Petrze Cotes ubrać się w strój królewski, ukoronował ją jako dożywotnią władczynię Ma­dagaskaru i rozdał odbitki fotografii swoim przyjaciołom. Ona nie tylko włączyła się do zabawy, ale współczuła mu w głębi duszy, przypuszczając, że musi być bardzo prze" straszony, skoro wymyślił tak osobliwy wybieg, aby się pogodzić. O siódmej wieczorem, jeszcze ubrana w królewski strój, przyjęła go w łóżku. Żył z żoną zaledwie dwa miesiące ale ona natychmiast zorientowała się, że sprawy nie najlepiej układają się w łożu małżeńskim, i przeżyła rozkosz spełnionej zemsty. W dwa dni później jednak, kiedy nie miał odwagi wrócić sam, tylko przysłał pośrednika, aby omówić warunki zerwania, zrozumiała, że trzeba tu będzie więcej cierpliwości, niż przewidywała, ponieważ on zdawał się gotów do po­święcenia dla uratowania pozorów. Ale i wtedy nie straciła głowy. Ułatwiała mu wszystko z uległością potwierdzająca powszechne przekonanie o jej krzywdzie, a jedynym wspo­mnieniem, jakie zachowała o Aurelianie Drugim, była para lakierowanych butów, w których zgodnie z wypowiedzia­nym niegdyś życzeniem miał być pochowany. Ułożyła je na dnie kufra zawinięte w szmaty i przygotowała się na długie, acz nie beznadziejne czekanie.

- Wcześniej czy później musi wrócić - powiedziała sobie

- choćby tylko po te buty.



Nie musiała czekać aż tak długo. W rzeczywistości Aureliano Drugi już w noc poślubną zrozumiał, że wróci do domu Petry Cotes dużo wcześniej, niż nadejdzie okazja włożenia lakierowanych butów - Fernanda była kobieta straconą dla uciech tego świata. Urodziła się i wyrosła o tysiąc kilometrów od morza, w posępnym mieście, przez którego kamienne uliczki w widmowe noce przejeżdżały jeszcze karety wicekrólów. Trzydziestu dwóch dzwonników biło w dzwony żałobne o szóstej po południu. W olbrzymim wielkopańskim domu, wyłożonym nagrobnymi płytami, ni­gdy nie gościło słońce. Powietrze zamarło w cyprysach na dziedzińcu, w wyblakłych kurtynach sypialń, w sennych altanach ogrodu tuberoz. Jedynymi echami ze świata, jakie słyszała Fernanda przez cały okres młodości, były melan­cholijne wprawki na pianinie grywane w sąsiednim domu przez kogoś, kto przez całe lata pozwalał sobie na kaprys .nierespektowania popołudniowej sjesty. W pokoju swojej chorej matki, zielonej i żółtej w zakurzonym świetle witraży, wysłuchiwała gam, metodycznych, upartych i beznamięt­nych, i myślała, że ta muzyka istnieje w świecie, podczas gdy ona spala się w zamknięciu splatając wieńce żałobne z liści palmowych. Matka pocąc się w gorączce mówiła jej o splendorach kawalerami, o apologetyce z arcybiskupami, o sprawach państwowych z przedstawicielami rządu obcego kraju, o sprawach boskich z papieżem, pewnego dnia wróciła do domu rodziców splatać wieńce pogrzebowe. Zastała dom ogołocony. Zostały tylko najniezbędniejsze sprzęty, kandelabry i srebrne nakrycia, bo inne przedmioty codzien­nego użytku sprzedano na opłacenie jej edukacji. Matka jej padła ofiarą długoletniej gorączki malarycznej. Jej ojciec, don Fernando, ubrany na czarno, w sztywnym kołnierzyku, ze złotym łańcuszkiem u zegarka, dawał jej co poniedziałek srebrną monetę na wydatki domowe i zabierał skończone w poprzednim tygodniu wieńce. Większą część dnia spędzał zamknięty w gabinecie, a w rzadkich wypadkach, gdy wy­chodził na ulicę, wracał przed szóstą, żeby z nią razem odmówić różaniec. Nigdy nie miała bliskiej przyjaciółki. Nigdy nie słyszała o wojnach, które wykrwawiły jej kraj. Nigdy nie przestała wysłuchiwać wprawek na fortepianie o trzeciej po południu. Zaczęła już tracić nadzieję, że zostanie królową, kiedy pewnego dnia zadźwięczały dwie kołatki u drzwi wejściowych i zszedłszy, by je otworzyć, ujrzała wojskowego o ceremonialnym sposobie bycia, z blizną na policzku i złotym medalem na piersiach. Zamknął się z jej ojcem w gabinecie. W dwie godziny później ojciec przyszedł do niej do szwalni. „Przygotuj swoje rzeczy - powiedział. - Pojedziesz w długą podróż". I tak ją przywieziono do Macondo. W ciągu jednego dnia jednym brutalnym szar­pnięciem życie rzuciło na jej barki cały ciężar rzeczywistości, którą przez lata ukrywali przed nią rodzice. Po powrocie do domu zamknęła się w pokoju i płakała, obojętna na prośby i tłumaczenia don Fernanda, usiłując zatrzeć w pa­mięci ranę tego monstrualnego żartu. Przysięgała sobie nie opuścić sypialni aż do śmierci, gdy zjawił się po nią Aureliano Drugi. Był to łut niepojętego szczęścia, gdyż w swoim oszołomieniu i oburzeniu, w furii wstydu okłamała go tak, by nigdy nie dowiedział się jej prawdziwego imienia. Jedynym tropem, jakim mógł się kierować Aureliano Drugi, kiedy wyruszał na jej poszukiwanie, był jej nieomylny akcent mieszkańców pustynnego płaskowyżu i zawód wyplatacza wieńców pogrzebowych. Szukał jej bez wytchnienia. Z taką samą dziką odwagą z jaką Jose Arcadio Buendia przeszedł sierrę, by założyć Macondo, ze ślepą dumą, z jaką pułkownik Aureliano Buendia prowadził niepotrzebne wojny, z tym samym niedorzecznym uporem, z jakim Urszula usiłowała zapewnić przetrwanie swego rodu — tak właśnie Aureliano Drugi szukał Fernandy, bez chwili zniechęcenia. Kiedy pytał, gdzie sprzedaje się wieńce żałobne, prowadzono go z domu do domu, aby wybrał najlepsze. Kiedy pytał o najpiękniejszą kobietę, jaką wydała ziemia, wszystkie matki prowadziły go do swych córek. Błądził po bezdrożach mgły, poprzez czasy zastrzeżone dla zapomnienia, w labiryntach rozczarowania. Przewędrował zżółkła pustynię, gdzie echo powtarzało myśli, a niepokój wywoływał złowieszcze miraże. Po tygodniach jałowego poszukiwania przybył do nieznanego miasta, gdzie wszystkie dzwony ogłaszały żałobę. Chociaż nigdy ich nie widział ani nikt mu ich nie opisał, natychmiast rozpoznał przeżarte przez saletrę mury, rozpadające się drewniane balkony obrosłe grzybami, przybity do bramy i prawie zatarty przez deszcze najsmutniejszy na świecie szyld: Tu sprzedaje się wieńce żałobne. Od tej chwili aż do lodowatego poranku, kiedy Pernanda opuściła dom pod opieką Matki Przełożonej, ledwo starczyło czasu na to, by zakonnice uszyły wyprawę i spakowały do sześciu kufrów kandelabry i srebrny serwis, jak również złoty nocnik i niezliczone, a bezużyteczne szczątki upadku rodziny, który dokonywał się przez dwa stulecia. Don Fernando odrzucił zaproszenie, by im towarzyszyć. Obiecał przyjechać później, kiedy zlikwiduje swoje interesy, i od chwili gdy pobłogosławił odchodzącej córce, zamknął si( znowu w swoim gabinecie, żeby pisywać do niej bileciki z żałobnymi winietami i herbem rodzinnym, które miały być pierwszym i jedynym ludzkim kontaktem istniejącym między Fernandą i jej ojcem przez całe życie. Dla niej był to prawdziwy dzień narodzin. Dla Aureliana Drugiego data ta oznaczała niemal jednocześnie początek i koniec szczęścia.

Fernandą wiozła ze sobą śliczny kalendarzyk z pozłaca­nymi kluczykami, w którym jej spowiednik zaznaczył fioł­kowym atramentem daty abstynencji miłosnej. Odliczywszy Wielki Tydzień, niedziele, obchodzone święta, pierwsze piąt­ki, dni ofiar, rekolekcje i przeszkody cyklu miesięcznego, w praktyce rok jej ograniczał się do 42 dni, rozrzuconych tu i ówdzie w sieci fioletowych krzyżyków. Aureliano Drugi, przekonany, że czas obali to wrogie ograniczenie, przedłużył wesele poza przewidziany okres. Zmęczona wyrzucaniem na śmietnik pustych butelek po brandy i szampanie, a zarazem zaintrygowana tym, że młodzi małżonkowie sypiają o róż­nych godzinach i w oddzielnych sypialniach, podczas gdy wciąż trwają ognie sztuczne, muzyka i ofiary z bydła, Urszula przypomniała sobie własne doświadczenia i zastanawiała się, czy Fernandą nie nosi również pasa cnoty, który wcześniej czy później wywoła drwiny sąsiadów i doprowadzi do trage­dii. Ale Fernandą wyznała, że czeka tylko, żeby minęły dwa tygodnie, zanim dopuści do pierwszego zbliżenia z mężem. Istotnie, po upływie tego terminu otworzyła drzwi sypialni, z rezygnacją i gotowością do poświęcenia, jakby dopełniała ofiary pokutniczej, i Aureliano Drugi zobaczył najpiękniejsza kobietę świata z jej wspaniałymi oczyma zalęknionego zwie­rzęcia i długimi włosami koloru miedzi rozpostartymi na poduszce. Zafascynowany tym obrazem nieprędko zauważył że Fernandą ma na sobie białą koszulę, długą po kostki z rękawami sięgającymi przegubów i dużym, okrągłym, cieknie obdzierganym oczkiem na wysokości podbrzusza. Aureliano Drugi nie mógł powstrzymać śmiechu.



1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna