Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona10/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   26
- Czy coś jeszcze? - spytał go pułkownik Aureliano Buendia, Młody pułkownik zacisnął zęby.

- Kwit — powiedział.

Pułkownik Aureliano Buendia wystawił mu go własno­ręcznie. Potem wypił szklankę lemoniady i zjadł kawałek ciasta, które roznosiły nowicjuszki, i odszedł do swego namiotu, przygotowanego na wypadek, gdyby chciał od­począć. Tam zdjął koszulę, usiadł na skraju polowego łóżka i o trzeciej piętnaście po południu strzelił z pistoletu w koło zakreślone jodyną przez lekarza na jego piersi. W tym czasie w Macondo Urszula zdjęła pokrywkę z garnka z mlekiem stojącego na ogniu, zdziwiona, że tak długo się nie gotuje, i zobaczyła w nim pełno robaków.

- Zabito Aureliana - krzyknęła.

Spojrzała na podwórze posłuszna dawnemu zwyczajowi swojej samotności i zobaczyła Josego Arcadia Buendię prze­siąkniętego deszczem i o wiele starszego, niż kiedy umarł.

- Zabito go podstępnie - wyjaśniła - i nikt nie miał dość miłosierdzia, żeby mu zamknąć oczy". O zmierzchu zobaczy -poprzez łzy spadające gwiazdy i pomarańczowe świetlne ile, które przeleciały przez niebo jak podmuch wiatru, pomyślała, że to znak śmierci. Była jeszcze pod kasztanem szlochając na kolanach swego męża, kiedy przyniesiono pułkownika Aureliana Buendię zawiniętego w ponczo prze­siąknięte zaschłą krwią, z oczyma otwartymi z wściekłości.

Nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Kula przeszła drogą tak prostą, że lekarz wsadził mu na piersiach i wyjął plecami sznurek umoczony w jodynie. „To moje arcydzieło

- powiedział. - Był to jedyny punkt, przez który mogła przejść kula nie naruszając żadnego głównego organu". Pułkownik Aureliano Buendia ocknął się otoczony przez miłosierne nowicjuszki, które intonowały rozpaczliwe psal­my za wieczny odpoczynek jego duszy. I wtedy pożałował, że tylko dlatego nie strzelił sobie w usta, jak to było przewidziane, tylko po to, by zadrwić z przepowiedni Pilar Ternery.

- Gdybym jeszcze miał władzę - powiedział doktorowi - kazałbym pana rozstrzelać bez sądu. Nie za uratowanie mi życia, ale za wystawienie mnie na pośmiewisko.

Nieudana śmierć przywróciła mu w parę godzin utracony prestiż. Ci sami, którzy wymyślali kłamstwa, że sprzedał wojnę za domek o ścianach, wyłożonych złotem, uznali próbę samobójstwa za czyn honorowy i ogłosili go mę­czennikiem. Potem, kiedy odrzucił Order Zasługi, który przyznał mu prezydent republiki, nawet jego najbardziej zaciekli wrogowie stukali do jego drzwi, żądając nie uznania warunków rozejmu i wszczęcia nowej wojny. Dom wypełnił się podarkami. Poniewczasie reagując na to masowe poparcie swoich dawnych towarzyszy broni, pułkownik Aureliano Buendia nie odrzucił możliwości sprawienia im satysfakcji.

Przeciwnie, w pewnym momencie wydawał się prawdziwie rozentuzjazmowany projektem nowej wojny i pułkownik Gerineldo Marquez pomyślał, że czeka tytko na pretekst, by ją proklamować. Rzeczywiście pretekst nadarzył się, kiedy prezydent republiki odmówił przydzielenia rent wojennych dawnym kombatantom, zarówno liberałom jak i konserwaty­stom, dopóki specjalna komisja nie zbada każdego przypad­ku i prawo do renty nie zostanie zatwierdzone przez Kon­gres. „To oszustwo! - zagrzmiał pułkownik Aureliano Buendia. - Powymierają ze starości czekając na pocztę". Po raz pierwszy wstał z fotela, który Urszula kupiła na czas jego rekonwalescencji, i krążąc po sypialni podyktował w ostrych słowach wezwanie do prezydenta republiki. W tym tele­gramie, nigdy zresztą nie opublikowanym, potępiał pierwsze pogwałcenie warunków traktatu w Neerlandii i groził ogło­szeniem wojny na śmierć i życie, jeżeli sprawa przydzielania rent nie zostanie załatwiona w przeciągu piętnastu dni. Jego postawa była tak sprawiedliwa, że należało oczekiwać nawet poparcia dawnych kombatantów konserwatywnych. A jedy­ną odpowiedzią rządu było wzmocnienie straży wojskowej, którą postawiono u wejścia do jego domu pod pretekstem obrony, i zakaz wszelkich wizyt. Podobne środki zostały podjęte w stosunku do innych dowódców w całym kraju. Operacja była tak trafna, drastyczna i skuteczna, że w dwa miesiące po zawieszeniu broni, kiedy pułkownik Aureliano Buendia był już zdrów, jego najbardziej zagorzali poplecz­nicy nie żyli już albo zostali skazani na wygnanie, bądź też wchłonęła ich na zawsze administracja publiczna.

Pułkownik Aureliano Buendia opuścił swój pokój w grud­niu i wystarczyło mu jedno spojrzenie na korytarz, by zrezygnować z myśli o wojnie. Z żywotnością, która wyda­wała się niemożliwa w jej wieku, Urszula znowu odświeżyła dom. „Teraz zobaczycie, kim jestem - oświadczyła dowiedziawszy się, że syn jej będzie żyć. - Nie będzie ładniejszego domu ani bardziej gościnnego dla wszystkich niż ten dom wariatów". Kazała go wyszorować i odmalować, zmieniła meble, doprowadziła do porządku ogród, zasiała nowe kwia­ty i otworzyła drzwi i okna, żeby aż do sypialni dotarła olśniewająca jasność lata. Zarządziła koniec żałoby nie zdej­mowanej od wielu lat i sama zmieniła stare, surowe suknie na bardziej młodzieńczy strój. Muzyka pianoli znowu wypełniła dom. Słuchając jej Amaranta przypomniała sobie Pietra Crespiego, jego gardenię o zmierzchu, zapach lawendy w głębi jej zwiędłego serca zakwitła na nowo uraza oczyszczona przez czas. Pewnego popołudnia porządkując salon Urszula poprosiła o pomoc żołnierzy, którzy pilnowali domu. Młody dowódca straży udzielił pozwolenia. Stop­niowo Urszula zatrudniała ich przy różnych zajęciach domo­wych. Zapraszała ich na posiłki, obdarowywała bielizną i butami, uczyła czytać i pisać. Kiedy rząd wydał rozkaz zaprzestania inwigilacji, jeden z żołnierzy został w domu i był na służbie przez wiele lat. W dzień Nowego Roku, do­prowadzony do rozpaczy pogardą Pięknej Remedios, młody dowódca straży zmarł z miłości i znaleziono go martwego pod jej oknem.



W kilka lat później, na łożu śmierci, Aureliano Drugi wspominał deszczowe popołudnie czerwcowe, gdy wszedł do sypialni, by poznać swego pierworodnego syna. Chociaż dziecko było słabowite i płaczliwe, bez żadnych oznak przy­należności do rodu Buendiów, nie namyślał się długo nad wyborem imienia.

- Będzie się nazywał Jose Arcadio - oznajmił. Fernanda del Carpio, piękna kobieta, którą poślubił w po­przednim roku, nie miała nic przeciwko temu. Urszula jednak nie mogła ukryć niepokoju. W długich dziejach rodziny uparte powtarzanie imion pozwoliło jej wyciągnąć decydujące wnioski. Aurelianowie byli skryci i trzeźwi, Jose Arcadiowie natomiast okazywali się impulsywni, przedsię­biorczy, lecz naznaczeni piętnem tragedii. Do wyjątków należeli tylko Jose Arcadio Drugi i Aureliano Drugi. Byli tak podobni do siebie w dzieciństwie i tak przekorni, że nawet Santa Sofia de la Piedad nie mogła ich odróżnić. W dniu chrztu Amaranta nałożyła im bransoletki z imionami i ubrała ich na różne kolory, oznaczone inicjałami każdego z osobna, ale kiedy zaczęli chodzić do szkoły, postanowili zamienić się na ubrania i na bransoletki i zwracać się do siebie zamienio­nymi imionami. Nauczyciel Melchior Escalona, przyzwycza­jony odróżniać Josego Arcadia Drugiego po zielonej koszuli, stracił panowanie nad sobą, kiedy odkrył, że nosi on bransoletkę z napisem Aureliano Drugi, ale jego brat twierdzi, że nazywa się Aureliano Drugi, pomimo białej koszuli i branso­letki z imieniem Jose Arcadio Drugi. Od tej chwili nikt już nie wiedział na pewno, kto jest kim. Nawet później, kiedy wyrośli i życie ich ukształtowało odmiennie. Urszula za­stanawiała się, czy oni sami nie pomylili się w którymś momencie swej zawiłej gry pomyłek i nie zamienili się na zawsze. Aż do pierwszych lat młodzieńczych byli jak dwie zsynchronizowane maszyny. Budzili się 'jednocześnie, o tej samej godzinie odczuwali naturalne potrzeby fizjologiczne, przechodzili te same choroby, a nawet śniły im się te same rzeczy. W domu, gdzie uważano, że koordynują swoje czynności przez figle, nikt nie zdawał sobie sprawy, że tak jest naprawdę, aż do dnia, kiedy Santa Sofia de la Piedad dała jednemu z nich szklankę lemoniady i zanim zdążył spróbo­wać, drugi stwierdził, że brakuje cukru. Santa Sofia de la Piedad, która rzeczywiście zapomniała posłodzić lemoniadę, opowiedziała o tym Urszuli. „Tacy są oni wszyscy - odrzekła tamta spokojnie. - Pomyleni od urodzenia". Czas do reszty pomieszał wszystko. Ten, który podczas gry pomyłek pozo­stał z imieniem Aureliana Drugiego, wyrósł na olbrzyma tak jak dziadek, a ten, który zachował imię Jose Arcadio Drugi, był kościsty jak pułkownik i jedyną wspólną ich cechą było rodzinne piętno osamotnienia; Może ta właśnie wymiana wzrostu, imion i charakterów kazała Urszuli podejrzewać, że los przemieszał ich od dzieciństwa.

Decydująca różnica ujawniła się w czasie wojny, kiedy Jose Arcadio Drugi poprosił pułkownika Gerineldo Marqueza, żeby mu pozwolił zobaczyć, jak rozstrzeliwują ludzi. Wbrew opinii Urszuli życzenie jego zostało spełnione. Au­reliano Drugi, przeciwnie, wzdragał się na samą myśl oglą­dania egzekucji. Wolał dom. Mając dwanaście lat spytał Urszulę co znajduje się w zamkniętym pokoju. „Papiery — odpowiedziała. — Książki Melquiadesa i dziwne zapiski które robił w ostatnich latach swego życia". Odpowiedz wzmogła jego ciekawość, zamiast ją zaspokoić. Nalegał tak natarczywie, tak usilnie przyrzekał niczego nie zniszczyć, że Urszula w końcu dała mu klucze. Nikt nie wchodził do tego pokoju, od czasu gdy zabrano zwłoki Melquiadesa i nałożono na drzwi kłódkę, której części spoiła rdza. Ale kiedy Aurelia-no Drugi otworzył okiennice, wpadło znajome światło, które zdawało się przyzwyczajone do oświetlania pokoju codzien­nie, i nie było tam ani śladu kurzu lub pajęczyn, wszystko było wysprzątane, lepiej jeszcze niż w dniu pogrzebu, atrament nie wysechł w kałamarzu ani patyna nie przyćmiła blasku metali, nie zgasł też żar pod tyglem, w którym Jose Arcadio Buendia odparowywał rtęć. Na półkach stały książki obłożone w saty­nowy papier, jasny jak wygarbowana skóra ludzka, a manu­skrypty leżały nietknięte. Mimo wieloletniego zamknięcia powietrze wydawało się czystsze niż w innych pokojach domu. Wszystko było tak świeże, że gdy w parę tygodni później Urszula weszła do pokoju z wiadrem wody i szczotką, żeby umyć podłogę, nie miała nic do roboty. Aureliano Drugi był pogrążony w lekturze jakiejś książki. Chociaż nie miała okładek i nigdzie nie można było dostrzec tytułu, chłopiec delektował się opowieścią o kobiecie, która zasiadała do stołu i zjadała tylko kilka ziarenek ryżu nadziewając je na szpilkę, lub historią o rybaku, który prosił swojego sąsiada o pożycze­nie ciężarków do sieci, a ryba, którą dał mu później w zamian za to, miała w brzuchu diament; o lampie, która spełniała życzenia, i latających dywanach. Zdziwiony zapytał Urszulę, czy to wszystko prawda, a ona potwierdziła, że wiele lat temu Cyganie przywozili do Macondo czarodziejskie lampy i latają­ce dywaniki.

- Sęk w tym - westchnęła - że świat się powoli kończy i już się takie rzeczy nie zdarzają.

Kiedy przeczytał książkę, w której wiele opowieści było nieskończonych, gdyż brakowało stronic, Aureliano Drugi zadał sobie trud odcyfrowania manuskryptów. Było to nie­możliwe. Litery przypominały bieliznę rozwieszoną do wysu­szenia na drucie i zdawały się bardziej podobne do nut niż znaków pisarskich. Pewnego gorącego południa mozoląc się nad manuskryptami poczuł, że nie jest w pokoju sam. W smudze światła siedział Melquiades z rękoma na kolanach. Nie miał więcej niż czterdzieści lat. Ubrany był w tę samą starą kamizelkę i kapelusz przypominający rozpostarte skrzy­dła kruka, a po bladych skroniach spływał tłuszcz z włosów rozpuszczony żarem słonecznym, tak jak wtedy, gdy widzieli go Aureliano i Josę Arcadio, kiedy byli dziećmi. Aureliano Drugi poznał go natychmiast, gdyż to dziedziczne wspo­mnienie było przekazywane z pokolenia na pokolenie i dotar­ło do niego poprzez opowiadania o pradziadku.

- Cześć - powiedział Aureliano Drugi.

- Witaj, młodzieńcze - odpowiedział Melquiades. Od tego czasu przez wiele lat widywali się prawie każdego popołudnia. Melquiades opowiadał mu o dziwach świata, próbował przekazać mu swoją wiekową mądrość, ale od­mówił przetłumaczenia manuskryptów. „Nikt nie może znać ich sensu, zanim upłynie sto lat" - wyjaśnił. Aureliano Drugi na zawsze zachował tajemnicę tych spotkań. Kiedyś doznał wrażenia, że jego skryty świat wali się w gruzy, bo Urszula weszła do pokoju, kiedy był tam Melquiades. Ale ona go nie spostrzegła.

- Z kim rozmawiałeś? - spytała.

- Z nikim - odpowiedział Aureliano Drugi.

- Jesteś taki sam jak twój pradziadek - powiedziała Urszula - tamten także rozmawiał sam z sobą.

Jose Arcadio Drugi tymczasem zaspokoił chęć ujrzenia egzekucji. Do końca życia pamiętał bladą łunę sześciu jednoczesnych wystrzałów, huk i echo, które rozbiło się w górach, smutny uśmiech i zdziwione oczy rozstrzeliwa­nego, który stał wyprostowany, kiedy jego koszula nasiąkała krwią i nie przestał uśmiechać się jeszcze wtedy, gdy od­wiązano go od pala i umieszczono w skrzyni z wapnem. „On żyje - pomyślał - zakopią go żywego". Przejął się tym tak bardzo, że od tej chwili znienawidził wojsko, wojnę, nie tyle z powodu egzekucji, co straszliwego zwyczaju grzebania rozstrzelanych żywcem. Nikt nie wiedział, kiedy zaczął bić w dzwony na wieży i służyć do mszy ojcu Antoniemu Isabel następcy ojca Coronela, i doglądać kogutów bojowych na plebanii. Kiedy pułkownik Gerineldo Marquez dowiedział się o tym, skarcił go ostro za wykonywanie czynności pogardzanych przez liberałów.

„Cała bieda w tym - odpowiedział chłopiec - że jak mi się wydaje, stworzony jestem na konserwatystę". Wierzył w to tak, jakby to było nieuchronnym wyrokiem losu. Pułkownik Gerineldo Marquez, oburzony, opowiedział o tym Urszuli,

- Tym lepiej - odpowiedziała. - Niechby został księdzem, żeby wreszcie Bóg wszedł do tego domu.

Wkrótce dowiedziano się, że ojciec Antonio Isabel przy­gotowuje chłopca do pierwszej komunii. Wykładał mu kate­chizm podczas golenia szyj kogucich. Za pomocą prostych przykładów, kiedy sadzali kwoki na jajach, tłumaczył, w jaki sposób Bóg w drugim dniu stworzenia wpadł na pomysł, żeby kurczęta wykluwały się z jajka. Od tego czasu wykazy­wał już proboszcz pierwsze objawy starczego obłędu, który kilka lat później doprowadził go do stwierdzenia, że praw­dopodobnie diabeł wygrał bunt przeciwko Bogu i zasiadł na niebiańskim tronie nie ujawniając swej prawdziwej tożsamo­ści, by oszukać nieroztropnych. Zachęcony nieustraszona śmiałością swego nauczyciela, Josę Arcadio Drugi w ciągu kilku miesięcy stał się równie biegły w sztuczkach teologicznych wymierzonych przeciw diabłu jak i w szachrajstwach walki kogutów. Amaranta uszyła mu lniane ubranie z koł­nierzykiem i krawatem, kupiła mu białe pantofle i wyhaf­towała jego imię na wstążce. Dwa dni przed pierwszą komunią ojciec Antonio Isabel zamknął się z nim w zakrystii, by wyspowiadać go przy pomocy słownika grzechów. Była to Usta tak długa, że stary proboszcz, przyzwyczajony kłaść się spać o szóstej wieczorem, zasnął w fotelu, nim skończyli. Spowiedź była dla Josego Arcadia rewelacją. Nie zdziwił się, kiedy ojciec pytał go, czy robi nieczyste rzeczy z kobietami, i odpowiedział szczerze, że nie natomiast strapiło go pyta­nie, czy robił to ze zwierzętami. W pierwszy piątek maja przystąpił do komunii dręczony ciekawością. Później zapytał Petronia, kulawego zakrystiana, który mieszkał w wieży i, jak mówiono, żywił się nietoperzami, a Petronio odpowie­dział: „Są tacy grzeszni chrześcijanie, którzy swoje potrzeby załatwiają z oślicami". Jose Arcadio Drugi nadal okazywał takie zainteresowanie, żądał tylu tłumaczeń, że Petronio stracił cierpliwość.

- Chodzę tam we wtorki, w i nocy - wyznał. - Jeżeli przysięgniesz, że nie powiesz nikomu, to w przyszły wtorek zabiorę cię z sobą.

W następny wtorek. rzeczywiście Petronio zszedł z wieży z drewnianą ławeczką, której przeznaczenia nikt nie znał aż do tego czasu, i zaprowadził Josego Arcadia Drugiego do pobliskiego sadu. Chłopak tak się zapalił do tych wypraw nocnych, że wiele czasu minęło, zanim ujrzano go w sklepiku Catarina. Pasjonowały go też walki kogutów. „Zabieraj stąd te ptaszyska - rozkazała Urszula, kiedy pierwszy raz przy­szedł z kilkoma wspaniałymi okazami zapaśników. - Koguty przyniosły już zbyt dużo nieszczęścia do tego domu, żebyś teraz ty z kolei prowokował los". Jose Arcadio Drugi zabrał ptaki bez słowa, ale hodował je nadal u Pilar Ternery, swojej babki, która oddała do jego dyspozycji wszystko, czego potrzebował, byleby go mieć w swoim domu. Wkrótce stal się ekspertem w walkach kogutów, wykazując na tym polu cała wiedzę, które) udzielił mu ojciec Antonio Isabel, i miał dość pieniędzy nie tylko na to, by wzbogacić swoją hodowlę ale także opłacić swoje męskie zachcianki. Urszula porów­nywała go w tym czasie do jego brata i nie mogła zrozumieć dlaczego bliźniacy, którzy wydawali się jedną osobą w dzieciństwie, nagle stali się tak różni, jej zdziwienie nie trwało długo, bo Aureliano dość wcześnie zaczął zdradzać upodoba­nie do lenistwa i rozrzutności. Dopóki przesiadywał w poko­ju Melquiadesa, był skryty i pochłonięty sobą jak pułkownik Aureliano Buendia w młodości. Na krótko przed traktatem w Neerlandii przypadek oderwał go od medytacji i postawił w obliczu rzeczywistości tego świata. Pewna młoda kobieta, która sprzedawała losy na loterię fantową z akordeonem jako główną wygraną, zaczepiła go kiedyś, witając nader poufale. Aureliano Drugi nie zdziwił się, gdyż często mylono go z bratem. Ale nie sprostował pomyłki nawet wtedy, gdy dziewczyna próbowała zmiękczyć jego serce płaczem i w końcu zaprowadziła go do swego pokoju. Od pierwszego spotkania rozkochała się w nim do tego stopnia, że sfał­szowała losy loteryjne, żeby to on wygrał akordeon. Po dwóch tygodniach Aureliano Drugi zorientował się, że dzie­wczyna sypia na przemian z nim i z jego bratem, sądząc, że to ten sam mężczyzna, i zamiast wyjaśnić sytuację, postarał się ja przeciągnąć. Nie wrócił do pokoju Melquiadesa. Spędzał popołudnia na podwórzu ucząc się ze słuchu gry na akordeo­nie, wbrew protestom Urszuli, która w tym czasie zabroniła muzyki w domu z powodu żałoby, a oprócz tego gardziła akordeonem jako instrumentem godnym tylko włóczęgów, spadkobierców Francisca el Hombre. Mimo wszystko Aure­liano Drugi opanował tę sztukę po mistrzowsku i uprawiał ją również, kiedy już się ożenił i miał dzieci, i był jednym z najbar­dziej szanowanych ludzi w Macondo.

Prawie przez dwa miesiące dzielił dziewczynę z bratem. Śledził go, krzyżował jego plany, a kiedy był pewien, że Jose Arcadio Drugi nie odwiedzi tej nocy wspólnej ko­chanki, szedł do niej spać. Pewnego ranka odkrył, że jest chory. Dwa dni później zastał swojego brata w łazience opartego o belkę, płaczącego gorzko, i wtedy zrozumiał. Brat wyznał mu, że kobieta wypędziła go za to, że przy­niósł jej to, co ona nazywała chorobą złego życia. Powie­działa mu też, jaką kurację zaleciła na to Filar Ternera. Aureliano Drugi w sekrecie poddał się piekącym przemy­waniem sublimatem i wodami moczopędnymi i obaj kuro-wali się oddzielnie przez trzy miesiące skrywanych cierpień. Jose Arcadio Drugi nigdy już nie zobaczył dziewczyny. Aureliano Drugi uzyskał jej przebaczenie i pozostał z nią iż do śmierci.

Nazywała się Petra Cotes. Przybyła do Macondo w czasie wojny z przypadkowym mężem, który utrzymywał się z lote­rii fantowych, i po jego śmierci sama przejęła to przedsię­biorstwo. Była to Mulatka, czysta i młoda, z żółtymi oczami w kształcie migdałów, które nadawały jej twarzy dzikość pantery. Ale miała wspaniałe serce i zdawała się stworzona do miłości. Urszula dowiedziawszy się, że Jose Arcadio Drugi hoduje koguty, a Aureliano Drugi gra na akordeonie podczas hałaśliwych zabaw u swojej konkubiny, szalała z oburzenia. Tak jakby w obydwóch skoncentrowały się wszystkie najgorsze cechy rodziny, a żadna z zalet. Zadecy­dowała, że nikt już więcej w rodzinie nie będzie nosić imion Aureliano i Jose Arcadio. Mimo to, kiedy Aureliano Drugi ochrzcił swego pierwszego syna, nie odważyła się sprzeciwić.

- Dobrze - zgodziła się - ale pod jednym warunkiem - ja sama będę go wychowywać.

Chociaż miała już blisko sto lat i kataraktę na oczach taką, że ledwie widniała, zachowała nienaruszoną żywotność, pra­wość charakteru, trzeźwość umysłu. Nikt lepiej od niej nie mógłby wychować mężczyzny cnotliwego, który przywrócił­by prestiż rodziny, mężczyzny, który nigdy nawet nie słyszał o wojnie, o walkach kogutów, o kobietach lekkiego prowa­dzenia i obłąkańczych pomysłach - czterech plagach, które według Urszuli zadecydowały o upadku jej rodu. „Ten będzie księdzem - przyrzekła uroczyście. - I jeżeli Bóg zachowa mnie przy życiu, zostanie papieżem". Słysząc to wszyscy wybuchnęli śmiechem nie tylko w sypialni, ale w całym domu, gdzie zgromadzili się rozbawieni kumple Aureliana Drugiego. Wojna, zepchnięta do zakamarków złych wspomnień, została przywołana na chwilę wystrzałami korków od szampana.

- Zdrowie papieża! - wzniósł toast Aureliano Drugi. Goście chórem powtórzyli toast. Potem pan domu zagrał na akordeonie, puszczono ognie sztuczne i rozkazano bić w bębny, ogłaszając święto w całym mieście. Rankiem zapro­szeni goście odurzeni szampanem zabili sześć krów i ułożyli je na ulicy do dyspozycji gawiedzi. Nikt się nie oburzył. Od kiedy Aureliano Drugi objął rządy w domu takie hulanki były rzeczą powszednią, nawet bez powodów tak słusznych i przekonujących jak narodziny papieża. W parę lat bez wysiłku, wyłącznie zrządzeniem losu, zebrał jedną z najwięk­szych fortun w okolicy dzięki nadprzyrodzonej płodności swoich zwierząt. Jego klacze rodziły trojaczki, kury znosiły jajka dwa razy dziennie, a wieprze tak niepohamowanie obrastały w tłuszcz, że nikt nie mógł wytłumaczyć sobie tej niewiarygodnej obfitości inaczej niż sztuką magiczną. „Oszczędzaj teraz - mówiła Urszula do swojego lekkomyślnego prawnuka. - To szczęście nie będzie trwało całe życie", Aureliano Drugi nie zwracał na nią uwagi. Im więcej otwierał szampana, żeby poić przyjaciół, tym obficiej roz­mnażały się jego zwierzęta, a on coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że swoją pomyślną gwiazdę zawdzięcza nie temu, co robi, ale wpływowi Petry Cotes, swej konkubiny, której miłość miała moc działania na przyrodę. Tak niezłom­nie wierzył w to, a nie inne źródło swego bogactwa, że Petra Cotes stale musiała przebywać w pobliżu jego hodowli i nawet gdy się ożenił i miał dzieci, żył z nią nadal za zgodą Fernandy. Mocno zbudowany, olbrzymi jak jego dziadko­wie, ale pełen radości życia i nieodparcie sympatyczny, czego brakowało tamtym, Aureliano Drugi prawie nie miał czasu doglądać swego bydła. Wystarczyło mu przywieźć Petrę Cotes do swych hodowli i objechać z nią konno swoje ziemie, żeby wszystkie zwierzęta znaczone jego pieczęcią uległy zarazie płodności.

Jak wszystkie pomyślności, które spotykały go w ciągu długiego życia, ta olbrzymia fortuna miała swoje źródło w przypadku. Aż do końca wojny Petra Cotes czerpała dochody z loterii fantowej, a Aurełiano Drugi od czasu do czasu przetrząsał skarbonkę Urszuli. Tworzyli lekkomyślną parę, której jedyną troską było spać z sobą co noc, nawet w okresach zabronionych, i figlować w łóżku aż do ranka. „Ta kobieta cię zgubi - krzyczała Urszula na widok prawnu­ka wchodzącego do domu krokiem lunatyka. - Zaczarowała cię tak, że któregoś dnia zaczniesz skręcać się w bólach, jakbyś miał żabę w brzuchu". Jose Arcadio Drugi, który bardzo nieprędko odkrył, że go wyprowadzono w pole, nie rozumiał namiętności swego brata. Wspominał Petrę Cotes jako zwyczajną kobietę, raczej leniwą w łóżku i zupełnie pozbawioną pikanterii w sztuce miłości. Głuchy na dogady­wania Urszuli i na żarty brata Aurełiano Drugi myślał wówczas tylko o znalezieniu zajęcia, które pozwoliłoby mu utrzymać dom dla Fernandy, a umrzeć wraz z Petra Cotes, na niej, pod nią, którejś nocy gorączkowego szaleństwa. Kiedy pułkownik Aureliano Buendia wrócił do porzuconej sztuki złotnictwa dając się w końcu skusić spokojnym urokom starości, Aureliano Drugi pomyślał, że produkcja złotych rybek mogłaby stać się dobrym interesem. Spędził wiele godzin w nagrzanej izdebce, patrząc, jak twarde blaszki metalu, obrabiane przez pułkownika z niepojętą cierpliwo­ścią rozczarowania, zamieniały się stopniowo w złote listki. Zajęcie to wydało mu się tak żmudne, a tak nęcące było wspomnienie Petry Cotes, że po trzech tygodniach zrezyg­nował. W tym czasie Petra Cotes wpadła na pomysł losowa­nia królików. Rozmnażały się i dojrzewały tak szybko, że ledwie można było nastarczyć losów. Aureliano Drugi nie zauważył z początku tej alarmującej obfitości. Którejś nocy jednak, kiedy już nikt w mieście nie chciał słyszeć o loterii na króliki, zaniepokoił go hałas na podwórku. „Nie bój się - powiedziała Petra Cotes. - To tylko króliki". Ale rwetes na podwórzu nie dawał im spać. O świcie Aureliano Drugi otworzył drzwi i zobaczył patio wybrukowane królikami niebieskimi w blasku świtu. Petra Cotes, płacząc niemal ze śmiechu, nie oparła się chęci zażartowania z niego:



1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna