Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona9/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   49

Przy otworze obserwacyjnym po lewej stronie - tam skąd dobiegł okrzyk obrzydzenia - po szybie pełzały niezdarnie trzy takie okazy. Zostawiały za sobą wilgotne ślady, oczy (jeżeli to rzeczywiście były oczy) kołysały się na czułkach grubości palca. Największy miał jakieś metr dwadzieścia długości. Pełzały również po sobie, co zdawało się nie sprawiać im najmniejszej różnicy.

- Tylko popatrzcie na te paskudztwa... - wymamrotał z odrazą Tom Smalley.

Stał przy otworze po prawej stronie. Nie odpowiedziałem. Robali pojawiało się coraz więcej, co mogło świadczyć o tym, że oblazły cały budynek - niczym larwy kawał gnijącego mięsa. Nie była to zbyt przyjemna myśl; od razu poczułem, że kurczak, którego zdołałem w siebie wmusić, gwałtownie zapragnął wyjść na zewnątrz.

Ktoś rozpaczliwie szlochał, pani Carmody wykrzykiwała o potworach z wnętrza Ziemi. Ktoś wrzasnął na nią, żeby się zamknęła, bo jak nie, to popamięta. Wszystko po staremu.

Ollie wyjął z kieszeni rewolwer pani Dumfries. Złapałem go za rękę.

- Zaczekaj!

Uwolnił ją zdecydowanym szarpnięciem.

- Spokojnie, wiem, co robię.

Z przypominającym maskę grymasem obrzydzenia na twarzy zastukał rękojeścią rewolweru w szybę. Przezroczyste skrzydła natychmiast zaczęły uderzać z ogromną częstotliwością (gdybym nie wiedział, że tam są, teraz na pewno bym ich nie zauważył), po czym stworzenia po prostu odleciały.

Ci, którzy widzieli, co zrobił Ollie, natychmiast podchwycili jego pomysł. Stukanie kijami od szczotek początkowo dało pożądany efekt; stwory odleciały, lecz wkrótce wróciły. Wyglądało na to, że również pod względem inteligencji przypominają muchy. Groźba wybuchu paniki minęła, wnętrze supermarketu wypełnił gwar rozmów. Ktoś zapytał, co mogłoby się stać, gdyby takie latające ohydztwo wylądowało na człowieku. Szczerze mówiąc, wolałbym tego nie sprawdzać.

Odgłosy stukania zaczęły powoli cichnąć. Ollie odwrócił się do mnie, żeby coś powiedzieć, ale ledwie zdążył otworzyć usta, po drugiej stronie szyby coś błyskawicznie wyłoniło się z mgły, porwało jedno z pełzających stworzeń, po czym znikło. Chyba krzyknąłem... lecz nie jestem pewien.

To coś z pewnością latało, jednak poza tym niewiele mógłbym powiedzieć. Mgła nagle pociemniała, dokładnie tak, jak opisywał to Ollie, a po chwili jej najciemniejsza część zmaterializowała się w postaci istoty o ogromnych skórzastych skrzydłach, ciele albinosa i czerwonych oczach. Uderzenie w szybę było tak silne, że ta zadrżała. Stwór otworzył dziób, chwycił różowego robala i znikł. Całe zdarzenie trwało najwyżej pięć sekund. Na siatkówce pozostał mi utrwalony niczym fotografia obraz różowego odwłoka niknącego w przepastnej gardzieli.

Po chwili rozległ się jeszcze jeden donośny łomot, zaraz potem kolejny. Ludzie znowu zaczęli krzyczeć, wielu z nich popędziło w głąb sklepu. Nagle usłyszeliśmy przeraźliwy wrzask, znacznie donośniejszy od pozostałych.

- Boże! - wyszeptał Ollie. - Stratowali tę starszą kobietę!

Pognał alejką co sił w nogach. Zamierzałem pobiec za nim, lecz w ostatniej chwili zobaczyłem coś, co sprawiło, że zamarłem w bezruchu.

Po mojej prawej stronie przesuwał się powoli wieńczący mur worek z nawozem sztucznym. Bezpośrednio pod nim stał Tom Smalley i wyglądał przez otwór obserwacyjny.

Na szybie przy moim stanowisku wylądował kolejny różowy robal, lecz niemal natychmiast został porwany przez latającego dziobatego stwora. Stara kobieta wciąż krzyczała rozpaczliwym, skrzeczącym głosem.

Worek. Ten zsuwający się worek.

- Smalley! - ryknąłem co sił w płucach. - Uważaj! Odsuń się!

Nie miał szans, żeby usłyszeć mnie w tym zamieszaniu. Worek jakby się zawahał, po czym runął prosto na jego głowę. Tom osunął się na posadzkę; po drodze uderzył jeszcze brodą w niską półkę biegnącą wzdłuż okien.

Przez otwór w szybie gramolił się jeden z albinosów. Wrzawa przycichła, dzięki czemu wyraźnie słyszałem szelest jego błoniastych skrzydeł. Czerwone oczy zdawały się płonąć w trójkątnej, przechylonej na bok głowie, potężny dziób kłapał drapieżnie. Stworzenie wyglądało trochę jak pterodaktyl z ilustracji w książce o dinozaurach, a trochę jak majak z sennego koszmaru wariata.

Złapałem pochodnię i z rozmachem wepchnąłem ją w bańkę z płynem zapalającym; bańka przechyliła się, sporo płynu wylało się na podłogę.

Skrzydlaty stwór zatrzymał się na szczycie obwałowania i rozejrzał się dokoła, złowróżbnie Przestępując z nogi na nogę. Wątpię, żeby dysponował jakąkolwiek inteligencją. Dwa razy usiłował rozłożyć skrzydła, lecz natychmiast uderzał nimi o ściany; za trzecim razem stracił równowagę, po czym, wciąż próbując rozpostrzeć skrzydła, spadł wprost na plecy Toma Smalleya. Wystarczył jeden ruch szponów, by z koszuli Toma zostały strzępy. Jeszcze jeden ruch i popłynęła krew.

Stałem najwyżej metr od nich, z gotową do użytku pochodnią, ogarnięty żądzą mordu... i nagle uświadomiłem sobie, że nie mam czym zapalić pochodni. Ostatnią zapałkę zużyłem mniej więcej przed godziną, kiedy McVey poprosił mnie o ogień.

Rozpętało się prawdziwe piekło. Na widok przerażającego stwora siedzącego na grzbiecie Smalleya ludzi ogarnęła panika. Stwór wysunął naprzód głowę, po czym opuścił ją gwałtownie i wyszarpnął kawał ciała z karku Smalleya.

Byłem już gotów posłużyć się pochodnią jak maczugą, kiedy nagle buchnął płomień. Dan Miller trzymał w ręce pamiątkową zapalniczkę z emblematem komandosów. Twarz wykrzywiał mu grymas przerażenia i wściekłości.

- Zabij to! - wychrypiał. - Zabij to, jeśli możesz!

Tuż obok stał Ollie z rewolwerem w dłoni, ale bał się go użyć.

Potwór rozpostarł skrzydła, poruszył nimi (raczej nie po to, żeby odlecieć, lecz by lepiej chwycić zdobycz), następnie białe, skórzaste błony szczelnie otuliły górną część ciała nieprzytomnego Smalleya, potem zaś rozległy się przerażające, ohydne odgłosy rozrywania i szarpania. Na samo ich wspomnienie ciarki przechodzą mi po plecach.

Wszystko to trwało zaledwie parę sekund. Chwilę później z całej siły pchnąłem stwora pochodnią - odniosłem wrażenie, jakbym uderzył w latawiec z papieru i balsy - i przerażająca istota w okamgnieniu zajęła się ogniem. Raptownie poderwała głowę, z szeroko otwartego dzioba wydobył się przeraźliwy skrzek (mam nadzieję) bólu i strachu. Wciąż skrzecząc, poderwała się do lotu z odgłosem, jaki wydają targane przez porywisty wiatr mokre prześcieradła rozwieszone na sznurze.

Wszyscy z zapartym tchem śledzili płomienisty śmiertelny lot. Mam wrażenie, że chyba właśnie ten widok najbardziej zapadł mi w pamięć: podobna do ptaka biała, płonąca istota lecąca zygzakiem nad regałami i alejkami supermarketu. Kiedy wreszcie runęła na stojak z sosami do spaghetti, rozbryzgując je dokoła niczym krew, zostało z niej niewiele więcej niż kości i popiół. Smród spalenizny przyprawiał o mdłości, ale chociaż był tak intensywny, i tak czułem kwaśną woń mgły wciskającą się przez poszarpany otwór w szybie.

Przez pewien czas panowała niczym niezmącona cisza. Zjednoczył nas mrożący krew w żyłach zachwyt dla tego ognistego lotu. Potem ktoś zawył, ktoś inny krzyknął, a ja usłyszałem dobiegający z daleka płacz syna.

Chwyciła mnie czyjaś ręka. To był Bud Brown, z wybałuszonymi oczami i wyszczerzonymi zębami.

- Patrz! - wykrztusił, wskazując przed siebie palcem. - To... To też!

Przez dziurę w szybie przedostał się jeden z różowych robali, przysiadł na stercie worków z nawozem i powoli poruszał zakończonymi oczami czułkami. Uderzające w szybkim tempie przezroczyste skrzydła brzęczały cicho jak elektryczny wentylator. Różowy, odrażający korpus wznosił się i opadał jakby w rytm oddechu.

Ruszyłem w kierunku intruza. Moja pochodnia dogasała, ale z pewnością zdążyłbym jej użyć, gdyby nie ubiegła mnie pani Reppler, nauczycielka. Miała jakieś pięćdziesiąt pięć, może nawet sześćdziesiąt lat i była przeraźliwie chuda, lecz równocześnie sprawiała wrażenie bardzo silnej. Widok takiej osoby zawsze nasuwa mi na myśl porównanie z cienkim ale mocnym skórzanym paskiem.

W obu rękach trzymała pojemniki z raidem, niczym jakiś szalony rewolwerowiec z egzystencjalnej komedii. Wydała bojowy okrzyk, którego nie powstydziłby się jaskiniowiec roztrzaskujący maczugą czaszkę wroga, wyciągnęła przed siebie ręce i wdusiła przyciski. Gęsta chmura środka owadobójczego otoczyła stworzenie, które niemal natychmiast poczęło wić się i miotać, aż wreszcie, wstrząsane drgawkami, spadło na ponad wszelką wątpliwość martwe ciało Toma Smalleya, stoczyło się na posadzkę i tam już zostało. Jeszcze przez kilkanaście sekund rozpaczliwie uderzało skrzydłami, potem częstotliwość uderzeń spadła, aż wreszcie stwór całkiem znieruchomiał. Nie żył.

Tu i ówdzie rozległ się płacz, gdzieniegdzie jęki. Jęczała starsza kobieta stratowana przez tłum. Niektórzy śmiali się jak potępieńcy. Pani Reppler, z falującą wątłą piersią, stała nad swoją zdobyczą.

Hatlen i Miller przyprowadzili wózek wykorzystywany przez obsługę sklepu do transportu ciężkich ładunków, wspólnymi siłami wciągnęli go na szczyt wału z worków i zasłonili dziurę w szybie. Na pewien czas mogło to nawet wystarczyć.

Amanda Dumfries wystąpiła naprzód jak lunatyczka, z wiaderkiem z tworzywa sztucznego w jednej ręce i nierozpakowaną z folii zmiotką w drugiej. Wpatrując się w jakiś niezmiernie odległy punkt szeroko otwartymi, nieruchomymi oczami, przykucnęła i zgarnęła różowe paskudztwo - robaka, ślimaka, czy cokolwiek to było - do wiaderka. Folia zaszeleściła w zetknięciu z podłogą. Następnie podeszła do drzwi wyjściowych. Nic na nich nie siedziało. Uchyliła je nieco i wyrzuciła wiaderko na zewnątrz. Przewróciło się, po czym przez chwilę zataczało coraz ciaśniejsze kręgi. Jak tylko znieruchomiało, z mgły wyleciał kolejny różowy stwór, wylądował na wiaderku i rozpoczął powolną wędrówkę.

Amanda wybuchnęła płaczem. Podszedłem do niej i otoczyłem ją ramieniem.
O pierwszej trzydzieści w nocy, pogrążony w półśnie, siedziałem na podłodze oparty plecami o białą emaliowaną ściankę lady chłodniczej z mięsem. Na moich kolanach spoczywała głowa śpiącego głęboko Billy'ego. Niedaleko nas, z podłożoną pod głowę czyjąś kurtką, zasnęła Amanda Dumfries.

Niedługo po śmierci w płomieniach ptakopodobnej istoty poszedłem z Olliem na zaplecze i przynieśliśmy kilka takich koców jak ten, który zabrałem z magazynu, żeby przykryć Billy'ego. Rozdaliśmy je ludziom. Przytaszczyliśmy także parę ciężkich skrzyń z pomarańczami i gruszkami; przy pomocy jeszcze dwóch mężczyzn zdołaliśmy ustawić je na barykadzie z worków. Gdyby niby-ptaki zechciały dostać się do nas przez dziurę w szybie, miałyby sporo problemów z ich przesunięciem. Każda ważyła co najmniej czterdzieści kilogramów.

Ale przecież tam, na zewnątrz, były nie tylko niby-ptaki i robakopodobne stworzenia, którymi się odżywiały. Nie należało zapominać o wyposażonej w macki istocie, która porwała Norma, o przeżutej i zakrwawionej lince oraz o basowym pochrząkiwaniu dobiegającym zza zasłony mgły. Odgłosy te powtarzały się jeszcze parę razy, ale wydawało nam się, że dobiegają z większej odległości - tyle że nikt nie wiedział, co to w praktyce oznacza, bo przecież w tak gęstej mgle dźwięk rozchodził się w zupełnie inny sposób niż w czystym powietrzu. Raz czy dwa zresztą rozległy się tak blisko, że zadrżały szyby, a nasze serca zamiast gorącej krwi wypełniła lodowata woda.

Billy poruszył się i jęknął. Pogładziłem go po włosach, jęknął jeszcze raz, po czym chyba wypłynął na spokojniejsze wody snu. Ja jednak zupełnie się rozbudziłem. Od zapadnięcia całkowitego mroku zdołałem przespać łącznie najwyżej półtorej godziny, a i tak przez większą część tego czasu dręczyły mnie koszmary. Między innymi przyśniła mi się poprzednia noc. Billy i Steff stali przy dużym oknie w salonie, zapatrzeni w szaroczarną taflę jeziora i srebrzystą wodną kurzawę zwiastującą niezbyt odległe nadejście burzy. Usiłowałem do nich podbiec i zabrać ich stamtąd, ponieważ wiedziałem, że silny podmuch wiatru może roztrzaskać szybę i zasypać ich śmiertelnie niebezpiecznymi szklanymi odłamkami, lecz choć biegłem co sił w nogach, nie byłem w stanie się do nich zbliżyć. A potem z kurzawy wyłonił się ptak, ogromny szkarłatny oiseau de mort; cień jego rozłożystych prehistorycznych skrzydeł okrył cale jezioro od wschodniego krańca po zachodni. Kiedy otworzył dziób, ukazała się otchłań wielkości tunelu Holland. Ptak nadlatywał z ogromną prędkością, by porwać moją żonę i syna, a jakiś cichy, złowieszczy głos szeptał mi do ucha: "Projekt Grot Strzały... Projekt Grot Strzały... Projekt Grot Strzały...".

Nie tylko my dwaj mieliśmy problemy ze snem. Wiele osób krzyczało, niektóre nawet po obudzeniu. Piwo znikało z chłodziarki w błyskawicznym tempie. Buddy Eagleton już raz bez słowa komentarza uzupełnił zapas. Mike Hatlen powiedział mi, że z regałów z paralekami znikły wszystkie środki uspokajające.

- Zostało tylko trochę pastylek nasennych. Chcesz parę, Dave?

Pokręciłem głową.

W alejce przy kasie numer 5 usadowili się miłośnicy trunków. Było ich sześciu albo siedmiu, wszyscy spoza stanu, z wyjątkiem Lou Tattingera, właściciela myjni samochodowej. Plotka głosiła, że Lou i bez żadnej okazji chętnie sięgał po butelkę. Cała grupa zdołała się już mocno znieczulić.

Również sześć albo siedem osób po prostu oszalało.

"Oszalało" nie jest chyba najszczęśliwszym określeniem, ale inne nie przychodzi mi do głowy. Mam na myśli ludzi, którzy bez pomocy piwa, wina czy leków wprowadzili się w stan całkowitego odrętwienia. Siedzieli bez ruchu, wpatrując się przed siebie szeroko otwartymi szklistymi oczami. W wyniku niewyobrażalnego trzęsienia ziemi, w twardej skorupie rzeczywistości pojawiły się ogromne szczeliny, a ci biedacy wpadli w nie z kretesem. Za jakiś czas niektórzy mieliby szansę wrócić... jeśli taki czas byłby im dany.

Reszta jakoś pogodziła się z sytuacją, idąc niekiedy na bardzo daleko posunięte intelektualne kompromisy. Na przykład pani Reppler była święcie przekonana, że wszystko, co ją do tej pory spotkało, wydarzyło się we śnie.

Spojrzałem na Amandę. Zdawałem sobie sprawę, iż od pewnego czasu żywię do niej coraz bardziej niepokojące uczucia - co wcale nie znaczy, że niemiłe. Miała tak nieprawdopodobnie zielone oczy... Obserwowałem ją ukradkiem, podejrzewając, że przed pójściem na spoczynek wyjmie szkła kontaktowe, ale nic takiego nie uczyniła, więc chyba kolor oczu był prawdziwy. Chciałem się z nią kochać. Moja żona była w domu, być może żywa, ale raczej prawie na pewno martwa - tak czy inaczej zupełnie sama - ja zaś ogromnie ją kochałem i ponad wszystko na świecie pragnąłem jak najszybciej wrócić do niej z Billym, lecz równocześnie marzyłem o tym, żeby przelecieć Amandę Dumfries. Powtarzałem sobie, że to przez niezwykłą sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, i być może nawet tak właśnie było, lecz ta świadomość ani trochę nie zmniejszała pożądania.

Trochę się zdrzemnąłem, by około trzeciej obudzić się znacznie bardziej przytomny niż do tej pory. Amanda leżała na boku w pozycji embrionalnej, z kolanami pod brodą i dłońmi wsuniętymi między uda. Wydawała się pogrążona w głębokim śnie. Bluza podwinęła się nieco, odsłaniając gładką, jasną skórę. Przyglądałem się jej... i nagle poczułem całkowicie bezużyteczny, a do tego niewygodny wzwód.

Usiłowałem się od niego uwolnić, kierując myśli na inny temat. Przypomniałem sobie, jak poprzedniego dnia chciałem namalować Brenta Nortona... No, może niekoniecznie od razu namalować, tylko posadzić na pniu z moim piwem w ręce i naszkicować jego spoconą, zmęczoną twarz wraz ze sterczącymi zza uszu kosmykami zmierzwionych włosów. Mógłby z tego być całkiem dobry obrazek. Dopiero po dwudziestu latach mieszkania pod jednym dachem z ojcem pogodziłem się z poglądem, że niekiedy wystarczy, żeby coś było po prostu "dobre".

Wiecie, czym jest talent? Męką oczekiwania. Trzeba sobie z tym radzić, jeszcze będąc dzieckiem. Jeśli umiesz pisać, wydaje ci się, że Bóg zesłał cię na ziemię po to, byś starł w proch Szekspira. A jeśli umiesz malować, wydaje ci się - w każdym razie mnie się tak wydawało - że Bóg zesłał cię na ziemię, żebyś starł w proch swojego ojca.

Okazało się jednak, że on jest lepszy. Próbowałem chyba dłużej, niż powinienem. Miałem wystawę w Nowym Jorku, która zakończyła się katastrofą; krytycy wdeptali mnie w ziemię, w co drugim zdaniu porównując mnie z ojcem. Rok później utrzymywałem rodzinę, wykonując komercyjne zlecenia. Steff była w ciąży, więc usiadłem i przeprowadziłem ze sobą poważną rozmowę. W jej następstwie ustaliłem raz na zawsze, że prawdziwa sztuka będzie dla mnie wyłącznie hobby, niczym więcej.

Przygotowałem plakaty do kampanii reklamowej szamponu "Złotowłosa dziewczyna". Ten, na którym dziewczyna stoi okrakiem nad rowerem, ten, na którym rzuca na plaży latającym talerzem, i ten, na którym ze szklaneczką w ręce stoi na balkonie. Ilustrowałem opowiadania chyba dla wszystkich liczących się kolorowych miesięczników, ale dostałem tę robotę po tym, jak zilustrowałem kilkadziesiąt tekstów w pismach znacznie lżejszego kalibru. Robię też plakaty filmowe. Forsa płynie, radzimy sobie doskonale.

Ubiegłego lata urządziłem ostatnią wystawę w Bridgton. Pokazałem dziewięć płócien namalowanych w ciągu minionych pięciu lat, z czego sprzedałem sześć. To, którego sprzedaży kategorycznie odmówiłem, dziwnym zbiegiem okoliczności przedstawiało supermarket Federal widziany z najodleglejszego końca parkingu. Na moim obrazie nie ma samochodów, tylko rząd puszek z fasolką Campbella, tym większych, im bliżej są krawędzi obrazu. Pierwsza wydaje się mieć półtora metra wysokości. Zatytułowałem go "Fasolki i złudzenie perspektywiczne". Jakiś osobnik z Kalifornii - wysoki rangą urzędnik w firmie produkującej rakiety, piłki tenisowe i licho wie co jeszcze - bardzo chciał go kupić. Nie docierały do niego ani moje odmowy, ani nawet wywieszka NIE NA SPRZEDAŻ pod obrazem. Zaczął od sześciuset dolarów, doszedł do czterech tysięcy. Podobno zamierzał powiesić go w swoim gabinecie. Wyszedł z pustymi rękami, szczerze zdumiony, ale do ostatniej chwili nie tracił nadziei; zostawił mi wizytówkę na wypadek, gdybym jednak zmienił zdanie.

Pieniądze z pewnością by się przydały, ponieważ właśnie wtedy rozbudowywaliśmy dom i kupiliśmy wóz terenowy, ale po prostu nie mogłem się rozstać z tym obrazem. Zdawałem sobie sprawę, że to najlepsze płótno, jakie wyszło spod mojego pędzla, i chciałem je zatrzymać, aby móc na nie spojrzeć za każdym razem, kiedy ktoś z całkowicie nieświadomym okrucieństwem zapyta mnie, kiedy wreszcie zacznę robić coś poważnego.

A potem, jesienią ubiegłego roku, pokazałem obraz Olliemu Weeksowi. Zapytał, czy pozwoliłbym mu go sfotografować i wykorzystać przez tydzień do promocji sklepu, i na tym skończyły się moje rojenia. Ollie zobaczył obraz taki, jaki był w istocie: dobry kawałek sztuki komercyjnej. Nic więcej... ale, Bogu dzięki, i nic mniej.

Zgodziłem się, a potem zadzwoniłem do San Luis i powiedziałem gościowi od rakiet tenisowych, że jeśli jeszcze jest zainteresowany, mogę mu sprzedać płótno za dwa i pół tysiąca. Był, więc zapakowałem obraz i wysłałem UPS-em na wybrzeże. Od tamtej pory głos zawiedzionych oczekiwań (brzmi jak głos dziecka, którego nie da się usatysfakcjonować czymś tak zwyczajnym i pospolitym jak "dobre") wreszcie umilkł. Niekiedy tylko powraca odległym dudniącym echem, trochę podobnym do stłumionych, dobiegających zza zasłony mgły odgłosów niewidocznych stworzeń. Może wy mi powiecie, dlaczego kiedy umilkł, poczułem się trochę tak, jakby umarł ktoś bardzo bliski?
Około czwartej Billy się obudził - przynajmniej częściowo - i potoczył dokoła nieprzytomnym wzrokiem.

- Jeszcze tu jesteśmy?...

- Tak, kochanie - odparłem. - Jeszcze tak.

Zaniósł się rozpaczliwym, bolesnym łkaniem. Amanda również się obudziła i przysunęła się do nas.

- Chodź do mnie, kolego. - Objęła go delikatnie. - Rano wszystko będzie wyglądało lepiej.

- Nie - wychlipał Billy. - Nie będzie. Nie będzie...

- Ciii... - Spojrzała na mnie nad jego głową. - Ciii... Wszyscy śpią.

- Chcę do mamy!

- Tak, tak...

Billy wiercił się tak długo, aż wreszcie ułożył się w taki sposób, żeby mnie widzieć. Jakiś czas później zasnął.

- Dziękuję - szepnąłem. - Potrzebował cię.

- Nawet mnie nie zna.

- Nie szkodzi.

- A co ty myślisz? - Zielone oczy wpatrywały się we mnie bez drgnięcia powieki. - Co naprawdę myślisz?

- Zapytaj mnie rano.

- Pytam teraz.

Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili z mroku wyłonił się Ollie Weeks, niczym jakaś postać z budzącej grozę opowieści. W ręce trzymał zwróconą ku górze latarkę przykrytą damską bluzką. Na jego zmęczonej twarzy tańczyły plamy cienia.

- Davidzie... - szepnął.

Amanda odwróciła głowę ku niemu, najpierw zaskoczona, potem znowu przerażona.

- O co chodzi?

- Davidzie... - A potem: - Chodź. Proszę.

- Billy dopiero co zasnął.

- Ja z nim zostanę - powiedziała Amanda. - Lepiej idź. - Chwilę później, znacznie ciszej dodała: - Boże, czy to się nigdy nie skończy?
8. CO SIĘ STAŁO Z ŻOŁNIERZAMI? AMANDA. ROZMOWA Z DANEM MILLEREM.
Ollie poprowadził mnie w kierunku magazynu. Mijając chłodziarkę z piwem, wziął puszkę.

- O co chodzi, Ollie?

- Sam zobaczysz.

Pchnął dwuskrzydłowe drzwi. Kiedy się za nami zamykały, owionął nas delikatny podmuch powietrza. Na zapleczu było zimno. Po tym, co przydarzyło się Normowi, nie lubiłem tego miejsca. Jakaś cząstka mego mózgu uparcie przypominała, że gdzieś na podłodze leży fragment martwej macki.

Ollie wyjął latarkę spod przykrycia i przesunął plamę światła po suficie. W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że na jednej z biegnących tam rur ktoś powiesił dwa manekiny, tak jak dzieciaki czynią niekiedy podczas Halloween. Zaraz potem jednak opuściłem wzrok i zobaczyłem wyprężone stopy jakieś dwadzieścia pięć centymetrów nad podłogą, obok zaś zwalone pudła, przedtem zapewne ustawione w chwiejną piramidę. Ponownie spojrzałem w górę, na twarze, i do gardła zaczął mi podchodzić przeraźliwy krzyk, ponieważ nie były to wcale plastikowe twarze manekinów. Obie głowy zwisały przechylone na bok pod przedziwnym kątem, jakby ich posiadacze zaśmiewali się z czegoś do rozpuku... przynajmniej do chwili, kiedy zrobili się purpurowosini ze śmiechu.

Cienie. Wydłużone cienie na ścianie magazynu. I języki wystające z rozchylonych ust.

Obaj byli w mundurach. Chłopcy, na których zwróciłem uwagę na samym początku, a potem straciłem z oczu. Żołnierzyki z...

Krzyk. Usłyszałem go, kiedy wydobył się z moich ust w postaci jęku, a następnie zaczął przybierać na sile niczym syrena policyjna. Ollie chwycił mnie za łokieć i ścisnął mocno.

- Nie rób tego, Davidzie. Nikt o tym nie wie, tylko my dwaj. I tak powinno zostać.

Jakoś zdołałem nad sobą zapanować.

- Oni byli z...

- ...Projektu Grot Strzały - dokończył Ollie. - Zgadza się. - Wepchnął mi do ręki coś zimnego. Puszkę piwa. - Łyknij sobie. Przyda ci się.

Kiedy odsunąłem puszkę od ust, była prawie pusta.

- Przyszedłem poszukać zapasowej butli gazowej do grilla i od razu ich zobaczyłem. Zadzierzgnęli pętle na dwóch końcach sznura, przerzucili go przez rurę, potem ustawili pudła, związali sobie nawzajem ręce, weszli na pudła, któryś z nich pewnie policzył do trzech, i skoczyli.

- To niemożliwe - powiedziałem. Słowa z trudem przeciskały mi się przez zupełnie suche gardło, ale fakty mówiły co innego. Obaj rzeczywiście mieli ręce związane za plecami.

- Możliwe, Davidzie. Trudne, ale możliwe. Wystarczy tylko bardzo chcieć.

- Ale... dlaczego?

- Myślę, że wiesz dlaczego. Turyści i przyjezdni może niczego się nie domyślają, ale my, miejscowi, chyba wiemy.

- Projekt Grot Strzały?

- Stoję przy kasach od rana do wieczora, więc słyszę to i owo. Przez całą wiosnę ludzie gadali tylko o tym, i to raczej nic dobrego. Czarny lód na jeziorach...

Przypomniałem sobie śmierdzący alkoholem oddech Billa Gosti na mojej twarzy. Atomy, ale takie zupełnie inne atomy. A teraz dwa nieruchome ciała wiszące u sufitu. Przechylone głowy. Wyprężone stopy. Języki opuchnięte jak kiełbasy.



1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna