Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona8/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   49

- Czy to znaczy, że mogę liczyć na obniżenie podatków?

Miller był niewysoki, chuderlawy, z rudymi, mocno przerzedzonymi włosami. Takich jak on trudno od razu polubić, ale jednocześnie trudno ich nie polubić, kiedy już lepiej się ich pozna. Tacy jak on zawsze wiedzą wszystko lepiej od ciebie.

- Nawet o tym nie myśl! - Hatlen roześmiał się, po czym ruszył w kierunku frontowej części supermarketu. Miller zerknął w dół, na mojego syna.

- Proszę się o niego nie niepokoić - powiedziałem.

- Człowieku, w życiu nie niepokoiłem się tak bardzo jak teraz!

- Ja też - zawtórował mu Ollie, wrzucił pustą puszkę do chłodziarki, wyjął świeżą i otworzył. Rozległo się charakterystyczne syknięcie uciekającego gazu.

- Zauważyłem, jak na siebie patrzycie. Dokończyłem batonik i również wziąłem piwo.

- Powiem wam, co wymyśliłem - ciągnął Miller. - Trzeba zatrudnić parę osób przy owijaniu szmatami końców kijów od szczotek, a potem mieć w pogotowiu ze dwa baniaki z podpałką do grilla. W razie potrzeby będą z tego niezłe pochodnie.

Skinąłem głową. Pomysł był dobry. Prawie na pewno nie wystarczająco dobry, ale o niebo lepszy od posypywania macek solą.

- To może przynajmniej da im coś do myślenia - mruknął Ollie.

- Aż tak niedobrze? - zapytał cicho Miller.

- Aż tak - odparł Ollie, podnosząc puszkę do ust.
O wpół do piątej prace przy budowaniu fortyfikacji z worków z nawozem dobiegły końca; w obwałowaniach pozostawiono tylko wąskie otwory. Przy każdym z nich dyżurował strażnik, a obok niego czekał w pogotowiu spory zapas obwiązanych szmatami kijów od szczotek oraz otwarty pojemnik z podpałką do węgla drzewnego. Otworów było pięć, strażnicy zmieniali się według rozkładu opracowanego przez Dana Millera.

Kiedy nadeszła szesnasta trzydzieści, siedziałem na stercie worków przy jednym z otworów, z Billym u boku. Obaj wpatrywaliśmy się w mgłę.

Tuż za oknem znajdowała się pomalowana na czerwono ławka, na której niekiedy odpoczywali klienci objuczeni zakupami, czekając, aż mąż lub żona przyjadą po nich pozostawionym gdzieś daleko samochodem. Dalej zaczynał się parking. Mgła kłębiła się dostojnie, gęsta i ciężka. Z pewnością była w niej wilgoć, ale bez odrobiny lśnienia albo połysku. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby poczuć się bezradnym i zagubionym.

- Tatusiu, czy wiesz, co się stało? - zapytał Billy.

- Niestety nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Przez chwilę w milczeniu obserwował swoje nieruchome ręce spoczywające na kolanach.

- Dlaczego nikt nie przyjeżdża, żeby nas uratować? - spytał wreszcie. - Policja stanowa, FBI albo ktoś taki?

- Nie mam pojęcia.

- Myślisz, że mamie nic się nie stało?

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Objąłem go mocno.

- Bardzo za nią tęsknię... - wyszeptał, walcząc ze łzami. - Przykro mi za te wszystkie razy, kiedy byłem dla niej niegrzeczny.

- Billy...

Nie zdołałem wykrztusić nic więcej. Poczułem słony smak w gardle, a głos zaczął mi niebezpiecznie drżeć.

- Czy to się skończy? Tatusiu, czy to się wreszcie skończy?

- Nie wiem - odparłem po raz kolejny.

Przytulił się do mojej piersi, ja zaś delikatnie podtrzymywałem mu głowę. Pod gęstymi włosami wyczuwałem delikatną wypukłość tylnej części czaszki. Przypomniałem sobie wieczór po naszym ślubie. Patrzyłem, jak Steff zdejmuje prostą brązową sukienkę, w którą przebrała się zaraz po ceremonii. Dzień wcześniej uderzyła się o drzwi i teraz na biodrze miała ogromny fioletowy siniak. Przypomniałem sobie, że patrząc na niego, pomyślałem z lekkim niedowierzaniem: Kiedy to się stało, nazywała się jeszcze Stephanie Stepanek. Potem się kochaliśmy, a na dworze z burego grudniowego nieba padał wilgotny śnieg.

Billy płakał.

- Ciii... Ciii... - szeptałem, kołysząc go w ramionach, ale on nie chciał się uspokoić. Z takim płaczem potrafią sobie radzić wyłącznie matki.
We wnętrzu sklepu zapadła przedwczesna noc. Miller, Hatlen i Bud Brown rozdali cały zapas latarek, czyli około dwudziestu sztuk. Norton podniósł wielki lament w imieniu swojej grupy i dostał dwie. Światełka kolebały się tu i ówdzie w alejkach niczym niespokojne duchy.

Tuląc wciąż Billy'ego do piersi, po raz kolejny spojrzałem przez otwór. Na zewnątrz niewiele się zmieniło, to barykada z worków sprawiła, że we wnętrzu sklepu zrobiło się tak ciemno. Parę razy wydawało mi się, że coś widzę, ale to wina zdenerwowania. W pewnej chwili któryś ze strażników bez przekonania wszczął fałszywy alarm.

Billy zauważył panią Turman i chętnie do niej poszedł, chociaż przez całe lato nie była u nas ani razu. Miała latarkę; wręczyła mu ją, on zaś natychmiast zabrał się do wypisywania swojego imienia plamą światła na białych ścianach zamrażarek. Ucieszyła się na jego widok co najmniej tak samo jak on na jej. Wkrótce oboje podeszli do mnie. Hattie Turman była wysoką szczupłą kobietą o rudych włosach, w których dopiero co zaczęły się pojawiać pasemka siwizny. Na jej piersi kołysały się okulary zawieszone na ozdobnym łańcuszku; wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że istnieje prawo zezwalające na stosowanie takich udogodnień wyłącznie przez kobiety w średnim wieku.

- Stephanie też tu jest, Davidzie?

- Nie. Została w domu. Skinęła głową.

- Alan też. Do której masz dyżur?

- Do szóstej.

- Widziałeś coś?

- Nic. Tylko mgłę.

- Jeśli chcesz, zajmę się chłopcem do szóstej.

- Co ty na to, Billy?

- Bardzo chętnie - odparł, zataczając kręgi skierowaną ku górze latarką i obserwując plamę światła na suficie.

- Bóg zaopiekuje się twoją Steffy i moim Alanem - powiedziała pani Turman, po czym wzięła Billy'ego za rękę i odprowadziła w głąb sklepu. Jej głos był opanowany i pewny siebie, ale w oczach na próżno usiłowałem doszukać się przekonania.

Około wpół do szóstej z tylnej części marketu dobiegły odgłosy kłótni, potem ktoś zaśmiał się szyderczo, Buddy Eagleton (przynajmniej wydaje mi się, że to był on), wykrzyknął:

- Tylko wariat poszedłby tam teraz!

Snopy światła z kilku latarek skupiły się w centrum zamieszania, a następnie przesunęły w kierunku frontowej części sklepu. Mrok rozdarł ochrypły, szyderczy śmiech pani Carmody, równie przykry dla uszu jak odgłos drapania paznokciami po szkolnej tablicy. Przez kakofonię podekscytowanych głosów przebił się tubalny głos Nortona:

- Przejście! Proszę zrobić przejście!

Mężczyzna pełniący dyżur przy sąsiednim otworze opuścił posterunek, żeby sprawdzić, co się dzieje, ja jednak postanowiłem się nie ruszać. Cokolwiek to było, i tak zmierzało w moim kierunku.

- Proszę! - wykrzykiwał Mike Hatlen. - Proszę, porozmawiajmy jeszcze o tym!

- Nie ma o czym rozmawiać! - oświadczył stanowczo Norton.

Z mroku wyłoniła się jego wykrzywiona twarz, był zdeterminowany. W ręce trzymał jedną z dwóch latarek przydzielonych Stowarzyszeniu Płaskiej Ziemi. Zmierzwione włosy wciąż sterczały mu nad uszami jak różki. Kroczył na czele niezbyt licznego pochodu: z dziewięciu albo dziesięciu popleczników zostało zaledwie pięciu.

- Wychodzimy - oznajmił.

- Nie upierajcie się - próbował ich przekonać Miller. - Mike ma rację. Przecież możemy to przedyskutować, praw da? McVey upiecze na grillu parę kurczaków, usiądziemy sobie wszyscy i...

Zastąpił drogę Nortonowi, ale ten, nie zatrzymując się, odepchnął go na bok. Millerowi zupełnie się to nie spodobało. Zaczerwienił się, po czym wycedził przez zaciśnięte zęby:

- W takim razie rób, co chcesz. Ale pamiętaj, że skazujesz tych ludzi na pewną śmierć.

- Przyślemy wam pomoc - odparł Norton z niewzruszonym spokojem, który mógł wynikać tylko albo z silnego przekonania, albo z niewzruszonej obsesji.

Jeden z podążającej za nim gromadki mruknął coś z aprobatą, inny natomiast bez słowa odszedł na bok. Nortonowi zostało czterech zwolenników, co i tak można było uznać za całkiem przyzwoity wynik. Przecież nawet Chrystusowi udało się zgromadzić zaledwie dwunastu.

- Panie Norton... - odezwał się Mike Hatlen. - Brent... Przynajmniej zaczekajcie na te kurczaki. Zjedzcie coś ciepłego.

- A wy w tym czasie będziecie nas przekonywać? To stara sądowa sztuczka, nie dam się na nią nabrać. Wystraszyliście już połowę moich ludzi.

- TWOICH ludzi? - Hatlen niemal to wyjęczał. - Twoich? O czym ty gadasz, na litość boską? To są po prostu ludzie, i tyle. To nie zabawa ani nie sala sądowa. Na zewnątrz są jakieś... jakieś istoty i nie ma sensu dać się głupio zabić!

- Istoty, powiadasz? - zapytał Norton z nienaturalnym rozbawieniem. - A gdzie konkretnie, jeśli można wiedzieć? Od paru godzin stoicie na straży i co? Widzieliście chociaż jedną?

- Owszem, trochę wcześniej, w magazynie...

- Nie, nie! - Norton energicznie pokręcił głową. - To już załatwiliśmy. Teraz wyjdziemy i...

- Nie!... - szepnął ktoś, inni zaś zaczęli powtarzać za nim, tak że wokół nas rozległ się jakby szelest uschniętych liści poruszanych przez wiatr w październikowy wieczór. - Nie... nie... nie...

- Co, może zatrzymacie nas siłą? - odezwał się piskliwym głosem jeden z "ludzi" Nortona - starsza damulka w okularach z dwuogniskowymi soczewkami. - Zatrzymacie nas?

Szepty ucichły.

- Nie - powiedział po chwili Mike. - Nie sądzę, żeby ktoś próbował zatrzymywać was siłą.

Szepnąłem coś Billy'emu do ucha. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- Biegnij już! - ponagliłem go. - Tylko prędko! Pobiegł.

Norton przygładził włosy wystudiowanym aktorskim gestem. Znacznie bardziej podobał mi się w poprzedniej roli, kiedy bezskutecznie usiłował uruchomić piłę, klnąc i złorzecząc na czym świat stoi. Nie wiedziałem i nadal nie wiem, czy wierzył w to, co robił, czy nie. W głębi serca podejrzewam jednak, iż domyślał się, co się stanie. Nieubłagana logika, której był wierny przez całe życie, zwróciła się w końcu przeciw niemu, niczym obłaskawiony tygrys, w którym wreszcie wzięły górę dzikie instynkty.

Przez chwilę rozglądał się dokoła jakby w nadziei, że ktoś coś jeszcze powie, a następnie poprowadził swoją czwórkę przez przejście przy jednej z kas. Oprócz kobiety w okularach tworzyli ją pękaty, mniej więcej dwudziestoletni chłopak, jakaś dziewczyna oraz mężczyzna w granatowych dżinsach i odwróconej daszkiem do tyłu czapeczce golfisty.

Rozbiegane oczy Nortona zetknęły się na sekundę z moimi, po czym powędrowały dalej.

- Zaczekaj chwilę, Brent...

- Nie zamierzam tracić czasu na dyskusje. Szczególnie z tobą.

- Wiem, wiem... Chciałem cię tylko prosić o przysługę. Zauważyłem kątem oka, że Billy zbliża się biegiem do kas.

- O co chodzi? - zapytał podejrzliwie Norton. Zasapany Billy zatrzymał się przy mnie i wręczył mi spory pakunek zawinięty w folię.

- O sznur do bielizny. - Zdawałem sobie sprawę, że wszyscy nas obserwują. - To największy zwój. Sto metrów.

- I co z tego?

- Pomyślałem sobie, że mógłbyś obwiązać się w pasie jednym końcem. Kiedy poczujesz, że sznur się napina, przywiążesz go do czegoś, wszystko jedno do czego. Może być na przykład klamka samochodu.

- Po co, na litość boską?

- Dzięki temu będę wiedział, że przebyliście bezpiecznie przynajmniej sto metrów.

Coś zamigotało mu w oczach... ale zaraz zgasło.

- Nie - powiedział krótko. Wzruszyłem ramionami.

- Jak chcesz. W każdym razie, powodzenia.

- Ja to zrobię, proszę pana - odezwał się niespodziewanie mężczyzna w czapeczce golfisty. - To przecież nikomu nie zaszkodzi.

Norton odwrócił się raptownie ku niemu, jakby zamierzał udzielić mu ostrej reprymendy, lecz napotkał spokojne, niewzruszone spojrzenie człowieka, który podjął decyzję i nie zamierza jej zmieniać. Norton chyba od razu to zrozumiał, ponieważ nie odezwał się ani słowem.

- Dziękuję - powiedziałem.

Rozciąłem scyzorykiem folię i na podłogę wysypały się ciasne zwoje sznurka. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem koniec, a następnie luźno obwiązałem w pasie Czapeczkę Golfisty; natychmiast rozsupłał mój węzeł i błyskawicznie wykonał własny, znacznie solidniejszy. W sklepie panowała cisza jak makiem zasiał. Norton niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

- Chce pan mój nóż? - zapytałem.

- Mam swój. - Patrzył na mnie z tą samą chłodną pogardą co przed chwilą na Nortona. - Proszę pilnować, żeby linka się nie zapętliła. Jeżeli poczuję, że coś jest nie tak, przetnę ją.

- Wszyscy gotowi? - zapytał Norton stanowczo zbyt głośno.

Tłusty chłopak podskoczył, jakby go ktoś ukłuł. Norton nasłuchiwał przez chwilę odpowiedzi, nie doczekał się jej, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi.

Wyciągnąłem do niego rękę.

- Powodzenia.

Przyjrzał się jej z taką miną, jakby nie bardzo wiedział, co to jest.

- Przyślemy wam pomoc - powiedział wreszcie, odepchnął na bok szklaną taflę drzwi i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast poczułem znajomy kwaśny zapach. Pozostała czwórka podążyła za nim.

Podszedł do mnie Mike Hatlen. Ekipa Nortona zatrzymała się tuż za drzwiami w mlecznej, kłębiącej się powoli mgle. Norton powiedział coś, co powinienem usłyszeć, lecz mgła przedziwnie tłumiła dźwięki. Do moich uszu dotarł tylko szmer jego głosu oraz dwie albo trzy oderwane sylaby, jak z odległego radia. Po chwili ruszyli dalej.

Hatlen uchylił drzwi nieco szerzej. Ostrożnie przesuwałem linkę między palcami, pilnując, żeby cały czas luźno zwisała, zapamiętałem bowiem ostrzeżenie Czapeczki Golfisty. Wciąż panowała niezmącona cisza. Billy stał tuż przy mnie, zupełnie nieruchomy, ale wydawało mi się, że aż drży od kipiącej w nim energii.

Ponownie odniosłem przedziwne wrażenie, iż cała piątka nie tyle znikła we mgle, ile nagle stała się niewidzialna. Przez chwilę ich ubrania zdawały się poruszać samodzielnie... a potem i po nich nie pozostał żaden ślad. Z tego, jak bardzo gęsta jest mgła, człowiek zdawał sobie dopiero wtedy, kiedy na jego oczach inni rozpływali się w niej w ciągu paru sekund.

Wciąż popuszczałem linkę. Jedna czwarta... Połowa... Na chwilę przestała się rozwijać; w mgnieniu oka przeistoczyła się z żywej istoty w martwy przedmiot. Wstrzymałem oddech. Niebawem ożyła. Przesuwając ją między palcami nagle przypomniałem sobie jak ojciec zabrał mnie do kina na "Moby Dicka" z Gregorym Peckiem. Chyba uśmiechnąłem się lekko.

Rozwinęło się ponad trzy czwarte linki. Widziałem już drugi koniec, na podłodze obok stóp Billy'ego. Nagle linka ponownie znieruchomiała; mniej więcej po pięciu sekundach błyskawicznie przesunęło mi się między palcami jakieś półtora metra, po czym gwałtownie skręciła w lewo, za narożnik budynku.

W kolejnym gwałtownym zrywie rozwinęło się co najmniej sześć metrów, tak że aż dłonie rozgrzały mi się od tarcia. Zaraz potem gdzieś we mgle rozległ się przeraźliwy, piskliwy wrzask. Nie sposób było odgadnąć, kto krzyczy: kobieta czy mężczyzna.

Linka ponownie zatańczyła mi w rękach. I jeszcze raz. Przemknęła w prawo, oparła się o futrynę, zaraz potem wróciła na lewą stronę. Między palcami przesunęło mi się jeszcze około dwóch metrów... po czym we mgle eksplodował straszliwy, krwiożerczy ryk. Billy jęknął nieświadomie, Hatlen stał jak słup, z wytrzeszczonymi z przerażenia oczami. Kącik ust drżał mu leciutko.

Zaraz potem zapadła śmiertelna cisza... wydawało się, że trwa w nieskończoność... przerwał ją wrzask starszej kobiety (tym razem nie miałem wątpliwości, kto krzyczy):

- Zabierzcie to! Boże! Boże, weźcie to ze...

I znowu cisza.

Linka raptownie rozwinęła się niemal do końca, boleśnie parząc mi dłonie. Następnie zwisła luźno, we mgle rozległo się donośne, basowe chrząknięcie. Natychmiast zrobiło mi się sucho w ustach.

Nigdy nie słyszałem takiego odgłosu, ale gdybym miał go do czegoś porównać, to chyba do dźwięków towarzyszących filmowi dokumentalnemu o afrykańskich lub południowoamerykańskich moczarach; to był głos jakiegoś ogromnego zwierzęcia. Powtórzył się... Jeszcze raz... A następnie zamienił się w serię niskich pomruków, które niebawem ucichły.

- Proszę, zamknijcie drzwi... - powiedziała drżącym głosem Amanda Dumfries.

- Za chwilkę.

Zacząłem wybierać linkę. Wyłaniała się z mglistego niebytu i opadała mi pod stopy nierównymi zwojami. Jakiś metr przed końcem jej barwa zmieniła się z białej na szkarłatną.

- Śmierć! - zachrypiała pani Carmody. - Widzicie? Tam czyha śmierć!

Koniec linki był poszarpany, porozrywane włókna mokre od krwi.

Tym razem nikt nie zareagował na słowa pani Carmody. Mike Hatlen zamknął drzwi.


7. PIERWSZA NOC
McVey pracował w dziale mięsnym, odkąd sięgałem pamięcią; nie miałem pojęcia ani jak ma na imię, ani w jakim może być wieku. Ustawił gazowy grill pod otworem wentylacyjnym (co prawda elektryczne wentylatory nie działały, lecz przewody były chyba drożne) i około wpół do siódmej wnętrze sklepu wypełniła apetyczna woń pieczonych kurczaków. Bud Brown nie protestował - może dlatego, że nie zdążył jeszcze otrząsnąć się z szoku po niedawnych wydarzeniach, ale przyczyną mogło być również to, iż wreszcie uświadomił sobie, że świeże mięso i kurczaki z każdą mijającą godziną stają się coraz mniej świeże. Drób pachniał wspaniale, lecz nie znalazł wielu amatorów. Mimo to McVey, nieduży, szczupły, w schludnym białym fartuchu, pracowicie dzielił kurczaki, układał na papierowych tackach i ustawiał rzędem na ladzie chłodniczej z mięsem.

Pani Turman przyniosła dla mnie i Billy'ego dwie tacki z kurczakiem i sałatką ziemniaczaną. Zjadłem, ile mogłem, natomiast Billy nawet nie tknął posiłku.

- Musisz jeść, mistrzu - powiedziałem.

- Nie jestem głodny.

- Bez jedzenia nie urośniesz i nigdy nie będziesz wysoki, i...

Pani Turman, która usiadła nieco z tyłu, dyskretnie pokręciła głową.

- Jak chcesz - poddałem się. - W takim razie przynajmniej pójdź do działu owocowego i weź sobie brzoskwinię.

- A co z panem Brownem?

- Jeśli coś będzie mówił, powiesz mi o tym.

- Zgoda.


Odszedł, powłócząc nogami. Odniosłem wrażenie, jakby zmalał. Bolało mnie serce, kiedy widziałem go w takim stanie. McVey dalej grillował kurczaki; najwyraźniej zupełnie mu nie przeszkadzało, że prawie nikt ich nie je. Już chyba wspomniałem, że ilu ludzi, tyle sposobów reagowania na sytuację taką jak ta, w której się znaleźliśmy. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Ludzki umysł jest zupełnie nieobliczalny.

Pani Turman i ja zajęliśmy miejsce mniej więcej w połowie alejki z paralekami. Utworzyło się mnóstwo par oraz większych lub mniejszych grupek; tylko pani Carmody była sama. Nawet Myron i jego koleżka Jim trzymali się razem; spici do nieprzytomności leżeli przy chłodziarce z piwem.

Miejsca przy otworach obserwacyjnych zajęło sześciu nowych wartowników. Jednym z nich był Ollie, z nogą kurczaka w jednej ręce i piwem w drugiej. Obok każdego stanowiska wciąż stały obwiązane szmatami kije do szczotek i bańki z podpałką, ale podejrzewam, iż wiara w ich skuteczność zdecydowanie zmalała. Po tym okropnym, basowym chrząknięciu, po widoku zakrwawionej, przeżutej linki... Jeśli to coś, co czaiło się we mgle, postanowiłoby dobrać się do nas, nie moglibyśmy mu w żaden sposób przeszkodzić. Jemu, albo im.

- Co będzie w nocy? - zapytała pani Truman spokojnym głosem, ale wystarczyło spojrzeć jej w oczy, żeby ujrzeć tam paniczny lęk.

- Nie mam pojęcia, Hattie.

- Dave, jeśli ci to nie przeszkadza, chciałabym mieć Billy'ego blisko siebie. Chyba nigdy w życiu tak się nie bałam... - Roześmiała się ochryple. - Nawet na pewno nigdy się tak nie bałam, ale myślę, że jeśli Billy będzie blisko, to dam sobie radę. Zapanuję nad sobą ze względu na niego.

W jej oczach zalśniły łzy. Pochyliłem się i delikatnie poklepałem ją po ramieniu.

- Tak bardzo martwię się o Alana... - dodała łamiącym się głosem. - On nie żyje, Dave. W głębi serca wiem, że on nie żyje.

- Nieprawda, Hattie. Nie wiesz nic takiego, bo i skąd?

- Ale to przeczuwam. A ty nie masz żadnych przeczuć co do Stephanie? Zupełnie żadnych?

- Nie - skłamałem.

Z gardła kobiety wydobył się zdławiony ni to jęk, ni skowyt; stłumiła go, przyciskając rękę do ust. W jej okularach odbijało się przyćmione, szare światło.

- Billy wraca - mruknąłem.

Jadł brzoskwinię. Hattie Turman poklepała podłogę obok siebie i powiedziała, że kiedy skończy jeść, pokaże mu, jak z pestki i kawałka drutu zrobić małego ludzika. Billy uśmiechnął się do niej blado, a ona zrobiła to samo.


O ósmej wieczorem nastąpiła kolejna zmiana warty.

- Gdzie Billy? - zapytał Ollie, podchodząc do mnie.

- Z tyłu sklepu, z panią Turman. Mają zajęcia praktyczno-techniczne. Przerobili już wytwarzanie ludzików z pestek brzoskwiń i robienie masek z toreb na zakupy, a teraz McVey pokazuje mu, jak zrobić człowieczka ze szczotki do mycia muszli klozetowej.

Ollie pociągnął tęgi łyk piwa.

- Coś się tam rusza.

Podniosłem na niego wzrok i napotkałem spokojne, nieruchome spojrzenie.

- Nie jestem pijany - powiedział. - Staram się upić, i nie mogę. Bardzo bym chciał, możesz mi wierzyć.

- Co to znaczy: "Coś się tam rusza"?

- Trudno mi powiedzieć, ale zapytałem Waltera i on odniósł podobne wrażenie: jakby miejscami mgła robiła się na chwilę ciemniejsza, czasem tylko trochę, a niekiedy na całkiem sporym obszarze, a zaraz potem wszystko wraca do normy. Poza tym nieustannie się kłębi i wciąż pojawiają się jakby wiry czy coś w tym rodzaju. Nawet Armie Simms jest niemal pewien, że coś się tam rusza, a przecież Armie jest prawie ślepy jak kret.

- A inni?

- Nie znam ich - odparł. - Nie pytałem.

- Jesteś pewien, że to nie złudzenie?

- Na sto procent. - Ruchem głowy wskazał panią Carmody siedzącą samotnie przy końcu alejki. Ona z pewnością nie mogła narzekać na brak apetytu: wokół niej piętrzyły się stosy kości kurczaków. Sądząc po kolorze płynu w jej szklance, piła albo krew, albo sok pomidorowy. - Myślę, że miała rację przynajmniej pod jednym względem. Wkrótce się zresztą przekonamy. Kiedy zapadnie noc, wszystkiego się dowiemy.
Jak się okazało, wcale nie musieliśmy czekać do nocy. Dzięki pani Turman, która nie dopuściła go do frontowej części supermarketu, Billy widział bardzo niewiele z tego, co się wydarzyło. Ollie wciąż jeszcze stał przy mnie, kiedy jeden ze strażników wydał zduszony okrzyk, po czym zaczął się cofać, wymachując ramionami. Zbliżało się wpół do dziewiątej; perłowobiała mgła ściemniała, przybierając ciemnoszarą barwę listopadowego zmierzchu.

Coś uderzyło od zewnątrz w szybę przy otworze obserwacyjnym.

- Święty Jezu! - wrzasnął pełniący tam dyżur człowiek. - Wypuśćcie mnie stąd! Ja mam już dosyć!

Odwrócił się, potoczył dokoła dzikim spojrzeniem z kącika ust płynęła mu strużka śliny - a następnie co sił w nogach pognał przed siebie alejką w kierunku lad z mrożonkami.

Zawtórowały mu inne krzyki. Parę osób pobiegło w przeciwną stronę niż on, żeby przekonać się na własne oczy, co się dzieje, znacznie więcej jednak podążyło za uciekającym mężczyzną; nie obchodziło ich, a przynajmniej nie chcieli wiedzieć, co się znalazło po drugiej stronie szyby.

Zacząłem się powoli zbliżać do otworu obserwacyjnego. Ollie szedł przy mnie z ręką w kieszeni, w której schował rewolwer pani Dumfries. Z sąsiedniego stanowiska również dobiegł okrzyk, może nie tyle strachu, ile obrzydzenia.

Jak tylko wyszliśmy spomiędzy regałów, zobaczyłem to, co tak bardzo przestraszyło wartownika. Wciąż nie miałem pojęcia, co to jest, ale przynajmniej to widziałem. Przypominało któreś z pomniejszych stworzeń uwiecznionych na przerażających malowidłach Boscha, lecz równocześnie było w nim coś nieodparcie zabawnego, ponieważ wyglądało po trosze jak plastikowe albo gumowe straszydło, które za parę dolarów można kupić w sklepie ze śmiesznymi rzeczami, żeby napędzić stracha przyjaciołom - czyli jak coś takiego, co, zdaniem Nortona, podrzuciłem w magazynie.

Stwór miał nieco ponad pół metra długości i składał się z kilkunastu segmentów w paskudnym różowym kolorze, takim, jaki mają świeże blizny po oparzeniach. Wyłupiaste oczy umieszczone na krótkich, wiotkich szypułach gapiły się w przeciwnych kierunkach. Paskudztwo przywarło do szyby dzięki rzędom grubych przyssawek. Na drugim końcu miało coś, co mogło być organem rozrodczym albo żądłem, z grzbietu zaś wyrastały nieproporcjonalnie duże skrzydła zbudowane podobnie jak skrzydła muchy. Kiedy podeszliśmy jeszcze bliżej, zobaczyliśmy, że poruszają się bardzo powoli.



1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna