Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona7/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   49

- Hej! - rozdarł się niespodziewanie Ollie potężnym i grzmiącym głosem, jakiego chyba nikt się po nim nie spodziewał, mimo jego tuszy i rozmiarów. - Hej, wszyscy, którzy są w sklepie! Chodźcie tu i posłuchajcie! To dotyczy nas wszystkich! - Spojrzał na mnie, całkowicie ignorując Browna. - Tak dobrze?

- Znakomicie.

Tłum zaczął powoli gęstnieć. Gapiów było już chyba ze trzy razy więcej niż na początku mojego starcia z Nortonem.

- Jest coś, o czym powinniście wiedzieć... - zaczął Ollie, lecz Brown nie pozwolił mu dokończyć.

- Lepiej odstaw to piwo!

- A ty się lepiej zamknij! - warknąłem i postąpiłem krok w jego kierunku.

Brown natychmiast zrobił krok wstecz.

- Nie mam pojęcia, co niektórzy z was sobie wyobrażają, ale chcę, żebyście wiedzieli, że Federal Foods Company dowie się o wszystkim. O wszystkim! I ostrzegam was: będą surowe kary!

Wyszczerzył pożółkłe zęby w nerwowym grymasie, który w jego zamyśle miał być zapewne złowieszczym uśmiechem. Ogarnęło mnie współczucie; on po prostu usiłował sprostać sytuacji. Robił to samo, co Norton starał się osiągnąć za pomocą umysłowego knebla, Myron i Jim zaś poprzez bicie w bębenek samczej odwagi i zaradności: jeśli uda się naprawić generator, mgła natychmiast zniknie. To był jego sposób: Obrona Sklepu.

- Proszę bardzo: weź kartkę, ołówek, i spisuj nazwiska, ale bądź tak miły i nie przeszkadzaj - rzekłem.

- Spokojna głowa, spiszę wszystkie. Twoje będzie na samym początku, ty... ty pacykarzu!

- Pan David Drayton chce wam coś powiedzieć - oznajmił Ollie. - Radzę wam, żebyście go uważnie wysłuchali, a szczególnie ci, którzy zamierzali wybrać się do domów.

Opowiedziałem im o wszystkim tak jak Nortonowi. Ten i ów roześmiał się na początku, potem jednak słuchali w głuchym milczeniu.

- To oczywiście kłamstwo - oświadczył Norton tonem, który zapewne miał być stanowczy, ale stał się piskliwy i kłótliwy. I to był człowiek, któremu pierwszemu zaufałem, na którego wiarygodności zamierzałem oprzeć cały plan działania!

- Jasne, że to kłamstwo - poparł go Brown. - A do tego szaleństwo. Jak pan myśli, panie Drayton, skąd wzięły się te macki?

- Nie wiem, ale w tej chwili to najmniej istotny problem. Ważne jest to, że są i że...

- A mnie się wydaje, że powyłaziły z tych puszek z piwem!

Nagrodziło go parę chichotów, które jednak natychmiast ucichły, kiedy pani Carmody rzuciła swoim skrzypiącym głosem jedno jedyne słowo:

- Śmierć!

Pewnym krokiem weszła w środek niezbyt foremnego okręgu. Jej kanarkowe spodnie zdawały się emanować własnym blaskiem, ogromna torebka obijała się o słoniowe biodro. Czarne oczy, bezlitośnie błyszczące i bystre jak u sroki, rozglądały się nieustannie dookoła. Dwie ładne, mniej więcej szesnastoletnie dziewczyny z napisami OBÓZ WOODLANDS na białych bluzeczkach cofnęły się pospiesznie.

- Słuchacie, ale nie słyszycie! Słyszycie, ale nie wierzycie! Kto z was chce wyjść i przekonać się na własne oczy! - Przesunęła wzrokiem po twarzach otaczających ją ludzi i w końcu wbiła spojrzenie w moją twarz. - A co pan proponuje zrobić w tej sprawie, Davidzie Drayton? Jak się panu wydaje, co może pan zrobić?

Wyszczerzyła zęby w trupim uśmiechu.

- Powiadam wam, to koniec. Koniec wszystkiego. Nadeszły Dni Ostatnie. Pojawił się napis ułożony nie z języków ognistych, lecz z mgły. Ziemia otwarła swe trzewia i wypluła szkaradne stwory...

- Proszę, niech ona przestanie! - wykrzyknęła jedna z dziewcząt i wybuchnęła płaczem. - Ja się boję!

Pani Carmody natychmiast odwróciła się do niej.

- Boisz się, kochanie? O nie, jeszcze się nie boisz! Dopiero kiedy ohydne stwory, które Zły wypuścił na ziemię, zjawią się po ciebie...

Ollie ujął ją za ramię.

- Starczy tego, pani Carmody. Już wystarczy.

- Puść mnie! Powiadam wam, to koniec! Śmierć! Śmierć!

- Co za kupa gówna! - podsumował z odrazą człowiek w wędkarskim kapelusiku i okularach.

- Wcale nie - zaprotestował Myron. - Wiem, że brzmi nieprawdopodobnie, ale to święta prawda. Widziałem wszystko na własne oczy.

- I ja - zawtórował mu Jim.

- Ja też - przyłączył się Ollie.

Udało mu się - przynajmniej chwilowo - uciszyć panią Carmody, która jednak wciąż stała w pobliżu z upiornym uśmiechem na ustach, ściskając kurczowo torebkę. Wszyscy się od niej odsuwali, szepcząc coś nieprzychylnie między sobą, niektórzy zaś - zauważyłem to z niekłamaną ulgą - z niepokojem zerkali na wielkie szyby.

- Kłamstwa - wycedził Norton. - Brniecie w kłamstwa, i tyle.

- Trudno uwierzyć w to, co mówicie - powiedział Brown.

- Wcale nie musimy tu stać i gadać po próżnicy - zwróciłem mu uwagę. - Proszę bardzo, chodźcie ze mną do magazynu, rozejrzyjcie się i posłuchajcie.

- Klientom nie wolno...

- Pójdź z nim, Bud - poprosił Ollie. - Załatwmy to wreszcie.

Brown podjął decyzję.

- W porządku. Chodźmy, panie Drayton, i skończmy z tymi głupotami.

Pchnęliśmy dwuskrzydłowe drzwi i zagłębiliśmy się w ciemność. Natychmiast usłyszałem nieprzyjemne, wręcz złowróżbne dźwięki.

Brown też je usłyszał; pomimo swojej jankeskiej twardości odruchowo wyciągnął rękę i zacisnął palce na moim ramieniu. Na chwilę wstrzymał oddech, lecz kiedy znowu zaczął oddychać, powietrze przeciskało mu się przez nos ze świstem.

Odgłos, który wywarł na nim tak wielkie wrażenie, był dość cichy, niemal łagodny, i dobiegał od strony zamkniętej bramy. Ostrożnie macałem przed sobą wysuniętą stopą; wkrótce natrafiłem na jedną z latarek. Schyliłem się, podniosłem ją i włączyłem. Twarz Browna przypominała papierową maskę, a przecież nawet ich nie widział, tylko słyszał. Ja natomiast je widziałem i bez trudu mogłem sobie wyobrazić, jak wspinają się po ścianach, wiją na dachu i usiłują pokonać zaporę w postaci wrót z falistej blachy.

- I co pan teraz myśli? Nadal nam pan nie wierzy? Brown zwilżył usta językiem i rozejrzał się po podłodze zasłanej kartonowymi pudłami i resztkami papierowych toreb.

- To ich robota?

- Częściowo. W większości. Proszę tutaj.

Podszedł, choć niezbyt chętnie. Skierowałem snop światła latarki na nieruchomą, zwiniętą spiralnie mackę leżącą obok szczotki. Brown schylił się, by jej dotknąć.

- Ostrożnie! - ostrzegłem go. - Może jeszcze żyć. Natychmiast cofnął rękę. Podniosłem szczotkę i trąciłem mackę. Po trzecim szturchnięciu wyprostowała się częściowo, prezentując kilka różowych przyssawek, po czym błyskawicznie wróciła do poprzedniej pozycji. Brown zrobił krok w tył.

- Wystarczy?

- Tak. Wyjdźmy stąd.

Podążyliśmy za drżącą plamą światła do drzwi, pchnęliśmy je i znaleźliśmy się we wnętrzu sklepu. Szmer rozmów ucichł, wszystkie twarze zwróciły się w naszą stronę. Twarz Nortona wyglądała jak pecyna starego sera, oczy pani Carmody błyszczały jak dwa paciorki, Ollie popijał piwo. Chociaż zrobiło się dość chłodno, po czole i policzkach spływały mu strużki potu. Dziewczyny w bluzkach z napisem OBÓZ WOODLANDS przytuliły się do siebie niczym dwa źrebaki w oczekiwaniu na nadejście burzy. Oczy. Tyle oczu. Mógłbym je namalować, pomyślałem i natychmiast zadrżałem. Niewidoczne twarze, tylko oczy w półmroku. Mógłbym je namalować, ale nikt by nie uwierzył, że są prawdziwe.

Bud Brown splótł przed sobą dłonie o długich palcach.

- Proszę państwa, wydaje mi się, że mamy do czynienia z dość poważnym problemem...


6. DALSZA DYSKUSJA. PANI CARMODY. UMOCNIENIA. CO SIĘ STAŁO ZE STOWARZYSZENIEM PŁASKIEJ ZIEMI.
Następne cztery godziny minęły jak we śnie. Zaraz po oświadczeniu Browna rozpętała się długa, balansująca na granicy histerii dyskusja. Może zresztą wcale nie trwała tak długo, jak mi się wydawało; może po prostu ludzie zadośćuczynili potrzebie przetrawienia informacji, obwąchiwali ją ze wszystkich stron niczym pies, który stara się ustalić, w jaki sposób najłatwiej będzie mu dostać się do smakowitego szpiku. Było to powolne dochodzenie do wiary. To samo dzieje się podczas posiedzeń rad miejskich chyba we wszystkich miasteczkach Nowej Anglii.

Norton stanął na czele mniej więcej dziesięcioosobowego Stowarzyszenia Płaskiej Ziemi. W nic nie wierzyli. Norton co chwilę przypominał, że tylko czterech ludzi było świadkami - jak się wyraził - porwania pakowacza przez Macki z Planety X. Za pierwszym razem zabrzmiało to nawet zabawnie, urok nowości szybko jednak minął, lecz on w swoim zacietrzewieniu chyba tego nie zauważył. Powtarzał również, że osobiście nie ufa żadnemu z tych świadków, tym bardziej iż połowa z nich znajduje się obecnie w stanie upojenia alkoholowego. W tym względzie miał całkowitą rację: Jim i Myron LaFleur, mając do dyspozycji całą zawartość chłodziarki z piwem oraz regały z winem, zalali się w trupa. Biorąc pod uwagę, co stało się z Normem, oraz uwzględniając ich udział w tej historii, wcale im się nie dziwiłem. I tak mieli wytrzeźwieć znacznie prędzej, niżby sobie życzyli.

Ollie również pił, nie zważając na protesty Browna, który wreszcie dał mu spokój, ograniczając się do rzucania od czasu do czasu ponurych gróźb. Nie zdawał sobie sprawy, że Federal Foods, sp. z o.o., włącznie z jej supermarketami w Bridgton, North Windham i Portland, mogła już nie istnieć, podobnie zresztą jak całe Wschodnie Wybrzeże. Ollie pił bez przerwy, ale był w miarę trzeźwy. Wypacał alkohol równie szybko, jak go w siebie wlewał.

Wreszcie, kiedy dyskusja z członkami Stowarzyszenia Płaskiej Ziemi zaczęła się zaostrzać, Ollie przemówił:

- Panie Norton, jeśli pan nam nie wierzy, to ja się nawet z tego cieszę. Powiem panu, co pan w takim razie zrobi: wyjdzie pan frontowymi drzwiami i pójdzie dokoła do magazynu. Przy rampie stoją skrzynki z pustymi butelkami po piwie i wodzie mineralnej. Przyniesie pan parę, żebyśmy wiedzieli, że na pewno pan tam był. Jeśli pan to zrobi, zdejmę koszulę i zjem ją bez popijania.

W odpowiedzi Norton obrzucił go obelgami, lecz na Olliem nie wywarło to większego wrażenia.

- Pańska gadanina robi mnóstwo szkody - powiedział spokojnie. - Mnóstwo ludzi chciałoby wrócić do domów, bo tam są ich rodziny. Ja zostawiłem w domu siostrę i jej roczną córeczkę. Też chciałbym wiedzieć, co się z nimi dzieje. Ale jeśli panu uwierzą i stąd wyjdą, stanie się z nimi to samo co z Normem.

Nortona nie przekonał, jednak jego słowa wywarły wrażenie na wielu niezdecydowanych - a raczej nie tyle słowa, ile wyraz jego oczu. Podejrzewam, iż Norton po prostu nie mógł przyznać nam racji, ponieważ gdyby to uczynił, postradałby zmysły - albo przynajmniej tak mu się wydawało. Nie podjął jednak wyzwania i nie wyruszył po puste butelki; ani on, ani żaden z jego popleczników. Jeszcze nie byli do tego gotowi. Otoczony swymi zwolennikami (zostało ich zaledwie kilku) oddalił się od nas najbardziej, jak mógł, za ladę chłodniczą z gotowymi obiadami. Kiedy przechodzili obok Billy'ego, jeden z nich potknął się o nogę chłopca, budząc go ze snu.

Natychmiast przykucnąłem przy nim, a on zarzucił mi ręce na szyję. Spróbowałem go ponownie położyć, jednakże przywarł do mnie jeszcze mocniej i wyszeptał:

- Nie zostawiaj mnie, tatusiu! Proszę. Przyciągnąłem najbliższy wolny wózek i posadziłem Billy'ego w foteliku dla dzieci. Był już za duży i z pewnością wyglądałby zabawnie, gdyby nie blada twarz, pozlepiane kosmyki czarnych włosów nad czołem i przerażone oczy. Ostatni raz siedział w wózku na zakupy ze dwa lata temu. Takie rzeczy mijają nie wiadomo kiedy, gdy zaś uświadomisz sobie, jak wielkie zaszły zmiany, doznajesz potwornego szoku.

Mimo że Stowarzyszenie Płaskiej Ziemi wycofało się na z góry upatrzone pozycje, dyskusja wcale nie wygasła. Tym razem jej ośrodkiem stała się osamotniona (trudno było się temu dziwić) pani Carmody.

W smętnym, przyćmionym świetle wyglądała jak wiedźma w jaskrawożółtych spodniach, bluzce ze sztucznego jedwabiu, obwieszona tanią sztuczną biżuterią, z monstrualną torebką na ramieniu. Pergaminową twarz miała pooraną głębokimi pionowymi bruzdami, a w zaczesanych do tyłu kędzierzawych siwych włosach tkwiły trzy szylkretowe grzebienie. Usta wyglądały tak, jakby zrobiono je ze skręconej konopnej liny.

- Nie ma ucieczki przed wolą Pana. Jego gniew od dawna wisiał nad nami. Widziałam znaki. Są tu tacy, których ostrzegałam, nikt jednak nie jest bardziej ślepy od tych, co nie chcą przejrzeć na oczy!

- W takim razie co konkretnie pani proponuje? - zapytał wyraźnie zirytowany Mike Hatlen. Był miejskim radnym, choć teraz, w marynarskiej czapce i powypychanych bermudach, zupełnie go nie przypominał. Popijał piwo, podobnie jak większość mężczyzn. Bud Brown już nie protestował, ale zgodnie z zapowiedzią notował co, kto i ile bierze.

- Co proponuję? - Pani Carmody błyskawicznie odwróciła się do Hatlena. - Co proponuję? Ano to, żebyś ty, Michaelu Hatlen, przygotował się na spotkanie ze swoim Bogiem. - Potoczyła po nas spojrzeniem. - Wszyscy się przygotujcie!

- Przygotujcie się na wielką kupę gówna! - odezwał się z pijacką pewnością siebie Myron LaFleur. - Kobieto, kiedy wreszcie przestaniesz mleć tym głupim ozorem?

Zawtórowały mu groźne pomruki. Billy rozejrzał się niepewnie dokoła, więc uspokajająco otoczyłem go ramieniem.

- Będę mówiła, co myślę! - wykrzyknęła. Spod uniesionej górnej wargi wyłoniły się sterczące, pożółkłe od nikotyny zęby. Natychmiast przypomniały mi się wypchane zwierzątka w jej sklepie, pijące wiecznie z lusterka, które było ich strumykiem. - Wątpiący będą wątpić do samego końca, a jednak straszliwy potwór porwał tego nieszczęsnego chłopca! Potwory we mgle! Stwory z koszmarnego snu! Bezokie straszydła! Wyblakłe monstra! Wątpicie jeszcze? Więc wyjdźcie do nich! Wyjdźcie i powiedzcie: "Jak się macie?"!

- Pani Carmody, proszę natychmiast przestać! - powiedziałem stanowczo. - Straszy mi pani dziecko.

Poparł mnie mężczyzna z córeczką. Pulchna dziewczynka wtuliła twarz w brzuch ojca i zasłoniła uszy rękami. Billy nie płakał, ale niewiele mu brakowało.

- Tylko jedno może nas uratować - oświadczyła pani Carmody.

- Co takiego, proszę pani? - zapytał uprzejmie Mike Hatlen.

- Ofiara - odparła pani Carmody i chyba się uśmiechnęła. - Ofiara z krwi.

Ofiara z krwi... Wydawało się, że te słowa wiszą nieruchomo w powietrzu. Nawet teraz, kiedy wiem o tyle więcej, wmawiam sobie, że miała wtedy na myśli czyjegoś psa; mimo zakazu parę osób wprowadziło je do sklepu. Nawet teraz wciąż sobie to wmawiam. W gęstniejącym mroku wyglądała jak zbzikowane uosobienie stuprocentowej purytanki z Nowej Anglii, podejrzewam jednak, iż u źródeł jej postępowania znajdowało się coś znacznie głębszego i bardziej mrocznego od zwykłego purytanizmu. Purytanizm miał przecież okrutnego przodka, starego Adama ze zbroczonymi krwią rękami.

Otworzyła usta, by powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili doskoczył do niej niewysoki, krępy mężczyzna w czerwonych spodniach i koszulce polo i na odlew uderzył ją w twarz. Był w okularach, miał równiutki przedziałek po lewej stronie i bez trudu można w nim było rozpoznać letnika.

- Niech się pani natychmiast zamknie - powiedział cichym, pozbawionym emocji głosem.

Pani Carmody przycisnęła rękę do ust, po czym pokazała nam ją w oskarżycielskim geście; na dłoni czerwieniała krew. Odniosłem jednak wrażenie, iż w ciemnych oczach płoną triumfalne ogniki.

- Prosiłaś się o to! - wykrzyknęła jakaś kobieta. - Sama bym to chętnie zrobiła!

- Dostaną was - wycedziła pani Carmody, wciąż pokazując nam zakrwawioną dłoń. Krew płynęła również wąską strużką z kącika ust na brodę niczym czerwone krople deszczu. - Może jeszcze nie dzisiaj. Może dopiero w nocy, kiedy nadejdzie ciemność. Zjawią się razem z nocą i znowu kogoś zabiorą. Będziecie słyszeli, jak nadchodzą, jak pełzną i skrobią, a kiedy już tu będę, zaczniecie błagać matkę Carmody, żeby powiedziała wam, co czynić.

Mężczyzna w czerwonych spodniach ponownie uniósł rękę.

- No, spróbuj! - wysyczała z drapieżnym uśmiechem. Zawahał się. - Uderz mnie jeszcze raz!

Opuścił rękę, a pani Carmody odwróciła się i odeszła. Billy wreszcie się rozpłakał, z twarzą wtuloną w mój brzuch podobnie jak tamta dziewczynka.

- Chcę do domu - wyszlochał. - Chcę do domu, do mamy!

Pocieszałem go najlepiej, jak potrafiłem, czyli chyba tak sobie.


Rozmowa wreszcie zeszła na mniej przerażające tematy. Ktoś wspomniał o ogromnych szybach, najbardziej oczywistym słabym punkcie supermarketu. Mike Halten zapytał o liczbę wejść oraz miejsc, które co prawda wejściami nie były, jak choćby te okna, ale które można było łatwo sforsować. Ollie i Brown szybko mu je wyliczyli: trzy podnoszone bramy na zapleczu (łącznie z tą, którą otworzył Norm), główne drzwi wejściowe i wyjściowe oraz okno w biurze, ale tam była podwójna szyba i krata.

Dyskusja odniosła paradoksalny skutek: niebezpieczeństwo stało się co prawda bardziej realne, lecz mimo to poczuliśmy się znacznie lepiej. Nawet Billy. Zapytał mnie, czy może pójść i wziąć sobie batonik. Zgodziłem się pod warunkiem, że nie zbliży się do okien.

Jak tylko znikł za regałami, mężczyzna stojący obok Mike'a Hatlena powiedział:

- No to co zrobimy z tymi oknami? Tej wiedźmie na pewno brakuje piątej klepki, ale tędy rzeczywiście może się coś do nas dostać.

- Może do zmroku mgła ustąpi - odezwała się jakaś kobieta.

- Może tak, może nie.

- Macie jakieś propozycje? - zapytałem Buda i Olliego.

- Zaczekajcie chwilę - wtrącił ten sam mężczyzna. - Jestem Dan Miller z Lynn w Massachusetts. Nie znacie mnie, bo i skąd, ale mam chałupkę nad Highland Lake. Kupiłem ją w tym roku. Okropnie ze mnie za nią zdarli, nawiasem mówiąc - ten i ów roześmiał się cicho - ale tak cholernie mi się spodobała, że musiałem ją mieć. W każdym razie chodzi o to, że przy wyjściu zauważyłem mnóstwo worków z nawozem sztucznym. Tak na oko ważą po jakieś dwanaście kilogramów. Moglibyśmy ułożyć je wzdłuż okien, porobić otwory obserwacyjne...

Ludzie zaczęli kiwać głowami, przedstawiać własne propozycje. Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale się powstrzymałem. Miller miał rację; zapora z worków na pewno nam nie zaszkodzi, a nawet może trochę pomóc... choć przed oczami wciąż miałem niewielką przecież mackę rozszarpującą bez trudu torbę z karmą dla psów. Którakolwiek z potężniejszych macek z pewnością uczyniłaby to samo z dwunastokilogramowym workiem nawozu do trawników. Uznałem jednak, iż będzie lepiej, jeśli zachowam te niewesołe przemyślenia dla siebie.

Zebrani zaczęli się powoli rozchodzić, rozprawiając z podnieceniem o tym, co i jak należy zrobić.

- Ejże! - zawołał Miller. - Zaczekajcie! Ustalmy wszystko, skoro już jesteśmy tu razem!

Około pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu osób zgromadziło się ponownie w trójkącie między szafą z piwem, drzwiami do magazynu i tym końcem lady chłodniczej z mięsem, gdzie McVey gromadzi produkty, na które ma najmniejszy popyt, takie jak owcze mózgi, świńskie uszy i rozmaite podroby. Billy przedarł się przez tłum z nieświadomym wdziękiem pięciolatka w świecie olbrzymów i wyciągnął do mnie rączkę z batonikiem.

- Chcesz, tato?

- Chętnie. Dziękuję.

Batonik był słodki i bardzo smaczny.

- Może to głupie pytanie, ale chyba powinniśmy wiedzieć, na czym stoimy - podjął Miller. - Czy ktoś ma przy sobie broń?

Ludzie popatrzyli po sobie, niektórzy wzruszyli ramionami. Wiekowy mężczyzna, który przedstawił się jako Ambrose Cornell, powiedział, że w bagażniku samochodu zostawił strzelbę.

- Jeśli trzeba, mogę po nią pójść.

- Odnoszę wrażenie, panie Cornell, że to nie najlepszy pomysł - odparł Ollie. - Przynajmniej na razie.

Cornell podrapał się za uchem.

- Ja też tak myślę, synku, ale wydawało mi się, że powinienem to zaproponować.

- Myślę, że... - zaczął Dan, lecz nie dokończył, ponieważ przerwała mu kobieta w żurawinowej bluzie i zielonych spodniach.

- Chwileczkę! - powiedziała głośno i wyraźnie.

Miała jasne włosy, świetną figurę i była bardzo ładna. Wyjęła z torebki średniej wielkości rewolwer. Zebrani wydali stłumione, pełne podziwu westchnienie, jakby byli świadkami wyjątkowo sprawnie wykonanej sztuczki prestidigitatorskiej. Kobieta, i tak już mocno zarumieniona, zaczerwieniła się jeszcze bardziej, ponownie sięgnęła do torebki, po czym wydobyła z niej pudełko z amunicją.

- Jestem Amanda Dumfries - zwróciła się do Millera. - Ten rewolwer to pomysł mojego męża. Uważa, że powinnam nosić go dla bezpieczeństwa. Mam go od dwóch lat, ale jest nienaładowany.

- Czy pani mąż jest tutaj?

- Nie, w Nowym Jorku, w interesach. Często wyjeżdża. Właśnie dlatego kupił mi broń.

- Jeśli potrafi pani posługiwać się tym rewolwerem, powinna go pani zatrzymać. Czy to trzydziestkaósemka?

- Tak, ale strzelałam z niego tylko raz, na strzelnicy.

Miller wziął od niej broń, majstrował przez chwilę, wreszcie zdołał otworzyć bębenek i upewnił się, że nie ma w nim pocisków.

- No, dobrze - powiedział - mamy broń. Kto dobrze strzela? Ja na pewno nie.

Ludzie znowu popatrzyli po sobie. Przeciągające się milczenie przerwał dopiero Ollie.

- Często trenuję - przyznał z ociąganiem. - Mam w domu colta kalibru .45 i llamę .25.

- Ty? - parsknął Brown. - Wieczorem będziesz już tak pijany, że nie zobaczysz końca własnego nosa!

- Może byś się wreszcie zamknął i zajął tylko zapisywaniem nazwisk? - zaproponował mu uprzejmie Ollie.

Brown wytrzeszczył oczy, otworzył usta, a następnie - bardzo słusznie, moim zdaniem - zamknął je, nie powiedziawszy ani słowa.

- W takim razie ty go weźmiesz - postanowił Miller, wyraźnie zaskoczony reakcją Olliego, i wręczył mu rewolwer.

Ollie również sprawdził, czy broń jest nienaładowana (zrobił to znacznie zgrabniej niż Miller), po czym wepchnął ją do prawej przedniej kieszeni spodni, natomiast pudełko z amunicją umieścił w kieszeni na piersi. Wyglądało to tak, jakby trzymał tam papierosy. Następnie, z twarzą wciąż mokrą od potu, oparł się o chłodziarkę i otworzył kolejne piwo. Wrażenie, że oto ujrzałem zupełnie innego, nieznanego mi do tej pory Olliego Weeksa, jeszcze bardziej się nasiliło.

- Dziękuję, pani Dumfries - powiedział Miller.

- Nie ma za co.

Przez głowę przemknęła mi myśl, że gdybym to ja był jej mężem, a zarazem właścicielem tych zielonych oczu i wspaniałej figury, chyba więcej czasu spędzałbym w domu. Robienie żonie prezentu w postaci rewolweru może być aktem nie tylko symbolicznym, ale i żałosnym.

Miller odwrócił się do Browna z notesem w ręce i Olliego z piwem.

- To pewnie też zabrzmi głupio, ale dla porządku muszę zapytać, czy macie tu coś w rodzaju miotaczy ognia?

- A niech to szlag trafi! - zaklął Buddy Eagleton, po czym natychmiast oblał się niemal równie intensywnym rumieńcem jak przed chwilą Amanda Dumfries.

- O co chodzi? - zainteresował się Mike Hatlen.

- Jeszcze w zeszłym tygodniu mieliśmy całą skrzynkę małych przenośnych palników. Wiecie, takich do łatania dziur w rurach albo tłumikach samochodowych... Pamięta pan, panie Brown?

Brown z kwaśną miną skinął głową.

- I co, wyprzedane? - zapytał Miller.

- Nie, nikt ich nie brał. Sprzedaliśmy trzy albo cztery sztuki, a resztę odesłaliśmy dostawcy. Co za kurew... To znaczy, co za cholerny pech!

Zaczerwieniony po czubki uszu Buddy Eagleton pospiesznie wycofał się do tylnych rzędów.

Rzecz jasna, mieliśmy zapałki i sól (ktoś napomknął mimochodem, że sól jest dobra na pijawki i tym podobne), a także pod dostatkiem mopów i szczotek na długich kijach. Większość ludzi nadal sprawiała wrażenie całkiem pewnych siebie, z kolei Jim i Myron zanadto się już znieczulili, żeby nadążać za rozwojem sytuacji; kiedy jednak spojrzałem Olliemu w oczy, ujrzałem w nich spokojną rezygnację stokroć gorszą od strachu. Obaj widzieliśmy macki. Pomysł, żeby posypywać je solą albo walczyć z nimi za pomocą kijów od szczotek był nawet dość zabawny, tyle że w upiorny sposób.

- Mike, może pokierujesz układaniem worków? - zaproponował Miller. - Chciałbym jeszcze zamienić parę słów z Olliem i Dave'em.

- Z przyjemnością. - Hatlen poklepał go po ramieniu. - Dobrze się spisałeś. Witamy w mieście.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna