Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona6/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49

- Włączcie generator! - ryknąłem.

Nawet nie drgnęli. Jak zahipnotyzowani śledzili rozwój wydarzeń przy bramie.

Zacząłem po omacku szukać wokół siebie, chwyciłem pierwszą rzecz, jaka wpadła mi w ręce - pudełko z wybielaczem - i cisnąłem nim w Jima. Trafiło go w brzuch tuż nad klamrą paska. Stęknął, zgiął się wpół, a jego oczy odzyskały w miarę normalny wyraz.

- Włącz ten pieprzony generator! - wrzasnąłem tak głośno, że aż zabolało mnie gardło.

Nadal tkwił bez ruchu przy drzwiach, za to zaczął gadać jak najęty. Przypuszczalnie doszedł do wniosku, że właśnie teraz, kiedy jakiś trudny do wyobrażenia potwór pożera Norma żywcem, nadeszła pora na mowy obrończe.

- Przepraszam... Nie wiedziałem... Naprawdę nie wiedziałem, skąd miałem wiedzieć?... Mówiłeś, że coś słyszałaś, ale ja myślałem, że to nic takiego, trzeba było powiedzieć, co to było... Przecież to mógł być ptak albo...

Ollie ruszył jak błyskawica, odepchnął go potężnym ramieniem, wpadł do pomieszczenia generatora. Jim zatoczył się do tyłu, potknął o jedno z pudeł i rozciągnął się jak długi na podłodze, tak samo jak ja w ciemności.

- Przepraszam... Naprawdę nie wiedziałem... - mamrotał wciąż pod nosem.

Rude włosy miał zmierzwione i nastroszone, twarz śmiertelnie bladą, oczy przerażonego chłopca. Dwie, może trzy sekundy później generator zakasłał i ożył.

Odwróciłem się w kierunku bramy. Norm rozpaczliwie trzymał się jedną ręką, choć już prawie nie było go widać spod wijących się macek, a na betonową rampę obficie spływała krew. Wciąż rozpaczliwie kręcił głową i wpatrywał się w mgłę przerażonymi, wybałuszonymi oczami.

Kilkanaście macek wpełzło do wnętrza magazynu. W pobliżu przycisku służącego do opuszczania bramy kłębiło się ich tak wiele, że nawet nie było co marzyć o tym, żeby tam podejść. Jedna z nich owinęła się wokół półlitrowej butelki pepsi i umknęła z nią na zewnątrz, inna ścisnęła kartonowe pudło, z którego wysypało się mnóstwo rolek papieru toaletowego. Jeszcze inne natychmiast rzuciły się na umykającą zdobycz.

Najgrubsza macka oderwała się od podłogi, uniosła, zamarła na chwilę bez ruchu, jakby węszyła, po czym powoli ruszyła w kierunku Myrona, któremu na ten widok mało oczy nie wyszły z orbit. Skwapliwie usunął się jej z drogi, a z jego ust wydobył się piskliwy jęk.

Rozejrzałem się dokoła w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym dosięgnąć do przycisku, poniżej którego wiły się macki. Dostrzegłem opartą o ścianę szczotkę na długim kiju, chwyciłem ją i wróciłem do bramy.

Norm był już na zewnątrz, na rampie, gdzie rozpaczliwie usiłował chwycić się czegokolwiek wygiętymi jak szpony palcami. Przez ułamek sekundy patrzyliśmy sobie prosto w oczy: miał zupełnie przytomne spojrzenie. Doskonale wiedział, co się z nim dzieje. Chwilę później, wciąż dziko wymachując rękami, zniknął we mgle. Usłyszeliśmy jeszcze jeden przeraźliwy, urwany raptownie krzyk, po czym zapadła cisza.

Wcisnąłem guzik kijem od szczotki, elektryczny silnik zawył, brama zaczęła się powoli opuszczać. Jej krawędź najpierw zetknęła się z najgrubszą macką - tą, która wędrowała w kierunku Myrona. Metal bez większego trudu przeciął szarą skórę, z rany popłynęła czarna gęsta ciecz. Macka zaczęła uderzać w lewo i w prawo jak ogromny bicz, po czym nagle jakby sflaczała i chwilę później znikła na zewnątrz. Pozostałe poszły w jej ślady.

Jedna z nich ściskała dwukilogramową torbę z karmą dla psów i nie porzuciła jej aż do końca, w związku z czym opadająca brama przecięła ją jak nożem. Oddzielony fragment skurczył się raptownie, rozerwał torbę, z której wysypały się brązowe kulki, następnie przez jakiś czas miotał się po posadzce niczym wyjęta z wody ryba, aż wreszcie znieruchomiał. Kiedy ostrożnie trąciłem mackę kijem od szczotki, chwyciła go na kilka sekund, po chwili jednak znieruchomiała na dobre wśród rolek papieru toaletowego, pudeł i rozsypanej karmy dla psów.

Słychać było tylko warkot generatora i dobiegający zza przepierzenia płacz Olliego. Widziałem go przez otwarte drzwi; siedział pochylony na stołku, z twarzą ukrytą w dłoniach.

Wtem uświadomiłem sobie, że słyszę coś jeszcze: ten sam delikatny, szeleszczący odgłos, który tak bardzo przeraził mnie w ciemności. Tyle że teraz był co najmniej dziesięciokrotnie donośniejszy. Wydawały go macki, wijące się się wściekle na zewnątrz w poszukiwaniu drogi do środka.

Myron zrobił kilka kroków w moją stronę.

- Posłuchaj... Zrozum, ja...

Zdzieliłem go pięścią w twarz. Był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się zasłonić. Trafiłem w górną wargę, rozgniatając ją na zębach. Z ust popłynęła krew.

- Zabiłeś go! - wrzasnąłem. - Chociaż dobrze się przyjrzałeś? Widziałeś wszystko dokładnie?

Waliłem go na oślep, byle mocniej, jakby w college'u nigdy nie uczono mnie podstaw boksu. Cofał się powoli, zasłaniał bez przekonania, z rezygnacją albo pokorą, tak że większość uderzeń docierała do celu. To jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło. Rozkwasiłem mu nos, podbiłem oko, z całej siły grzmotnąłem w szczękę. Po tym ciosie na chwilę go zamroczyło.

- Posłuchaj... - mamrotał uparcie. - Posłuchaj... Zaraz potem trafiłem w żołądek, zgiął się wpół, głośno wypuścił powietrze i umilkł. Nie mam pojęcia, jak długo bym jeszcze go bił, gdyby ktoś nie chwycił mnie za ramiona. Szarpnąłem się gwałtownie i odwróciłem w nadziei, że to Jim, ponieważ jemu też bym z rozkoszą przyłożył. Okazało się jednak, że to nie Jim, lecz Ollie ze śmiertelnie bladą twarzą, na której tym bardziej widoczne były ciemne kręgi pod mokrymi od łez oczami.

- Przestań, Davidzie - powiedział. - Zostaw go. To nic nie da.

Oszołomiony Jim stał nieco z boku. Kopnąłem w tamtą stronę któreś z pudeł; odbiło się od jego turystycznych butów i znieruchomiało.

- Ty i twój koleś jesteście cholernymi durniami! - poinformowałem go.

- Daj spokój - powtórzył Ollie znękanym głosem. - To nic nie da.

- We dwóch zabiliście tego chłopaka!

Jim spuścił wzrok, Myron usiadł na podłodze i objął wydatny brzuch. Oddychałem szybko, krew tętniła mi w uszach, trząsłem się jak galareta. Usiadłem na stercie pudeł, opuściłem głowę między kolana i z całej siły chwyciłem się za kostki. Trwałem tak kilka minut, czekając, aż zemdleję, zwymiotuję albo zrobię jeszcze coś innego.

Wreszcie paskudne uczucie zaczęło mnie powoli opuszczać. Podniosłem głowę i spojrzałem na Olliego; w przyćmionym blasku świateł awaryjnych jego sygnet zdawał się żarzyć jak rozpalony węgiel.

- W porządku - bąknąłem. - Już mi minęło.

- To dobrze - powiedział Ollie. - Teraz musimy się zastanowić, co dalej.

Powietrze znowu zrobiło się sine od spalin.

- Przede wszystkim trzeba wyłączyć generator.

- Jasne, a potem spadajmy stąd - odezwał się Myron, po czym zerknął na mnie błagalnie. - Okropnie mi przykro z powodu tego dzieciaka, lecz musisz zrozumieć...

- Niczego nie muszę zrozumieć. Wracajcie do sklepu, ale zaczekajcie przy szafie z piwem. I nikomu ani słowa. Jeszcze nie.

Posłuchali bez szemrania, zgarbieni wyszli przez dwuskrzydłowe drzwi. Po kilku sekundach Ollie wyłączył generator. Zanim światła zgasły, dostrzegłem gruby koc - taki, jakich używa się podczas przeprowadzek do owijania cennych mebli - rzucony byle jak na piramidę skrzynek z pustymi butelkami po wodzie mineralnej. Wziąłem go dla Billy'ego.

Posapując i powłócząc nogami, Ollie wyszedł z pomieszczenia generatora. Jak wiele osób cierpiących na nadwagę, on także oddychał z lekkim poświstywaniem.

- Jesteś tu, Davidzie? - zapytał nieco drżącym głosem.

- Tak. Uważaj na pudła.

- Dobra.


Pół minuty później dotarł do mnie, położył mi rękę na ramieniu i westchnął głęboko.

- Boże, chodźmy stąd jak najprędzej. - Jego oddech pachniał gumą do żucia. - Ta ciemność jest... paskudna.

- Zgadza się - odparłem. - Wytrzymaj jeszcze chwilę, Ollie. Chcę z tobą porozmawiać z dala od tamtych dwóch idiotów.

- Dave, oni do niczego go nie zmuszali. Pamiętaj o tym. - Pewnie masz rację, ale ty z kolei pamiętaj o tym, że to był jeszcze dzieciak. Trudno, co się stało, już się nie odstanie. Musimy im powiedzieć, Ollie. Ludziom w sklepie.

- A jeżeli wpadną w panikę?

- Może wpadną, może nie, ale przynajmniej pomyślą dwa razy, zanim zdecydują się wyjść na zewnątrz, do czego większość aż się pali. Wcale im się zresztą nie dziwię: w domach zostawili najbliższych. Ja zresztą też. Muszą zrozumieć, co ryzykują, wychodząc w tę mgłę.

Tłuste palce jeszcze mocniej zacisnęły się na moim ramieniu.

- No tak... - wysapał. - Wciąż nie mogę pojąć... Te wszystkie macki, jakby ośmiornicy albo czegoś w tym rodzaju... Słuchaj, z czego one wyrastały?

- Nie mam pojęcia, wolałbym jednak, żeby tamci dwaj nie zdążyli przedstawić swojej wersji wydarzeń. Panikę mielibyśmy jak w banku. Ruszamy.

Rozejrzałem się uważnie dokoła i wkrótce dostrzegłem wąską pionową smugę dziennego światła między skrzydłami drzwi. Ostrożnie skierowaliśmy się w tym kierunku, uważając, by nie potknąć się o któreś z rozrzuconych na podłodze pudeł. Palce Olliego ani na chwilę nie zwolniły uścisku. Nagle uświadomiłem sobie, że wszyscy pogubiliśmy latarki.

- To, co widzieliśmy... - zaczął szeptać, kiedy od drzwi dzieliło nas zaledwie kilka kroków. - To niemożliwe, prawda, Davidzie? Nawet gdyby podjechała wielka ciężarówka z oceanarium w Bostonie i wyrzuciła na rampę jakąś ogromną ośmiornicę, jak z "20 000 mil podmorskiej żeglugi", to ona zaraz by umarła, prawda? Po prostu umarłaby, i już!

- Zgadza się.

- Więc co to było? Co to było, do wszystkich diabłów? I co to za cholerna mgła?

- Nie mam pojęcia, Ollie. Otworzyliśmy drzwi.


5. SPRZECZKA Z NORTONEM. DYSKUSJA PRZY SZAFIE Z PIWEM. WERYFIKACJA.
Jim i jego koleś Myron stali tuż za drzwiami, każdy z budweiserem w łapie. Billy wciąż spał, więc delikatnie przykryłem go kocem. Poruszył się nieco, wymamrotał coś przez sen i znieruchomiał. Zerknąłem na zegarek: kwadrans po dwunastej. W pierwszej chwili pomyślałem, że to niemożliwe, że poszukiwania koca zajęły mi co najmniej pięć godzin... W rzeczywistości upłynęły zaledwie trzy kwadranse.

Wróciłem do Olliego, Jima i Myrona. Ollie otworzył dwa piwa, dla siebie i dla mnie. Jednym haustem opróżniłem połowę puszki, zupełnie jak rano, podczas cięcia drewna. Trochę podniosło mnie to na duchu.

Jim miał na nazwisko Grodin, Myron zaś - LaFleur; zabawne, zważywszy na okoliczności. Twarz Myrona-kwiatuszka zdobiła zaschnięta krew, podbite oko było już pięknie podpuchnięte. Przechodząca właśnie obok nas dziewczyna w żurawinowej bluzie obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. Mógłbym jej wyjaśnić, że Myron stanowi zagrożenie wyłącznie dla nastolatków pragnących za wszelką cenę dowieść swojej męskości, ale się powstrzymałem. Ollie miał jednak rację: oni naprawdę robili to, co uważali za słuszne, tyle że z przerażenia i na oślep, bez odrobiny zastanowienia. Teraz musiałem nakłonić ich to tego, żeby robili to, co ja uważałem za właściwe. Nie powinienem mieć z tym najmniejszych kłopotów: obaj wyglądali tak, jakby uszło z nich powietrze. Po żadnym, a już na pewno nie po Myronie-kwiatuszku, przez jakiś czas nie należało się spodziewać choćby odrobiny inicjatywy. To coś, co błyszczało w ich oczach, kiedy wysyłali Norma na zewnątrz, żeby odetkał zapchaną rurę wydechową, znikło bez śladu. Uszło z nich powietrze.

- Trzeba będzie coś powiedzieć tym ludziom - zauważyłem. Jim otworzył usta, żeby zaprotestować, ale nie dopuściłem go do głosu. - Ollie i ja przemilczymy wasz udział w wysłaniu Norma na zewnątrz, pod warunkiem jednak, że poprzecie wszystko, co opowiemy o tym... o tym, co go porwało.

- Jasne - przyklasnął mi skwapliwie Jim. - Trzeba ich ostrzec, bo będą chcieli wyjść stąd, jak... jak ta kobieta, która... która... - Otarł sobie usta dłonią i pociągnął łyk piwa. - Jezu, co za burdel!

- Davidzie... - Ollie zawahał się, po czym postanowił jednak dokończyć: - A co będzie, jeśli... jeśli te macki dostaną się do środka?

- Niby jak? - zapytał Jim. - Przecież zamknęliście bramę.

- Jasne, ale od frontu są same szyby - odparł Ollie. Poczułem się tak, jakby jakaś superszybkobieżna winda w ciągu sekundy zwiozła mnie dziesięć pięter w dół. Naturalnie przez cały czas wiedziałem o szybach, ale jakoś udawało mi się o tym nie myśleć. Spojrzałem na pogrążonego we śnie Billy'ego, przypomniałem sobie macki wijące się wokół Norma i wyobraziłem sobie, że to samo co jemu przydarzyło się mojemu synowi.

- Szyby - powtórzył szeptem Myron LaFleur. - Święty Jezu na deskorolce!

Zostawiłem ich przy chłodziarce z piwem, zajętych opróżnianiem kolejnych puszek, sam zaś wyruszyłem na poszukiwanie Brenta Nortona. Odnalazłem go przy kasie numer dwa, pogrążonego w rzeczowej rozmowie z Budem Brownem. Wyglądali jak postacie z dowcipu rysunkowego z "New Yorkera" - Norton ze starannie przystrzyżonymi szpakowatymi włosami i prezencją postarzałego ogiera i Brown ze swoją ascetyczną fizjonomią mieszkańca Nowej Anglii.

Między kasami a ogromnymi szklanymi taflami kłębiło się kilkanaście osób. Większość spoglądała niespokojnie przez szyby na białą jak mleko mgłę. Ponownie nasunęło mi się skojarzenie z gapiami zgromadzonymi wokół placu budowy.

Pani Carmody siedziała na nieruchomym taśmociągu przy jednej z kas, paląc parliamenta z filtrem. Jej wędrujące spojrzenie spoczęło na mnie, ale ponieważ nie wykazałem chęci nawiązania rozmowy, przesunęło się dalej. Wyglądała tak, jakby śniła na jawie.

- Brent!

- David! Gdzie zniknąłeś, u licha?

- Właśnie o tym chciałbym z tobą porozmawiać.

- Przy szafie z piwem stoją ludzie i piją - powiedział Brown takim tonem, jakby informował nas o tym, że na zebraniu kółka parafialnego wyświetlano filmy pornograficzne. - Widzę ich w lustrze. Trzeba coś z tym zrobić.

- Brent...

- Wybaczy pan, panie Brown?

- Oczywiście. - Skrzyżował ramiona na piersi i z ponurą miną zapatrzył się w zawieszone u sufitu lustro, pozwalające obsłudze dyskretnie obserwować zachowanie klientów w głębi sklepu. - Już ja coś z tym zrobię, daję słowo.

Poprowadziłem Nortona wzdłuż regałów w kierunku chłodziarki z piwem. Po drodze obejrzałem się tylko raz, ale w zupełności mi to wystarczyło: ramy ogromnych okien były coraz bardziej powyginane i popękane, a jedna z szyb (przypomniałem to sobie dopiero teraz) została poważnie uszkodzona podczas tajemniczego tąpnięcia. Być może otwór dałoby się czymś załatać, na przykład damskimi bluzkami po 3,95, które widziałem na jednej z półek, albo...

Raptownie zasłoniłem ręką usta, jakbym poczuł, że za chwilę beknę, ale w rzeczywistości zrobiłem tak po to, by powstrzymać histeryczny chichot, który nie wiedzieć czemu wezbrał we mnie na myśl o tym, że można by bronić się przed koszmarnymi mackami, zatykając dziurę w oknie kłębami damskich bluzek. Przecież na własne oczy widziałem, jak jedna z tych macek bez najmniejszego trudu rozszarpała torbę z karmą dla psów.

- Davidzie, co z tobą?

- Słucham?

- Miałeś taką minę, jakbyś właśnie wpadł na doskonały pomysł... Albo na taki, który do niczego się nie nadaje.

W tej samej chwili naprawdę coś mi przyszło do głowy.

- Słuchaj, co się stało z tym człowiekiem, który krzyczał, że coś porwało Johna Lee Frovina?

- Z tym z rozkwaszonym nosem? - Aha.

- Zemdlał, ale Brown dał mu do wąchania jakieś sole trzeźwiące.

- Powiedział coś jeszcze, kiedy doszedł do siebie?

- Znowu zaczął bredzić o tej swojej halucynacji, więc Brown zaprowadził go do biura, żeby nie straszył ludzi. Poszedł całkiem chętnie, szczególnie kiedy się dowiedział, że jest tam tylko jedno małe okienko, w dodatku zakratowane. Myślę, że wciąż tam siedzi.

- To wcale nie była halucynacja.

- Tak, tak, oczywiście...

- A tąpnięcie? Wszyscy je odczuliśmy.

- Owszem, ale...

On się boi, przypomniałem sobie. Nie wściekaj się na niego, dziś już raz to zrobiłeś i wystarczy. Nie wściekaj się, ponieważ wtedy będziesz taki sam jak on podczas tej idiotycznej kłótni o granicę działki: najpierw wyniosły, potem sarkastyczny, a na koniec, kiedy już stało się jasne, że przegra, po prostu wstrętny. Nie wściekaj się na niego, bo jeszcze będziesz go potrzebował. Być może nie potrafi uruchomić piły spalinowej, ale wygląda jak archetyp ojca rodziny i jeśli powie ludziom, żeby zachowali spokój, to będą spokojni. Dlatego właśnie nie wściekaj się na niego.

- Widzisz te dwuskrzydłowe drzwi za chłodziarką z piwem?

Spojrzał w tamtą stronę ze zmarszczonymi brwiami.

- Czy jeden z tych, którzy piją, to nie Weeks, zastępca kierownika? Jeśli Brown to zobaczy, wyleje go na zbity pysk.

- Brent, czy ty mnie słuchasz? Zerknął na mnie z roztargnieniem.

- Mówiłeś coś, Dave? Przepraszam.

Na razie jeszcze nie miał za co przepraszać.

- Pytałem, czy widzisz te drzwi?

- Jasne. Co z nimi?

- Prowadzą do magazynu, który zajmuje całą zachodnią część budynku. Billy zasnął, więc poszedłem tam, żeby poszukać czegoś, czym mógłbym go przykryć...

Opowiedziałem mu wszystko, pomijając jedynie kłótnię o to, czy Norm w ogóle powinien wychodzić na zewnątrz. Opowiedziałem, co dostało się do środka i jakiś czas później opuściło magazyn. Brent nie uwierzył w ani jedno moje słowo. Nawet nie próbował uwierzyć. Zaprowadziłem go do Jima, Olliego i Myrona, którzy potwierdzili moją relację, chociaż zarówno Jim, jak i Myron-kwiatuszek mieli już mocno w czubie.

Norton nadal trwał w swoim uporze. Zaparł się jak osioł.

- Nie - powtarzał. - Nie, nie nie! Wybaczcie, panowie, ale to kompletna bzdura. Albo usiłujecie mnie nabrać... - obdarzył nas wyrozumiałem uśmiechem, który miał oznaczać, że nie ma nam tego za złe i chętnie pośmieje się razem z nami - ...albo padliście ofiarami jakiejś zbiorowej hipnozy czy czegoś w tym rodzaju.

Znowu ogarnęła mnie wściekłość, lecz zdołałem na nią zapanować, choć z wielkim trudem. Nie wydaje mi się, żebym na co dzień dawał łatwo wyprowadzić się z równowagi, lecz tym razem sytuacja była wyjątkowa. Głowę miałem zaprzątniętą nie tylko myślami o Billym, ale i o tym, co się teraz działo - albo co już się stało - ze Stephanie. Nie przestawało mnie to gryźć nawet na chwilę.

- Dobra - westchnąłem. - Chodź tam z nami. Na podłodze leży odcięty fragment macki, a pozostałe doskonale słychać. Skrobią po ścianach i suficie, zupełnie jakby wiatr szeleścił w krzakach.

- Nie - odparł po prostu.

Byłem prawie pewien, że się przesłyszałem.

- Co takiego? - zapytałem z niedowierzaniem.

- Powiedziałem "nie" - powtórzył spokojnie. - Nie pójdę tam. Przesadziliście z tymi żartami.

- Brent, daję ci słowo honoru, że to nie żarty!

- Oczywiście, że żarty! - parsknął, popatrzył na Jima, Myrona, Olliego Weeksa (który wytrzymał jego spojrzenie bez mrugnięcia), by wreszcie ponownie skierować wzrok na mnie. - Przypuszczalnie wy, miejscowi, nazywacie to "wdechową zabawą", prawda, Dave?

- Posłuchaj, Brent...

- Nie, to ty posłuchaj! - Mówił głośno i dobitnie, jak na sali sądowej. Jego doskonale słyszalny głos sprawił, że sporo podenerwowanych, zdezorientowanych osób zaczęło się nam przyglądać albo nawet skierowało się w naszą stronę. Norton akcentował każde zdanie ruchem wycelowanego we mnie palca wskazującego. - To głupi żart. Podłożyliście mi skórkę od banana i czekacie, aż się poślizgnę. Nie przepadacie za obcymi, prawda? Trzymacie się razem, nie lubicie przyjezdnych. Przekonałem się o tym już wtedy, kiedy zaciągnąłem cię do sądu, żeby dostać to, co mi się prawnie należało. Przegrałem, bo jakżeby inaczej? Twój ojciec był znanym artystą, to twoje miasto, a ja tu tylko płacę podatki i wydaję swoją forsę!

Już nie grał, już nie popisywał się adwokackimi sztuczkami, tylko prawie krzyczał, balansując na krawędzi histerii. Ollie Weeks odwrócił się i odszedł bez słowa z piwem w garści, Myron i Jim gapili się na Nortona ze szczerym zdumieniem.

- I co, mam niby pójść na zaplecze i podziwiać jakąś gumową imitację ośmiornicy, a te dwa parobki będą tu zaśmiewać się do rozpuku?

- Ejże, kto tu niby jest parobkiem? - zapytał podejrzliwie Myron.

- Jeśli chcesz znać prawdę, to cieszę się, że drzewo zgniotło tę twoją cholerną szopę na łodzie. Naprawdę się cieszę! - Uśmiechał się drapieżnie. - Jestem zachwycony! A teraz zejdź mi z drogi!

Usiłował przecisnąć się obok mnie, ale chwyciłem go za ramiona i pchnąłem na szafę z piwem. Jakaś kobieta kwaknęła z zaskoczenia, dwa sześciopaki runęły na podłogę.

- Przetkaj sobie uszy, Brent, i słuchaj, co do ciebie mówię! Tutaj chodzi o życie mnóstwa ludzi, w tym mojego syna. Albo mnie wysłuchasz, albo zrobię z ciebie befsztyk!

- Dalej, proszę bardzo! - parsknął Norton z desperacką, idiotyczną odwagą. Nabiegłe krwią oczy mało nie wyskoczyły mu z orbit. - Pokaż wszystkim, jaki jesteś dzielny i silny! Daj wycisk człowiekowi, który ma wadę serca i mógłby być twoim ojcem!

- W dziób go! - wykrzyknął Jim. - Pieprzyć jego wadę serca! Założę się, że taki tani papuga z Nowego Jorku w ogóle nie ma serca!

- Nie wtrącaj się! - warknąłem, po czym znowu skoncentrowałem uwagę na Nortonie. Staliśmy tak blisko siebie, że mógłbym go pocałować, naturalnie gdyby taki pomysł przyszedł mi do głowy. Chociaż chłodziarka nie działała, wionęło od niej zimnem. - Przestań się wygłupiać. Dobrze wiesz, że mówię prawdę.

- Niczego... nie wiem... - wysapał.

- Kiedy indziej i gdzie indziej może dałbym ci spokój. Nie obchodzi mnie, jak bardzo się boisz, i nie staram się załatwić dawnych porachunków. Ja też się boję, ale potrzebuję twojej pomocy. Czy to do ciebie dociera, do jasnej cholery? Potrzebuję twojej pomocy!

- Puść mnie!

Chwyciłem go za koszulę na piersi i potrząsnąłem.

- Naprawdę niczego nie rozumiesz? Jeśli ich nie powstrzymamy, ludzie zaczną wychodzić w tę mgłę. Na litość boską, rusz trochę głową!

- Puść mnie!!!

- Dobrze, ale dopiero wtedy, kiedy tam ze mną pójdziesz i przekonasz się na własne oczy.

- Już ci powiedziałem: nie mam zamiaru! To wszystko kretyński żart, idiotyczny dowcip! Nie jestem tak głupi, jak wam się...

- W takim razie zawlokę cię siłą.

Złapałem go za kołnierz i pociągnąłem w kierunku dwuskrzydłowych drzwi, nie zważając na to, że jeden ze szwów pękł z donośnym trzaskiem. Norton wrzeszczał jak zarzynane prosię, ale choć w pobliżu zgromadziło się kilkanaście osób, żadna z nich nie przejawiała najmniejszej ochoty do interwencji.

- Pomocy! - darł się Norton z wytrzeszczonymi oczami. Starannie wymodelowaną fryzurę diabli wzięli, nad uszami pojawiły się zmierzwione kłaczki. Ludzie obserwowali nas w milczeniu, Przestępując z nogi na nogę.

- Czemu się drzesz? - wyszeptałem mu do ucha. - Przecież to wszystko tylko żart, prawda? Tylko dlatego zabrałem cię do miasta i dlatego pozwoliłem ci przeprowadzić Billy'ego przez parking, że to ja wymyśliłem całą tę mgłę. Wypożyczyłem z Hollywood maszynę do robienia mgły, kosztowało mnie to piętnaście tysięcy dolarów plus jeszcze osiem tysięcy za transport, a wszystko po to, żeby wpuścić cię w maliny. Przestań się oszukiwać i przejrzyj wreszcie na oczy!

- Puść mnie! - zaskamlał. Byliśmy już prawie przy drzwiach.

- Ejże, co tu się dzieje? O co chodzi? Co mu robisz?

To był Bud, który nie szczędząc łokci, przepchał się przez tłum.

- Powiedz mu, żeby mnie puścił - wychrypiał Norton. - On zwariował!

- Nie zwariował. Wolałbym, żeby tak było, ale on niestety nie zwariował - odezwał się Ollie. Wyłonił się zza regału i stanął przed Budem. Chętnie bym go uściskał.

Wzrok Browna powędrował w dół i zatrzymał się na puszce, którą Ollie ściskał w ręce.

- Pijesz! - stwierdził ze zdziwieniem, ale i satysfakcją. - Możesz już pożegnać się z robotą.

- Daj spokój, Bud - wtrąciłem się, uwalniając Nortona. - To nie jest normalna sytuacja.

- Ale przepisy się nie zmieniły - odparł Brown. - Dopilnuję, żeby dowiedzieli się o tym gdzie trzeba. To mój obowiązek.

Tymczasem Norton pospiesznie wycofał się na bezpieczną odległość i usiłował doprowadzić się do porządku, nerwowo zerkając to na mnie, to na Browna.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna