Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona5/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49

Wspomnienie zgasło, ale nie od razu.

- Hej, ludzie! - ryknął Norton. - Ludzie, słuchajcie! - Wszyscy na niego spojrzeli. Podniósł obie ręce z rozczapierzonymi palcami, niczym bohater politycznego mityngu dziękujący przybyłym za owację. - Wyjście na zewnątrz może być niebezpieczne!

- Dlaczego? - wykrzyknęła jakaś kobieta. - Zostawiłam w domu dzieci! Muszę do nich wrócić!

- Tam jest śmierć! - włączyła się pani Carmody. Stała przy ułożonych pod oknem dwunastoipółkilogramowych workach ze sztucznymi nawozami. Twarz, miała dziwnie obrzmiałą, jakby opuchniętą. Jakiś nastolatek pchnął ją niespodziewanie; ze zdumionym chrząknięciem klapnęła na worki.

- Zamknij się, stara wiedźmo! Przestać wygadywać te bzdury!

- Proszę o spokój! - zawołał Norton. - Zaczekajmy chwilę. Mgła niedługo się rozwieje i wtedy zobaczymy, co...

Przerwały mu sprzeczne okrzyki.

- On ma rację! - podniosłem głos, żeby mnie usłyszeli. - Powinniśmy spokojnie zaczekać.

- Moim zdaniem to było trzęsienie ziemi - powiedział cicho jakiś mężczyzna w okularach. W jednej ręce trzymał opakowanie z bułkami do hot dogów, w drugiej ściskał rączkę dziewczynki młodszej może o rok od Billy'ego. - Tak mi się przynajmniej wydaje.

- Cztery lata temu mieli trzęsienie ziemi w Naples - odezwał się jakiś miejscowy grubas.

- Nie w Naples, tylko w Casco - poprawiła go natychmiast żona tonem doświadczonego poprawiacza.

- W Naples - powtórzył grubas bez większego przekonania.

- Casco - stwierdziła żona tonem nieznoszącym sprzeciwu, ostatecznie kończąc dyskusję.

W głębi sklepu jakiś metalowy pojemnik, który zapewne od pewnego czasu balansował na krawędzi półki, gdzie zsunął się w wyniku tąpnięcia, trzęsienia ziemi czy czegokolwiek innego, z hukiem spadł na posadzkę. Billy wybuchnął płaczem.

- Ja chcę do domu! Ja chcę do mamy!!!

- Możesz czymś zatkać tego dzieciaka? - zapytał Bud Brown, rozglądając się niepewnie dokoła.

- A może ty chcesz dostać w zęby?

- Uspokój się, Dave - mruknął z roztargnieniem Norton. - To nic nie da.

- Przykro mi, ale nie mogę tu zostać - powiedziała ta sama kobieta, która niedawno krzyczała. - Muszę wrócić do domu, do dzieci. - Miała jasne włosy i zmęczoną ładną twarz. - Co prawda Vanda zajmuje się Victorem, ale ona ma dopiero osiem lat i... czasem zapomina o różnych sprawach, a Victor... Victor uwielbia kręcić kurkami przy kuchence, bo wtedy zapalają się czerwone światełka, a on to bardzo lubi... i często bawi się wtyczkami, a Vanda czasem zapomina, że powinna cały czas go pilnować... Ma dopiero osiem lat... - Umilkła i potoczyła po nas spojrzeniem. Przypuszczam, że w jej oczach wyglądaliśmy jak gromada nieludzkich potworów. Zaczęły jej drżeć usta. - Czy nikt mi nie pomoże?! - wrzasnęła piskliwym głosem. - Czy... Czy nikt nie odprowadzi mnie do domu?

Odpowiedziała jej cisza. Niektórzy przestąpili niepewnie z nogi na nogę. Zrozpaczona, przenosiła wzrok z twarzy na twarz. Grubas niepewnie zrobił pół kroku naprzód, ale żona natychmiast chwyciła go za nadgarstek i gwałtownym szarpnięciem przywołała do porządku.

- Pan? - Ollie pokręcił głową. - A może pan? - zapytała Buda, lecz on nie odpowiedział, tylko położył rękę na kalkulatorze. - Więc może pan? - zwróciła się do Nortona, który natychmiast rozpoczął wykład o tym, że nie można podejmować nieprzemyślanych decyzji, ale kobieta machnęła ręką, a on umilkł w pół słowa. - A pan? - Spojrzała na mnie. Schyliłem się, wziąłem Billy'ego na ręce i posłużyłem się nim jak tarczą, by odgrodzić się od jej zrozpaczonej twarzy. - Mam nadzieję, że wszyscy zgnijecie w piekle.

Powiedziała to cicho, śmiertelnie zmęczonym głosem, a następnie podeszła do drzwi wyjściowych i rozsunęła je oburącz. Chciałem jakoś zareagować, skłonić ją do powrotu... ale miałem tak sucho w gardle, że nie zdołałem wykrztusić ani słowa.

- Proszę pani...

Chłopak, który niedawno nakrzyczał na panią Carmody, przytrzymał ją za rękę. Wystarczyło jednak, by kobieta spojrzała na niego z ukosa, a zarumienił się, puścił ją i cofnął się o krok. Wyszła w mgłę. Obserwowaliśmy ją w milczeniu. Mgła natychmiast otuliła kobietę ze wszystkich stron, czyniąc ją niematerialną: to już nie był żywy człowiek, tylko sylwetka naszkicowana delikatnymi pociągnięciami twardego ołówka na najbielszym papierze, jaki można sobie wyobrazić. Nikt nie odezwał się ani słowem. Przez chwilę powtórzyła się sytuacja z tabliczką u wjazdu na parking: ramiona, nogi i jasne włosy rozpłynęły się w mgle, pozostała jedynie wyblakła czerwień letniej sukienki, zawieszona w białym tumanie. Zaraz potem ona również znikła, a w sklepie wciąż panowała śmiertelna cisza.


4. MAGAZYN. KŁOPOTY Z GENERATORAMI. CO SIĘ STAŁO Z PAKOWACZEM.
Billy'ego ogarnęła histeria. W okamgnieniu cofnął się do poziomu dwulatka, wrzeszczał przeraźliwie, płakał i rozpaczliwie wzywał mamę. Rzecz jasna, natychmiast się zasmarkał. Odprowadziłem go w jedną z alejek, objąłem ramieniem i usiłowałem przemówić do rozumu. Dotarliśmy aż na sam koniec sklepu, do długiej białej lady chłodniczej z mięsem, za którą stał McVey, rzeźnik. Skinęliśmy sobie głowami - maksimum tego, na co można było się zdobyć, zważywszy na okoliczności.

Usiadłem na podłodze, wziąłem chłopca w objęcia, przytuliłem mocno, kołysałem i uspokajałem. Wykorzystałem wszystkie kłamstwa, które rodzice trzymają w rezerwie na wypadek, gdyby zdarzyło się coś naprawdę niedobrego. Starałem się wygłaszać je z pełnym przekonaniem.

- To nie jest zwyczajna mgła - powiedział Billy, wpatrując się we mnie podkrążonymi, mokrymi od łez oczami. - Prawda, tatusiu?

Akurat w tej sprawie nie chciałem kłamać.

- Chyba tak, synku.

Dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, nie walczą z szokiem, lecz poddają mu się - być może dlatego, że mniej więcej do trzynastego roku życia niemal bez przerwy są czymś zaszokowane. Wreszcie Billy zapadł w drzemkę. Trzymałem go mocno, przekonany, że obudzi go lada hałas, wkrótce jednak drzemka zamieniła się w głęboki sen. Możliwe, iż nie wyspał się minionej nocy, którą spędziliśmy we trójkę po raz pierwszy od czasów jego niemowlęctwa, a może (nagle zrobiło mi się bardzo, ale to bardzo zimno) przeczuwał coś niedobrego.

Jak tylko nabrałem pewności, że zasnął, ułożyłem go na podłodze, sam zaś wyruszyłem na poszukiwania czegoś, czym mógłbym go przykryć. Większość klientów wciąż tłoczyła się z przodu, wpatrzona w gęsty kożuch mgły. Norton zgromadził wokół siebie gromadkę słuchaczy i usiłował zauroczyć ich głosem. Bud Brown wciąż trwał na posterunku, Ollie Weeks natomiast znikł bez śladu.

Kilka osób z pobladłymi twarzami błąkało się bez celu po alejkach niczym duchy. Pchnąłem ciężkie dwuskrzydłowe drzwi między ladą z mięsem i szafą chłodniczą z piwem i wszedłem na zaplecze.

Generator wciąż warkotał jednostajnie za przepierzeniem z dykty, natychmiast jednak odniosłem wrażenie, że coś jest nie w porządku. Woń spalin była stanowczo zbyt silna. Starając się oddychać jak najpłycej, ruszyłem w kierunku przepierzenia; po kilku krokach smród stał się tak silny, że rozpiąłem koszulę i jej skrajem zasłoniłem usta i nos.

Magazyn był długi i wąski, słabo oświetlony blaskiem dwóch lamp awaryjnych. Wszędzie piętrzyły się stosy pudeł, skrzyń i innych pojemników, wokół jednego z opakowań z keczupem, które spadło na podłogę, rozlała się krwista plama.

Otworzyłem drzwi do pomieszczenia z generatorem i wszedłem do środka. Wnętrze wypełniały kłęby sinoniebieskiego dymu. Rurę wydechową wyprowadzono na zewnątrz przez otwór w ścianie; wszystko wskazywało na to, że coś ją zatkało. Pstryknąłem umieszczonym w widocznym miejscu dużym wyłącznikiem. Generator Zakrztusił się, zakasłał, po czym umilkł, ale przedtem zdążył jeszcze wydać kilka pyrkoczących odgłosów, które przywiodły mi na myśl niepokorną piłę Nortona.

Awaryjne oświetlenie zgasło, pozostawiając mnie w ciemności. Bardzo szybko straciłem orientację i zacząłem się bać. Powietrze przeciskało mi się przez nos i usta z odgłosem podobnym do tego, jaki wydaje wiatr szeleszczący suchą słomą. Usiłowałem wrócić do magazynu, uderzyłem nosem w ścianę i serce podskoczyło mi do gardła. Druga próba okazała się udana, ale niewiele poprawiło to moją sytuację, ponieważ z niewiadomych przyczyn ktoś pomalował na czarno szyby w podwójnych drzwiach oddzielających magazyn od sklepu, w związku z czym ciemność była niemal całkowita. Zboczyłem z właściwego kursu, wpadłem na stos kartonowych pudeł, stos zachwiał się, po czym runął. Jedno z opakowań przemknęło tak blisko mojej głowy, że odruchowo cofnąłem się o krok, potknąłem się o inne pudło i runąłem na podłogę, przy okazji uderzając się w głowę tak mocno, że w ciemności zobaczyłem jaskrawe roztańczone gwiazdy. Niezłe przedstawienie.

Leżałem, kląłem na czym świat stoi i powtarzałem sobie, że muszę zachować spokój, że muszę po prostu wstać i stąd wyjść, wrócić do Billy'ego, że żadna oślizgła, galaretowata macka nie chwyci mnie za kostkę ani nie owinie się wokół ręki badającej bezradnie w ciemności okolice. Powtarzałem sobie, że nie mogę stracić panowania nad sobą, bo jeśli zacznę miotać się na oślep i zrzucać kolejne przedmioty, osiągnę tylko tyle, że powstanie niemożliwy do sforsowania tor przeszkód.

Podniosłem się ostrożnie i rozejrzałem w poszukiwaniu wąskiej kreski światła pod drzwiami. Znalazłem ją prawie od razu: niewielką, ale wyraźną jasną rysę w mroku. Ruszyłem w jej kierunku... i niemal natychmiast zamarłem w bezruchu.

Powodem był delikatny szmer. Trwał jakiś czas, umilkł, po chwili rozległ się ponownie. Zacząłem trząść się jak galareta, poczułem się tak, jakbym znowu miał cztery lata. Ten odgłos nie dobiegał ze sklepu ani z magazynu; jego źródło znajdowało się za moimi plecami, na zewnątrz. Tam gdzie mgła. Coś przesuwało się wzdłuż ścian, obmacywało je... być może usiłowało dostać się do środka.

A może już się dostało, i teraz zmierzało w moim kierunku? Może za chwilę poczuję to "coś" na nodze... ramieniu... albo na karku?

Znowu. Byłem już pewien, że dźwięk dobiega z zewnątrz, lecz wcale nie poczułem się przez to lepiej. Poleciłem nogom, żeby mnie stąd zabrały... bezskutecznie. Po chwili odgłos nieco się zmienił: to już nie był szmer, to było SKROBANIE. Poczułem serce w gardle, dałem rozpaczliwego susa ku ledwo widocznej kresce światła, z rozmachem pchnąłem dwuskrzydłowe drzwi i wpadłem do sklepu.

Tuż za drzwiami stało parę osób, wśród nich Ollie Weeks. Na mój widok wszyscy cofnęli się gwałtownie, a Ollie chwycił się za pierś.

- David! - zapiszczał. - Jezus, Maria! Mało mi serce nie... - Dopiero teraz zauważył moją minę. - Co ci się stało?

- Słyszeliście to? - Zdawałem sobie sprawę, że mój głos brzmi wysoko i nienaturalnie. - Czy któryś z was to słyszał?

Rzecz jasna, niczego nie słyszeli. Szli właśnie na zaplecze, żeby sprawdzić, co się dzieje z generatorem. Kiedy Ollie mi to wyjaśniał, zjawił się jeden z pakowaczy z naręczem latarek.

- To ja wyłączyłem generator - powiedziałem, a następnie wytłumaczyłem dlaczego.

- A co właściwie usłyszałeś? - zapytał jeden z mężczyzn. Nazywał się Jim cośtam i pracował w przedsiębiorstwie drogowym.

- Nie wiem. Coś jakby skrobanie albo szuranie... W każdym razie wolałbym więcej tego nie słyszeć.

- To tylko nerwy - zawyrokował trzeci mężczyzna. Nie. To nie były nerwy.

- Słyszałeś to, zanim zgasło światło?

- Nie, dopiero potem. Ale...

Ale nic. Bez trudu mogłem odczytać ich spojrzenia. Nie chcieli żadnych dodatkowych niedobrych wiadomości, żadnych niepokojących ani tajemniczych wieści. To, co wydarzyło się do tej pory, całkowicie im wystarczyło. Tylko Ollie patrzył na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby mi wierzył.

- Trzeba tam pójść i go uruchomić - powiedział pakowacz, wręczając nam latarki.

Ollie wziął swoją z niezbyt pewną miną. Chłopak z pogardliwym błyskiem w oku podał mi latarkę. Miał nie więcej niż osiemnaście lat. Wziąłem ją po krótkim wahaniu; wciąż potrzebowałem czegoś, czym mógłbym przykryć Billy'ego.

Ollie otworzył drzwi i zablokował je w tej pozycji, dzięki czemu na zaplecze przedostało się nieco światła. Na podłodze przed uchylonymi drzwiami do pomieszczenia generatora walały się porozrzucane pudła. Osobnik imieniem Jim pociągnął nosem:

- Rzeczywiście, cuchnie niewąsko. Chyba dobrześ zrobił, że go wyłączyłeś.

Plamy światła z latarek tańczyły i skakały po pudłach z konserwami, paczkach z papierem toaletowym, kartonach z karmą dla psów. Dzięki spalinom, które przedostały się do magazynu z pomieszczenia generatora, również snopy światła były doskonale widoczne. Chłopak na chwilę skierował latarkę na szerokie wrota po prawej stronie.

Dwaj mężczyźni i Ollie weszli za przepierzenie. Widok ich poruszających się niepewnie we wszystkie strony latarek skojarzył mi się ze sceną z jakiejś opowieści przygodowej dla chłopców - jednej z tych, które ilustrowałem podczas studiów. Piraci zakopujący o północy skrzynie ze zrabowanym złotem albo szalony lekarz wykradający w towarzystwie wiernego asystenta zwłoki z grobu. Na ścianach tańczyły ogromne, zdeformowane cienie, stygnący generator cykał cichutko.

Pakowacz zmierzał prosto ku wrotom, świecąc przed siebie latarką.

- Na twoim miejscu nie zbliżałbym się tam - ostrzegłem go.

- Wiem.

- Spróbuj, Ollie - usłyszałem głos jednego z mężczyzn. Generator zawył, zakasłał i ożył.



- Jezu! Wyłącz go, do cholery! Ależ śmierdzi!

Warkot umilkł.

W chwili kiedy tamci wychodzili zza przepierzenia, chłopak wrócił z wyprawy ku wrotom.

- Rzeczywiście, coś musiało zatkać rurę wydechową - powiedział któryś z nich.

- Wiecie co? - Oczy pakowacza lśniły w blasku latarek, a na jego twarzy malował się wyraz zuchowatej pewności siebie, który tak często gościł na obliczach rysowanych przeze mnie bohaterów przygodowych historyjek. - Niech podziała tak długo, żebym zdążył choć trochę podnieść bramę. Wyjdę na zewnątrz, odetkam rurę i będzie po krzyku.

- Norm, nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - mruknął z powątpiewaniem Ollie.

- Ta brama działa na prąd? - zapytał Jim.

- Tak, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek powinien...

- W porządku - odezwał się ten trzeci i przekrzywił baseballową czapeczkę. - Ja to załatwię.

- Nie rozumiecie mnie - zaczął od nowa Ollie. - Naprawdę nie wydaje mi się, żeby...

- Nic się nie przejmuj - przerwał mu pobłażliwym tonem ten w czapeczce.

- Ale to przecież mój pomysł! - zaprotestował z oburzeniem Norm.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęli się spierać nie o to, czy w ogóle należy coś takiego robić, lecz o to, kto się tego podejmie. No tak, żaden z nich nie słyszał tego złowieszczego szmeru...

- Przestańcie! - powiedziałem głośno. Umilkli i spojrzeli na mnie.

- Niczego nie rozumiecie, albo robicie, co tylko można, żeby nie zrozumieć. To nie jest zwyczajna mgła! Od chwili gdy się pojawiła, nikt nie dotarł do sklepu. Jeśli otworzycie te wrota i coś dostanie się do środka...

- Na przykład co? - przerwał mi Norton pogardliwym tonem osiemnastoletniego macho.

- Na przykład to, co wydawało odgłosy, które słyszałem.

- Panie Drayton... - włączył się Jim - proszę mi wybaczyć, ale nie wydaje mi się, żeby pan coś słyszał. Wiem, że jest pan wielkim artystą ze znajomościami w Nowym Jorku, Hollywood i wszędzie, ale to jeszcze nie znaczy, że jest pan inny od nas wszystkich. Mnie tam się wydaje, że wszedł pan tu po ciemku i... no... trochę się pogubił.

- Możliwe - odparłem. - Mimo to sądzę, że jeśli chcecie się popisywać odwagą, powinniście przede wszystkim odprowadzić do domu tamtą kobietę.

Zachowanie Jima, jego koleżki oraz Norma coraz bardziej mnie irytowało i równocześnie przerażało. W ich oczach płonęły te same ogniki co w oczach mężczyzn, którzy zabawiają się strzelaniem do szczurów na wysypiskach.

- Jak będziemy chcieli pańskiej rady, sami się po nią zgłosimy - poinformował mnie koleżka Jima.

- Ten generator wcale nie jest taki ważny - powiedział z wahaniem Ollie. - Zamrażarki powinny wytrzymać nawet do dwunastu godzin bez...

Jim nie pozwolił mu dokończyć.

- Dobra, idzie dzieciak - warknął. - Ja uruchomię maszynę, ty podniesiesz bramę, żeby tak nie cuchnęło, a potem ja z Myronem stanę przy ścianie, tam gdzie wchodzi w nią rura. Zawołaj, jak ją odetkasz.

- Jasne - odparł Norm i odszedł, pogwizdując dziarsko.

- To szaleństwo! - zaprotestowałem. - Pozwoliliście, żeby tamta kobieta wyszła całkiem sama, a teraz...

- Nie zauważyłem, żebyś ty zgłosił się na ochotnika - wycedził Myron. Spod kołnierzyka zaczął mu wypełzać na kark krwistoczerwony rumień.

- ...ten dzieciak ma ryzykować życie, żeby uruchomić jakiś zakichany generator?

- Może tak byś się wreszcie zaniknął, do cholery?! - ryknął Norton.

- Słuchaj no pan - powiedział Jim z lodowatym uśmiechem. - Jeśli chcesz pan jeszcze marudzić, to policz pan najpierw zęby, bo jak słowo daję, mam już dosyć tego pieprzenia!

Ollie bez słowa wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi ze strachu oczami. Wzruszyłem ramionami; oszaleli, i tyle. Chwilowo stracili umiejętność racjonalnego myślenia. Tam, w sklepie, byli zdezorientowani i przerażeni - tutaj napotkali prosty, zrozumiały problem: zepsuty generator. Ten problem był rozwiązywalny, dzięki czemu mogli odzyskać nieco pewności siebie i wiary w swoje siły. W związku z tym postanowili go rozwiązać, i tyle.

Jim i Myron uznali chyba, że wystarczająco wyraźnie wskazali mi, gdzie moje miejsce, ponieważ wrócili do pomieszczenia generatora.

- Jesteś gotów, Norm? - zawołał Jim.

Chłopak skinął głową, ale zaraz uświadomił sobie, że tamci go nie widzą.

- Tak! - odpowiedział.

- Nie bądź głupi - ostrzegłem go.

- Popełniasz błąd - zawtórował mi Ollie.

Nagle odniosłem wrażenie, że ma znacznie mniej niż osiemnaście lat. Wyglądał jak mały chłopiec. Jabłko Adama wędrowało mu gwałtownie w górę i w dół; był śmiertelnie przerażony. Otwierał już usta, żeby coś powiedzieć (przypuszczam, iż zamierzał się wycofać), lecz w tej samej chwili generator ożył, chłopak zaś odwrócił się na pięcie i wdusił przycisk na ścianie. Metalowe segmenty bramy z donośnym klekotaniem ruszyły w górę. Awaryjne oświetlenie, które zaczęło działać zaraz po uruchomieniu generatora, teraz nieco przygasło, gdyż znaczną część energii zabrał silnik podnośnika.

Cienie uciekły wstecz i zaczęły się rozpływać, ustępując przed rozproszonym blaskiem jakby pochmurnego zimowego popołudnia. Znowu poczułem dziwny, kwaśny zapach.

Brania uniosła się na pół metra... metr... Tuż za nią zaczynała się betonowa rampa wyładowcza o krawędziach oklejonych żółtą odblaskową taśmą. Jaskrawa żółć rozmywała się bez śladu zaledwie w odległości metra od progu. Mgła była nieprawdopodobnie gęsta.

- Wystarczy! - zawołał Norm.

Do wnętrza wcisnęły się smugi mgły, białe i delikatne jak ruchome koronki. Powietrze było zimne - nie chłodne, jak rankiem, szczególnie w porównaniu z niedawnymi upałami, ale po prostu zimne. Jak w marcu. Zadrżałem... i pomyślałem o Steff.

Generator umilkł. W tej samej chwili, kiedy Norm wyślizgnął się na zewnątrz, do magazynu wrócił Jim. Dzięki temu zobaczył to samo co ja i Ollie.

Z mgły spowijającej skraj rampy wyładowczej wyłoniła się macka i owinęła się wokół łydki chłopca. Ze zdumienia otworzyłem usta, Ollie zaś beknął coś niezrozumiale. W końcowej części macka przypominała grubością okazałego węża, ale już tam gdzie nikła w białym tumanie, miała co najmniej metr obwodu. Była stalowoszara z wierzchu i różowa od spodu w miejscu, gdzie znajdowały się przyssawki, poruszające się niczym setki maleńkich, spragnionych ust.

Norm spojrzał w dół, a kiedy zobaczył, co go złapało, oczy mało nie wyszły mu z orbit.

- Zabierzcie to!!! - wrzasnął przeraźliwie. - Jezu przenajświętszy, zabierzcie to ze mnie!

- O Boże... - zaskamlał Jim.

Norm chwycił dolną krawędź bramy i usiłował wciągnąć się do środka, lecz macka gwałtownie pogrubiała jak naprężony biceps i pociągnęła chłopaka w kierunku rampy. Uderzył głową w metalowy panel, po czym zaczął wysuwać się na zewnątrz. Zahaczył spodniami o wystający fragment drzwi, tkanina opierała się przez chwilę, wreszcie pękła z trzaskiem. Norm szarpnął się rozpaczliwie i z najwyższym trudem począł odzyskiwać stracony teren, niczym człowiek podciągający się na drążku.

- Pomóżcie mi! - łkał rozpaczliwie. - Ludzie, na litość boską, pomóżcie!

- Święta Mario i Józefie! - wykrztusił Myron, który właśnie wyszedł z pomieszczenia generatora i zobaczył, co się dzieje.

Byłem najbliżej, chwyciłem więc Norma w pasie i pociągnąłem ze wszystkich sił. Przez chwilę wydawało mi się, że go mam... ale tylko przez chwilę. To było jak rozciąganie grubej gumowej liny; macka nieco ustąpiła, lecz nie zwolniła uchwytu. Zaraz potem z mgły błyskawicznie wyłoniły się trzy kolejne: jedna z nich zdarła z chłopaka czerwony służbowy fartuch i powiewając nim jak sztandarem, natychmiast znikła w mlecznych tumanach. Ten widok przywiódł mi na myśl ulubione powiedzenie matki, po które sięgała wtedy, kiedy ja albo mój brat uparcie domagaliśmy się czegoś, czego nie chciała albo nie mogła nam dać: "Potrzebne to wam jak flaga kurze". Skojarzenie było tak niespodziewane i niezwykłe, że parsknąłem śmiechem... ale podejrzewam, że mój śmiech i przeraźliwe wrzaski Norma brzmiały niemal tak samo. Chyba nikt oprócz mnie nie wiedział, że się śmieję.

Dwie pozostałe macki przez jakiś czas wiły się na oślep po rampie, czemu towarzyszyły te same szeleszcząco-skrobiące odgłosy, które słyszałem wcześniej, aż wreszcie jedna z nich przypadkowo dotknęła biodra Norma i natychmiast owinęła się wokół jego uda. Przy okazji musnęła także moją rękę: była ciepła, gładka i pulsowała. Teraz jestem już prawie pewien, że gdyby zahaczyła mnie przyssawkami i pociągnęła, spotkałby mnie ten sam los co Norma. Nie uczyniła tego jednak. Chwyciła chłopaka, trzecia macka natomiast uczepiła się jego kostki. Znowu zaczął mi się wyślizgiwać z rąk.

- Pomocy! - krzyknąłem. - Ollie! Wy, tam! Pomóżcie!

Nie pomogli. Nie wiem, co robili, ale nie pomogli.

Przyssawki macki, która obejmowała Norma w pasie, poczęły się wgryzać w jego ciało. Krew miała identyczną barwę jak porwany przez tajemniczego stwora fartuch.

Uderzyłem głową w dolną krawędź częściowo podniesionej bramy.

Nogi chłopaka znowu znalazły się na zewnątrz, spadł mu jeden but. Z mgły wyłoniła się kolejna macka, chwyciła but i natychmiast z nim znikła. Norm kurczowo zaciskał zbielałe palce na krawędzi bramy. Już nie krzyczał, tylko w geście rozpaczliwego protestu miotał głową w lewo i prawo. Długie ciemne włosy powiewały dziko.

Z mgły wypełzały kolejne macki, mnóstwo macek. Większość była nieduża, kilka jednak miało gigantyczne rozmiary; średnicą z pewnością dorównywały porośniętemu mchem pniowi drzewa, które burza zwaliła na podjazd przed naszym domem, i miały różowe przyssawki wielkości żeliwnych przykryw na włazy do kanałów. Jedna z największych opadła z łoskotem na rampę, po czym zaczęła pełznąć ku nam niczym ogromna dżdżownica. Szarpnąłem z nadludzką siłą, lecz osiągnąłem tylko tyle, że macka owinięta wokół prawej łydki chłopaka na chwilę zwolniła uchwyt. Zanim sekundę później zacisnęła się ponownie, zdążyłem dostrzec otwarte, krwawiące rany na jego ciele.

Jedna z macek delikatnie otarła się o mój policzek, a następnie zakołysała się lekko, jakby się zastanawiała. W tej samej chwili przypomniałem sobie o Billym, którego zostawiłem pogrążonego we śnie na podłodze przy ladzie chłodniczej z mięsem. Przyszedłem tu w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym go przykryć. Gdyby któraś z tych macek mnie porwała, nie zostałby nikt, kto by się nim zaopiekował - no, może nie licząc Nortona.

Puściłem więc chłopaka i podparłem się rękami.

Znajdowałem się dokładnie pod uniesioną bramą. Tuż obok mnie przemknęła jeszcze jedna macka (można było odnieść wrażenie, że wędruje na różowych przyssawkach), opadła na nabrzmiałe ramię Norma, znieruchomiała na chwilę, po czym owinęła się wokół niego kilka razy.

Chłopak wyglądał jak postać z koszmarnego snu zaklinacza węży. Niezliczone macki wiły się wokół niego... i wokół mnie. Niezdarnie odskoczyłem w bok, wylądowałem na boku, przeturlałem się dwa razy: Jim, Myron i Ollie tkwili bez ruchu niczym woskowe posągi z salonu madame Tussaud, z pobladłymi twarzami i wybałuszonymi oczami.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna