Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona49/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

Odwróciła się gwałtownie, spojrzała w biel. Instynktownie uniosła dłonie do piersi i poczuła, że ostre pazurki drapią ją w serce.

Ujrzała tylko falujące błony bieli - a potem, prosto z gardła tej wieczornej szarości, spośród wichru niczym szatan wyjącego w śnieżnym tunelu, wyłonił się jej mąż. W pierwszej chwili wyglądał jak plama barw na śniegu: czerwień, czerń, zieleń ciemna i nieco jaśniejsza... potem kolory połączyły się i scaliły we flanelową kurtkę z kołnierzem, flanelowe spodnie i zielone wysokie buty. Bill wyciągał do niej kaszkiet w geście wręcz absurdalnie dwornym, a że jego twarz była tą, jaką znała, nienapiętnowaną rakiem, który go zabrał (więc to właśnie tego się bała? Tego wynędzniałego cienia, jaki mógł się jej objawić, tej postaci wychudzonej jak po obozie koncentracyjnym, o głęboko zapadniętych oczach i lśniącej skórze mocno napiętej na kościach policzkowych?), doznała wielkiej ulgi.

- Bill? To naprawdę ty?

- No jasne.

- Bill - powtórzyła i z radością zrobiła krok w jego stronę. Nogi ugięły się pod nią i już sądziła, że się przewróci, przejdzie przez niego jak przez powietrze - przecież był duchem - lecz on chwycił ją w ramiona, tak mocne i godne zaufania, jak wtedy gdy przeniósł ją przez próg domu, który w tych ostatnich latach dzieliła tylko z Aldenem. Podtrzymał ją i po chwili poczuła, że wkłada jej mocno czapkę na głowę.

- To naprawdę ty? - spytała raz jeszcze, spoglądając w jego twarz, na kurze łapki wokół oczu, które jeszcze się nie zapadły, na poduszki śniegu na ramionach jego myśliwskiej kurtki, na lśniące brązem włosy.

- To ja - powiedział. - To my.

Odwrócił się z nią lekko i ujrzała innych, wyłaniających się ze śniegu, który wiatr przywiał z drugiego brzegu. Z ust wydarł się jej krzyk, na poły radosny, na poły przerażony, gdyż ujrzała Madeline Stoddard, matkę Hattie, w błękitnej sukience, która na wietrze kołysała się jak dzwon - a za rękę, proszę proszę, trzymał ją nie kto inny, jak ojciec Hattie, nie spleśniały szkielet, leżący na dnie wraz z "Tancerką", lecz młody i zdrowy mężczyzna. A dalej, za nimi...

- Annabelle! Annabelle Frane, czy to ty?

Tak, to była ona; nawet w tych białych ciemnościach Stella rozpoznała żółtą suknię, w której Annabelle wystąpiła na jej weselu, a gdy rzuciła się ku swej zmarłej przyjaciółce, wydawało się jej, że dobiegł ją zapach róż.

- Annabelle!

- Jesteśmy już prawie na miejscu, kochanie - powiedziała Annabelle, biorąc ją pod ramię. Żółta suknia, którą w owym dniu uznano za Szokującą (choć nie Skandaliczną, na szczęście dla Annabelle i wszystkich innych), miała odkryte ramiona, lecz Annabelle chyba nie czuła zimna. Jej włosy, miękkie i ciemnorude, powiewały na wietrze. - Jeszcze tylko trochę.

I razem ruszyli przed siebie. Ze śnieżnej nocy (gdyż zapadła już noc) wyłoniły się jeszcze inne postaci. Stella rozpoznała wiele z nich, choć nie wszystkie. Tommy Frane stanął obok Annabelle; Duży George Havelock, który zginął paskudną śmiercią w lasach, szedł za Billem; był też człowiek, co przez ponad dwadzieścia lat zapalał latarnię morską na Głowie i zwykle przypływał na wyspę na konkurs gry w karty, które Freddy Dinsmore organizował co roku z lutym - Stella miała jego nazwisko na końcu języka, choć nie mogła go sobie przypomnieć. I był sam Freddy! Koło niego zaś, zupełnie sam i chyba zdumiony, szedł Russel Bowie.

- Patrz, Stello - odezwał się Bill; ujrzała czarny kształt wyłaniający się z mroku, jakby zgruchotane dzioby wielu statków. Lecz nie były to statki, ale popękana i zwietrzała skała. Dotarli do Głowy! Przeszli na drugi brzeg!

Usłyszała słowa, choć nikt ich nie wymówił: Weź mnie za rękę, Stello... (czy)

Weź mnie za rękę, Bill... (ale czy ale czy)

Annabelle... Freddy... Russell... John... Ettie... Frank... weźcie mnie za rękę, za rękę, za rękę... (czy kochasz)

- Czy zechcesz mnie wziąć za rękę? - spytał nowy głos.

Rozejrzała się i oto stanął przy niej Bull Symes. Uśmiechał się łagodnie, a jednak zdjął ją strach, gdy zobaczyła, co maluje się w jego oczach. Cofnęła się, mocniej ściskając dłoń Billa.

- Czy już...

- Czas? - dokończył Bull. - Ano pewnie, że już czas. Ale to nie boli. Przynajmniej nigdy nie słyszałem, żeby kogoś zabolało.

Nagle po jej twarzy potoczyły się łzy - wszystkie te łzy, których nigdy nie uroniła. Włożyła dłoń w rękę Bulla.

- Tak - szepnęła. - Tak, tak, tak.

Stanęli w kręgu, zmarli z Wyspy Koziej, wicher wył wokół nich i miotał śniegiem, a Stella poczuła, że wybucha w niej jakaś pieśń. Wiatr ją otoczył i porwał ze sobą. Wszyscy zaczęli śpiewać, tak jak dzieci śpiewałyby wysokimi, słodkimi głosami, gdy letni wieczór powoli zmienia się w ciepłą noc. Śpiewali i Stella zbliżyła się do nich i razem z nimi przeszła wreszcie przez cieśninę. Trochę bolało, choć nie bardzo; strata cnoty była znacznie gorsza. Stali w kręgu, w nocnych ciemnościach, śnieg sypał, a oni śpiewali. Śpiewali i...


...tego właśnie Alden nie mógł powiedzieć Davidowi i Lois, lecz w lecie tego roku, kiedy zmarła Stella, gdy dzieci przyjechały jak zwykle na dwa tygodnie, wyjawił to Łonie i Halowi. Powiedział, że podczas wielkich zimowych burz wicher śpiewa niemal ludzkim głosem i czasami wydawało mu się, że rozróżnia słowa: "Chwal duszo moja Pana...".

Ale nie powiedział im (wyobraźcie sobie powolnego, niemądrego Aldena, który by mówił coś takiego, nawet dzieciom!), że czasami słyszał ten dźwięk i czuł lodowate zimno, choć siedział przy ogniu; wtedy przestawał strugać drewno, porzucał sidła, które naprawiał, i myślał, że wiatr odzywa się glosami tych, którzy umarli i odeszli... że stoją oni gdzieś na cieśninie i śpiewają jak dzieci. Wydawało mu się, że słyszy głosy, a w nocy czasami śnił, że śpiewa, niesłyszany i niewidzialny, na własnym pogrzebie.

Są takie rzeczy, o których nie wolno mówić i są też rzeczy, niekoniecznie ukrywane, o których nie należy rozmawiać. Następnego dnia po burzy, gdy wiatr się uspokoił, znaleźli Stellę na lądzie, zamarzniętą na śmierć. Siedziała na naturalnym siedzisku z kamienia, mniej więcej sto metrów na południe od granic miasta Głowa Szopa, twarda jak kamień. Doktor, który miał corvettę, powiedział, że jest szczerze zdumiony. Stella musiała przejść ponad dwa kilometry, a podczas sekcji zwłok, którą prawo zaleca w przypadku nagłych niezwykłych zgonów, odkryto nadzwyczaj rozległe zmiany rakowe - w gruncie rzeczy ciało było przeżarte przez chorobę do szpiku kości. Czy Alden mógł powiedzieć Davidowi i Lois, że czapka, którą Stella miała na głowie, nie należała do niego? Lany McKeen ją rozpoznał. John Bensohn także. Alden widział to w ich oczach, a oni chyba widzieli to w jego. Nie chodził po tym świecie na tyle długo, żeby zapomnieć, jak wyglądał kaszkiet jego ojca, nie pamiętać jego kształtu czy pękniętego daszka.

- Są rzeczy, które należy powoli przemyśleć - powiedziałby dzieciom, gdyby to potrafił. - Rzeczy, nad którymi trzeba się dobrze zastanowić, gdy ręce są zajęte pracą, a kawa czeka w porcelanowym kubku. Może to pytania Cieśniny: czy zmarli śpiewają? I czy kochają żyjących?

Nocami, gdy łódź Ala Curry'ego zabrała już Lonę i Hala na ląd do rodziców, Alden często rozważał to pytanie, a także inne, podobnie jak kwestię czapki ojca.

Czy zmarli śpiewają? Czy kochają?

Podczas tych długich samotnych nocy, gdy Stella Flanders spoczywała wreszcie snem wiecznym, Alden często dochodził do wniosku, że odpowiedź na oba pytania brzmi: tak.
Przełożyła

Maciejka Mazan


UWAGI
Nie wszystkich interesuje, skąd się biorą opowiadania, i nie ma w tym nic złego - przecież po to, by prowadzić samochód, nie musisz znać zasady działania silnika spalinowego, możesz więc czerpać przyjemność z lektury opowiadania, nie mając zielonego pojęcia o okolicznościach, które towarzyszyły jego powstaniu. Silnikami interesują się mechanicy, szczegółami pracy pisarzy - uczeni, fanowie i natręci (ci pierwsi i ci ostatni to często te same osoby, ale mniejsza o to). Oto kilka luźnych uwag na temat niektórych opowiadań - wydawało mi się, że mogą zainteresować zwykłego czytelnika, jeśli jednak jesteście jeszcze bardziej "zwykli", zapewniam was, że możecie już zakończyć lekturę. Niewiele stracicie.
"Mgła". Napisałem ją latem 1976 do oryginalnej antologii pod redakcją mojego agenta, Kirby'ego McCauleya. Dwa albo trzy lata wcześniej McCauley stworzył dość podobną antologię zatytułowaną "Frights"; tamta ukazała się w miękkiej oprawie, ta miała zostać wydana w twardej i zapowiadała się jako bardziej ambitne przedsięwzięcie. Tytuł brzmiał "Dark Forces". Kirby chciał umieścić tam moje opowiadanie i wyciskał je ze mnie z uporem, wytrwałością oraz za pomocą subtelnych dyplomatycznych wybiegów, którymi powinien umieć się posługiwać każdy dobry agent.

Nic nie przychodziło mi do głowy. Im intensywniej myślałem, tym bardziej nie miałem żadnego pomysłu. Zacząłem nawet podejrzewać, że być może moja maszynka do tworzenia opowiadań chwilowo, albo nawet na zawsze, odmówiła posłuszeństwa. Aż pewnej nocy nadeszła burza bardzo podobna do tej, którą opisałem. Nad Long Lake w Bridgton, gdzie wtedy mieszkaliśmy, rzeczywiście utworzyła się trąba powietrzna, ja zaś naprawdę zagoniłem rodzinę na parter (chociaż moja żona ma na imię Tabitha; Stephanie to imię jej siostry). Również wyprawa do supermarketu, którą przedsięwzięliśmy nazajutrz, bardzo przypominała tę z opowiadania, tyle że na szczęście nie musiałem jej odbyć w towarzystwie nikogo tak paskudnego jak Norton. Naszymi prawdziwymi sąsiadami byli bardzo mili ludzie, doktor Ralph Drews z żoną.

W sklepie moja muza zesrała mi się na głowę - jak zwykle zupełnie nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Szedłem sobie jakby nigdy nic środkową alejką, rozglądając się w poszukiwaniu bułek do hot dogów, i nagle wyobraziłem sobie prehistorycznego gada lecącego z łopotem błoniastych skrzydeł w kierunku działu mięsnego. Później, stojąc z moim synem Joem w kolejce do kasy, zabawiałem się wymyślaniem historii o otoczonym przez prehistoryczne stwory supermarkecie, w którym zostali uwięzieni wszyscy klienci. Pomysł wydał mi się wtedy niesamowicie zabawny; takie byłoby "The Alamo", gdyby reżyserował je Bert I. Gordon. Jeszcze tego samego wieczoru napisałem połowę opowiadania, dokończyłem je w następnym tygodniu.

Trochę się rozrosło, ale spodobało się Kirby'emu i weszło do antologii. Ja polubiłem je dopiero po poprawkach; najwięcej pretensji miałem do Davida Draytona o to, że przespał się z Amandą, a potem nawet nie sprawdził, co stało się z jego żoną. Wydawało mi się, że to tchórzostwo. Później jednak zdołałem uzyskać ulubiony rytm języka i dzięki temu poradziłem sobie ze szczegółami chyba nieco lepiej niż w paru innych długich opowiadaniach (szczególnie dobrym przykładem choroby, na którą cierpię, czyli słowolejstwa, jest "Apt Pupil" ze zbioru "Different Seasons").

Kluczem do "wejścia" w ów rytm było celowe użycie pierwszego zdania, które najzwyczajniej w świecie ukradłem ze wspaniałej powieści "Shoot" Douglasa Fairbairna. Według mnie pierwsze zdanie stanowi esencję każdej opowieści, jest czymś w rodzaju zaklęcia zen.

Przyznam również, iż spodobała mi się metafora zawarta w odkryciu przez Davida Draytona jego własnych ograniczeń oraz prostolinijna siermiężność opowieści; powinna zostać sfilmowana na czarno-białej taśmie, oglądać zaś należy ją w kinie dla zmotoryzowanych, obejmując czule dziewczynę (lub chłopaka). Drugi film musicie wybrać samodzielnie.


"Zjawi się tygrys". Moją nauczycielką w pierwszej klasie szkoły podstawowej w Stratford w stanie Connecticut była przerażająca pani van Buren. Gdyby któregoś dnia pożarł ją tygrys, wcale bym nie żałował. Sami wiecie, jakie są dzieci.
"Małpa". Jakieś cztery lata temu pojechałem w interesach do Nowego Jorku. W drodze z New American Library do hotelu natknąłem się na ulicznego sprzedawcę nakręcanych małpek. Rozłożył szary koc na chodniku na rogu Piątej i Czterdziestej Czwartej ulicy, małpki kłaniały się, uśmiechały i uderzały talerzami. Wywarły na mnie przerażające wrażenie, ale dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie dlaczego: skojarzyły mi się z kobietą z nożycami... Wiecie, z tą, która pewnego dnia przetnie nić życia każdego z nas. Mając przed oczami ten obraz, napisałem opowiadanie prawie od ręki w hotelowym pokoju.
"Skrót pani Todd". Pani Todd to moja żona. Ta kobieta ma prawdziwego bzika na punkcie skrótów, a ten z opowiadania jest prawie w całości prawdziwy. Też go odkryła. I Tabby naprawdę niekiedy nagle młodnieje, choć mam nadzieję, że ja nie przypominam Wotha Todda. W każdym razie bardzo się staram.

Ogromnie lubię to opowiadanie. Sprawia mi radość, a głos tego starego gościa działa na mnie uspokajająco. Od czasu do czasu zdarza mi się napisać coś, co przypomina dawne czasy, kiedy wszystko, co pisałem, wydawało mi się świeże i odkrywcze. Tak właśnie czułem się pisząc "Skrót pani Todd".

I jeszcze coś: opowiadanie odrzuciły trzy czasopisma kobiece; dwa ze względu na to zdanie, że gdyby kobieta nie przykucnęła, obsikałaby sobie nogę. Widocznie w redakcjach tych pism uważano, że kobiety nie sikają albo że nie lubią, kiedy przypomina im się o tym, że jednak to robią. W trzecim czasopiśmie, "Cosmopolitan", doszli do wniosku, iż bohaterka jest zbyt stara, żeby zainteresować czytelniczki. Pozostawiam te fakty bez komentarza. Dodam tylko tyle, że "Skrót pani Todd" ostatecznie kupił "Redbook". Dzięki im za to.
"Jaunting". Opowiadanie było przeznaczone dla "Omni", gdzie go jednak nie przyjęto (i słusznie) ze względu na chwiejne podstawy naukowe. W tej wersji wykorzystałem pomysł Bena Bovy, żeby koloniści kopali w poszukiwaniu wody.
"Tratwa". W roku 1968, kiedy napisałem to opowiadanie, nosiło tytuł "The Float". Pod koniec roku 1969 kupił je "Adam", który, jak większość czasopism z rozebranymi panienkami, płacił dopiero po opublikowaniu materiałów. Obiecali mi dwieście pięćdziesiąt dolarów.

Wiosną 1970, o wpół do pierwszej w nocy, pełznąc do domu białym fordem kombi po imprezie w uniwersyteckiej knajpie, wjechałem w pachołki, którymi ogrodzono pomalowane w ciągu dnia przejście dla pieszych. Farba już dawno wyschła, nikomu jednak nie przyszło do głowy uprzątnąć pachołki. Jeden z nich dostał się pod podwozie i urwał tłumik, na słowo honoru trzymający się przerdzewiałej rury wydechowej. Ogarnęło mnie poczucie ogromnej krzywdy połączone z monstrualną wściekłością, do jakiej są zdolni tylko nietrzeźwi studenci; postanowiłem wyruszyć w nocny objazd miasta Orono, pozbierać wszystkie pozostawione na noc pachołki, rankiem zaś ułożyć je przed wejściem do komisariatu wraz z informacją, że ocaliłem przed zniszczeniem co najmniej kilkadziesiąt tłumików oraz rur wydechowych i że powinienem dostać medal.

Kiedy w lusterku wstecznym zobaczyłem migające światła radiowozu, miałem w bagażniku jakieś sto pięćdziesiąt sztuk.

Nigdy nie zapomnę miny tego policjanta, który najpierw długo przyglądał się pachołkom wypełniającym tył mojego kombi, a potem zapytał:

- Synu, czy to wszystko twoje?

Pachołki zostały skonfiskowane, ja zresztą też. Tę noc spędziłem na koszt Orono, ulubionego miasta krzyżówkowiczów. Jakiś miesiąc później stanąłem przed sądem okręgowym w Bangor oskarżony o drobną kradzież. Sam byłem swoim obrońcą i muszę przyznać, że trafił mi się wyjątkowo skretyniały klient. Zostałem ukarany grzywną w wysokości dwustu pięćdziesięciu dolarów - rzecz jasna, nie miałem tych pieniędzy. Gdybym nie zapłacił w ciągu tygodnia, musiałbym pójść na miesiąc do więzienia. Chyba mógłbym pożyczyć te dwie i pół stówy od matki, ale z pewnością miałbym spore problemy z wyjaśnieniem jej okoliczności zdarzenia (przynajmniej na trzeźwo).

Chociaż teraz pisarzom nie wolno uciekać się do pomocy deus ex machina, ponieważ tacy bogowie z maszynerii są mało wiarygodni, w życiu zjawiają się całkiem często. Mój osobisty deus ex machina pojawił się trzy dni po wyroku w postaci czeku z "Adama" opiewającego na dwieście pięćdziesiąt dolarów. Było to honorarium za "The Float". Poczułem się tak, jakbym już siedział w więzieniu i niespodziewanie został ułaskawiony. Natychmiast zrealizowałem czek, zapłaciłem grzywnę i poprzysiągłem sobie do końca życia nie wziąć do ust kropli alkoholu i omijać z daleka wszystkie pachołki. Pierwszej części postanowienia nie udało mi się dotrzymać, jeśli jednak chodzi o pachołki, to możecie mi wierzyć, że skończyłem z nimi raz na zawsze.

Pozostał jednak pewien problem: "Adam" płacił przecież dopiero po opublikowaniu materiałów, skoro więc dostałem pieniądze, to opowiadanie musiało ukazać się drukiem. Nie dostałem jednak ani jednego gratisowego egzemplarza, nie znalazłem też swojego tekstu w żadnym piśmie wydawanym przez Knight Publishing Company, choć sprawdzałem regularnie - wpychałem się między obleśnych staruszków wertujących ambitne magazyny literackie w rodzaju "Cycków i tyłków" albo "Wrednych lesbijek" i szukałem do upadłego.

Jakiś czas potem zawieruszyła mi się jedyna kopia maszynopisu. Przypomniałem sobie o tym opowiadaniu dopiero w roku 1981, w Pittsburghu, podczas końcowego etapu prac montażowych przy "Creepshow". Okropnie mi się nudziło, postanowiłem więc odtworzyć tamten tekst i w rezultacie powstała "Tratwa". Treść jest taka sama jak w oryginale, tylko szczegóły są znacznie bardziej przerażające.

Gdyby ktoś gdzieś, kiedyś widział "The Float", bardzo proszę o kserokopię albo coś w tym rodzaju. Wystarczy nawet pocztówka z krótką informacją, która uspokoi mnie, że nie oszalałem. Opowiadanie mogło ukazać się w "Adamie", "Adam Quarterly" albo (co najbardziej prawdopodobne) w "Adam's Bedside Reader". Wiem, wiem: może to nie są tytuły z najwyższej półki, ale w tamtych czasach miałem tylko dwie pary gatek i trzy podkoszulki, więc nie mogłem zanadto wybrzydzać, a poza tym wierzcie mi, te pisemka i tak prezentowały znacznie wyższy poziom od "Wrednych lesbijek". Po prostu chcę wiedzieć, czy to opowiadanie ujrzało światło dzienne przed publikacją w "Martwej strefie".


"Szkoła przetrwania". Któregoś dnia zacząłem myśleć o kanibalizmie - po prostu dlatego, że typki takie jak ja dość często myślą o takich rzeczach - i moja muza po raz kolejny pozostawiła na mej głowie magiczną zawartość swoich jelit. Tak, tak wiem: to dość niewyszukana metafora, ale nie znam lepszej, i wiecie co? Gdybym tylko znał sposób, żeby zaaplikować tej bestii solidną dawkę środka przeczyszczającego nie zawahałbym się ani chwili! Tak czy inaczej, zacząłem się zastanawiać, czy człowiek może zjeść samego siebie, a jeśli tak, to jak wiele zdoła spożyć, zanim nastąpi nieunikniony koniec. Pomysł był tak cudownie odrażający, że przez parę dni mogłem tylko o nim myśleć. Bałem się cokolwiek napisać, żeby nie spieprzyć sprawy. Wreszcie, kiedy pewnego dnia, podczas posiłku złożonego z hamburgerów, żona zapytała, z czego się śmieję, postanowiłem przynajmniej spróbować.

Mieszkaliśmy wtedy w Bridgton. Odbyłem ponadgodzinną rozmowę z Ralphem Drewsem, emerytowanym lekarzem z sąsiedztwa. Chociaż początkowo traktował mnie z pewną rezerwą (rok wcześniej, szykując się do pracy nad innym opowiadaniem, zapytałem go, czy człowiek mógłby połknąć w całości kota), ostatecznie przyznał jednak, iż dałoby się przetrwać jakiś czas, zjadając po kawałku samego siebie. Bądź co bądź, powiedział, ludzkie ciało, podobnie jak wszystko, co materialne, to tylko zmagazynowana energia. A co z powtarzającym się wstrząsem pooperacyjnym? Odpowiedź, z kilkoma drobnymi zmianami, znajdziecie w pierwszym akapicie opowiadania.

Faulkner na pewno nie napisałby czegoś takiego! No już dobrze, dobrze...
"Ciężarówka wuja Otto". Furgonetka jest autentyczna, podobnie jak dom. Historię, która się wokół nich obraca, ułożyłem sobie w głowie pewnego dnia podczas długiej jazdy samochodem. Spodobała mi się, więc później poświęciłem jeszcze kilka dni, żeby ją spisać.
"Cieśnina". Najmłodszy brat Tabby, Tommy, służył w Straży Przybrzeżnej na długim i urozmaiconym wybrzeżu Maine, w rejonie Jonesport-Beals, tam gdzie zadanie Straży sprowadza się głównie do wymiany akumulatorów w wielkich świecących bojach oraz ratowania niedorozwiniętych przemytników, którzy zgubią się we mgle lub władują się na skały.

Jest tam mnóstwo wysp z mnóstwem hermetycznych wyspiarskich społeczności. To właśnie od Tommy'ego usłyszałem o pierwowzorze Stelli Flanders, która żyła i umarła na jednej z wysp. Na Wyspie Świń, Krów, albo jakoś tak... W każdym razie w nazwie było zwierzę. Nie mogłem uwierzyć.

- Naprawdę nigdy nie chciała choćby postawić stopy na stałym lądzie? - zapytałem.

- Nigdy. Powtarzała, że Cieśninę zamierza przekroczyć dopiero po śmierci.

Tommy wyjaśnił mi, co wyspiarze nazywają "Cieśniną", opowiedział mi również anegdotę poławiaczy homarów o tym, że między Jonesport a Londynem jest po prostu cholernie długa Cieśnina. Włączyłem ją do opowiadania. Ukazało się w "Yankee" pod całkiem sensownym tytułem "Do the Dead Sing?", ale po namyśle postanowiłem przywrócić mu oryginalny tytuł.
I to wszystko. Nie wiem jak wy, ale ze mną jest tak, że zawsze kiedy docieram do końca książki, czuję się tak, jakbym właśnie się obudził. Trochę żal snu, ale przecież rzeczywistość też nie wygląda najgorzej. Dziękuję, że zechcieliście mi towarzyszyć. Było mi miło. Zawsze jest mi miło. Mam nadzieję, że bezpiecznie dotarliście od celu i że zjawicie się znowu, bo przecież opowieści można snuć w nieskończoność.
Stephen King

Bangor, Maine

1 W 1942 roku Japończycy zmusili ok. 70 tysięcy amerykańskich i filipińskich jeńców wojennych do ponadstukilometrowego marszu przez półwysep Bataan na Filipinach. Z wyczerpania, głodu i z powodu bestialskiego traktowania zginęło wtedy prawie 10 tysięcy ludzi.

2 Catfish - Jim "Catfish" Hunter, legendarny rzucający drużyny Jankesów - przyp. tłum.



3 Route 66 - amerykański serial telewizyjny z lat sześćdziesiątych, w którym główne role grali wzmiankowani George Maharis i Martin Milner, oraz ich samochód, corvette - przyp. tłum.

1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna