Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona48/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

- Ale babciu! - uparłaby się Lona (ona nigdy się nie poddawała, o nie, zupełnie jak jej matka i babka). - Powiedz wreszcie, dlaczego nie chciałaś wyjechać.

- Bo tutaj miałam wszystko, czego chciałam, dziecko.

- Ale ta wyspa jest taka mała. My mieszkamy w Portland. Tam są autobusy!

- Widziałam w telewizji, co się wyrabia w miastach. Wolę zostać tu, gdzie jestem.

Hal był młodszy, ale miał większą intuicję. On nie nalegałby tak, jak jego siostra, lecz zadałby pytanie, dotykające samego sedna rzeczy:

- Nigdy nie chciałaś opuścić wyspy, babciu? Nigdy?

A ona pochyliłaby się ku niemu, ujęła jego drobne rączki i opowiedziała, jak jej rodzice przybyli na wyspę tuż po ślubie i dziadek Bulla Symesa wziął ojca Stelli na swoją łódź jako ucznia. Opowiedziałaby, jak jej matka cztery razy zachodziła w ciążę, ale raz poroniła, a drugie dziecko zmarło w tydzień po urodzeniu. Pewnie wtedy opuściłaby wyspę, gdyby na lądzie lekarze mogli uratować jej dzieci, lecz oczywiście wszystko działo się zbyt szybko, żeby można było coś poradzić.

Powiedziałaby im, że Bill sam odebrał rodzącą się Jane, ich babkę, choć nie wspomniałaby, że potem pobiegł do łazienki, zwymiotował i płakał jak rozhisteryzowana kobieta, która przechodzi szczególnie dokuczliwą miesiączkę. Oczywiście Jane opuściła wyspę i poszła do liceum na lądzie; dziewczynki nie wychodziły już za mąż w wieku czternastu lat, a kiedy Stella zobaczyła ją, jak się oddala w lodzi z Bradleyem Maxwellem, który zwykle przewoził dzieci na ląd i z powrotem, w głębi serca zrozumiała, że jej córka odeszła na dobre, choć przez jakiś czas jeszcze wracała. Mogłaby im powiedzieć, że Alden pojawił się dziesięć lat później, kiedy już porzucili nadzieję, i jakby w zamian za to długie oczekiwanie ciągle z nią był, wieczny kawaler; w pewnym sensie cieszyło ją to, ponieważ jej syn nie był zbyt mądry, a wiele kobiet chciałoby wziąć pod pantofel takiego trochę gapowatego mężczyznę o dobrym sercu (choć tego ostatniego oczywiście także by nie powiedziała dzieciom).

Mogłaby rzec tak:

- Louis i Margaret Godlin poczęli Stellę Godlin, która została Stella Flanders; Bill i Stella Flanders poczęli Jane i Aldena Flanders, a Jane Flanders została Jane Wakefield; Richard i Jane Wakefield poczęli Lois Wakefield, która została Lois Perrault; David i Lois Perrault poczęli Lonę i Hala. To wasze nazwiska, dzieci: nazywacie się Godlin - Flanders - Wakefield

- Perrault. Wasza krew spoczywa w kamieniu tej wyspy i pozostanie tutaj, ponieważ ląd jest za daleko. Tak, kocham, a przynajmniej kochałam, a właściwie starałam się kochać, lecz pamięć jest za szeroka i głęboka, nie mogę jej przebyć... Godlin

- Flanders - Wakefield - Perrault...


Był to najmroźniejszy luty od czasów, kiedy państwowy instytut meteorologii zaczął prowadzić rejestry; już w połowie miesiąca lód pokrywający Cieśninę stał się dostatecznie gruby i twardy. Pojazdy śnieżne śmigały po nim, a czasami się przewracały, gdy najechały na lodowy grzebień. Dzieci usiłowały ślizgać się na łyżwach, lecz lód był zbyt wyboisty, żeby zabawa sprawiała przyjemność, więc wszystkie wróciły na Staw Godlina po drugiej stronie wzgórza - choć dopiero wtedy, gdy mały Justin McCracken, syn pastora, potknął się w rozpadlinie i złamał kostkę. Zabrali go do szpitala na lądzie, gdzie ten doktor, który miał corvettę, powiedział mu: "Synu, naprawimy ci nogę i będzie jak nowa".

Freddy Dinsmore umarł niespodziewanie trzy dni po tym, jak Justin McCracken złamał kostkę. Złapał grypę pod koniec stycznia, nie poszedł do doktora, powiedział wszystkim: "Zaziębiłem się, bo wyszedłem po listy bez szalika", położył się do łóżka i umarł, zanim ktoś zdołał go zabrać na ląd i podłączyć do tych maszyn, co to czekają na takich jak on. Jego syn George, pijaczyna pierwszej wody nawet w zaawansowanym (przynajmniej dla pijaków) wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, znalazł Freddy'ego z gazetą "Bangor Daily News" w jednej dłoni i nienaładowanym remingtonem w drugiej. Najwyraźniej na chwilę przed śmiercią postanowił go wyczyścić. Po tym fakcie George Dinsmore poszedł w tango i przez trzy tygodnie nie trzeźwiał, co podobno sfinansował ktoś, kto wiedział, że George dostanie pieniądze z ubezpieczenia ojca. Hattie Stoddard zaczęła mówić wszystkim, którzy chcieli jej słuchać, że stary George Dinsmore jest grzesznikiem i łotrem, po prostu ciemnym typem.

Grypa szalała. Ferie trwały dwa tygodnie zamiast jednego, tak wielu uczniów było chorych.

- Jak jest śnieg, to nie ma zarazków - powiedziała Sarah Havelock.

Pod koniec miesiąca, gdy ludzie zaczęli czekać na zwodniczą ulgę marca, także Alden Flanders złapał grypę. Chodził z nią prawie przez tydzień, a potem położył się z trzydziestoma ośmioma stopniami. Tak jak Freddy nie chciał iść do lekarza. Stella umierała z niepokoju. Alden nie był tak stary, jak Freddy, ale w maju miał skończyć sześćdziesiątkę.

Wreszcie spadł śnieg. Dziesięć centymetrów w walentynki, kolejne dziesięć na dwudziestego i wreszcie trzydzieści dodatkowego dnia lutego, dwudziestego dziewiątego. Śnieg, biały i dziwny, leżał pomiędzy zatoczką a lądem, jakby tam gdzie powinna być szara, burzliwa woda, nagle powstały pastwiska. Parę osób poszło piechotą na ląd i z powrotem. W tym roku nie musieli przypinać raków, gdyż śnieg zamarzł na twardą, migotliwą skorupę. Mogliby nawet wypić szklaneczkę whisky, pomyślała Stella, lecz nie u Dorrit. Tawerna spaliła się do cna w roku 1958.

A Bill pokazał się jej cztery razy.

- Powinnaś już do nas przyjść, Stello. Pójdziemy razem, co ty na to? - zagadnął pewnego razu.

Nie mogła odpowiedzieć. Wcisnęła pięść do ust.
- Tutaj miałam wszystko, czego mi było trzeba - wyjaśniłaby im. - Kiedyś radio, a teraz także telewizję; tylko tego chcę od świata zza Cieśniny. Mam ogród. A homary? Na naszej kuchni zawsze stał garnek potrawki z homara. Chowaliśmy go do spiżarki, kiedy odwiedzał nas pastor, żeby nie wiedział, że jemy "zupę biedaków".

Widziałam już dobrą i złą pogodę, a jeśli czasem się zastanawiałam, jak by to było, gdybym weszła do sklepu Searsa, zamiast zamawiać wszystko z katalogu, albo gdybym kupowała w tych sklepach, które widziałam w telewizji, zamiast chodzić do tutejszego sklepiku lub wysyłać Aldena po specjalne sprawunki, jak na przykład kapłon na Boże Narodzenie czy szynka na Wielkanoc... i nawet jeśli zapragnęłam, choćby raz, stanąć na Congress Street w Portland i przyglądać się ludziom w samochodach i na chodnikach, których już w pierwszej chwili zobaczyłabym więcej niż na całej wyspie... jeśli kiedykolwiek tego pragnęłam, to bardziej pragnęłam żyć tutaj. Nie jestem szalona. Nawet nie zdziwaczałam, przynajmniej jak na kobietę w moim wieku. Matka mówiła czasami: "Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu" i wierzę w to z całej siły. Wierzę, że lepiej zaorać spłachetek ziemi głęboko niż całe pole płytko.

To mój dom. Kocham go.
Pewnego dnia w połowie marca, gdy niebo było bezbarwne i nieokreślone jak niepamięć, Stella Flander po raz ostatni usiadła w kuchni, po raz ostatni zasznurowała cholewki bucików na chudych łydkach i po raz ostatni okręciła szyję szalikiem z jaskrawoczerwonej wełny (prezent od Hattie na gwiazdkę trzy lata temu). Włożyła pod sukienkę długie kalesony i podkoszulek Aldena; gumka podeszła jej aż pod zwiędłe piersi, podkoszulek sięgał prawie do kolan.

Na zewnątrz wiatr znowu zaczął zawodzić, a w radiu powiedzieli, że po południu spadnie śnieg. Stella włożyła płaszcz i rękawiczki. Po chwili zastanowienia naciągnęła na nie jeszcze wielkie rękawice Aldena; jej syn już wyzdrowiał i rano razem z Harleyem Bloodem poszedł naprawić okiennicę Missy Bowie, która urodziła dziewczynkę. Stella ją widziała - nieszczęsna kruszyna wyglądała jak skóra zdjęta z ojca.

Stella przystanęła na chwilę przy oknie, spoglądając na cieśninę i Bill oczywiście tam był, tak jak się spodziewała. Stał w połowie drogi pomiędzy wyspą i Głową - na powierzchni Cieśniny jak Jezus chodzący po falach - machał rękami i dawał jej znaki, że jeśli w ogóle zamierza kiedykolwiek postawić stopę na lądzie, to powinna się zbierać.

- Skoro tego chcesz - szepnęła z trwogą. - Bóg widzi, że nie moja to wola.

Ale wiatr przemówił innymi słowami. Chciała to zrobić. Chciała przeżyć tę przygodę. Ta zima była dla niej bolesna - reumatyzm, który ją czasem nawiedzał, zaatakował z całą zaciekłością, rozgorzał w stawach jej palców i kolan czerwonym ogniem i błękitnym lodem. Zaczęła gorzej widzieć na jedno oko (i zaledwie parę dni temu Sarah wspomniała - z pewnym skrępowaniem - że czerwona plamka na twarzy, która pojawiła się, gdy Stella skończyła sześćdziesiątkę, zaczęła się gwałtownie powiększać). A co najgorsze, znowu pojawił się ten rozdzierający ból żołądka; dwa dni temu obudziła się o piątej rano, przekuśtykała po lodowatej podłodze do łazienki i bluznęła do miski klozetowej wielkim strumieniem jaskrawoczerwonej krwi. Dziś rano znowu czuła ten smak, żelazisty i dziwnie przerażający.

Przez ostatnie pięć lat ból pojawiał się i znikał, czasami lżejszy, czasami gorszy, a ona niemal od początku wiedziała, że to musi być rak. To on zabrał jej matkę, ojca i ojca matki. Żadne z nich nie dożyło siedemdziesiątki, więc Stella uważała, że i tak oszukała tych grabarzy z ubezpieczeń, co tylko wypatrują ludzkiej śmierci.

- Mamo, jesz jak drwal - powiedział Alden z uśmiechem wkrótce po tym, jak bóle się zaczęły, a ona po raz pierwszy zauważyła krew w porannym stolcu. - Nie wiesz, że takie starowiny powinny ledwie co dziubać?

- Uważaj, bo cię trzepnę - zagroziła, podnosząc rękę na swego siwowłosego syna, który odchylił się z udawanym przestrachem i krzyknął: - Nie, cofam wszystko!

Tak, jadła dużo, nie dlatego że miała ochotę, lecz ponieważ wierzyła (jak wiele osób z jej pokolenia), że dobrze nakarmiony rak odchodzi. I może była to skuteczna metoda, przynajmniej przez jakiś czas, bo krew w stolcu pojawiała się i znikała, a zdarzały się też długie okresy, kiedy wcale jej nie było. Alden przyzwyczaił się, że matka zawsze brała dokładkę (lub dwie, gdy ból stawał się szczególnie dotkliwy), lecz nigdy nie przytyła ani o pół kilo.

Teraz wydawało się, że rak wreszcie pokonał to, co żabojady nazwałyby piece de resistance.

Ruszyła do drzwi; jej spojrzenie padło na czapkę Aldena, tę z futrzanymi nausznikami, wiszącą na kołku przy drzwiach. Włożyła ją - nasunęła się jej aż na siwe brwi - i obejrzała się po raz ostatni, by sprawdzić, czy niczego nie zapomniała. Ogień pod kuchnią ledwie się tlił. Alden znowu za bardzo otworzył szyber - ciągle go napominała, ale to było coś, czego jej syn miał się już nigdy nie nauczyć.

- Kiedy odejdę, co zimę będziesz marnować ćwierć sągu - mruknęła, otwierając drzwiczki paleniska. Spojrzała i wydala cichy, przerażony jęk. Zatrzasnęła drzwiczki, drżącymi palcami poprawiła szyber. Przez chwilę... przez jedną chwilę wydawało się jej, że widzi wśród węgli swoją starą przyjaciółkę Annabelle Frane. Tak, to była jej twarz, jak żywa, nie zabrakło nawet myszki na policzku.

I czyżby Annabelle do niej mrugnęła?

Przyszło jej do głowy, że powinna zostawić Aldenowi wiadomość z wyjaśnieniem, dokąd poszła, ale potem pomyślała, że może sam to zrozumie, na swój powolny sposób.

Z listem układającym się w jej głowie - od pierwszego dnia zimy widywałam twojego ojca i mówił, że umieranie nie jest takie straszne, przynajmniej tak mi się wydaje - wkroczyła w ten bezbarwny dzień.

Wiatr szarpnął nią mocno; musiała mocniej nasadzić czapkę na głowę, zanim jakiś podmuch zdołałby ją porwać i potoczyć, jakby dla zabawy. Zimno odnajdywało każdą malutką szparkę w odzieniu i wkręcało się w nią, wilgotne marcowe zimno z odrobiną mokrego śniegu. Stella zaczęła schodzić po zboczu ku zatoczce, ostrożnie stąpając po betonowych płytach, które rozłożył tu George Dinsmore. Niegdyś George pracował jako kierowca pługu śnieżnego w mieście na Głowie Szopa, ale w siedemdziesiątym siódmym upił się żytniówką i przejechał pługiem nie po jednym, nie po dwóch, lecz po trzech słupach wysokiego napięcia. Przez pięć dni na Głowie panowały ciemności. Stella pamiętała, jak dziwnie było spojrzeć przez Cieśninę i zobaczyć jedynie czerń. Wzrok przyzwyczaił się do widoku tego dziarskiego gniazdka światełek. Teraz George pracował na wyspie, a ponieważ nie było tu żadnego pługa, nie zdołał narobić zbyt wiele szkód.

Mijając dom Russela Bowie, ujrzała wyglądającą z okna Missy, bieluteńką jak mleko. Stella pomachała do niej. Missy odpowiedziała tym samym.
Mogłaby im powiedzieć tak:

- Na naszej wyspie zawsze trzymaliśmy z sobą. Kiedy Gerdowi Henreidowi pękło naczynie krwionośne w piersi, przez cale lato urządzaliśmy zbiórki pieniędzy, żeby miał czym zapłacić za operację w Bostonie... i Gerd wydobrzał, chwała Bogu. Kiedy George Dinsmore przewrócił te trzy słupy i Hydro zajęła mu dom, dopilnowaliśmy, żeby dostała swoje pieniądze, a George taką pracę, żeby starczyło mu na papierosy i wódkę... bo niby czemu nie? Po skończeniu pracy nie nadawał się do niczego innego, choć w dzień potrafił harować jak wół. Wtedy narobił sobie kłopotów, ponieważ to była noc, a w nocy zawsze pił. Ojciec dawał mu jedzenie. A teraz Missy Bowie została sama z niemowlęciem. Może tu zostanie i będzie żyć z zasiłku. I choć tego pewnie byłoby za mało, na pewno otrzymałaby pomoc, której potrzebuje. Chyba w końcu wyjedzie, ale jeśli zostanie, nie umrze z głodu... i słuchajcie, jeśli zostanie, być może uda się jej zatrzymać coś z tego małego świata z małą cieśniną po jednej i wielką cieśniną po drugiej stronie, coś, co mogłaby łatwo zgubić, pracując w kuchni w Lewiston, sprzedając pączki w Portland czy napoje w Sashville North w Bangor. A jestem na tyle stara, żeby wam powiedzieć prosto z mostu, czym mogłoby być to coś: sposobem bycia i życia - prawdziwym uczuciem.

Potrafili trzymać ze sobą także w inny sposób, ale tego by im nie powiedziała. Dzieci by tego nie zrozumiały, tak jak Lois i David, choć Jane znała prawdę. Dziecko Normana i Ettie Wilson urodziło się z chorobą zwaną mongolizmem; jego małe śliczne stopki były wykrzywione do wewnątrz, łysa czaszka obrzmiała i nierówna, paluszki złączone błoną, jakby zbyt długo pływało w swej wewnętrznej cieśninie. Wielebny McCracken ochrzcił je, następnego dnia przybyła Mary Dodge, która już wtedy przyjęła ponad sto porodów, a Norman zabrał żonę na brzeg, żeby zobaczyła nową łódź Franka Childa. I choć Ettie prawie nie mogła chodzić, poszła bez słowa skargi. W drzwiach jeszcze się odwróciła, by spojrzeć na Mary Dodge, siedzącą spokojnie z robótką nad kołyską niedorozwiniętego dziecka. Mary podniosła głowę, a gdy ich spojrzenia się spotkały, Ettie wybuchnęła płaczem.

- Dajże spokój - powiedział Norman z rozdrażnieniem. - No, Ettie, dajże już spokój.

A kiedy wrócili po godzinie, dziecko nie żyło. To się zdarza, śmierć w kołysce - prawdziwa łaska, że nie cierpiało. Wiele lat wcześniej, przed wojną i podczas Wielkiego Kryzysu, trzy dziewczynki zostały napadnięte, gdy wracały ze szkoły... nie stało się im nic wielkiego, przynajmniej nie tam, gdzie można było zobaczyć ranę lub siniak, a wszystkie mówiły o pewnym mężczyźnie. Chciał im pokazać cudowną talię, w której na każdej karcie widniał pies innej rasy. Miał to zrobić pod warunkiem, że dziewczynki pójdą z nim w krzaki, a kiedy już tam byli, powiedział:

- Ale najpierw musicie dotknąć tego.

Jedną z tych dziewczynek była Gen Symes, którą w 1978 roku wybrano Nauczycielem Roku stanu Maine za pracę w liceum w Brunszwiku. I Gen, pięcioletnia, powiedziała ojcu, że ów mężczyzna nie miał paru palców na jednej dłoni. Druga dziewczynka to potwierdziła, trzecia nic nie pamiętała. Stella przypomniała sobie, że tego lata Alden wyszedł pewnego burzliwego dnia nie mówiąc jej, dokąd się wybiera, choć go pytała. Spoglądała za nim z okna i przekonała się, że na końcu ścieżki spotkał się z Bullem Symesem, przy zatoczce zaś dołączył do nich Freddy Dinsmore, gdzie zobaczyła też własnego męża, którego wysłała jak co dzień do pracy z paczką jedzenia pod pachą. Przyszli też inni mężczyźni, a kiedy wreszcie ruszyli, naliczyła ich prawie tuzin. Pomiędzy nimi znajdował się także poprzednik wielebnego McCrackena. Tego wieczoru u stóp Cypla Slydera znaleziono niejakiego Danielsa, w tym miejscu, gdzie skały wystają z wody niczym zęby smoka, który zatonął z otwartą paszczą. Ten Daniels był robotnikiem, którego Duży George Havelock wynajął do położenia nowych progów i wymiany silnika w furgonetce model A. Pochodził z New Hampshire i był prawdziwym czarusiem; potrafił sobie znaleźć inne zajęcia, gdy się uporał z robotą u Havelocka... a w kościele śpiewał najgłośniej ze wszystkich! Uznano, że musiał wejść na szczyt cypla, pośliznął się i spadł, koziołkując, aż na dno. Miał złamany kark i dziurę w głowie. Ponieważ nikt nie znał jego bliskich, pochowano go na wyspie, a poprzednik wielebnego McCrackena wygłosił mowę pogrzebową, w której mówił, że dobry był robotnik z tego Danielsa, choć brakowało mu dwóch palców u prawej ręki. Potem zakończył modły i żałobnicy poszli do piwnicy ratusza, gdzie pili poncz i jedli kanapki z topionym serem. Stella nigdy nie spytała mężczyzn, gdzie byli, kiedy Daniels spadł z Cypla Slydera.

- Dzieci - powiedziałaby - zawsze pomagaliśmy sobie nawzajem. Musieliśmy, gdyż w tamtych czasach Cieśnina była szeroka, a kiedy zrywał się wicher, fale biły o brzeg i wcześnie zapadał mrok, no cóż, wtedy czuliśmy się bardzo mali... jak pyłki kurzu przed oczami Boga. Więc to naturalne, że trzymaliśmy się razem, wszyscy za jednego.

Trzymaliśmy się razem, dzieci, a jeśli czasami zdarzało się nam zastanawiać, po co to wszystko albo czy miłość w ogóle istnieje, to tylko dlatego, że słyszeliśmy wicher i fale podczas długich zimowych nocy... i zdejmował nas strach.

Nie, nigdy nie czułam potrzeby, by opuścić wyspę. Tutaj było moje życie. W tamtych czasach Cieśnina była szersza.


Stella dotarła do zatoczki. Spojrzała w lewo i prawo, a wiatr trzepotał jej suknią niczym flagą. Gdyby zauważyła tu kogoś, poszłaby dalej i spróbowała szczęścia na skałach, choć były zaszklone lodem. Ale nie ujrzała nikogo, więc ruszyła wzdłuż przystani, obok szopy na łodzie starego Symesa. Zatrzymała się na brzegu, wysoko uniosła głowę. Przez nauszniki Aldena wycie wiatru wydawało się cichsze.

Bill tam był i kiwał do niej ręką. Za nim, za Cieśniną, widziała kościół na Głowie Szopa, z wieżyczką niemal niewidzialną na tle białego nieba.

Usiadła, stęknąwszy, na krawędzi przystani i zeszła na zmarzniętą skorupę w dole. Jej buty zapadły się nieco w śniegu, choć niezbyt głęboko. Znowu poprawiła czapkę Aldena - jakże ten wiatr starał się ją zdmuchnąć! - i zaczęła iść ku Billowi. Przyszło jej do głowy, że mogłaby spojrzeć za siebie, ale nie zrobiła tego. Jej serce by chyba tego nie zniosło.

Szła, słuchając chrupania lodu pod podeszwami butów. Bill ciągle tam był, nieco dalej, lecz nadal do niej machał. Odkaszlnęła, splunęła krwią na biały śnieg na lodzie. Cieśnina otworzyła się szeroko po jednej stronie i Stella po raz pierwszy w życiu odczytała bez pomocy lornetki Aldena napis "Przynęty i łodzie Stantona". Widziała samochody na głównej ulicy Głowy i pomyślała z prawdziwym zdumieniem: "Mogą jechać, gdzie się im tylko spodoba... do Portland... Bostonu... Nowego Jorku. Coś podobnego!". I prawie zapragnęła pójść w ich ślady, niemal ujrzała drogę, która biegnie przed siebie, a wszelkie granice stoją otworem.

Płatek śniegu zatańczył jej przed oczami. Potem drugi. I trzeci. Wkrótce zaczęło prószyć na dobre; szła przez przyjemny świat pełen wirującej bieli, a Głowa Szopa prześwitywała zza ażurowej białej firanki. Stella poprawiła czapkę Aldena - z daszku osunęła się warstewka śniegu i zasypała jej oczy. Wiatr podrywał świeży śnieg z ziemi i tworzył z niego przezroczyste kształty, a w jednym z nich ujrzała Carla Abershama, który zatonął wraz z mężem Hattie Stoddard na "Tancerce".

Ale wkrótce blask zaczął przygasać, w miarę jak śnieg padał coraz gęściej. Główna ulica Głowy zacierała się, zacierała... aż zupełnie znikła. Nieco dłużej było widać krzyż na dachu kościoła, lecz potem i on się rozwiał jak sen. Ostatni zatarł się żółto-czarny szyld z napisem "Przynęty i łodzie Stantona", u którego można było kupić także olej silnikowy, lep na muchy, włoskie kanapki i budweisera.

Teraz Stella szła w świecie zupełnie pozbawionym koloru, szarobiałym śnie o śniegu. Jak Jezus chodzący po falach, pomyślała i wreszcie się odwróciła, lecz wyspa także już znikła. Widać było tylko ślady jej butów, coraz mniej wyraźne, aż wreszcie zostały z nich tylko podkówki obcasów... a potem nie było już nic. Zupełnie nic.

Oślepił cię śnieg, pomyślała. Musisz uważać, Stello, bo nigdy nie dojdziesz do lądu. Będziesz zataczać wielkie kręgi, aż się zmęczysz i zamarzniesz tu na śmierć.

Bill powiedział jej, że kiedy się zabłądzi w lesie, trzeba utykać na tę nogę, która jest sprawniejsza. W przeciwnym razie zacznie ona prowadzić i człowiek będzie krążyć bez celu, nawet o tym nie wiedząc, dopóki nie wróci na własne ślady. Stella nie mogła dopuścić, by coś takiego się jej przytrafiło. Śnieg padał poprzedniego dnia, będzie też padać następnego, tak powiedzieli w radiu, a oszołomiona tą bielą nie wiedziałaby nawet, że wróciła na własne ślady, gdyż wiatr i śnieg wymazałyby je na długo przedtem, zanim zdążyłaby je zobaczyć.

Mimo dwóch par rękawiczek ręce zaczęły jej drętwieć. Stóp dawno już nie czuła. W zasadzie przyniosło jej to ulgę, gdyż odrętwienie uśpiło wiecznie czujny reumatyzm.

A więc zaczęła kuleć, zmuszając lewą nogę do cięższej pracy. Reumatyzm w kolanach nie dał się oszukać i po chwili odezwał się gromko. Białe włosy Stelli trzepotały na wietrze. Wargi uniosły się, odsłaniając zęby (ciągle miała własne, z wyjątkiem czterech), a ona patrzyła prosto przed siebie, czekając, aż z wirującej bieli wyłoni się żółto-czarny znak.

Nie zobaczyła go.

Po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że świetlista biel zaczyna przygasać, zmieniać się w bardziej mdłą szarość. Śnieg ciągle padał, jeszcze gęstszy, coraz większymi płatami. Jej stopy nadal mocno trzymały się podłoża, lecz musiała brnąć przez dziesięciocentymetrową warstwę śniegu. Spojrzała na zegarek; stanął. Zdała sobie sprawę, że tego ranka po raz pierwszy od dwudziestu czy trzydziestu lat zapomniała go nakręcić. A może po prostu się zepsuł? Należał do jej matki i dwa razy wysyłała z nim Aldena na Głowę Szopa, gdzie pan Dostie najpierw zachwycał się mechanizmem, a potem go czyścił. Przynajmniej jej zegarek był na lądzie.

Pierwszy raz upadła na jakiś kwadrans przed tym, gdy zauważyła nadciągającą szarość. Przez chwilę stała na czworaka i myślała, że dobrze by było tu zostać, zwinąć się w kłębek i słuchać wiatru, lecz potem determinacja zwyciężyła, więc zebrała wszystkie siły i wstała, krzywiąc się z bólu. Stanęła pośród wichru, spojrzała przed siebie, siłą woli zmuszając oczy, by ujrzały... ale nie widziały niczego.

Wkrótce będzie ciemno.

Zatem zmyliła drogę. Gdzieś musiała skręcić. W przeciwnym razie już by widziała ląd. A jednak nie mogła uwierzyć, że straciła orientację do tego stopnia, że zaczęła iść równolegle do brzegu lub nawet z powrotem. Wewnętrzny nawigator w jej głowie szeptał, iż za bardzo zboczyła na lewo. Mimo to sądziła, że nadal zbliża się do lądu, tylko po skosie.

Nawigator chciał, żeby skręciła na prawo, ale ona tego nie zrobiła. Ruszyła prosto przed siebie, lecz przestała udawać, że kuleje. Złapał ją spazm kaszlu; splunęła na śnieg jaskrawą czerwienią.

Dziesięć minut później (szarość bardzo już zgęstniała i Stella poczuła, że znajduje się w dziwnym zmroku burzy śniegowej) znowu upadła, chciała się podnieść, z początku bez skutku, wreszcie stanęła chwiejnie, mając tylko tyle sił, by utrzymać się na porywistym wietrze. Fale osłabienia przepływały jej przez głowę, która na przemian wydawała się ciężka i lekka.

Być może ryk, który słyszała, nie całkiem był rykiem wiatru, lecz to z całą pewnością wiatr zdołał wreszcie zerwać jej z głowy czapkę Aldena. Rzuciła się w pogoń, ale wicher odsunął tanecznym ruchem czapkę, która wesoło potoczyła się przed siebie, daleko, daleko, plama jaskrawego oranżu w narastającej szarości. Upadła na śnieg, znowu się uniosła, zniknęła. Teraz włosy Stelli swobodnie trzepotały wokół jej głowy.

- Nic się nie stało - powiedział Bill. - Weź moją.



1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna