Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona47/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

Całą sprawę zakończyło ostatecznie to, że Jane zgodziła się, by Gertruda przyprowadzała ze sobą syna, dopóki jej sprawy jakoś się nie ułożą. Lub póki Reg nie odkryje, co się dzieje, a kiedyś musiał to odkryć.

Jane miała nawet nadzieję, że może jednak Reg się tym nie przejmie, w końcu ostatnio był bardzo miły i całkiem rozsądny. Z drugiej strony mógł protestować i wtedy trzeba byłoby wszystko układać inaczej. Gertruda odparła, że doskonale to rozumie. Jane tylko poprosiła ją, żeby, na miłość boską, chłopiec nie dotykał żadnej z rzeczy Rega. Gertruda zapewniła, że nawet się do nich nie zbliży, a drzwi do pracowni pana są i pozostaną zamknięte.

Thorpe musiał przekradać się przez dwa podwórka jak zwiadowca przez ziemię niczyją. Zobaczył, że Jane i Gertruda piorą w kuchni bieliznę pościelową. Chłopca z nimi nie było. Więc dalej przekradał się pod ścianami. Sypialnia - pusta. Jadalnia - pusta. Pracownia - tak, Reg, chory, tam właśnie spodziewał się znaleźć Jimmy'ego i tam go odnalazł. Twarz chłopca wręcz płonęła z ciekawości i Reg z pewnością uwierzył, iż trafił w końcu na zdeklarowanego agenta ICH.

Chłopiec trzymał w ręku coś w rodzaju miotacza promieni śmierci. Celował nim w biurko, a z maszyny - i Reg to słyszał - krzyczał Rackne.

Pewnie myślicie sobie, że opisuję subiektywne uczucia człowieka, który już nie żyje, lub - żeby określić to bardziej bezceremonialnie - po prostu zmyślam. Nie. Jane i Gertruda słyszały z kuchni warkot plastikowego "kosmicznego miotacza", z którego Jim strzelał od czasu, gdy w ogóle zaczął przychodzić do tego domu. Jane żyła z dnia na dzień wyłącznie nadzieją, że baterie wreszcie się wyczerpią. Nikt nie mógł mieć najmniejszej nawet wątpliwości, skąd dochodził terkot. To musiała być pracownia Rega.

Ten mały był chyba rzeczywiście materiałem na niezłego rzezimieszka. W całym domu zabroniono mu wchodzenia do jednego, jedynego pokoju, więc musiał oczywiście tam wleźć, inaczej umarłby z ciekawości. Szybko odkrył, że Jane trzyma klucz do pracowni na półeczce nad kominkiem w pokoju gościnnym. Czy bywał tam przedtem? Myślę, że tak. Jane mówiła, że trzy lub cztery dni wcześniej dała chłopcu pomarańczę, a nazajutrz, podczas sprzątania, znalazła skórki pod kanapą w pracowni. Reg nie jadł pomarańczy. Twierdził, że jest na nie uczulony.

Jane rzuciła powłoczkę, którą właśnie prała, z powrotem do zlewu i pobiegła do pracowni. Słyszała głośne "Pah! Pah! Pah!" miotacza i krzyk chłopca: "Mam cię! Nie uciekniesz! Widzę cię!". I twierdziła, że słyszała... słyszała... krzyk. Wysoki, jękliwy krzyk tak pełen bólu, że niemal nie do zniesienia.

"Kiedy to usłyszałam - powiedziała mi - wiedziałam już, że będę musiała odejść od Rega niezależnie od tego, co się stało, że opowieści starych bab są prawdziwe, że szaleństwem można się zarazić. Słyszałam Rackne - powiedziała - ten wstrętny chłopak mordował Rackne, mordował go plastikowym «kosmicznym miotaczem» za dwa dolary.

Drzwi do pracowni były otwarte, a klucz tkwił w zamku. Dopiero później zauważyłam krzesło przysunięte do kominka i ślady butów Jimmy'ego na siedzeniu. Jimmy stał przy stoliku pod maszynę - stary, biurowy model z zakładanym na wałek szklanym ochraniaczem. Przycisnął lufę do szkła i strzelał: «Pah! Pah! Pah!» - błyskało czerwone światełko i nagle zrozumiałam wszystko, co Reg mówił mi o elektryczności, ta zabawka działała przecież na zwykłe baterie, a ja czułam fale bólu wypływające z niej i przepalające mi mózg.

«Widzę cię! - krzyczał Jimmy z pięknym, a zarazem obrzydliwym wyrazem błogości na twarzy. - Nie uciekniesz przed Kapitanem Future! Tyś już zdechł, ty, obcy!».

I ten krzyk... wrzask... jęk... coraz słabszy... cichszy...

«Jimmy, dość!» - krzyknęłam.

Aż podskoczył. Zaskoczyłam go. Spojrzał na mnie, przygryzł wysunięty z podniecenia język i znów przycisnął lufę miotacza do szkła, znów zaczął strzelać "Pah! Pah! Pah!" i to straszne, fioletowe światło...

Gertruda biegła przez korytarz, wrzeszcząc, że ma natychmiast przestać, obiecywała mu lanie, jakiego nie dostał w życiu... i wtedy drzwi frontowe nagle się otworzyły i na progu stanął Reg. Krzyczał. Wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, że jest szalony. W ręku trzymał rewolwer.

«Nie zastrzelisz go!» - pisnęła Gertruda i próbowała złapać Rega za rękę. Prawie nie zwrócił na nią uwagi, tylko uderzył ją kolbą i odepchnął.

Jimmy chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje. Po prostu dalej strzelał w maszynę. Widziałam fioletowe światło migające w jej ciemnym wnętrzu; wyglądało jak taki elektryczny łuk, na który nie wolno patrzeć bez specjalnych okularów, bo można uszkodzić sobie źrenice i oślepnąć na całe życie.

Reg przepchnął się do pokoju odpychając mnie siłą i krzycząc: «RACKNE! RACKNE! ZABIJASZ RACKNE!».

A kiedy Reg biegł przez pokój, najwyraźniej mając zamiar zabić dziecko - mówiła mi Jane - miałam jeszcze czas, żeby się zastanowić, ile razy ten dzieciak właził wcześniej do tego pokoju, ile razy mógł już strzelać do maszyny: «Pah! Pah! Pah!», kiedy ja z Gertrudą słałyśmy łóżka albo wieszałyśmy pranie za domem i nic nie słyszałyśmy... ani strzałów, ani krzyków tej... tego... tego fornita, który mieszkał w maszynie.

Jimmy nie przestał nawet wtedy, kiedy krzyczący coś Reg prawie sięgał go ręką, po prostu strzelał dalej, tak jakby wiedział, że ma ostatnią szansę, i do tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, że być może Reg miał rację, być może ONI istnieją naprawdę, może po prostu unoszą się wokół nas, a od czasu do czasu nurkują w głąb czyjejś głowy jak skoczek robiący podwójne salto z wieży, zmuszają kogoś do zrobienia za nich brudnej roboty i uciekają, a ten ktoś otwiera szeroko oczy i mówi: «Co? Ja? Że co zrobiłem?».

Sekundę przedtem, nim Reg zdążył interweniować, wydobywający się z maszyny do pisania skrzek zmienił się krótki, straszliwy wrzask i zobaczyłam krew rozbryzgującą się na szklanej osłonie wałka, jakby coś w środku po prostu eksplodowało. Zupełnie jak, o czym mówi się często, żywe zwierzę zamknięte w kuchence mikrofalowej. Wiem, że brzmi to jak zwierzenia wariatki, ale widziałam krew; prysła na szkło i zaczęła po nim ściekać.

«Trafiłem - powiedział bardzo szczęśliwy Jimmy. - Dosta...».

Reg złapał go i przerzucił przez cały pokój. Plastikowy miotacz upadł na podłogę i przełamał się. Tak, oczywiście, był to tylko plastik i baterie.

Reg spojrzał na maszynę i krzyknął. Nie był to krzyk bólu ani gniewu, choć brzmiał w nim gniew, nie - był to krzyk dojmującego żalu. Obrócił się tam, gdzie leżał chłopiec; Jimmy upadł na podłogę i kimkolwiek był przedtem, jeśli w ogóle był kimkolwiek innym niż dość przewrotnym i bardzo nieposłusznym chłopcem, to na podłodze leżał już tylko śmiertelnie przerażony sześciolatek. Reg podniósł rękę z rewolwerem i to już wszystko, co pamiętam".

Redaktor wypił resztkę coli i ostrożnie odstawił puszkę.

- Gertruda Rulin i Jimmy Rulin opowiedzieli resztę. Jane krzyknęła: "Reg! Nie!", a kiedy się obejrzał, skoczyła i złapała go za rękę.

Strzelił i zgruchotał jej łokieć, ale go nie puściła. Szarpali się i Gertruda zdążyła zawołać syna, który pozbierał się już z podłogi.

Reg odepchnął jednak żonę i strzelił jeszcze raz. Kula otarła się o jej skroń, parę milimetrów w prawo i byłoby po wszystkim. Nie ma co do tego wątpliwości i nie ma wątpliwości, że gdyby nie interwencja Jane Thorpe, Reg z pewnością zabiłby Jima, a najprawdopodobniej także jego matkę.

W końcu i tak postrzelił chłopca, akurat zdążył, nim mały znikł za drzwiami w objęciach matki. Lecąca z góry na dół kula trafiła go w pośladek i wyszła przez udo, omijając kość. Utkwiła w łydce Gertrudy. Polało się sporo krwi, ale nikt nie został poważnie poszkodowany.

Gertruda zatrzasnęła drzwi pracowni i uciekła na dwór, niosąc zanoszącego się płaczem, krzyczącego syna.

Albo Jane już była nieprzytomna, albo rozmyślnie wolała zapomnieć o tym, co nastąpiło później. Reg usiadł przy maszynie i przyłożył lufę do czoła. Pociągnął za spust. Kula nie przeleciała wokół czaszki, żeby utkwić w ścianie, i nie trafiła w mózg tak, by zrobić z niego żywą roślinę. Fantazja może być, że tak powiem, elastyczna, ten ostatni pocisk był jednak tak twardy, jak powinien. Na maszynę upadła głowa martwego pisarza.

Kiedy na miejscu pojawiła się policja, zobaczyła taką oto scenę:

Jane siedziała w kącie, półprzytomna.

Maszyna pokryta była krwią i najprawdopodobniej również pełna krwi - rany głowy nie należą do najczystszych.

Cała krew była grupy "O".

Grupy Rega.

Panie i panowie, to wszystko. Nie mam nic więcej do powiedzenia. - Głos redaktora zamarł w ochrypłym szepcie.

Nie było zwykłych po przyjęciu rozmówek. Nie było trochę może niezręcznej, lecz zawsze błyskotliwej wymiany zdań, służącej zagadaniu popełnionej w czasie zabawy niedyskrecji lub co najmniej zamaskowaniu tego, że rozmowa zeszła na zbyt poważne tory. Lecz pisarz, odprowadzając redaktora do samochodu, nie mógł powstrzymać się od zadania mu ostatniego, najważniejszego pytania.

- Opowiadanie - powiedział. - Co się stało z opowiadaniem?

- Myślisz o...

- "Balladzie o celnym strzale". Tak. To przecież od niej się zaczęło. To ona przecież oddała ten celny strzał, jeśli nie w niego, to przynajmniej w ciebie. Co stało się z tym cholernym opowiadaniem, które było aż tak dobre?

Redaktor otworzył drzwi małej niebieskiej chevette. Na zderzaku błysnęła nalepka: "Przyjaciele nie pozwalają przyjaciołom prowadzić po pijaku".

- Nikt go nigdy nie opublikował. Jeśli Reg miał kopię, zniszczył ją pewnie zaraz po tym, gdy dowiedział się, że je opublikuję. Biorąc pod uwagę jego paranoiczne fantazje na ICH temat, wydaje się to całkiem prawdopodobne.

Ja miałem oryginał i trzy kserokopie. Wszystkie cztery egzemplarze wylądowały w Jackson River wraz z samochodem. Spakowane w kartonowe pudło. No, tak. Gdybym je włożył do bagażnika, pewnie by ocalały - tył samochodu w ogóle nie zanurzył się w wodzie, a nawet gdyby się zanurzył, kartki przecież można suszyć. Ale ja chciałem mieć "Balladę..." blisko siebie, więc jechała na siedzeniu. Kiedy wpadłem do rzeki, okna były otwarte. Przypuszczam, że po prostu popłynęła. Do morza. Wolę wierzyć, że było właśnie tak, że nie zgniła w leżącym na dnie wraku, że nie pożarły jej ryby, że nie zdarzyło się jej coś... nieestetycznego. Wierzyć, ze popłynęła do morza, jest znacznie przyjemniej, choć to trochę mniej prawdopodobne, ale w kwestiach tego, w co chcę wierzyć, a w co nie - jestem jeszcze ciągle wystarczająco elastyczny. Że tak powiem.

Redaktor wsiadł do swojego małego samochodziku i odjechał. Pisarz stał i patrzył za nim, póki czerwone światełka nie mrugnęły, rozpływając się w mroku. Później odwrócił się i zobaczył żonę stojącą w ciemności na szczycie schodów, uśmiechającą się do niego trochę nieśmiało. Ręce mocno splatała na piersiach, choć noc była raczej ciepła.

- Zostaliśmy tylko my - powiedziała. - Chodź do domu.

- Oczywiście.

A kiedy wchodzili po schodach, zatrzymała się nagle i spytała:

- Paul, w twojej maszynie nie ma fornitów, prawda? Pisarz, który czasem... często... zastanawiał się nad tym, skąd właściwie biorą się słowa, odpowiedział bohatersko: "Nie".

Weszli do domu, trzymając się za ręce, i zamknęli drzwi przed otaczającą ich nocą.
Przełożył

Krzysztof Sokołowski


CIEŚNINA
- W tamtych czasach Cieśnina była szersza - powiedziała Stella Flanders do swoich prawnuków ostatniego lata swego życia, tego lata, gdy zaczęła widywać duchy. Dzieci spojrzały na nią szeroko rozwartymi, zdumionymi oczami i nawet jej syn Alden wrócił z ganku, gdzie strugał kawałki drewna. Była niedziela, a w niedzielę Alden nie wyruszał na połów, bez względu na cenę homarów.

- Jak to, babciu? - spytał Tommy, ale stara kobieta nie odpowiedziała. Siedziała w milczeniu na bujanym fotelu przy wygasłej kuchni, a jej kapcie stukały miarowo o podłogę.

Tommy zwrócił się do matki:

- O co babci chodzi?

Lois tylko pokręciła głową, uśmiechnęła się i wysłała dzieci do lasu, żeby nazbierały jagód.

Stella pomyślała: Ona zapomniała. A może nigdy nie wiedziała?

W tamtych czasach Cieśnina była szersza. I nikt nie wiedział o tym lepiej od Stelli Flanders. Urodziła się w 1884 roku, była najstarszą mieszkanką Wyspy Koziej i nigdy w życiu jej nie opuściła.
Czy kochasz? To pytanie ostatnio zaczęło ją nawiedzać, a nawet nie rozumiała, co ono znaczy.
Nadeszła jesień, zimna jesień z nieuniknionymi deszczami, które pomalowały drzewa na piękne kolory, na Wyspie Koziej i Głowie Szopa po drugiej stronie Cieśniny. W tym roku wiatr wyśpiewywał długie, zimne nuty, a każda z nich odzywała się echem w sercu Stelli.

Dziewiętnastego listopada, kiedy pierwszy śnieg zaczął prószyć z nieba barwy białego chromu, Stella obchodziła urodziny. Odwiedzili ją niemal wszyscy mieszkańcy wioski. Przyszła Hattie Stoddard, której matka umarła na zapalenie opłucnej w 1954 roku, a ojciec zatonął na "Tancerce" w 1941. Przybyli Richard i Mary Dodge - Richard wlókł się o lasce, niosąc w sobie reumatyzm, który toczył go jak niewidzialny pasożyt. Oczywiście zjawiła się też Sarah Havelock - jej matka Annabelle była najlepszą przyjaciółką Stelli. Razem chodziły do szkoły na wyspie, od pierwszej do ósmej klasy; Annabelle poślubiła Tommy'ego Frane'a (który w piątej klasie ciągnął ją za włosy i doprowadzał do łez) w tym samym czasie, gdy Stella wyszła za Billa Flandersa, który raz wytrącił jej podręczniki i rzucił je w błoto (ale ona zdołała się nie rozpłakać). Annabelle i Tommy już odeszli, a Sarah jako jedyna spośród siedmiorga ich dzieci pozostała na wyspie. Jej mąż, George Havelock, znany powszechnie jako Duży George, zginął straszną śmiercią na lądzie w głębi kraju w 1967 roku - był to rok, gdy nikt nie łowił ryb. Siekiera wymknęła mu się z ręki, było dużo krwi - okropnie dużo - i po trzech dniach pogrzeb na wyspie. Kiedy Sarah przyszła na przyjęcie i zawołała "Wszystkiego najlepszego, babciu!", Stella przytuliła ją mocno i zamknęła oczy

(czy, czy, czy kochasz?)

ale nie zapłakała.

Tort był wspaniały. Upiekła go Hattie ze swoją najlepszą przyjaciółką, Verą Spruce. Całe towarzystwo gromko odśpiewało "Sto lat", aż zagłuszało wycie wiatru... przynajmniej chwilami. Nawet Alden się dołączył, choć zwykle śpiewał tylko hymny w kościele. Opuścił głowę, a uszy mu poczerwieniały jak pomidory. Na torcie płonęło dziewięćdziesiąt pięć świeczek, a przez głosy śpiewających Stella słyszała zawodzenie wichru, choć słuch nie dopisywał jej już tak, jak niegdyś.

I mogłaby przysiąc, że wiatr powtarza jej imię.


- Nie jestem jedyna - powiedziałaby dzieciom Lois, gdyby tylko mogła. - Za moich czasów wiele osób żyto i umierało na wyspie. Nie było wtedy statków pocztowych; Bull Symes przynosił nam korespondencję, jeśli nadchodziła. I nie było też promu. Jeśli miałaś interesy na Głowie Szopa, twój stary brał cię na pokład łodzi. O ile wiem, na wyspie aż do 1946 roku nie mieliśmy kanalizacji. Pierwszą toaletę sprawił sobie syn Bulla, Harold, na drugi rok po tym, jak Bull umarł na atak serca podczas połowu. Pamiętam, jak go przynieśli do domu. Pamiętam, że był okręcony brezentem, spod którego wystawał jeden z tych jego zielonych butów. Pamiętam...

A oni by spytali: "Co, babciu? Co pamiętasz?".

Jakże mogłaby im odpowiedzieć? Czy było coś więcej?
Pierwszego dnia zimy, jakiś miesiąc po przyjęciu urodzinowym, Stella otworzyła tylne drzwi, żeby przynieść drewna na opał i znalazła na ganku martwego wróbla. Pochyliła się, ostrożnie wzięła go za nóżkę i przyjrzała mu się z bliska.

- Zamarzł - obwieściła, ale coś w niej wypowiedziało inne słowo. Minęło już czterdzieści lat, odkąd znalazła takiego zamarzniętego ptaka - w 1938 roku, wtedy gdy lód skuł Cieśninę.

Drgnęła, szczelniej otuliła się płaszczem i wrzuciła wróbla do starego zardzewiałego paleniska. Dzień był zimny. Niebo miało czysty, głęboki odcień szafiru. W nocy po jej urodzinach spadło osiem centymetrów śniegu, który stopniał i od tego czasu ziemia była naga.

- Niebawem nadejdą śniegi - oznajmił zdecydowanie Larry McKeen ze sklepu, jakby wyzywał zimę, by odważyła się pojawić.

Stella poszła do drewutni, nabrała naręcz drew i zaniosła je do domu. Jej cień, ostry i wyraźny, podążał za nią.

Kiedy znalazła się w miejscu, gdzie upadł zamarznięty wróbel, Bill do niej przemówił - choć przed dwunastu laty zabrał go rak.

- Stello - powiedział i zobaczyła jego cień tuż koło swego, dłuższy, lecz równie wyraźny, cień jego kaszkietu, dziarsko przekrzywionego na bakier, tak jak go zwykł nosić. Krzyk ugrzązł jej w gardle. Był zbyt wielki, by dosięgnąć ust.

- Stello - powtórzył Bill - kiedy przyjdziesz na ląd? Weźmiemy starego forda Norma Jolleya i pojedziemy do Freeport, tak dla zabawy. Co ty na to?

Odwróciła się gwałtownie, prawie gubiąc drwa, ale nikogo przy niej nie było. Zobaczyła tylko puste podwórze na pochyłym stoku, potem dziką oszronioną turzycę, a dalej, na krańcu wszystkiego, wyraźną, jakby powiększoną Cieśninę... i leżący za nią ląd.
- Babciu, co to jest Cieśnina? - mogłaby spytać Lona... choć nigdy nie spytała. A ona odpowiedziałaby definicją, którą każdy rybak zna jak pacierz: cieśnina to zbiornik wodny pomiędzy dwoma lądami, zbiornik, który jest otwarty po obu stronach. Łowcy homarów opowiadają sobie taki stary dowcip: jak posługiwać się kompasem, gdy opadnie mgła? Pomiędzy Jonesport i Londynem jest diabelnie wielka cieśnina.

- Cieśnina to woda pomiędzy wyspą i lądem - mogłaby dodać, dając dzieciom ciastka z melasą i gorącą herbatę z cukrem. - Tyle wiem na pewno. Jestem tego pewna, jak imienia mego męża... i sposobu, w jaki nosił kaszkiet.

- Babciu - powiedziałaby Lona. - Dlaczego nigdy nie przypłynęłaś na ląd?

A ona by odrzekła:

- Kochanie, nigdy nie miałam powodu, żeby się tam wybrać.
W styczniu, dwa miesiące po przyjęciu urodzinowym, Cieśnina zamarzła po raz pierwszy od 1938 roku. W radiu nadawali ostrzeżenia dla wyspiarzy i tych z lądu, żeby nie ufali lodowi, lecz Stevie McClelland i Russel Bowie wyszli z sankami po długiej popijawie i oczywiście lód się pod nimi załamał. Stevie zdołał się wydostać na powierzchnię (choć w wyniku odmrożeń stracił stopę), ale Cieśnina zabrała Russela Bowiego i nigdy go nie oddała.
Dwudziestego piątego stycznia odbyło się nabożeństwo za duszę Russella. Stella poszła na nie, wsparta na ramieniu swego syna Aldena, a on śpiewał wszystkie hymny głośno i fałszywie. Potem Stella, Sarah Havelock, Hattie Stoddard i Vera Spruce usiadły w blasku ognia w piwnicy ratusza. Na stypie podano poncz i smakowite kanapki z topionym serem, przycięte w zgrabne trójkąciki. Naturalnie mężczyźni wymknęli się na łyk czegoś mocniejszego. Wdowa po Russellu Bowiem siedziała z czerwonymi oczami u boku pastora Ewella McCrackena. Była w siódmym miesiącu ciąży - to miało być jej piąte dziecko - a Stella, na wpół uśpiona w cieple bijącym od kuchni, pomyślała: Zdaje się, że wkrótce przepłynie przez Cieśninę. Przeniesie się do Freeport lub Lewiston i zostanie kelnerką, tak mi się zdaje.

Spojrzała na Verę i Hattie, by zorientować się, o czym mowa.

- Nie, nie słyszałam - mówiła Hattie. - Co powiedział Freddy?

Rozmawiano o Freddym Dinsmore, najstarszym mężczyźnie na wyspie (o dwa lata młodszy ode mnie, pomyślała Stella z pewną satysfakcją), który w 1960 roku sprzedał sklep Larry'emu McKeenowi i teraz żył z emerytury.

- Powiedział, że nigdy nie przeżył takiej zimy - oznajmiła Vera, wyjmując robótkę. - I powiedział jeszcze, że ludzie będą chorować.

Sarah Havelock spojrzała na Stellę i spytała ją, czy za jej czasów bywały takie zimy. Od czasu tamtych skąpych opadów nie spadł ani jeden płatek śniegu; ziemia była zlodowaciała, naga i brunatna. Poprzedniego dnia Stella zapuściła się trzydzieści kroków w głąb pola, wyciągając prawą rękę do wysokości uda, a trawa kładła się przed nią w równym rzędzie, chrupiąc jak tłuczone szkło.

- Nie - powiedziała. - Cieśnina zamarzła w trzydziestym ósmym, ale wtedy był śnieg. Hattie, pamiętasz Bulla Symesa?

Hattie parsknęła śmiechem.

- Chyba ciągle mam siniaka po tym, jak mnie uszczypnął w siedzenie na sylwestrze w pięćdziesiątym trzecim! A co?

- Bull i mój stary poszli wtedy piechotą na ląd, w lutym trzydziestego ósmego. Przypięli raki do butów, odwiedzili Tawernę Dorrit, wypili po szklaneczce whisky i wrócili. Prosili, żebym poszła z nimi. Wyglądali jak dwa brzdące, które idą na sanki.

Wszyscy spojrzeli na Stellę, jak zaczarowani tym obrazem. Nawet Vera patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, a przecież na pewno słyszała już tę opowieść. Jeśli wierzyć plotkom, ona i Bull mieli niegdyś coś wspólnego ze sobą, choć patrząc na nią, trudno było uwierzyć, że mogła być kiedyś tak młoda.

- A ty nie poszłaś? - spytała Sarah, być może widząc oczami duszy połacie Cieśniny, tak białe, że prawie błękitne w zimowym zimnym słońcu, migoczące śnieżne kryształki, zbliżający się ląd i spacer, tak! Spacer po powierzchni oceanu, tak jak Jezus, który stąpał po falach, po raz pierwszy i jedyny w życiu opuszczenie wyspy pieszo...

- Nie - powiedziała Stella. Nagle pożałowała, że sama nie przyniosła robótki. - Nie poszłam.

- Dlaczego? - rzuciła Hattie, niemal z urazą.

- Robiłam pranie - prawie warknęła Stella. Missy Bowie, wdowa po Russelu, nagle zaczęła głośno zawodzić. Stella odwróciła wzrok i oto ujrzała Billa Flandersa w marynarce w czerwono-czarną kratę, z kaszkietem na bakier i papierosem w ustach, a drugim za uchem, na później. Poczuła gwałtowne bicie serca, zabrakło jej tchu.

Jęknęła, lecz równocześnie sęk w palenisku pękł z głośnym trzaskiem i żadna z pań nie usłyszała Stelli.

- Moje biedactwo! - prawie zakwiliła Sarah.

- Dobrze, że się pozbyła tego ladaco - sapnęła Hattie. Zastanowiła się, szukając gorzkich prawd o Russelu Bowiem, i znalazła je. - Co to był za człowiek, po prostu ciemny typ. Lepiej jej będzie bez tego babiarza.

Stella nie słyszała. Tam siedział Bill, tak blisko wielebnego McCrackena, że mógłby go połaskotać w nos, gdyby zechciał. Wyglądał ledwie na czterdziestkę; kurze łapki, które później głęboko odcisnęły się mu w kącikach oczu, teraz były ledwie widoczne. I miał flanelowe spodnie i te swoje podbite gumą buciory ze skarpetkami z szarej wełny, elegancko wywiniętymi na cholewy.

- Czekamy na ciebie, Stel - powiedział. - Chodź do nas, zobacz ląd. W tym roku nie będziesz musiała przypinać raków.

I siedział sobie w piwnicy ratusza jakby nigdy nic, a potem strzelił drugi sęk i Bill zniknął. Wielebny McCracken zaczął pocieszać Missy Bowie. Chyba nic nie zauważył.

Tego wieczora Vera zadzwoniła do Annie Philips i w trakcie rozmowy wspomniała, że Stella Flanders wyglądała coś nietęgo.

- Alden diabelnie się namęczy, żeby ją wywieźć z wyspy, gdyby zachorowała - zauważyła Annie. Lubiła Aldena, ponieważ jej syn Toby powiedział, że Alden nie pije nic mocniejszego od piwa. Annie była chodzącą wstrzemięźliwością.

- Nie ruszyłby jej z miejsca, chyba żeby zapadła w śpiączkę - odrzekła Vera. - Alden skacze, jak mu Stella zagra. To ona nim rządzi.

- Ach, tak?

Właśnie wtedy w słuchawce rozległ się metaliczny trzask. Vera słyszała Annie Philips jeszcze przez chwilę - nie słowa, lecz sam dźwięk głosu, przebijający się przez chroboty - a potem zapadła cisza. Wiatr zadął mocno i kable telefoniczne spadły, być może do Jeziora Godlina lub Zatoki Borrowa, skąd popłynęły do cieśniny. A może trafiły na drugą stronę, na Głowę... Niektórzy mogliby nawet powiedzieć (nie całkiem żartem), że to Russel Bowie wyciągnął zimną rękę i zerwał kable, ot tak, dla piekielnej rozrywki.


Niespełna dwadzieścia metrów dalej Stella Flanders leżała pod kołdrą z kawałków materiału i słuchała dochodzącego z pokoju obok hałaśliwego chrapania Aldena. Słuchała go, żeby nie słyszeć wiatru... ale i tak to nic nie pomagało, o tak, wicher znad mroźnych przestrzeni cieśniny, prawie kilometrowego pasa wody, teraz skutego lodem kryjącym homary, okonie i pewnie także skręcone, tańczące ciało Russella Bowiego, który co rok w kwietniu przychodził ze starą motyką i przekopywał jej ogród.

Kto teraz przekopie mi ziemię w kwietniu, pomyślała, zziębnięta i skulona pod kołdrą. A wtedy, niczym we śnie, na jej pytanie ktoś odpowiedział pytaniem: "Czy kochasz?". Wiatr zawył, szarpnął okiennicą. Wydawało się jej, że to okiennica do niej przemówiła, więc odwróciła głowę, by nie słyszeć. I nie zapłakała.



1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna