Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona46/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

Byli też, oczywiście, ONI. Nie wolno zapominać o NICH. Niewiele czasu minęło i już wiedziałem, że wszyscy redaktorzy wszystkich działów literatury we wszystkich nowojorskich magazynach (wprawdzie w 1969 roku było ich zbyt wielu) bez wątpienia należą do NICH. Krążyłem po świecie z maszynopisem i zaczynałem marzyć, żeby zapędzić ich wszystkich pod ścianę, ustawić w rządku i załatwić jedną serią.

Musiało minąć niemal pięć lat, nim byłem w stanie postawić się na ich miejscu. Denerwowałem nawet dozorcę, a przecież to był facet, który widywał mnie tylko wtedy, kiedy siadało ogrzewanie albo przychodził czas na jego bożonarodzeniowy napiwek. Jeśli chodzi o redaktorów... cóż, cholernie to ironiczne, ale niektórzy z nich byli moim prawdziwymi przyjaciółmi. Taki Jared Baker, zastępca redaktora działu literatury w "Esąuire", w czasie wojny służyliśmy w jednej kompanii strzelców. Nowe, poprawione wydanie Henry'ego Wilsona nie mogło się im podobać, więcej - byli nim przerażeni. Gdybym wysyłał im maszynopis z rzeczowym listem wyjaśniającym okoliczności sprawy, prawdopodobnie sprzedałbym to opowiadanie na pniu. Ale nie, to mnie nie satysfakcjonowało. O, nie! "Ballada..." wymagała przecież mojej osobistej opieki! Więc łaziłem z nią od drzwi do drzwi - cuchnący, posiwiały redaktor z trzęsącymi się dłońmi, zaczerwienionymi oczami i zastarzałym siniakiem w miejscu, w którym uderzył się o drzwi łazienki, kiedy na czworakach szukał kibelka. Równie dobrze mogłem nosić w klapie znaczek z wielkim napisem: ALKOHOLIK.

Nie chciałem także gadać z tymi ludźmi w ich pokojach redakcyjnych. Prawdę mówiąc, nawet nie mogłem; dawno minęły czasy, kiedy po prostu wsiadałem do windy i spokojniutko jechałem nią na czterdzieste piętro. Umawiałem się z nimi jak handlarz narkotyków z klientami: w parkach, gdzieś na schodach, lub - jak w przypadku Jareda Bakera - w "Burger Heaven" na Czterdziestej Dziewiątej. Jared przynajmniej z pewnością postawiłby mi dobry obiad, ale, rozumiecie, dawno już minęły czasy, kiedy ceniący swoją pracę maitre d'hótel wpuściłby mnie do restauracji, w której spotykają się ludzie interesu.

Agent drgnął.

- No jasne, otrzymywałem mgliste obietnice przeczytania maszynopisu, po których natychmiast przychodziły pełne troski pytania o to, jak się czuję i jak dużo piję. Pamiętam, co prawda niezbyt dokładnie, że kilku z nich próbowałem przekonać o tym, że to elektryczność uniemożliwia im prawidłowe myślenie i że kiedy Andy Rivers z "American Crossing" zaproponował mi pomoc w znalezieniu lekarza, nawrzeszczałem na niego, kazałem mu się wynosić, bo to on potrzebuje pomocy, a nie ja.

"Widzisz tych wszystkich ludzi tam, na ulicy? - spytałem go. Staliśmy, pamiętam, w Washington Square Park. - Połowa z nich, może nawet trzy czwarte, ma guza mózgu. Nie sprzedam ci opowiadania Thorpe'a, Andy, nawet gdybyś o nie błagał. Do diabła, w tym mieście nawet byś go nie zrozumiał. Twój mózg siedzi na krześle elektrycznym, a ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy!". Trzymałem w ręku maszynopis opowiadania i uderzałem go tym maszynopisem po nosie jak nieposłusznego psa sikającego pod murem. Później po prostu odszedłem. Pamiętam, że krzyczał za mną, żebym wrócił, że możemy przecież pójść gdzieś na kawę, pogadać na ten temat, a później znalazłem się pod sklepem z płytami, z głośników wylewała się na ulice fala heavy metalu, z okien fala zimnego, jarzeniowego światła i jego głos znikł w czymś w rodzaju szumu przelewającego mi się w głowie. Pamiętam, że mogłem już myśleć wyłącznie o dwóch sprawach: że muszę szybko, jak najszybciej opuścić miasto, bo sam nabawię się guza mózgu, i że zaraz, natychmiast, muszę się napić.

Tego wieczora znalazłem pod drzwiami mieszkania karteczkę: "Wynoś się stąd, zasrańcu!". Wyrzuciłem ją, w ogóle o niej nie myśląc. My, wariaci, mamy przecież poważniejsze kłopoty niż anonimowe żale zdenerwowanych sąsiadów.

Myślałem o tym, co powiedziałem Andy'emu Riversowi o opowiadaniu Rega. Im więcej o tym myślałem (i im więcej piłem), tym sensowniejsze mi się to wydawało. "Ballada..." była zabawna i pozornie łatwa w czytaniu, ale pod tą powierzchnią kryła się bardzo skomplikowana treść. Czy w ogóle można mieć nadzieję, że jakiś wydawca jest zdolny zrozumieć ją w całości? Kiedyś miałem taką nadzieję, ale czy mam ją dalej, teraz kiedy już otwarły mi się oczy? Czy ciągle mogę mieć nadzieję, że ktoś potrafi pojąć coś i zrozumieć w mieście owiniętym w kable jak bomba terrorysty? Boże, przecież wolty wyciekają z niego wszystkimi porami!

Czytałem gazetę, póki pozwalało mi na to światło dzienne, starałem się zapomnieć o tych wszystkich strasznych sprawach i tam, na kartach "Timesa", znalazłem historię o tym, jak to z elektrowni atomowych znikają materiały radioaktywne. Autor pisał, że znikło go już wystarczająco wiele, by można było zrobić z niego bombę.

Siedziałem przy stole kuchennym, zachodziło słońce, a ja widziałem ICH, wypłukujących pluton, tak jak w 1849 roku poszukiwacze wypłukiwali z piasku złoto. Tylko że ONI wcale nie chcieli wysadzić miasta w powietrze, nic z tych rzeczy. ONI tylko posypywali je plutonowym pyłem, żeby nikt nie był w stanie myśleć. ONI byli złymi fornitami, a radioaktywny pył był złym fornusem. Najgorszym fornusem w historii.

Więc zdecydowałem, że tak naprawdę wcale nie chcę sprzedać "Ballady...", a już z pewnością nie chcę jej sprzedać w Nowym Jorku, i że mogę wyjechać natychmiast, jak tylko dostanę zamówione czeki. Kiedy już ruszę na północ, zacznę je wysyłać do prowincjonalnych magazynów: "Sewanee Review" wydawało mi się całkiem dobre na start, albo może "Iowa Review"? Wytłumaczę to Regowi później. Reg na pewno mnie zrozumie. "To chyba rozwiązuje wszystkie problemy, pomyślałem i wypiłem za dobre rozwiązanie. A później wypiłem za swoje zdrowie. A później już alkohol pił się sam... że tak powiem. Urwał mi się film. Jak się okazało, po raz przedostatni.

Następnego dnia przyszły czeki firmowe Arvin Publishing. Wypełniłem jeden z nich na maszynie i poszedłem do przyjaciela, który miał je współasygnować. Jeszcze raz przeszedłem przez krzyżowy ogień pytań, ale tym razem trzymałem nerwy na wodzy. Potrzebowałem jego podpisu. I w końcu go dostałem. Pieczątkę zrobiono mi w ciągu pięciu minut. Przystemplowałem nią kopertę, wystukałem na niej adres Rega (wcześniej wyczyściłem maszynę z cukru pudru, ale klawisze nadal się lepiły), włożyłem do niej czek wraz z krótkim prywatnym liścikiem, w którym pisałem, że nigdy nie wysyłałem autorowi czeku z większą przyjemnością... co zresztą było prawdą. I ciągle jest. Prawie przez godzinę przyglądałem się mojemu dziełu, nie mogąc wyjść z podziwu, że tak oficjalnie wygląda. Nigdy byście nie uwierzyli, że śmierdzący pijak, który od dziesięciu dni nie zmieniał gaci, zdołał dokonać czegoś takiego.

Redaktor przerwał, zdusił papierosa i popatrzył na zegarek. Potem, beznamiętnie, zupełnie jak konduktor oznajmiający wjazd pociągu na jakąś ważną stację, powiedział:

- A teraz zaczyna się niewytłumaczalne.

Oto fragment opowieści, który najbardziej zainteresował dwóch psychiatrów i tych wszystkich specjalistów od świrów, z którymi przez następne trzydzieści miesięcy życia utrzymywałem bardzo bliskie kontakty. Tylko to kazali mi odwołać na znak, że mi się poprawiło. Jeden z nich powiedział tak: "To jedyny fragment pańskiej opowieści, w którym występuje załamanie rozumowania indukcyjnego, znaczy jedyny, którym nie rządzi wewnętrzna logika". Więc w końcu go odwołałem. Wiedziałem przecież, choć oni być może jeszcze o tym nie wiedzieli, że rzeczywiście już mi się poprawiło i bardzo chciałem wyrwać się ze szpitala dla wariatów. Wiedziałem też, że jeżeli szybko się z niego nie wydostanę, oszaleję od nowa. No więc odwołałem - Galileusz odwołał tak swoje poglądy, kiedy wsadzono mu stopy w ogień - ale na zawsze zachowałem to w pamięci. Nie twierdzę, że to, co wam teraz opowiem zdarzyło się naprawdę, twierdzę tylko, że wierzę, iż tak właśnie było. To może mała różnica, ale dla mnie jest ona najważniejsza w świecie.

A więc, przyjaciele, oto niewytłumaczalne:

Następne dwa dni spędziłem, przygotowując się do przeprowadzki. Przy okazji: konieczność prowadzenia samochodu nie martwiła mnie w nawet najmniejszym stopniu, jeszcze jako dziecko czytałem, że samochód jest jednym z najbezpieczniejszych na świecie schronień przeciw burzy, bo napompowane opony działają jako prawie stuprocentowe izolatory. Czekałem na chwilę, kiedy usiądę za kierownicą swojego starego chevroleta, zaniknę okna i wyjadę z miasta, które było już dla mnie wyłącznie bagnem świateł. Ale... przygotowania te obejmowały także wyjęcie żarówek z lampek oświetlających wnętrze, zaklejenie samych lampek oraz przykręcenie kontrolki świateł na desce rozdzielczej do oporu w lewo, żeby deska była prawie czarna.

Ostatnią noc zamierzałem spędzić w domu. Mieszkanie było już puste, w kuchni stał wyłącznie stół, w sypialni łóżko, a w pracowni, na podłodze, maszyna do pisania. Nie miałem zamiaru jej zabierać, budziła zbyt wiele złych skojarzeń, a poza tym klawisze zawsze miały się już lepić. Niech się o nią martwi następny lokator - o nią i o Bellisa też!

Słońce zachodziło, barwiąc całe mieszkanie w niezwykły wręcz sposób. Byłem już nieźle wlany, a kolejna pełna butelka miała chronić mnie przed nocą. Właśnie przechodziłem przez pracownię, chyba po to, żeby iść do sypialni. Pewnie usiadłbym na łóżku, myślał o kablach i elektryczności... i, oczywiście, popijał.

Pokój, który nazywałem pracownią, był w istocie największy w mieszkaniu. Pracowałem w nim, bo miał wielkie zachodnie okna, z których widać było horyzont. Na czwartym piętrze na Manhattanie brzmi to trochę jak cud z rozmnożeniem chleba i ryb, ale cóż - tak właśnie było. Nie zastanawiałem się nad tym cudem, tylko się po prostu nim cieszyłem. Jasne, miłe światło wypełniało ten pokój nawet w deszczowy dzień.

Ale tego wieczora światło zachodzącego słońca było zdecydowanie niesamowite. Czerwone jak z martenowskiego pieca. Pozbawiony mebli pokój wydawał się zbyt wielki. Kiedy przez niego szedłem, echo odbijało się od ścian.

Maszyna stała na podłodze, mniej więcej pośrodku pokoju, i właśnie próbowałem ją ominąć, kiedy zobaczyłem na wałku jakiś strzęp papieru. To mi dało do myślenia; pamiętam, że kiedy szedłem po poprzednią butelkę, nie widziałem tam żadnego papieru.

Rozejrzałem się. Pewnie pomyślałem, że jest tu jeszcze ktoś oprócz mnie. Nie myślałem jednak ani o włamywaczach, ani o narkomanach... tylko o duchach.

Zobaczyłem czarną plamę na ścianie, po lewej stronie drzwi do sypialni. Zrozumiałem przynajmniej, skąd wziął się papier. Ktoś po prostu oderwał kawałek starej tapety.

Ciągle patrzyłem w tamtą stronę, kiedy za plecami usłyszałem głośne "klik". Podskoczyłem i obróciłem się, czując serce w gardle. Byłem przerażony, chociaż doskonale znałem ten dźwięk i wiedziałem, co oznacza. Ktoś, kto zarabia na życie słowami, nie ma żadnych trudności z rozpoznaniem odgłosu, z jakim czcionka uderza o papier, nawet o zmroku, w ciemnym pokoju, kiedy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby uderzyć w klawisz.

Patrzyli na niego z ciemności, a ich twarze wyglądały jak białe, okrągłe plamy. Siedzieli bliżej siebie niż na początku opowieści. Żona pisarza ściskała jego dłoń w swoich.

- Czułem się... no... jakbym wyszedł z siebie. Nierealnie. Być może tak czuje się każdy, kto dotrze do granic niewytłumaczalnego. Powoli podszedłem do maszyny. Serce waliło mi jak oszalałe, ale umysł miałem spokojny... nawet chłodny.

"Klik" - poruszyła się inna czcionka. Tym razem zobaczyłem która: trzeci rząd od góry, po lewej.

Chciałem uklęknąć. Zdążyłem nawet ugiąć kolana, kiedy nagle mięśnie nóg odmówiły mi posłuszeństwa. Prawie zemdlałem, ale tylko prawie; usiadłem przed maszyną, a porwana i brudna, choć niegdyś elegancka marynarka otoczyła mnie jak sukienka dygającą głęboko panienkę. Dwie kolejne czcionki trzasnęły raz po raz, przerwa, kolejny trzask. Każde uderzenie budziło echo, zupełnie jak moje kroki.

Coś wsunęło kawałek tapety w maszynę w ten sposób, że czcionki uderzały o powierzchnię pokrytą zaschłym klejem. Litery były przez to trochę niewyraźne i zatarte, ale bez problemu przeczytałem: "rackn". Kolejny klik i z "rackn" zrobiło się "rackne".

A później... - Redaktor chrząknął i skrzywił wargi w lekkim uśmiechu.

- Nawet teraz, kiedy minęło już tyle lat, ciężko mi o tym mówić... ciężko mi opowiadać, ot tak sobie... W porządku. Fakty, bez żadnych ozdobników. Później zobaczyłem, jak spomiędzy klawiszy wysuwa się ręka. Bardzo cieniutkie ramię. Bardzo drobna dłoń. Pojawiła się między literami "B" i "N", w najniższym rzędzie, zwinięta w pięść i uderzyła w długi, najniższy klawisz. Wałek przeskoczył o jeden znak - bardzo szybko, jakby dostał czkawki - i rączka znikła.

Żona agenta zachichotała przenikliwie.

- Zamknij się, Martha - powiedział cicho agent i Martha się zamknęła.

- Teraz trzaski stały się trochę częstsze - mówił dalej redaktor. - Po chwili zaczęło mi się wydawać, że słyszę, jak to coś, to stworzonko, pociąga za ramiona czcionek i dyszy, sapie jak ciężko pracujący i niemal wykończony robotą człowiek. Liter nie było już prawie widać, klej zalepił czcionki, ale od biedy potrafiłem je jeszcze odczytać, odbijały się przecież na miękkim papierze. Przeczytałem "racke umie" i za chwilę w tapetę uderzył, blokując się, klawisz z literą "r". Patrzyłem na to bezmyślnie, po czym wyciągnąłem palec i odlepiłem czcionkę. Nie wiem, czy to... czy Bellis... poradziłby sobie sam. Chyba nie. Ale i tak wolałem nie widzieć tego... jego... jak próbuje. Sam widok tej piąstki spowodował, że chwiałem się, stojąc nad przepaścią. Gdybym zobaczył całego elfa, tobym chyba oszalał... no, tak. O ucieczce w ogóle nie było mowy, zapomniałem nawet, że mam nogi. Pewnie i wstać bym nie mógł.

"Klik, klik, klik" - trzaski, słaby, zdyszany oddech, po każdym słowie blada, ubrudzona tuszem i zakurzona piąstka z całej siły waląca w klawisz między literami "B" i "N", żeby zrobić odstęp. Nie wiem, jak długo to trwało. Może siedem minut. Może dziesięć. A może wieczność.

W końcu trzaski ustały i zdałem sobie sprawę z tego, że już nie słyszę ciężkiego oddechu. Może zemdlał... może dał sobie spokój... Może umarł? Na atak serca czy coś takiego. Na pewno wiedziałem tylko, że nie dokończył wiadomości. To, co zdążył napisać, brzmiało tak:

"racke umiera chłopiec Jimmy thorpe nie wie powiedz

thorpe racke umiera chłopiec Jimmy zabija rackne

bel".

To było wszystko.



Poczułem, że mam nogi, więc wstałem i wyszedłem z pokoju. Szedłem na palcach, wielkimi krokami, jakbym myślał, że Bellis poszedł spać i jeśli go obudzę, znowu znacznie pisać... myślałem, że jeśli znów usłyszę trzask czcionki uderzającej o papier, zacznę wyć. I będę tak wył, aż pęknie mi serce lub głowa.

Mój chevy stał na parkingu przed domem, zatankowany, spakowany i gotów do drogi. Usiadłem za kierownicą i przypomniałem sobie o butelce w kieszeni. Ręce trzęsły mi się do tego stopnia, że upuściłem ją, ale upadła na siedzenie i nie stłukła się.

Wiem, przyjaciele, że film mi się urwał. Przerwa w życiorysie to było akurat to, o czym marzyłem i co dostałem. Pamiętam pierwszy łyk wprost z szyjki, pamiętam drugi, pamiętam obrót kluczyka w stacyjce, szum silnika i Franka Sinatrę śpiewającego przez radio "Ta stara, czarna magia", co jakby pasowało do sytuacji. Do tej specyficznej sytuacji. Że tak powiem. Pamiętam, jak śpiewałem z nim i jeszcze trochę popijałem. Stałem na skrzyżowaniu, widziałem, jak migają światła na autostradzie. Myślałem o klekotaniu stojącej w pustym pokoju maszyny i o niesamowitym świetle zachodzącego słońca, które ten pusty pokój wypełniało. Myślałem o szybkim oddechu, jakby jakiś elf-kulturysta ćwiczył sobie na ramionach czcionek. Widziałem oderwany od ściany, pokryty grudkami zaschniętego kleju kawałek tapety. Próbowałem wyobrazić sobie, co się działo, nim wszedłem do pokoju... chciałem zobaczyć to... jego... Bellisa... wychodzącego z maszyny, chwytającego oderwany kawałek tapety wiszący przy drzwiach łazienki - bo była to, rozumiecie, jedyna rzecz w pokoju przypominająca papier - czepiającego się tego strzępka, odrywającego nóżki od podłogi i oddzierającego wreszcie ten kawałek, który następnie niósł na głowie jak wielki palmowy liść. Próbowałem wyobrazić sobie jak on... to... jak w ogóle zdołał wkręcić papier w maszynę. Próbowałem wyobrazić sobie jeszcze wiele rzeczy. Nie umiałem przestać myśleć, więc piłem, Frank Sinatra zamilkł, słuchałem reklam, a później Sarah Vaughan zaczęła śpiewać "Powinnam napisać list" i to także z czymś mi się skojarzyło, więc to właśnie zrobiłem, a przynajmniej wydawało mi się, że zrobiłem, wydawało mi się aż do dziś, kiedy coś spowodowało, że zacząłem jeszcze raz to sobie przemyśliwać, że tak powiem, więc siedziałem i śpiewałem w chórze ze starą dobrą Sarah i zaraz potem musiałem osiągnąć prędkość ucieczki, ponieważ w środku drugiej zwrotki, bez żadnej przerwy w czasie, wyrzygiwałem już z siebie jaja, a ktoś walił mnie po plecach i był to właśnie ten kierowca ciężarówki. Kiedy walił mnie w plecy, czułem, jak coś wzbiera mi w gardle, gotowe cofnąć się w każdej chwili. Ale nie cofało się, bo mi wyginał ręce, a jak tylko wygiął mi ręce, rzygałem od nowa i wcale nie była to tylko whisky, ale głównie woda. Kiedy już zebrałem się w sobie na tyle, żeby podnieść głowę i zobaczyć, co się wokół mnie dzieje, była szósta po południu w trzy dni po wyjeździe z Nowego Jorku. Leżałem na brzegu Jackson River w zachodniej Pensylwanii, mniej więcej sto kilometrów na północ od Pittsburgha. Z rzeki sterczał kufer chevroleta, a na zderzaku widać było nalepkę...

Mogę się jeszcze czegoś napić, kochanie?

Żona pisarza podała mu szklankę, pochyliła się i nagle pocałowała go w pomarszczony jak u krokodyla policzek. Redaktor uśmiechnął się do niej i oczy rozbłysły mu w mroku. Ale ona była dobrą, wiele rozumiejącą kobietą i ten błysk wcale jej nie oszukał. Męskie oczy nie tak błyszczą z zadowolenia.

- Dziękuję, Meg. - Redaktor wypił, zakaszlał i machnięciem ręki odmówił kolejnego papierosa. - Dość na dziś. I tak mam zamiar rzucić palenie. W następnym wcieleniu. Że tak powiem.

Reszty właściwie nie trzeba opowiadać. Obarczona jest najgorszym grzechem, jaki można popełnić w opowieści: łatwo przewidzieć koniec. Z samochodu wyłowili coś ze czterdzieści butelek whisky, w większości pustych. Opowiadałem o elfach, elektryczności, fornitach, plutonie i fornusie, sprawiałem wrażenie kompletnie szalonego i rzeczywiście - byłem kompletnie szalony.

A co zdarzyło się w Omaha, kiedy ja, według kwitków ze stacji benzynowych, które znaleźli w skrytce, przejechałem przez pięć północno-wschodnich stanów? O tym dowiedziałem się od Jane Thorpe, przede wszystkim z listów pisanych w ciągu długiego i bardzo bolesnego okresu, który skończył się spotkaniem twarzą w twarz w New Heaven, gdzie zresztą mieszka do dziś. Spotkanie to odbyło się zaraz po tym, kiedy odwołałem, co miałem do odwołania, i wypuszczono mnie z wariatkowa. Na koniec wypłakaliśmy się sobie w ramionach i wtedy dopiero uwierzyłem, że znów mogę żyć i, być może, kiedyś znów będę szczęśliwy.

Tego dnia, około trzeciej po południu, ktoś zapukał do drzwi domu Thorpe'ów. Był to posłaniec z telegramem. Telegramem ode mnie. To on zakończył naszą poronioną korespondencję.

REG PEWNA INFORMACJA RACKNE UMIERA TO MAŁY CHŁOPIEC TAK TWIERDZI BELLIS MÓWI IMIĘ JIMMY FORNIT I FORNUS HENRY.

Na wypadek gdyby znów przyszło wam do głowy wspaniałe pytanie Howarda Bakera: "Co wiedział i skąd?" - wyjaśniani od razu, że wiedziałem, iż Jane wzięła sprzątaczkę, nie wiedziałem jednak - chyba że od Bellisa - że sprzątaczka ma synka z piekła rodem imieniem Jimmy. Myślę, że będziecie musieli uwierzyć mi na słowo, chociaż muszę powiedzieć, że ci szarlatani, którzy pracowali nade mną przez dwa i pół roku, nigdy mi jednak nie uwierzyli.

Kiedy przyszedł ten telegram, Jane robiła akurat sprawunki. Znalazła go dopiero po śmierci Rega, w tylnej kieszeni jego spodni. Na blankiecie zanotowano zarówno czas odbioru, jak i doręczenia, oraz notatkę: "doręczyć osobiście, nie przez telefon". Jane powiedziała mi, że chociaż ten telegram został nadany dzień wcześniej, przeszedł przez tyle rąk, że wyglądał jakby miał rok.

W pewien sposób to właśnie ten telegram był celnym strzałem, który trafił Rega wprost w mózg, choć strzelałem aż z Paterson w New Jersey, a w dodatku tak pijany, że nic nie pamiętam.

Przez dwa ostatnie tygodnie życia Reg postępował według schematu, który sam w sobie wydawał się całkiem normalny. Wstawał o szóstej, robił śniadanie dla siebie oraz żony i pisał przez jakąś godzinę. Około ósmej zamykał pracownię i brał psa na długi spacer. Na spacerze spotykał różnych ludzi, był dla nich miły, rozmawiał z każdym, kto miał ochotę porozmawiać z nim. Przed południem pił kawę, zawsze w tej samej kawiarni, a potem wracał do domu. Najczęściej przychodził już po dwunastej, czasami nawet bliżej pierwszej. Pewnie robił to, przynajmniej częściowo, po to, by uciec przed Gertrudą Rulin, tak przynajmniej twierdziła Jane. W każdym razie te spacery zaczęły się w parę dni po tym, gdy pierwszy raz pojawiła się u nich w domu. .

Jadł lekki lunch, kładł się na godzinkę, a później przez dwie lub trzy godziny pracował dalej. Wieczorem często odwiedzał studentów, sam albo z Jane, czasami szli do kina, a czasami Reg siedział po prostu w dużym pokoju i czytał. Chodzili spać wcześnie, on najczęściej przed nią. Z tego, co mi pisała, wynikało, że w tych ostatnich dniach mało było seksu, a jeśli już próbowali, zwykle kończyło się niczym. "Ale seks nie jest dla kobiet taki ważny, jak przypuszcza większość ludzi - pisała mi. - Reg znów pracował na pełnych obrotach i to było dla niego najważniejsze. Powiedziałabym, że - biorąc pod uwagę okoliczności - te dwa tygodnie były od pięciu lat najszczęśliwszymi". Cholera, kiedy to czytałem, chciało mi się płakać.

Nie wiedziałem nic o Jimmym, ale Reg wiedział. Wiedział wszystko z wyjątkiem jednego, najważniejszego faktu - otóż Jimmy zaczął przychodzić do nich z matką.

Musiał strasznie się zdenerwować, kiedy dostał mój telegram i zrozumiał, co się wokół niego dzieje. ONI, znów ONI, mimo wszystko ONI. I, najwyraźniej, nawet jego żona była jednym z nich. Przecież to ona zostawała w domu, kiedy przychodziła tam Gertruda z Jimmym i przecież ani słowem nie wspomniała o chłopcu. Co mi napisał wcześniej? "Czasami myślę też o mojej żonie?".

Kiedy tego dnia Jane wróciła do domu, znalazła kartkę na stole w kuchni. "Kochanie, poszedłem do księgarni, wrócę na kolację". Dla niej brzmiało to zupełnie niewinnie, nie wiedziała przecież nic o telegramie. Gdyby o nim wiedziała, pewnie strasznie by się przeraziła. Zrozumiałaby, że Reg myśli, iż ona gra w przeciwnej drużynie.

Reg tymczasem w ogóle nie zbliżył się do księgarni. Poszedł za to do sklepu i kupił czterdziestkępiątkę oraz dwa tysiące sztuk amunicji. Kupiłby pewnie kałasznikowa, gdyby ktoś chciał mu coś takiego sprzedać. Bronił swojego fornita. Przed Gertrudą. Przed dzieckiem. Przed żoną. Przed NIMI.

Następny dzień zaczął się całkiem normalnie. Jane pamiętała, że zastanawiała się, czemu Reg w taki piękny dzień ubrał się w ciepły sweter, ale to wszystko. Sweter był oczywiście konieczny ze względu na broń. Reg poszedł na spacer z psem i rewolwerem zatkniętym za pasek.

Wyjątkowo szybko dotarł do kawiarni, nie przystawał, z nikim nie rozmawiał. Poszedł z psem na parking z tyłu, przywiązał go tam i bocznymi uliczkami wrócił do domu.

Wiedział, co o tej porze robią jego sąsiedzi. Wiedział, że nie będzie ich w domu. Wiedział, gdzie chowają zapasowe klucze. Wszedł do nich i obserwował własny dom.

O ósmej czterdzieści zobaczył wchodzącą Gertrudę Rulin. Gertruda Rulin nie była sama. Przyszedł z nią chłopiec.

Zachowanie Jimmy'ego w pierwszej klasie upewniło zarówno nauczycieli, jak i szkolnego psychologa o tym, że lepiej będzie dla wszystkich (może z wyjątkiem matki, która miała ochotę trochę odpocząć), jeśli chłopiec poczeka z nauką jeszcze rok. Jimmy wrócił więc do zerówki, a w pierwszej połowie roku miał tam chodzić po południu. Dwa punkty opieki nad dziećmi w sąsiedztwie nie miały wolnych miejsc, a Gertruda nie mogła chodzić do Thorpe'ów po południu, ponieważ codziennie od drugiej do czwartej sprzątała po przeciwnej stronie miasta.



1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna