Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona45/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

"Sam złożę zamówienie, tylko jeszcze nie wiem do kogo - powiedziałem głośno. - Może Reg będzie miał jakiś pomysł? Dwanaście fornitów. Niech zasypią fornusem całą tę pieprzoną redakcję! Każdy kąt!".

Chodziłem naokoło gabinetu, a Jim gapił się na mnie z otwartymi ustami.

"Wyłącz wszystko, Jimmy. Powiedz mu to. Wyłączyć wszystko! Nikt nie może myśleć przy tych wszystkich elektrycznych interferencjach, prawda?".

"Prawda, Henry. Na sto procent. Po prostu idź do domu i odpocznij. Prześpij się albo coś".

"I fornity też. Nie lubią tych interferencji. Rad, elektryczność, wszystko jedno. Daj im kiełbasy. Masła orzechowego. Czy możemy zgłosić na to zapotrzebowanie?".

Straszny ból głowy, jak czarna kula, tkwił mi pod czaszką, za oczami. Widziałem wszystko podwójnie i nagle poczułem, że jeśli się nie napiję... że po prostu muszę się napić. Jeżeli na świecie nie ma fornusu, a jakaś racjonalna część mnie samego tłumaczyła mi, że z pewnością nie ma, to szklaneczka była jedyną na świecie rzeczą zdolną postawić mnie na nogi.

"Oczywiście, złożymy zamówienie" - powtarzał Jimmy.

"Ty w to nie wierzysz, prawda?" - spytałem.

"Oczywiście, że wierzę. Wszystko jest w najlepszym porządku, Henry, tylko teraz musisz pojechać do domu. Po prostu musisz trochę odpocząć".

"Nie wierzysz mi teraz, ale uwierzysz, kiedy ta szmata zbankrutuje. Na Boga, jak możesz podjąć jakąkolwiek trafną decyzję, skoro siedzisz zaledwie dziesięć metrów od tych cholernych maszyn. Z colą, słodyczami i kanapkami!".

Tu nagle naszła mnie straszna myśl.

"I kuchenka mikrofalowa! - wrzasnąłem. - Przecież oni podgrzewają kanapki w kuchence mikrofalowej!".

Mówił coś jeszcze, ale nie zwracałem na niego uwagi. Uciekłem. Kuchenka mikrofalowa wszystko mi wyjaśniła. Musiałem uciec. To właśnie przez kuchenkę miałem tak straszny ból głowy. Pamiętam, że widziałem Janey, Kate Younger z reklamy i Mert Strong od łączności z czytelnikami, jak stały i gapiły się na mnie. Musiały usłyszeć wrzaski.

Miałem pokój piętro niżej. Zbiegłem po schodach, pogasiłem wszystkie światła i zabrałem teczkę. Na dół zjechałem windą; teczkę postawiłem między nogami i z całej siły zatykałem palcami uszy. Pamiętam też, że trzy czy cztery osoby zjeżdżające tą samą windą patrzyły na mnie raczej dziwnie.

Redaktor roześmiał się sucho.

- Były przerażone. I nie ma się czemu dziwić. Każdy zamknięty w klatce z wariatem ma prawo się bać.

- Och, z pewnością nie było aż tak źle - odezwała się żona agenta.

- Było dokładnie tak źle. Szaleństwo gdzieś przecież musi się zacząć. A ja, jeśli w ogóle opowiadam o czymś - choć zdarzenia z własnego życia trudno nazwać czymś - to mówię właśnie o początkach szaleństwa. Ono musi się gdzieś zacząć i do czegoś doprowadzić. Jak droga. Albo wystrzelona z rewolweru kula. Że tak powiem...

Gdzieś się musiałem podziać, więc poszedłem do "Four Fathers", baru na Czterdziestej Dziewiątej. Pamiętam, że specjalnie wybrałem właśnie ten bar, bo nie było tam szafy grającej, kolorowego telewizora i jasnych świateł. Pamiętam, jak zamawiałem pierwszego drinka, a później już nic. Obudziłem się w domu, we własnym łóżku. Na podłodze leżały zaschnięte rzygowiny, a w powłoczce wypalona była wielka dziura. Zalany w trupa, uniknąłem najwyraźniej dość nieprzyjemnej śmierci: spalenia lub uduszenia w dymie. Ale i tak bym tego pewnie nie poczuł.

- O, jak rany! - powiedział agent prawie z szacunkiem.

- Przerwa w życiorysie. Po raz pierwszy miałem wówczas autentyczną, pełną przerwę w życiorysie. Nie zdarzają się zbyt często, bo po prostu nie ma na nie czasu. Oznaczają początek końca, a - taki czy inny - ten koniec następuje szybko. Ale... każdy alkoholik powie wam, że przerwa w życiorysie w niczym nie przypomina omdlenia. Dla wszystkich byłoby lepiej, żeby przypominała, ale nic z tego. Kiedy alkoholik ma przerwę w życiorysie - działa. Jest nawet cholernie pracowity! Jak jakiś oszalały fornit. Dzwoni do swojej byłej żony, żeby jej nawymyślać, wjeżdża pod prąd na autostradę i ładuje się na samochód pełen dzieciaków. Może rzucić pracę, obrabować sklep, zastawić obrączkę. Jest pracowity jak cholera.

Ja najwyraźniej postanowiłem wrócić do domu i napisać list. Ale nie do Rega. Do siebie. I to nie ja go pisałem - tak przynajmniej wynikało z listu.

- A kto? - spytała żona pisarza.

- Bellis.

- A to co?

- Jego fornit - wyjaśnił pisarz, który najwyraźniej błądził myślami gdzieś daleko i miał nieprzytomne, nieobecne spojrzenie.

- Właśnie - powiedział redaktor, który wcale nie wyglądał na zaskoczonego. Wyrecytował im ten list w słodkim, świeżym powietrzu nocy, podkreślając co ważniejsze fragmenty ruchem palca.

"Pozdrowienia od Bellisa. Przykro mi, że masz problemy, przyjacielu, lecz chciałbym ci od razu wytłumaczyć, że nie jesteś jedynym gościem z problemami. Mnie też nie jest łatwo. Mogę zasypać twoją przeklętą maszynę do pisania fornusem jak stąd do wieczności, ale przyciskanie KLAWISZY to chyba twoje zajęcie. PO TO Bóg stworzył takich wielkich ludzi. Więc trochę ci współczuję, ale nie licz na to, że tego współczucia będzie więcej.

Rozumiem, że martwisz się o Rega Thorpe'a. Ja nie martwię się o Rega Thorpe'a, ja się martwię o mojego brata Rackne'a. Thorpe martwi się, co z nim będzie, gdy Rackne odejdzie, ale tylko dlatego, że jest samolubem. Przekleństwo służenia pisarzom polega na tym, że wszyscy są samolubami. Ja się martwię o to, co będzie z Rackne'em, jak Thorpe odejdzie. El bonzo seco. Ta myśl najwyraźniej nie raczyła się pojawić w jego jakże wrażliwym umyśle. Nasze szczęście polega na tym, że na krótką metę wszystkie problemy mają proste rozwiązanie, więc wytężam swoje wątłe rączki i krótkie ciałko, żeby ci je podać, mój ty drogi Pijaku. TY możesz szukać rozwiązania W OGÓLE, ale zapewniam cię, że coś takiego nie istnieje. Wszystko jest śmiertelne. Bierz, co jest ci dane. Czasami znajdujesz węzeł na sznurze, lecz każdy sznur ma swój koniec. Więc co? Błogosław węzeł i nie trać oddechu na przeklinanie upadku. Wdzięczne serca wiedzą, że i tak wszyscy w końcu spadniemy.

Sam musisz mu zapłacić za opowiadanie. Tylko nie wysyłaj normalnego czeku! Thorpe ma poważne, może nawet groźne kłopoty z głową, ale to wcale nie oznacza gupoty".

Redaktor przerwał i przeliterował: "g-u-p-o-t-y".

"Wyciągnij osiemset i coś tam jeszcze dolarów ze swojego konta - mówił dalej - i każ bankowi założyć sobie nowe konto na Arvin Publishing Inc. Zrób wszystko, by zrozumieli, że chcesz mieć bardzo profesjonalnie wyglądające czeki, bez ślicznych piesków i malowniczych kanionów. Poproś o pomoc przyjaciela, kogoś, komu możesz zaufać, i zarejestruj go jako wspólnika, to będzie ci te czeki współasygnował. Kiedy je już dostaniesz, wypisz jeden na osiemset dolarów i daj wspólnikowi do podpisu. Później wyślij go Regowi Thorpe. Na jakiś czas będziesz miał spokój.

Koniec. Bez odbioru".

List podpisany był: Bellis. Nie znaczkiem. Na maszynie.

- Pni! - mruknął pisarz.

- Kiedy wstałem, w oczy rzuciła mi się przede wszystkim maszyna. Wyglądała, jakby ją ktoś ucharakteryzował na ducha maszyny z taniego horroru. Wczoraj był to jeszcze stary, czarny i bardzo biurowy underwood, ale kiedy wstałem - z łbem wielkim jak Dakota Północna - zobaczyłem, że jest jakiś szarawy. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, by pomyśleć, że chyba już wyzionął ducha. Przejechałem po nim palcem, polizałem palec i poszedłem prosto do kuchni. Na barku stała torba z cukrem pudrem, a w niej łyżeczka. Cukier rozsypany był wszędzie między kuchnią a moją pracownią.

- Żywiłeś fornita - stwierdził pisarz. - Bellis to prawdziwy pies na słodycze, albo przynajmniej tak ci się wydawało.

- Aha. Ale nawet chory i do tego skacowany wiedziałem doskonale, kto tu jest fornitem.

Wyliczył im na palcach:

- Po pierwsze: Bellis to panieńskie nazwisko mojej matki. Po drugie: słowa "el bonzo seco" - mówiliśmy tak z bratem o kimś, kogo uważaliśmy za stukniętego. Po trzecie i najbardziej irytujące: pisownia "gupi". Nigdy nie udało mi się dobrze napisać tego słowa. Znałem jednego nieprzyzwoicie wykształconego pisarza, który zawsze pisał "wogóle" i wszyscy musieli to po nim poprawiać. A inny facet, z doktoratem z Princeton, zawsze pisał "na prawdę".

Żona pisarza roześmiała się nagle, równie rozbawiona jak zażenowana.

- Ja też tak piszę - przyznała.

- Chciałem tylko powiedzieć, że błędy ortograficzne to takie literackie odciski palców człowieka. Zapytajcie o to kogoś, kto poprawiał kilka tekstów jednego autora.

Cóż, Bellis był mną, a ja to Bellis. W każdym razie udzielił mi dobrej, wręcz doskonałej rady. I jeszcze coś: podświadomość pozostawia czasami dziwne ślady. Jest taką cholerną istotą, która cholernie dużo wie. Nigdy w życiu nie widziałem "współasygnatury" i - przynajmniej świadomie - nie miałem pojęcia, co to właściwie jest. Ale coś takiego rzeczywiście istnieje. Bankowcy używają nawet tego właśnie słowa. Dziwne.

Znalazłem telefon i zadzwoniłem do przyjaciela. Kiedy przykładałem do ucha słuchawkę, poczułem znajomy ból, ból nie do wytrzymania. Pomyślałem o Regu Thorpie, pomyślałem o radioaktywnym radzie i natychmiast rzuciłem słuchawkę na widełki. Wziąłem za to prysznic, ogoliłem się, chyba z dziesięć razy wracałem do lustra, żeby się upewnić, czy wyglądam jak człowiek i w końcu poszedłem zobaczyć się z przyjacielem osobiście. Zadawał pytania i przyglądał mi się bardzo uważnie, po nocnych hulankach pozostały więc chyba jakieś ślady, których nie starło mydło i spora dawka aspiryny z witaminami. Ten przyjaciel nie siedział w biznesie i, wiecie, to chyba dobrze. Złe wiadomości jakoś szybko się rozchodzą. W środowisku. Że tak powiem. Gdyby siedział w biznesie, to by wiedział, że Arvin Publishing wydaje "Logan's" i pewnie zacząłby się zastanawiać, jaki to głupi pomysł wpadł mi do głowy. Ale nie wiedział, więc zdołałem mu wytłumaczyć, że mam zamiar zostać samodzielnym wydawcą, bo "Logan's" zlikwidował dział literatury.

- Zapytał, dlaczego nazwałeś firmę Arvin Publishing? - zainteresował się pisarz.

- Tak.

- I co mu powiedziałeś?



- Powiedziałem mu - redaktor uśmiechnął się nieznacznie - że Arvin to panieńskie nazwisko mojej matki.

Na chwilę zapadła cisza, po czym redaktor znów zaczął opowiadać i niemal do końca nikt mu nie przerywał.

- No więc czekałem na czeki, a potrzebowałem dokładnie jednego. Tymczasem byłem raczej zajęty, wiecie: wyprostować rękę, napełnić szklankę, opróżnić szklankę, wyprostować rękę. Po pewnym czasie ta praca męczy tak, że zasypia się przy stole. Zdarzały się pewnie i inne rzeczy, ale głównie obchodziła mnie właśnie ta, zgiąć i wyprostować.

O ile dobrze pamiętam. Praktycznie cały czas byłem zalany i na jedno wydarzenie, które pamiętam, przypada z pięćdziesiąt albo i sześćdziesiąt wydarzeń, o których nie mam zielonego pojęcia.

Rzuciłem pracę i wszyscy wokół odetchnęli z ulgą. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Zwolniłem ich z obowiązku rozstrzygnięcia egzystencjalnego problemu: jak wyrzucić z pracy szaleńca kierującego rozwiązanym działem. Ja też odetchnąłem. Nie miałem siły, by jeszcze raz wejść do tego budynku. Z jego windami, lampami, telefonami i całą tą czyhającą na człowieka elektrycznością.

W ciągu tych trzech tygodni napisałem kilka listów do Rega Thorpe'a i kilka do Jane. Pamiętam, jak pisałem do niej; z pisaniem do niego było jak z listem Bellisa. Tworzyłem w zamroczeniu. Po pijaku trzymałem się jednak zwykłego sposobu pracy równie ściśle jak zwykłych błędów. Zawsze zostawiałem kopie... kiedy dochodziłem do siebie rano, podłoga była nimi usłana. Czytałem je jak dzieła kogoś całkiem mi obcego.

Nie żeby te listy były szalone. Raczej przeciwnie. Ten, który kończył się wzmianką o mikserze, wydawał mi się najgorszy. Inne sprawiały wrażenie... no, prawie rozsądnych.

Zamilkł i powoli potrząsnął głową.

- Biedna Jane. Nie dlatego, żeby u niej sprawy wyglądały naprawdę źle. Była pewna, że wydawca Rega bardzo zręcznie i jakże humanitarnie próbuje wyciągnąć go z pogłębiającej się depresji. Jeśli stawiała sobie pytanie, czy to wszystko powinno wyglądać właśnie tak w przypadku faceta, który doświadcza różnego rodzaju paranoicznych fantazji, a raz omal nie skrzywdził małej dziewczynki, to chyba podświadomie wolała na nie nie odpowiadać, bo ona też próbowała wyciągnąć go z depresji. A ja przecież postępowałem identycznie. Trudno zgłaszać pod jej adresem jakieś pretensje, Reg nie był dla niej w końcu wyłącznie dostarczycielem pieniędzy, szkapą, w którą trzeba orać, głaskać wieczorami i znów orać, aż w końcu sama zgodzi się pójść do końskiej jatki. Ona po prostu kochała tego faceta! Jane Thorpe była, na swój sposób, wielką, wspaniałą kobietą. Po tym, jak przeżyła już wszystko: spokój, chorobę, a wreszcie szaleństwo, moim zdaniem zgodziłaby się z Bellisem, że należy błogosławić węzeł, a nie przeklinać upadek. Pewnie, im wyżej złapiesz węzeł, tym mocniej sznur szarpnie cię przy powieszeniu, ale szybki koniec też może być błogosławieństwem. W końcu kto pragnie się długo dusić?

Obydwoje odpisywali mi regularnie. Były to bardzo, bardzo pogodne listy, choć w ich pogodzie wyczuwało się coś... coś ostatecznego, zupełnie jakby... och, do diabła z tanią filozofią! Jeśli będę wiedział, co chcę powiedzieć, powiem. Tę sprawę możemy na razie zostawić.

Reg co wieczór spotykał się ze studentami z przeciwka i kiedy liście zaczęły opadać z drzew, był już dla nich czymś w rodzaju boga, który zstąpił na ziemię. Grali w kierki i we frisbie, a kiedy się zmęczyli, pod jego delikatnym przewodnictwem rozmawiali o literaturze. Reg wziął też psa ze schroniska. Chodził z nim na długie spacery rano i wieczorem, spotykał ludzi, rozmawiał z nimi tak, jak robią to wszyscy właściciele jakichś tam kundli. Ci, którzy sądzili, że u Thorpe'ów coś jest nie całkiem tak, zaczęli powoli zmieniać zdanie. Kiedy Jane stwierdziła, że sama nie poradzi sobie w domu i powinna mieć jednak jakąś pomoc, Reg zgodził się z nią bez słowa skargi. Zgodził się z uśmiechem, a ona wręcz osłupiała. Oczywiście nie mieli problemów finansowych, po "Postaciach z podziemia" pieniądze płynęły niemal nieprzerwanym strumieniem, lecz - przynajmniej według Jane - pozostawał przecież problem ICH. ONI byli przecież, zdaniem Rega, wszędzie, a kto mógłby być najlepszym narzędziem w ich ręku, jeśli nie sprzątaczka pętająca się po całym domu, zaglądająca do szaf, pod łóżko, a może nawet do zamkniętych na siedem zamków szuflad biurka?

Ale nie. Reg zgodził się z żoną całkowicie. Powiedział, że czuje się jak świnia i że powinien pomyśleć o tym wcześniej, choć - i Jane specjalnie to podkreślała - sam, z własnej woli, wykonywał najbrudniejsze prace, takie jak na przykład ręczne zmywanie. Poprosił tylko o jedno: by sprzątaczka nie wchodziła do pracowni.

Ale najlepsze i najwspanialsze z jej punktu widzenia było to, że Reg znów wziął się do pracy. Tym razem miała to być powieść. Przeczytała pierwsze trzy rozdziały i, jej zdaniem, były po prostu wspaniałe. Pisała mi, że wszystko, co dobre, zaczęło się od przyjęcia do druku "Ballady o celnym strzale"; przedtem panowała susza, teraz przyszedł ulewny deszcz.

Jestem pewien, że tak właśnie myślała, ale w jej podziękowaniach mało było prawdziwego ciepła. Przebijające przez nie słońce świeciło jakby zza chmur... no tak, wróciliśmy do tematu. Świeciło jak wtedy, kiedy na niebie zbierają się takie pierzaste chmurki i wiesz, że już wkrótce będzie lało jak z cebra.

I wszystkie te dobre wiadomości: studenci, pies, sprzątaczka, nowa powieść... przecież była zbyt inteligentna, by uwierzyć, że wszystko może znów być dobrze. Ja nawet po pijaku wiedziałem, że nie może. Reg zdradzał objawy psychozy, a z psychozą jest jak z rakiem płuc: sama się nie wyleczy, choć od czasu do czasu chorzy mogą czuć się lepiej.

Mogę znów poprosić cię o papierosa, kochanie?

Żona pisarza poczęstowała go jeszcze jednym salemem.

- W końcu - mówił dalej redaktor, wyciągając zapalniczkę - miała przecież wokół siebie same symptomy jego idee fixe. Brak telefonu. Brak elektryczności. Kontakty zaklejone taśmą. Reg sypał jedzenie do maszyny równie regularnie jak do psiej miski. Studenci z przeciwka mogli go mieć za wspaniałego faceta, ale studenci z przeciwka nie widzieli, jak co rano, ze strachu przed promieniowaniem, wkłada gumowe rękawiczki, żeby podnieść leżącą na progu gazetę. Nie słyszeli, jak jęczy przez sen, i nie uspokajali go, kiedy budził się z krzykiem, nie pamiętając koszmaru, który go przeraził.

Ty, moja droga - powiedział patrząc wprost w oczy żonie pisarza - zastanawiasz się pewnie, dlaczego przy nim została. Myślisz o tym, choć nic nie mówisz. Prawda?

Żona pisarza skinęła głową.

- No tak, ale ja nie mam zamiaru przedstawiać wam tu długiej rozprawy na temat jej motywów. Bardzo wygodne we wszystkich prawdziwych opowieściach jest to, że można powiedzieć "tak się właśnie stało" i niech słuchacze martwią się o to dlaczego. A w ogóle to przecież na ogół nikt nie wie, dlaczego było właśnie tak, jak było, a już szczególnie głupi są ci najzupełniej pewni, że rozumieją wszystko.

Z subiektywnego punktu widzenia Jane Thorpe żyło się jednak znacznie, ale to znacznie lepiej. Znalazła sprzątaczkę, Murzynkę w średnim wieku i zmusiła się do opowiedzenia jej o dziwactwach swego męża. Ta kobieta, Gertruda Rulin, roześmiała się tylko i powiedziała, że pracowała już dla ludzi, którzy byli o całe niebo dziwaczniejsi. Pierwszy tydzień po jej zaangażowaniu Jane spędziła tak, jak pierwszy wieczór u studentów: czekając na wybuch szaleństwa. Ale Reg podbił serce sprzątaczki całkowicie, tak jak wcześniej serca tych dzieciaków. Rozmawiał z nią o jej pracy w parafii, o mężu, o najmłodszym synku Jimmym, który - według Gertrudy - choć pierwszoklasista, był w stanie zapędzić w kozi róg samego Kubę Rozpruwacza. Miała jedenaścioro dzieci, ale między tym i najmłodszym z pozostałych było dziewięć lat różnicy i to nikomu nie ułatwiało życia.

Więc z Regiem wszystko wydawało się układać nieźle...

i jeśli spojrzeć na to z pewnego punktu widzenia, tak było rzeczywiście. Tylko że prawdę mówiąc pozostał równie szalony jak poprzednio i, oczywiście, ze mną było tak samo. Cóż, szaleństwo może sobie być jak elastyczny pocisk, ale każdy liczący się ekspert od balistyki powie wam, że nie ma dwóch identycznych pocisków. W jednym z listów Reg napisał coś tam o powieści tylko po to, żeby zaraz przejść do fornitow. Fornitów w ogólności, a Rackne'a szczególnie. Zastanawiał się przede wszystkim, czy ONI chcą go tylko zabić, czy też złapać żywcem i zbadać. Skłaniał się ku tej drugiej ewentualności. Na końcu stwierdzał: "Mój pogląd na świat, tak jak i apetyt, poprawiły się znacznie od czasu, kiedy zaczęliśmy do siebie pisać, Henry. Bardzo ci za to dziękuję. Zawsze twój. Reg". A w postscriptum pytał, czy znalazłem już ilustratora do "Ballady o celnym strzale". To pytanie spowodowało u mnie oczywiście napad poczucia winy, przez który - oczywiście - złapałem butelkę.

Reg pisał mi o fornitach, a ja jemu o kablach i polach. Coraz bardziej interesowała mnie elektryczność, mikrofale, fale radiowe, interferencja fal, promieniowanie i Bóg jeden wie, co jeszcze. Chodziłem do bibliotek i pożyczałem książki, chodziłem do księgarń i kupowałem książki. Znalazłem w nich sporo przerażających wiadomości na ten temat, a ja przecież, w gruncie rzeczy, właśnie ich szukałem.

Kazałem wyłączyć u siebie telefon i elektryczność. Na jakiś czas pomogło, ale kiedyś, gdy leżałem pijany, tuląc do siebie butelkę whisky i czując ciężar drugiej w kieszeni marynarki, zobaczyłem małe, czerwone, świecące na mnie z sufitu światełko. Boże, przez chwilę myślałem, że dostanę ataku serca. Wyglądało jak owad... wielki, czarny robal patrzący na mnie jednym, błyszczącym, czerwonym okiem.

Miałem lampę gazową. Zapaliłem ją i od razu zorientowałem się, co to naprawdę jest. Tylko że nie odczułem wówczas żadnej ulgi, wręcz przeciwnie - poczułem przelewające się przez mój mózg wielkie, czarne fale bólu, jak fale radiowe. Przez chwilę miałem wrażenie, że to oczy obróciły mi się w oczodołach i patrzę na mózg, na jego spalające się, zwęglone i umierające komórki. Był to wykrywacz dymu - w 1969 roku urządzenie jeszcze nowsze niż kuchenka mikrofalowa.

Wypadłem z mieszkania jak strzała. Pobiegłem po schodach - mieszkałem na piątym piętrze, ale w tym czasie używałem już wyłącznie schodów - i zacząłem walić w drzwi mieszkania dozorcy. Krzyczałem, że ma to usunąć, musi to usunąć, musi to usunąć dziś... w ciągu godziny! Dozorca patrzył na mnie, jakbym był zupełnie, proszę mi wybaczyć to określenie, bonzo seco. Teraz łatwiej mi go zrozumieć. Wykrywacz dymu miał przecież sprawić, bym czuł się bezpieczniej i lepiej. Teraz już oczywiście są wszędzie, lecz wtedy był to Wielki Skok W Przyszłość i płacił za to Związek Właścicieli Domów.

Dozorca go oczywiście usunął. Nie zabrało mu to wiele czasu, ale nie spuszczał mnie z oka ani na chwilę i teraz do pewnego stopnia pojmuję jego uczucia. Nie goliłem się od Bóg wie kiedy i śmierdziałem whisky, brudne włosy lepiły mi się do głowy, marynarkę też miałem brudną. Oczywiście wiedział, że już nie chodzę do pracy, i widział, jak wynoszą telewizor. Wiedział też, że kazałem odłączyć telefon. Po prostu myślał, że oszalałem.

Może i byłem szaleńcem, ale tak jak i Thorpe niekoniecznie zaraz idiotą. Włączyłem dla niego cały swój wdzięk, ile go zostało... no tak, wiecie, redaktorzy pism literackich muszą go trochę mieć. Uspokoiłem go dziesięciodolarówką i w końcu jakoś naprostowałem sprawy, ale z tego, jak przez następne kilka tygodni patrzyli na mnie sąsiedzi (a były to ostatnie tygodnie, jakie miałem tam spędzić), mogłem się domyślić, że wieść poszła w świat. Wiele mówiący był zwłaszcza fakt, że nie odwiedził mnie nikt ze związku właścicieli, żeby poskomliwać nad moją czarną niewdzięcznością. Pewnie bali się, że zaatakuję ich nożem do mięsa.

Wówczas jednak niewiele mnie to obchodziło. Siedziałem w półmroku, ciągle paliła się lampa gazowa, bijąca przez okno elektryczność Manhattanu też oświetlała trochę moje trzy pokoje. Siedziałem z butelką w jednej i papierosem w drugiej ręce, wpatrzony w miejsce, w którym wykrywacz dymu świecił niegdyś czerwonym okiem tak dyskretnie, że w dzień w ogóle nie było go widać, i myślałem... o tym, że chociaż wyłączyłem całą elektryczność, on został. A jeśli go przeoczyłem, to mogłem przeoczyć także co innego.

A nawet jeśli nie, to przecież cały dom i tak oplatany był przewodami, tyle ich było, ile chorych komórek i gnijących organów w ciele umierającego na raka. Zamykałem oczy i widziałem kable biegnące w ścianach, świecące niesamowitym, zielonkawym światłem. Jeden, niemal nieszkodliwy, cieniutki przewód biegnie do kontaktu... wychodzący z kontaktu kabel jest już nieco grubszy, prowadzi do piwnicy, w której łączy się z jeszcze grubszym, w podziemnym kanale wpada w wiązkę jeszcze grubszych... no tak.

Kiedy Jane Thorpe napisała mi, że Reg zakleił kontakty, jakaś część mego umysłu wiedziała, że ona uznaje to za dowód szaleństwa męża i ta część podpowiedziała mi, żeby odpisać jej jakby była całością. Inna część, teraz już znacznie większa, krzyczała coś zupełnie innego. Krzyczała: "Przecież to wspaniały pomysł!" - no i zaraz następnego dnia zrobiłem oczywiście to samo. Pamiętajcie - byłem człowiekiem, który miał pomóc Regowi. W jakiś przerażający sposób wydawało się to nawet śmieszne.

Tejże nocy zdecydowałem się opuścić Manhattan. W Airondacks był kawałek należącej do rodziny ziemi z domem, mógłbym tam trochę pomieszkać. Pomysł ten bardzo mi się spodobał. W mieście trzymała mnie tylko "Ballada o celnym strzale"; jeśli była ona kołem ratunkowym, dzięki któremu Reg utrzymywał się na powierzchni oceanu szaleństwa, to mnie też w tym pomagała. Chciałem już tylko umieścić ją w dobrym magazynie i gdyby mi się to udało, mógłbym zniknąć z miasta.

Tak właśnie wyglądały niezbyt znane w świecie relacje Wilson - Thorpe tuż przed tym, jak śliwka wpadła w gówno. Byliśmy jak dwóch umierających narkomanów, dowodzących sobie nawzajem wyższości heroiny nad morfiną i vice versa. Że tak powiem. Reg miał fornita w maszynie, ja miałem fornita w ścianie, a obaj mieliśmy fornity w głowie.



1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna