Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona44/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49

- Co pan mu odpisał? - zainteresował się agent. Redaktor odpowiedział, spokojnie i cicho:

- Tu dopiero zaczęły się prawdziwe kłopoty. Dla nas obu. Jane powiedziała mi: "Niech pan go uspokoi", no więc... właśnie to zrobiłem. Niestety, udało mu się aż nazbyt dobrze. Odpisałem na jego list w domu, byłem mocno pijany, a mieszkanie wydawało mi się aż za puste. Śmierdziało zastarzałym dymem papierosowym. Z odejściem Sandry wszystko zaczęło powoli podupadać: zmięta narzuta na tapczanie, brudne naczynia w zlewie... tego rodzaju rzeczy. Mężczyzna w średnim wieku, zupełnie nieprzygotowany do samodzielności.

Siedziałem w tym mieszkaniu nad wkręconą w maszynę do pisania kartką papieru i myślałem: potrzebuję fornita. Potrzebuję z tuzin fornitów, żeby posypały fornusem całe to cholerne mieszkanie, od drzwi aż po okna. Byłem wystarczająco pijany, by zazdrościć Regowi Thorpe'owi jego złudzeń. No i odpisałem mu, że rzeczywiście mam fornita. Napisałem, że charaktery mają bardzo podobne. Aktywne w nocy. Nienawidzą hałasu, ale mój najwyraźniej lubi Bacha i Brahmsa, często dobrze mi się pracuje wieczorem, kiedy słucham ich muzyki. Że mój zdecydowania preferuje kiełbasę bolońską... może warto spróbować poczęstować nią i twojego, co, Reg? Zostawiam po prostu kawałki koło mojego redaktorskiego ołówka, a rano prawie zawsze nie ma po niej ani śladu. Chyba że - jak sam wspomniałeś, Reg - poprzednia noc była rozrywkowa. Podziękowałem mu za informacje o radzie i napisałem, że sam używam normalnego, nakręcanego zegarka. Napisałem też, że mój fornit towarzyszy mi już od czasu szkolnych wypracowań. Wyobraźnia tak mnie poniosła, że wyszło z tego chyba sześć stron. Na końcu dodałem notkę o opowiadaniu, raczej pobieżną. Podpisałem...

- A pod podpisem? - odezwała się żona agenta.

- Oczywiście. "Fornit i fornus"... - Przerwał i zamilkł na chwilę. - Nie zobaczycie tego w ciemności, ale się rumienię - mówił dalej. - Byłem tak pijany, tak cholernie zadowolony z siebie... Może i w świetle poranka przemyślałbym sobie tę sprawę raz jeszcze, lecz rano było już za późno.

- Wysłałeś list w nocy - mruknął pisarz.

- Wysłałem. Przez półtora tygodnia wstrzymywałem oddech i czekałem. Pewnego dnia do redakcji przyszedł adresowany dla mnie maszynopis, bez listu. Skróty były takie, jakie uzgodniliśmy i opowiadanie wyszło świetnie w każdym szczególe, ale maszynopis... cóż, wpakowałem o do teczki, zabrałem do domu i sam przepisałem. Cały pokryty był żółtymi plamami. Myślałem, że to...

- Uryną? - spytała żona agenta.

- Owszem, tak właśnie sobie pomyślałem. Myliłem się. A kiedy przyjechałem do domu, w skrzynce czekał już na mnie list od Rega. Tym razem dziesięciostronicowy. Z tymi samymi żółtymi plamami. Oczywiście. Nie dostał kiełbasy bolońskiej, więc kupił inną. Napisał, że jego fornit po prostu ją uwielbia. Zwłaszcza z musztardą.

Tego dnia byłem zupełnie trzeźwy. Ale ten list... i ślady musztardy rozsmarowanej po kartkach... pobiegłem prosto do najbliższego baru. Nic nie było w stanie mnie powstrzymać. Wypiłem.

- Co jeszcze było w liście? - dopytywała się żona agenta. Opowieść najwyraźniej zafascynowała ją do tego stopnia, że nieostrożnie pochyliła się w stronę redaktora, demonstrując wszem wobec całkiem pokaźny brzuszek. Żonie pisarza przypomniała w tym momencie Snoopy'ego, siedzącego na budzie i udającego sępa.

- Tym razem najwyżej dwa wiersze poświęcił opowiadaniu. Reszta dotyczyła fornita... i mnie. Kiełbasa okazała się naprawdę wspaniałym pomysłem. Rackne musiał ją naprawdę polubić i...

- Rackne? - spytał pisarz.

- Tak miał na imię jego fornit. Rackne. Dzięki kiełbasie Rackne na serio wziął się do roboty przy skrótach. Reszta to był już prawdziwy bełkot szaleńca. Czegoś takiego w życiu nie widzieliście.

- Reg i Rackne, małżeństwo związane w niebie - powiedziała żona pisarza i zachichotała nerwowo.

- Nie, to wcale nie tak. Była to tylko przyjaźń oparta na wspólnocie interesów. No i Rackne był chłopcem.

- Co jeszcze napisał?

- Tego akurat dokładnie nie pamiętam. Macie szczęście. Nawet szaleństwo po jakimś czasie zaczyna nudzić. Listonosz był agentem CIA, gazeciarz - FBI; Reg dostrzegł pistolet z tłumikiem w jego torbie, wśród gazet. Sąsiedzi byli jakimiś szpiegami, w furgonetce mieli sprzęt do podsłuchu. Bał się chodzić nawet do sąsiedniego sklepu, bo jego właściciel był androidem i przez łysinę przeświecała mu siatka przewodów. Promieniowanie radu w domu wyraźnie się zwiększyło, ściany świeciły w nocy zielonkawym blaskiem.

List kończył się mniej więcej tak: "Mam nadzieję, że mi odpiszesz i powiadomisz mnie o tym, jak to wygląda u ciebie. Co z fornitem i wrogami, Henry? Sądzę, że nasza znajomość zawiązała się przez coś więcej niż przypadek. Bóg, Opatrzność, Los (nazwij to, jak chcesz) w ostatniej chwili rzucił mi koło ratunkowe. Mężczyzna nie może w nieskończoność, samotnie opierać się tysiącom nieprzyjaciół. A odkrycie, że przecież nie jestem sam... czy powiem za wiele, jeśli stwierdzę, że fakt, iż mamy wspólne doświadczenia, stanął między mną a całkowitym zniszczeniem? Chyba nie. Muszę wiedzieć, czy wrogowie polują na twojego fornita jak na Rackne'a? Jeśli tak, to jak sobie z nimi radzisz? Jeśli nie, to czy potrafisz domyślić się dlaczego? Powtarzam: muszę to wiedzieć!".

List podpisany był tym samym bazgrołem, co zawsze, a pod nim znajdowało się jeszcze postscriptum. To jedno zdanie uderzyło mnie z siłą śmiertelnego ciosu: "Czasami myślę też o mojej żonie".

Przeczytałem ten list trzy razy i w tym czasie zdołałem rozprawić się z całą butelką black velvet. Dopiero wówczas przyszło mi do głowy, że jakoś przecież muszę mu odpisać. Jak? Jasne, to tonący wołał do mnie: "Ratunku!". Opowiadanie trzymało go w kupie przez pewien czas, ale teraz było już prawie skończone. To, czy Reg nie rozsypie się na kawałki, zależało już tylko ode mnie. Rozumiałem go, w końcu to ja przecież zacząłem tę całą historię. Chodziłem tam i z powrotem po ciemnych pokojach i nagle zacząłem wyciągać wtyczki z kontaktów. Pamiętajcie, byłem kompletnie zalany, a alkohol rozpuszcza bariery sceptycyzmu. To dlatego wydawcy i prawnicy wyskakują na trzy drinki przed podpisaniem kontraktu i obiadem.

Agent wybuchnął śmiechem, ale to nie poprawiło nastroju. Wszyscy byli napięci i zażenowani.

- Proszę, pamiętajcie też o tym, że Reg był pisarzem jak diabli! I do tego całkiem przekonanym, że rzeczy wyglądają dokładnie tak, jak mi je opisał. FBI. CIA. Podatki. ONI. WROGOWIE.

Niektórzy pisarze posiadają niezwykły dar - im bardziej czują temat, tym chłodniej piszą. Tak było z Hemingwayem, tak było ze Steinbeckiem i tak było z Regiem Thorpe. Wchodzi się w ich świat. Świat zupełnie logiczny. Zaczyna się myśleć jak oni - trzeba tylko przyjąć pewne podstawowe przesłanki: fornita, trzydziestkęósemkę z tłumikiem w torbie listonosza. Dzieciaki z przeciwka mogą przecież rzeczywiście być agentami KGB, mogą mieć kapsułki z trucizną w sztucznych zębach i misję: zginąć albo porwać lub zabić Rackne'a.

Oczywiście nie uznawałem tych przesłanek... tylko tak trudno było mi myśleć. Więc wyrywałem kolejne wtyczki z kontaktów, najpierw tę od kolorowego telewizora, bo wszyscy przecież wiedzą, że one czymś tam naprawdę promieniują. W "Logan's" publikowaliśmy nawet artykuły pewnego naukowca tłumaczące, że promieniowanie kolorowego telewizora ma wpływ na fale ludzkiego mózgu i zmienia je, nieznacznie wprawdzie, lecz ustawicznie. Ten naukowiec udowadniał, że właśnie kolorowe telewizory powodują, że dzieci w szkołach mają niższe oceny na testach z umiejętności czytania i pisania, i z matematyki. W końcu to dzieci oglądają najwięcej telewizji.

Więc wyłączyłem telewizor i wydało mi się, że mogę już myśleć jaśniej. Poczułem się na tyle dobrze, że byłem w stanie wyłączyć radio, toster, pralkę i suszarkę. Nagle przypomniałem sobie o kuchence mikrofalowej i też ją wyłączyłem. Ulżyło mi. Ta kuchenka była stara, wielka jak szafa i prawdopodobnie nie całkiem bezpieczna. Dzisiejsze modele są chyba lepiej zabezpieczone.

Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, ile rzeczy w zwykłym gospodarstwie niezbyt zamożnego człowieka podłącza się do kontaktu. Nagle dostrzegłem potworną, elektryczną ośmiornicę o mackach z kabli pełznących w ścianach i łączących się z najbliższą, oczywiście rządową, elektrownią.

Cierpiałem na coś w rodzaju rozdwojenia myśli. - Redaktor napił się coca-coli i mówił dalej: - W zasadzie wiedziałem, że to wszystko przesąd. Jest przecież wielu ludzi, którzy nie otworzą parasolki pod dachem i nie przejdą pod drabiną. Koszykarze żegnają się przed rzutami osobistymi i zmieniają skarpetki, jeśli nie trafią. Racjonalna świadomość i irracjonalna podświadomość grają sobie fałszywy, choć stereofoniczny chórek. Jeżelibym musiał zdefiniować wam irracjonalną podświadomość, to powiedziałbym, że jest ona małym pokoikiem, znajdującym się we wnętrzu każdego z nas. Jedynym meblem w tym pokoiku jest stolik. Na stoliku leży rewolwer, naładowany elastycznymi pociskami.

Schodzisz z chodnika, żeby ominąć drabinę, wychodzisz na deszcz ze zwiniętym parasolem i z twojego racjonalnego "ja" odpada łupina; wchodzisz do pokoiku i bierzesz do ręki rewolwer. Myślisz o dwóch rzeczach naraz: "przechodzenie pod drabiną z pewnością nikomu nie zaszkodzi" i "ominięcie drabiny też nikomu nie zaszkodzi". Ominąłeś drabinę, otworzyłeś parasol... i znów jesteś sobą.

- To całkiem interesujące - powiedział pisarz. - Czy mógłbyś coś jeszcze wyjaśnić? To znaczy, kiedy ta "irracjonalna podświadomość" przestaje bawić się rewolwerem i przykłada go do skroni?

- Kiedy nasz delikwent zaczyna pisać listy do gazet, domagając się likwidacji wszystkich drabin w mieście, bo przechodzenie pod nimi jest niebezpieczne.

Towarzystwo wybuchło śmiechem.

- No cóż, powiedzieliśmy sobie już tyle, że równie dobrze możemy powiedzieć wszystko. Irracjonalna podświadomość strzela w mózg elastycznymi pociskami wtedy, kiedy zaczynasz biegać po mieście i przewracać drabiny, być może raniąc tych, którzy na nich pracują. Do szpitala nie trafiają faceci, którzy po prostu omijają drabiny, ani ci, którzy piszą do gazet, że w Nowym Jorku źle się dzieje, bo jest on pełen głupków, pozbawionych wrażliwości i łażących pod drabinami. Wariatkowa są pełne tych, którzy próbowali je przewracać.

- Ponieważ to akurat widać - zauważył pisarz.

- Wiesz, Paul, coś w tym jest. Nigdy nie chciałem zapalać trzech papierosów jedną zapałką. Nie wiedziałem czemu, ale nie chciałem. Dopiero później przeczytałem gdzieś, że zaczęło się to w okopach I wojny światowej. Że niemieccy strzelcy wyborowi tylko czekali na głupich Angoli, uprzejmie przypalających sobie nawzajem papierosy. Pierwszy, i mieli odległość. Drugi - poprawka na wiatr. Trzeci i odstrzeliwali facetowi łeb. Ba, ale czy wiesz o tym, czy nie, to przecież wszystko jedno. Ciągle, nawet dziś, nie zapalam ludziom trzech papierosów z rzędu. Wiem, że mogę ich zapalić choćby i dwadzieścia, tylko z drugiej strony mój wewnętrzny głos mówi mi z akcentem Borisa Karloffa: "Aaaa, tylko spróbuj, przyjacielu...".

- Ale przecież szaleństwo to nie zawsze zabobon - wtrąciła nieśmiało żona pisarza.

- Czyżby? A Joanna d'Arc? Ona przecież słyszała głosy. Z nieba. Niektórzy ludzie są pewni, że opanowały ich demony. Jeszcze inni widzą diabły... albo upiory... albo... no cóż... fornity. Wariacja, mania, irracjonalność, szaleństwo... te wszystkie słowa sugerują przesądy. Szaleniec widzi rzeczywistość skrzywioną. Rozczepiona osobowość integruje się w małym pokoiku. W pokoiku stoi stolik. Na stoliku leży rewolwer.

Moje racjonalne ja ciągle jednak trzymało pion. Okrwawione, posiniaczone, wściekłe i trochę przestraszone, trzymało się jednak twardo. Tłumaczyło mi nawet: "No, no, wszystko w porządku. Jutro, jak już wytrzeźwiejesz, wetkniesz wtyczki do kontaktów. I dzięki Bogu! Baw się, jeśli musisz, ale ani kroku dalej. Ani kroku dalej!".

Ten wspaniały głos rozsądku miał prawo się bać. Jest w nas coś jakby fascynacja szaleństwem. Każdy, kto choćby raz wychylił się z balkonu wysokiego domu, na pewno poczuł delikatną, lecz przecież morderczą ochotę, by skoczyć. A każdy, kto choćby raz przyłożył sobie lufę do skroni...

- Nie, proszę! - Żona pisarza niemal krzyczała.

- Dobrze, oczywiście - zgodził się redaktor. - Chciałem tylko wytłumaczyć wam, że nawet najnormalniejszy człowiek zaledwie wisi na śliskim sznurze normalności. Obwody normalności wbudowano w ludzkie zwierzę wyjątkowo niedbale.

Kiedy już wszystko wyłączyłem, poszedłem do pracowni, napisałem list do Rega, wsadziłem go do koperty, nakleiłem znaczek i wysłałem. Zupełnie nie pamiętam, jak to zrobiłem. Byłem zbyt pijany, by pamiętać. Wydedukowałem sobie to wszystko rano, bo kiedy już doszedłem do siebie, zobaczyłem przy maszynie do pisania kopię listu, znaczki i paczkę kopert. List był prawie taki, jakiego można się spodziewać po zalanym pijaku. Napisałem w nim mniej więcej tak: "Nieprzyjaciół przyciągają zarówno fornity, jak i elektryczność. Pozbądź się elektryczności, a pozbędziesz się nieprzyjaciół". Na dole dopisałem: "To elektryczność nie pozwala ci myśleć jasno o tych sprawach, Reg. Interferuje z falami mózgowymi. Czy twoja żona ma mikser elektryczny?".

- No, to skończyło się na listach do gazet - powiedział pisarz.

- Tak. Napisałem ten list w piątek w nocy. Wstałem w sobotę o jedenastej rano, skacowany i zaledwie świadomy tego, co wyprawiałem poprzedniego dnia. Włączając wszystko z powrotem, wstydziłem się jak cholera. Wstydziłem się jeszcze bardziej - i bałem się - kiedy przeczytałem to, co napisałem Regowi. Szukałem oryginału listu, miałem nadzieję, że go znajdę. Nie znalazłem. Przeżyłem cały ten dzień, próbując wziąć się w garść jak mężczyzna i obiecując sobie, że nie tknę więcej whisky. Dotrzymałem słowa. Jak cholera.

W środę przyszedł list od Rega. Jedna strona, zapisana ręcznie. Cała upstrzona znaczkami "Fornit i fornus". A tekstu tyle: "Miałeś rację. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Reg. Fornit w porządku. Reg. Dzięki. Reg".

- Boże! - westchnęła żona pisarza.

- Założę się, że żona Rega dostała szału - dodała żona agenta.

- Nie - odparł spokojnie redaktor. - Nie dostała. Podziałało.

- Podziałało? - zdziwił się agent.

- Podziałało. Dostał mój list w poniedziałek rano. Po południu kazał odciąć sobie moc. Jane Thorpe dostała oczywiście szału. Miała kuchenkę elektryczną, mikser, maszynę do szycia, zmywarkę do naczyń z suszarką... no, rozumiecie. Tego wieczora z pewnością ucieszyłaby się, gdyby ktoś podał jej moją głowę na tacy.

To zachowanie Rega sprawiło, że zaczęła uważać mnie nie za szaleńca, lecz za cudotwórcę. Reg posadził ją w fotelu i mówił zupełnie do rzeczy. Twierdził, że wie, iż ostatnio dziwnie się zachowywał. Że wie, iż się o niego bała. Że bez elektryczności czuje się znacznie lepiej. Że jej teraz pomoże, żeby nie męczyła się i nie czuła niewygód. A później dodał, że chyba powinni wpaść do sąsiadów na pogawędkę.

- Chyba nie do tych agentów KGB z furgonetką wyładowaną radem? - zdziwił się pisarz.

- Właśnie do nich. Jane nie wierzyła własnym uszom! Zgodziła się w końcu, ale później powiedziała mi, że była przygotowana na najgorsze. Oskarżenia, groźby, histeria... zaczęła nawet rozważać możliwość odejścia od Rega, jeśli nie zdecydowałby się na przyjęcie pomocy. Wtedy, a była to środa rano, powiedziała mi przez telefon, że odcięcie elektryczności to była ostatnia kropla. Była gotowa wrócić do Nowego Jorku. Rozumiecie, po prostu się wystraszyła. Sytuacja pogarszała się stopniowo, niemal niedostrzegalnie, ale ona ciągle go kochała. Tyle że dotarła już do kresu cierpliwości. Postanowiła, że jeśli Reg choć raz powie tym studentom coś dziwnego, to wyprowadza się natychmiast. Dużo później odkryłem, że bardzo ostrożnie rozpytywała się, jak załatwić przymusowe leczenie w Nebrasce.

- Biedna kobieta - powiedziała cicho żona pisarza.

- Ten wieczór okazał się wielkim sukcesem - mówił dalej redaktor. - Reg wypadł wspaniale, a - według Jane - miał wiele wdzięku, jeśli tylko się postarał. Nie widziała go takiego od trzech lat. Posępność i coś w rodzaju skrytości zniknęły, jakby nigdy nie istniały. Tak samo nerwowy tik i to zerknięcie przez ramię, gdy ktoś otwierał drzwi. Popijał piwo i rozmawiał o wszystkim, o czym mówiło się w tamtych ponurych czasach: o wojnie, o możliwości stworzenia ochotniczej armii, o rozruchach w miastach, o prawie.

Wyszło na jaw, że napisał "Postacie z podziemia" i ci młodzi ludzie byli... "oszołomieni sławą", jak to ujęła Jane. Troje czy czworo z nich już je przeczytało i mógłbym założyć się o wszystko, że pozostali natychmiast pobiegli do biblioteki.

Pisarz roześmiał się i skinął głową. Coś już o tym wiedział.

- Więc - mówił dalej redaktor - zostawmy na razie Rega Thorpe i jego żonę, bez elektryczności, lecz szczęśliwych jak nigdy w ciągu ostatnich kilku lat...

- Dobrze, że nie miał elektrycznej maszyny do pisania - wtrącił agent.

- ...i powróćmy do Pana Redaktora. Minęły dwa tygodnie. Lato się kończyło. Pan Redaktor, oczywiście, popijał sobie od czasu do czasu, lecz tak w ogóle funkcjonował bez zgrzytów. Dni mijały, jak mijać miały. Na Przylądku Kennedy'ego przygotowywano się do wysłania człowieka na Księżyc. Nowe wydanie "Logan's", z Johnem Lindsayem na okładce, leżało na półkach i sprzedawało się równie kiepsko jak poprzednie. Złożyłem zamówienie na zakup praw do jednorazowej publikacji prasowej dzieła oryginalnego. Opowiadanie: "Ballada o celnym strzale". Autor: Reg Thorpe. Pierwodruk. Wydanie: styczeń 1970. Cena: 800 dolarów; tyle zwykle płaciliśmy za główne opowiadanie.

Aż tu nagle wzywa mnie mój szef, Jim Dohegan. Czy mógłbym wpaść do niego na minutkę? Pobiegłem truchcikiem i zgłosiłem się przed dziesiątą, wyglądając i czując się wspaniale. Dopiero później dotarło do mnie, że sekretarka Jima, Janey Morrison, wyglądała jak pierwsza fala sztormowa.

Usiadłem i zapytałem Jima, co mogę dla niego zrobić lub vice versa. Nie twierdzę, że nie myślałem o Regu Thorpie. Mając w garści jego arcydzieło spodziewałem się nawet czegoś w rodzaju gratulacji, więc chyba możecie sobie wyobrazić, jak zgłupiałem, kiedy podał mi dwa zamówienia: na opowiadanie Rega Thorpe'a i Johna Updike'a, które planowałem na luty. Na obu przystemplowano "Zwrot".

Popatrzyłem na zamówienia. Popatrzyłem na Jima. Nic nie pojmowałem. Nie potrafiłem nawet zmusić się, by pomyśleć, co to ma, do cholery, znaczyć! Coś mi się w głowie zablokowało. Rozejrzałem się po gabinecie i zobaczyłem w kącie mały elektryczny ekspres, który Jane przynosiła codziennie rano i włączała do kontaktu, żeby jej szef miał zawsze świeżą kawę. Tak było w redakcji od trzech lat, ale tego ranka byłem w stanie myśleć wyłącznie o jednym: Gdybym tylko go wyłączył, zaraz pojąłbym, co jest grane. Wiem, że gdybym go wyłączył, mógłbym myśleć.

Spytałem: "A to co, Jim?".

On na to: "Cholernie mi przykro, że to właśnie ja muszę przekazać ci tę wiadomość, Henry. Od stycznia 1970 roku «Logan's» nie będzie już publikował literatury.

Redaktor sięgnął po papierosa, ale jego paczka była pusta.

- Czy ktoś może mnie poczęstować papierosem? - spytał. Żona pisarza podała mu salema.

- Dzięki, Meg.

Zapalił go, wyrzucił zapałkę, zaciągnął się głęboko. W ciemności rozbłysnął wesoły, czerwony ognik.

- No cóż, nie mam wątpliwości, że Jim wziął mnie za szaleńca. Spytałem go: "Można?" i wyłączyłem ekspres z kontaktu. Pamiętam, że opadła mu szczęka. "Co u diabła, Henry?" - spytał. "Nie umiem myśleć, kiedy działa coś takiego - wyjaśniłem. Interferencje". I chyba rzeczywiście w to wierzyłem, bo naraz zacząłem myśleć zupełnie jasno. "Czy to znaczy, że mnie wywalasz?" - spytałem, a on powiedział: "Nie wiem, to zależy od Sama i kolegium. Po prostu nie wiem, Henry".

Ale ja miałem mu wiele do powiedzenia. Myślę, że Jim spodziewał się, że będę go błagał o pracę. Znacie to powiedzenie: "Wystawiony tyłkiem do wiatru"? Jestem pewien, że nie zrozumie go nikt, kto nie stał się nagle szefem nieistniejącego działu.

Ale ja nie błagałem go o pracę i o to, by "Logan's" dalej publikował opowiadania. Błagałem go o Rega Thorpe'a. Najpierw powiedziałem, że mogę przesunąć jego opowiadanie na grudzień.

"Numer grudniowy jest zamknięty - powiedział Jim. - Przecież o tym wiesz. A tu mamy dziesięć tysięcy słów".

"Dziewięć tysięcy osiemset" - poprawiłem go.

"I ilustrację na całą kolumnę. Daj spokój".

"Wywalmy rysunek - poprosiłem. - Słuchaj, Jimmy, to świetnie opowiadanie, być może najlepsze, jakie się nam trafiło od pięciu lat".

"Czytałem je i wiem, że jest dobre - powiedział Jim. - Ale tego nie możemy zrobić. Nie w grudniu. Przecież to Boże Narodzenie! Do cholery, Henry, chcesz dać czytelnikom pod choinkę opowiadanie o facecie, który zabija żonę i dziecko? Chyba..." - Tu przerwał i widziałem, jak zerknął na ekspres. Wiecie, równie dobrze mógł skończyć głośno.

Pisarz powoli skinął głową, nie spuszczając wzroku z cieni na twarzy redaktora.

- Zaczęła mnie boleć głowa. Na początku było to zwykłe ćmienie, tyle że znów nie mogłem myśleć. Przypomniałem sobie, że Janey Morrison ma na biurku elektryczną temperówkę. I te jarzeniówki w gabinecie Jima. Piecyki. W bufecie przy końcu korytarza stały automaty do kawy i tak dalej. Jakby tak głębiej się nad tym zastanowić, cały budynek trzymał się przecież wyłącznie dzięki elektryczności. Dziwne, że ktokolwiek może tu cokolwiek zrobić. To wtedy właśnie pojawiła się ta myśl, myśl o tym, że nic dziwnego, "Logan's" musi paść, bo przecież nikt tu nie może trzeźwo myśleć, a nie może trzeźwo myśleć, bo go wpakowano do wielkiego budynku oplecionego kablami kompletnie zakłócającymi przebieg fal mózgowych. Pamiętam, jak myślałem, że gdyby pojawił się tu lekarz z elektroencefalografem, to wykresy byłyby... no tak... po prostu wstrętne. Pełne tych spiczastych linii alfa oznaczających złośliwego guza mózgu.

Już samo myślenie o tym spowodowało, że głowa zaczęła mnie boleć. Ale próbowałem dalej. Zapytałem, czy nie mógłby pogadać z Samem Vaderem, naszym naczelnym, by puścił Rega Thorpe do numeru styczniowego, jako pożegnania z literaturą, jeśli inaczej się nie da. Jako ostatnie opowiadanie w "Logan's".

Jim bawił się ołówkiem i kiwał głową. Powiedział: "Wspomnę mu o tym, ale wiesz, że to nie zadziała. Mamy tu opowiadanie pisarza z jednym hitem na koncie i mamy opowiadanie Johna Updike'a, równie dobre a może nawet lepsze".

"To Updike'a nie jest lepsze!" - zaprotestowałem.

"No, dobrze. Jezu, Henry, nie musisz przecież wrzeszczeć!".

"Nie wrzeszczę!" - wrzasnąłem.

Patrzył mi w oczy przez dłuższą chwilę, a mnie coraz bardziej bolała głowa. Słyszałem jarzeniówki brzęczące jak złapane w butelkę muchy - obrzydliwy dźwięk. Wydawało mi się też, że słyszę, jak Jane włącza temperówkę. Oni to robią specjalnie, pomyślałem. Chcą mnie ogłupić. Wiedzą, że ja nie wiem, co powiedzieć, kiedy ta... kiedy to wszystko...

Jim mówił jeszcze coś o poruszeniu tych spraw na kolegium, obiecywał, że zasugeruje, by nie przerywać druku opowiadań nagle, tylko wykorzystać te, które już zaplanowałem, chociaż...

Wstałem, przeszedłem przez pokój i wyłączyłem światło.

"A to po co?" - spytał Jim.

"Już ty dobrze wiesz po co - odpowiedziałem mu. - Powinieneś wynieść się stąd, Jimmy, inaczej nic z ciebie nie zostanie".

Wstał i podszedł do mnie.

"A ty powinieneś chyba wziąć wolny dzień i odpocząć, Henry. Idź do domu, wypocznij. Wiem, że ostatnio żyłeś w napięciu. Chcę, żebyś wiedział, że zrobię w tej sprawie, co tylko będę mógł. Czuję to samo co ty... no, może prawie to samo. A ty powinieneś pójść do domu, położyć się, pooglądać telewizję".

"Telewizję" - powiedziałem i roześmiałem się. To był najlepszy dowcip, jaki kiedykolwiek słyszałem. "Jimmy, powiedz coś ode mnie Samowi Vaderowi, dobra?".

"Co takiego, Henry?".

"Powiedz mu, że potrzebuje fornita. Całej drużyny. Ha, fornita? Dwunastu fornitów!".

"Fornity - powtórzył Jim. - W porządku, Henry. Powiem mu. Z całą pewnością mu powiem".

Ból głowy był już po prostu nie do zniesienia. Prawie nic nie widziałem. Gdzieś tam, w głębi mózgu, rodziła się myśl: Co ja powiem Regowi? Jak on to przyjmie?".



1   ...   41   42   43   44   45   46   47   48   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna