Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona43/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   39   40   41   42   43   44   45   46   ...   49

- To on napisał "Postacie z podziemia", prawda? - spytała żona agenta.

- Owszem. Niezwykłe powodzenie jak na pierwszą powieść. Wspaniałe recenzje, sprzedaż jak marzenie, wszystko, dosłownie wszystko! Nawet film był dobry, nie taki dobry jak książka, ale dobry.

- Uwielbiałam tę powieść - rzekła żona pisarza, włączając się w rozmowę wbrew swemu najgłębszemu przekonaniu. Na twarzy miała wyraz radosnego zaskoczenia jak ktoś, kto przypomniał sobie coś, czego nie pamiętał od zbyt dawna. - Czy on coś jeszcze napisał? "Postacie z podziemia" czytałam w szkole, a to było... no... zbyt dawno, by o tym myśleć.

- Nic się nie zmieniłaś, kochanie - powiedziała serdecznie żona agenta, choć w tej chwili myślała właśnie, że żona pisarza nosi za mały biustonosz i zbyt obcisłe szorty.

- Nie - odparł redaktor. - Nie napisał nic więcej oprócz tego opowiadania, o którym wspomniałem. Popełnił samobójstwo. Oszalał i popełnił samobójstwo.

- Och! - jęknęła cicho żona pisarza. Temat wrócił.

- Czy ktoś opublikował to opowiadanie? - spytał pisarz.

- Nie, ale nie dlatego, że pisarz oszalał i popełnił samobójstwo. Nikt go nie opublikował, ponieważ pewien redaktor oszalał i niemal popełnił samobójstwo.

Agent zerwał się z krzesełka i wzmocnił sobie drinka, chociaż jego drink z pewnością nie wymagał wzmocnienia. Wiedział, że w 1969 roku redaktor przeżył załamanie nerwowe, a niedługo potem skończyła się epoka "Logan's".

- To ja byłem tym redaktorem - poinformował resztę towarzystwa redaktor. - W pewnym sensie wariowaliśmy razem, Reg Thorpe i ja, chociaż ja mieszkałem w Nowym Jorku, a on w Omaha i nigdy się nawet nie spotkaliśmy. Przeniósł się tam w jakieś pół roku po wydaniu "Postaci...". Żeby, jak wówczas mówił, "pozbierać myśli". Akurat tak się złożyło, że znam tę część historii, bo czasami spotykam się z jego żoną, kiedy przyjeżdża do Nowego Jorku. Maluje teraz i to całkiem nieźle. Miała szczęście dziewczyna. Omal nie zabrał jej ze sobą.

Agent wrócił ze szklaneczką w ręku.

- Zaczynam coś sobie przypominać - powiedział. - Tam była nie tylko żona, prawda? Postrzelił kilka osób, w tym dziecko.

- Tak. To właśnie dzieciak go załatwił.

- Dzieciak? - zdumiała się żona agenta. - Jak to, dzieciak?

Twarz redaktora pozostała nieruchoma. Najwyraźniej chciał mówić, a nie odpowiadać na pytania.

- I tę cześć historii znam także. Sam ją przeżyłem. Też miałem szczęście. Cholerne szczęście. Różne dziwne rzeczy dzieją się z ludźmi, którzy próbują popełnić samobójstwo przykładając sobie lufę do czoła i pociągając za spust. Myślicie może, że to metoda pewniejsza niż pigułki czy podcięcie żył, ale się mylicie. Kiedy strzelacie sobie w łeb, nie wiecie, co się może zdarzyć. Pocisk może się na przykład odbić od czaszki i zabić kogoś innego. Może ześlizgnąć się po kości i lecieć dalej. Może utkwić w mózgu i oślepić na całe życie. Jeden gość palnie sobie w łeb z trzydziestkiósemki i ocknie się w szpitalu, inny użyje dwudziestkidwójki i ocknie się w piekle... jeżeli coś takiego w ogóle istnieje. Osobiście sądzę, że piekło istnieje na Ziemi, najprawdopodobniej w New Jersey.

Żona pisarza roześmiała się piskliwie.

- Jedyną zupełnie pewną metodą samobójstwa jest skok z wysokiego budynku, a używają jej wyłącznie ci naprawdę zdecydowani. Nieciekawie się później wygląda, prawda?

Ale chodzi mi o coś innego: jeśli trafi cię elastyczny pocisk, nie wiesz, co się może zdarzyć. Ja zjechałem z mostu i ocknąłem się na brudnym nabrzeżu, a kierowca ciężarówki machał moimi rękami i wyginał je tak, jakby miał dwadzieścia cztery godziny na zostanie kulturystą i pomylił mnie z symulatorem kajaka. Rega ta kula trafiła wprost w mózg. Reg... ale opowiadam wam tu coś takiego, a nie mam zielonego pojęcia, czy w ogóle chcecie mnie słuchać.

W gęstniejącym szybko mroku przyjrzał się uważnie ich twarzom. Agent i jego żona patrzyli na siebie pytająco, a żona pisarza już, już miała stwierdzić, że dość chyba na dziś nieprzyjemnych rozmów, kiedy odezwał się jej mąż:

- Chciałbym usłyszeć więcej, jeśli oczywiście może pan o tym mówić. To znaczy, z powodów osobistych.

- Nie opowiadałem tej historii aż do dziś, lecz nie z powodów osobistych. Być może nie spotkałem właściwych słuchaczy?

- Niech pan spróbuje, dobrze?

- Paul. - Żona położyła mu dłoń na ramieniu. - Nie sądzisz...?

- Nie teraz, Meg. Redaktor już mówił dalej:

- Opowiadanie przyszło zwyczajnie, pocztą, w czasach, kiedy "Logan's" nie przyjmował już przypadkowych tekstów. Jeśli przychodziły, sekretarka przekładała je po prostu do załączonych kopert zwrotnych z karteczką: "Z powodu rosnących kosztów utrzymania pisma i rosnących trudności z czytaniem wciąż rosnącej ilości nadsyłanych tekstów, nasza redakcja nie przyjmuje materiałów niezamówionych. Życzymy powodzenia w dalszych próbach publikacji pani/pana pracy". Co za cudowny bełkot. Niełatwo przecież wstawić słowo "rosnąć" aż trzy razy w jedno zdanie, ale im jakoś się to udało.

- A jeśli nie było koperty zwrotnej, tekst wędrował prościutko do kosza - zauważył domyślnie pisarz.

- Pewnie! Nie ma litości dla cudzej słabości.

Na twarzy pisarza zagościł dziwny wyraz niepewności. Tak mógłby wyglądać ktoś, kto znalazł się nagle w klatce pełnej tygrysów, które lepszych od niego bez wysiłku rozszarpywały na strzępy. Na razie nie widział jeszcze tygrysa, ale miał wrażenie, że wiele ich czai się w ciemności i że nadal mają bardzo ostre kły.

- - W każdym razie - redaktor wyjął papierosa - opowiadanie przyszło pocztą, sekretarka wyjęła je z koperty, przyczepiła do niego spinaczem znany wam już liścik i już miała włożyć je do koperty zwrotnej, kiedy zobaczyła nazwisko autora. Cóż, czytała "Postacie z podziemia". Tak się składało, że wówczas wszyscy albo już je czytali, albo właśnie zamierzali przeczytać, albo zapisywali się do kolejek w bibliotekach, albo penetrowali supermarkety w poszukiwaniu wydania kieszonkowego.

Żona pisarza, która dostrzegła i zrozumiała błysk strachu w oczach męża, wzięła go za rękę, a on ciepło się do niej uśmiechnął. Błysnął płomyk złotego ronsona i w jego świetle wszyscy widzieli, jak bardzo zniszczona jest twarz redaktora, jak luźno wiszą mu pod oczami worki pomarszczonej niczym u krokodyla skóry. Widzieli poorane zmarszczkami policzki i brodę sterczącą w tej starej twarzy jak bukszpryt żaglowca. Ten żaglowiec, pomyślał pisarz, nazywa się starość. Nikt nie marzy o tym, by nim popłynąć, niemniej jednak wszystkie kajuty są zajęte. I hamaki pod pokładem także.

Płomyk zgasł i w powietrze uniósł się kłąb dymu.

- Ta sekretarka, która przeczytała opowiadanie i zamiast odesłać, pchnęła je dalej, jest dziś lektorką u Putnama. O nazwisko mniejsza, ważne jest, że tam, w sekretariacie "Logan's", na wielkim wykresie życia jej krzywa przecięła się z krzywą Rega Thorpe'a; jedna szła w górę, druga w dół. Dziewczyna dała tekst swemu szefowi, a jej szef dał ją mnie. Przeczytałem opowiadanie i zakochałem się w nim na śmierć. Trzeba je będzie skrócić, pomyślałem, ale już widziałem, gdzie da się je przystrzyc o jakieś pięćset słów. Co za problem.

- A o czym było? - zainteresował się pisarz.

- Nie powinieneś nawet pytać. - Redaktor się uśmiechnął. - Cudowanie pasowało do naszej dzisiejszej rozmowy.

- O tym, jak kogoś ogarnia szaleństwo?

- Jasne. Czego cię uczą na pierwszych ćwiczeniach na kursie pisarstwa na studiach? Pisz o tym, na czym się znasz. Reg Thorpe znał się na tym, jak kogoś ogarnia szaleństwo, bo szaleństwo właśnie go ogarniało. A gdybyś kiedykolwiek pracował jako redaktor w piśmie publikującym opowiadania to wiedziałbyś z całą pewnością, że jest jeden temat, którego umiejącemu czytać Amerykaninowi nie musisz wciskać bez mydła: "Jak elegancko zwariować w Ameryce". Podpunkt a: "Nikt nikogo nie rozumie". Dość to popularne w literaturze XX wieku. Wielcy jak ptaki przysiadali wśród gałęzi tego drzewa, mali jak robaki podgryzali jego korzenie. Ale to opowiadanie było akurat wesołe. Więcej, przerażająco śmieszne. Czytałem je jak nic przedtem i nic potem, przypominało mi najbardziej niektóre opowiadania Scotta Fitzgeralda... i "Gatsby'ego". Facet z opowiadania Thorpe'a wariował, ale w strasznie zabawny sposób. Człowiek chichotał przez cały czas, a w niektórych miejscach - najlepsze było to, gdzie bohater wywala galaretkę pomarańczową na łeb starej, grubej baby - po prostu śmiał się głośno. Ale, wiecie, był to taki raczej nerwowy śmiech. Bawisz się świetnie, lecz nagle po prostu musisz zerknąć przez ramię, sprawdzić, czy ktoś cię słyszy. No i odwrotnie, napięcie to on umiał stopniować. Im więcej się śmiałeś, tym bardziej się bałeś, a im bardziej się bałeś, tym więcej się śmiałeś... i tak aż do momentu, w którym bohater wraca z przyjęcia wydanego na jego cześć i zabija żonę oraz córeczkę.

- Ó co w nim właściwie chodziło? - spytał agent.

- Nie w tym sęk - zaprotestował redaktor. - Była to po prostu opowieść o młodym człowieku, przegrywającym powoli z własnym powodzeniem. Zostawmy tę sprawę. Opowiadanie fabuły jest nudne. Zawsze. Tak czy inaczej, napisałem list do autora. Brzmiący tak: "Drogi panie Thorpe, właśnie przeczytałem «Balladę o celnym strzale». Uważam, że jest wspaniała. Chciałbym opublikować ją na początku przyszłego roku, jeśli termin ten panu odpowiada. Czy honorarium wysokości ośmiuset dolarów uznaje pan za wystarczające? Płacimy po akceptacji. Prędzej czy później". Akapit.

Redaktor zanieczyścił pachnące wieczorne powietrze kłębem papierosowego dymu.

"Opowiadanie jest nieco za długie i chciałbym, żeby pan je skrócił mniej więcej o pięćset słów. Jeśli pan się uprze, zgodzę się na dwieście słów. Zawsze możemy przecież wywalić komiks". Akapit. "Proszę o telefon". Podpis.

- I tak to pan pamięta, słowo w słowo? - zdziwiła się żona pisarza?

- Trzymałem jego listy w osobnej teczce. Oryginały listów do mnie i kopie moich odpowiedzi. Pod koniec teczka ta była już całkiem gruba. Znalazły się w niej również trzy lub cztery listy od Jane Thorpe, żony Rega. Czytywałem to wszystko dość często, ale oczywiście nic z tego. Próbować zrozumieć elastyczny pocisk to jak próbować zrozumieć, jakim cudem wstęga Mobiusa ma zawsze tylko jedną stronę. Tak już jest na tym najlepszym ze światów. Więc cóż, znam je słowo w słowo. Niektórzy tak uczyli się Deklaracji Niepodległości.

- Założę się, że zadzwonił następnego dnia - uśmiechnął się agent. - No jak, wygrałem?

- Nie, nie zadzwonił. Krótko po wydaniu "Postaci z podziemia" Thorpe w ogóle przestał używać telefonu. Jego żona mi o tym powiedziała. Kiedy przenieśli się z Nowego Jorku do Omaha, w nowym domu w ogóle go nie założyli. Bo wiecie, on uznał, że telefony wcale nie działają dzięki elektryczności, lecz dzięki radowi. I że jest to jeden z dwóch czy trzech najpilniej strzeżonych sekretów współczesnego świata. Twierdził, w rozmowach z żoną, że to właśnie rad powoduje wzrost zachorowań na raka, a nie papierosy, spaliny i inne zanieczyszczenia. Że każdy telefon ma w słuchawce kryształek radu i że po każdej rozmowie człowiekowi pozostaje w głowie kupa promieniowania.

- Och, on naprawdę zwariował - wtrącił pisarz i wszyscy się roześmieli.

- Nie zadzwonił, tylko przysłał mi list. - Redaktor pstryknął niedopałkiem w stronę jeziora. - Napisał: "Drogi panie Wilson (a właściwie Henry, jeśli można). Twój list to wspaniała niespodzianka, za którą jestem ci głęboko wdzięczny. Moją żonę, jeśli to w ogóle możliwe, zachwycił jeszcze bardziej niż mnie. Honorarium całkiem mi odpowiada... choć pragnę podkreślić, że sama możliwość publikacji w «Logan's» jest dla mnie wystarczającym wynagrodzeniem (ale, oczywiście, przyjmę czek!). Przejrzałem zaproponowane przez ciebie skróty i w pełni je akceptuję. Dzięki nim opowiadanie jest lepsze i będzie miejsce na komiks. Z najlepszymi życzeniami, Reg Thorpe".

Pod podpisem był mały, zabawny rysuneczek... a raczej zwykły gryzmoł. Oko w piramidzie, jak na dolarowym banknocie, ale zamiast napisu Novus Ordo Seclorum na wstędze pod spodem przeczytałem "Fornit i fornus".

- Albo to łacina, albo Groucho Mara - wtrąciła żona agenta.

- Był to po prostu dowód rosnącej... ekscentryczności Rega Thorpe. Jego żona powiedziała mi, że Reg uwierzył w "ludziki", elfy czy coś takiego. Fornity. Miały przynosić szczęście. Wierzył nawet, że jeden z nich zamieszkał w jego maszynie do pisania.

- O mój Boże! - westchnęła żona pisarza.

- Według Thorpe'a każdy fornit ma coś w rodzaju pistolecika i strzela z niego... no... pyłkiem przynoszącym szczęście, tak to chyba trzeba nazwać. Ten pyłek...

- Nazywa się fornus - dokończył pisarz szczerząc zęby.

- No tak. Jego żona też uważała to za całkiem zabawne. Do czasu. Na początku - bo Thorpe wymyślił fornity dwa lata wcześniej, podczas pracy nad "Postaciami z podziemia" - myślała, że mąż ją po prostu nabiera. I może tak to się właśnie zaczęło? A później rosło: od kaprysu, przez przesąd, do koszmarnej wiary. Był to taki... powiedzmy... elastyczny pomysł. Ale w końcu stwardniał. Na stal. O, tak!

Nikt się nie odezwał. I nikt się już nie śmiał.

- Fornity dziwnie się czasami zachowywały - mówił dalej redaktor. - Ni stąd, ni zowąd maszyna Rega zaczęła jakoś często trafiać do naprawy. Zdarzyło się to kilka razy już w Nowym Jorku i powtarzało coraz częściej w Omaha. Za pierwszym razem dostał inną maszynę, zastępczą, ale po jej zwrocie przyszedł do nich właściciel warsztatu i powiedział, że ją też naprawi na ich rachunek.

- Co się stało? - zdziwiła się żona agenta.

- Ja chyba wiem - odparta żona pisarza.

- Obie były pełne jedzenia - wyjaśnił im redaktor. - Małych kawałków ciasta i tak dalej. A na czcionkach ktoś rozsmarował masło kakaowe. Reg żywił fornita z maszyny. Na wszelki wypadek sypał też jedzenie w maszynę zastępczą; kto wie, może takie fornity przeprowadzają się na czas napraw?

- Rany! - powiedział pisarz.

- Oczywiście, rozumiecie, ja o tym jeszcze wówczas nie wiedziałem. Moja sekretarka przepisała list, przyniosła mi go do gabinetu, do podpisu i po coś tam poszła. Podpisałem go, a jej jeszcze nie było. Więc, bez najmniejszego racjonalnego powodu, nabazgrałem coś pod podpisem. Piramida. Oko. "Fornit i fornus". Obłęd. Sekretarka to zauważyła i spytała, czy ma wysłać list tak, jak jest. Tylko wzruszyłem ramionami.

Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie Jane Thorpe. Powiedziała, że mój list bardzo podniecił Rega, że Reg myśli, iż znalazł pokrewną duszę... kogoś, kto wie o fornitach. Widzicie, co się zaczęło? Przecież z tego, co wiedziałem, te fornity mogły być czymkolwiek, od klucza francuskiego dla mańkutów począwszy, na samochodzie bez kół skończywszy. Ditto fornus. Więc wyjaśniłem Jane, że skopiowałem po prostu bazgroły Rega. Oczywiście chciała wiedzieć dlaczego. Pominąłem tę kwestię, bo i co miałem jej powiedzieć? Ze list do jej męża podpisywałem zalany?

Przerwał. Otoczył go mur pełnej zażenowania ciszy. Goście wpatrywali się w niebo, w jezioro, w wierzchołki drzew, choć przez ostatnie parę chwil nic się tam przecież nie zmieniło.

- Popijałem przez całe dorosłe życie i zupełnie nie potrafię określić, kiedy straciłem nad tym kontrolę. W sprawach zawodowych podpierałem się butelką prawie do samego końca. Zaczynałem od lunchu i wracałem do redakcji el blotto. Mimo to pracowało mi się doskonale. Wykończyło mnie picie po pracy, najpierw w metrze, a potem i w domu.

Mieliśmy z żoną inne problemy, niezwiązane z piciem, ale picie pogarsza wszystkie problemy. Od dłuższego czasu chciała ode mnie odejść, a na tydzień przed tym, nim dostałem opowiadanie Thorpe'a, wreszcie się zdecydowała.

Próbowałem uporać się jakoś z tym wszystkim i wtedy pojawiło się to opowiadanie. Piłem za wiele. Wszystko się skomplikowało... cóż, gdybyśmy chcieli nazwać to jakoś modnie, był to z pewnością kryzys wieku średniego. Wiedziałem jednak tylko, że przygnębia mnie życie, zawodowe, prywatne. Walczyłem - albo przynajmniej próbowałem walczyć - z narastającą pewnością, że redagowanie opowiadań do magazynu przeznaczonego na masowy rynek, opowiadań, które w końcu czytać będą zdenerwowani pacjenci w poczekalni u dentysty, gospodynie domowe w porze lunchu i od czasu do czasu nudzący się studenci, nie jest szczególnie szlachetnym zajęciem. Walczyłem - albo przynajmniej próbowałem walczyć - z coraz głębszym przekonaniem, że w ciągu najbliższych sześciu, może dziesięciu, a może czternastu miesięcy zabawa o nazwie "Logan's" skończy się definitywnie.

I oto nad tym melancholijnym krajobrazem wieku średniego wzeszło nagle słońce bardzo dobrego opowiadania, napisanego przez bardzo dobrego pisarza. Błyskotliwego, przenikliwego; taki rzut bystrego oka na mechanizm szaleństwa. Wiem, że te słowa brzmią dziwnie, w końcu bohater zabija przecież żonę i dziecko, ale zapytajcie każdego wydawcę, co może mu sprawić największą przyjemność, a odpowie wam z całą pewnością, że doskonała powieść albo opowiadanie lądujące mu na biurku znikąd, jak jakiś cholerny gwiazdkowy prezent w lecie. Cóż, znacie chyba opowiadanie Shirley Jackson "Loteria"? Kończy się niewiarygodnie przygnębiająco, to znaczy wyprowadzają sympatyczną kobietę i kamienują ją a jej syn i córka biorą w tym - na litość boską! - udział, ale cóż to za wspaniała robota! Założę się, że redaktor "New Yorkera", który pierwszy je przeczytał, wracał tego wieczora z pracy do domu, wesoło pogwizdując.

Próbuję wam tylko wyjaśnić, że opowiadanie Thorpe'a było najlepszą rzeczą, jaka mi się wówczas wydarzyła. Jedyną dobrą rzeczą. A z tego, co mi tłumaczyła Jane, wynikało, że jedyną dobrą rzeczą, jaka ostatnio przydarzyła się Regowi, było przyjęcia jego opowiadania do druku. Stosunek autor - wydawca jest zawsze stosunkiem pasożytniczym, ale w przypadku moim i Thorpe'a to pasożytnictwo podniesione było do n-tej potęgi.

- Wróćmy do Jane Thorpe - poprosiła żona pisarza.

- Tak... a co, próbuję odstawić ją na boczny tor? Była raczej wściekła z powodu całej tej historii z fornitami. Na początku. Wyjaśniłem jej w końcu, że nabazgrałem ten rysuneczek ot tak sobie, nie mając pojęcia, o co tu właściwie chodzi, i przeprosiłem, jeśli zrobiłem coś złego. Przestała się złościć i na odmianę wylała przede mną swe żale. Niepokoiła się coraz bardziej, biedactwo, i po prostu nie miała z kim pogadać. Jej rodzice nie żyli, wszyscy przyjaciele pozostali w Nowym Jorku. Reg nie wpuszczał do domu nikogo. Wszyscy, którzy mieli do nich jakiś interes, byli albo z CIA, albo z FBI, albo mieli coś wspólnego z podatkami. Zaraz po tym, jak przyjechali do Omaha, zadzwoniła do drzwi mała harcerka, sprzedająca ciasteczka na jakiś tam bogobojny cel. Reg na nią nawrzeszczał, kazał się jej wynosić, krzyczał, że wie, kim ona jest i tak dalej. Jane próbowała przemówić mu do rozsądku. Powiedziała przy tym, że dziewczynka miała przecież najwyżej z dziesięć lat. Reg stwierdził autorytatywnie, że ci od podatków nie mają serca ani sumienia. A poza tym - powiedział - ta mała mogła przecież być androidem, a androidy nie podlegają prawom zakazującym zatrudniania nieletnich i że on prywatnie sądzi, iż Urząd Skarbowy stać na wysłanie mu do domu harcerki - androida napakowanego radem, żeby sprawdzić, czy nie ukrywa jakichś sekretów, a on nie chce dostać raka od promieniowania...

- Dobry Boże - westchnęła żona agenta.

- No więc Jane nasłuchiwała głosu przyjaciela i akurat ja się jej trafiłem. Przełknąłem opowieść o harcerce, dowiedziałem się, jak troszczyć się o fornity i jak je żywić, co to jest fornit i jak Reg odmawia rozmów przez telefon. Rozmawiała ze mną z automatu, pięć przecznic od domu. Oznajmiła, że obawia się, iż Reg wcale nie boi się CIA, FBI czy Urzędu Skarbowego. Że myśli, iż to ONI, wielka, tajemnicza organizacja istot nienawidzących Rega, zazdrosnych o Rega, gotowych na wszystko, by zniszczyć Rega, odkryła prawdę o jego fornicie i chce go zabić! A gdyby zginął fornit, nie byłoby powieści, nie byłoby opowiadań. Rozumiecie? Oto istota szaleństwa! To ONI prześladują. W końcu nawet Urząd Skarbowy nie mógł posłużyć za chłopca do bicia: nawiasem mówiąc, rzeczywiście przycisnął go trochę w związku z dochodami z "Postaci z podziemia". Skończyło się na NICH. Klasyczne urojenie paranoika. To ONI chcą zabić fornita!

- Mój Boże! I co pan na to? - zainteresował się agent.

- Chciałem jej dodać odwagi. Siedziałem sobie wygodnie za biurkiem, świeżo po przerwie na lunch zakropiony pięcioma martini i przemawiałem dostojnie do wystraszonej kobiety stojącej w budce telefonicznej gdzieś w Omaha. Próbowałem jej tłumaczyć, że wszystko jest w porządku, że nie ma się czego bać, że nie ma nic strasznego w tym, iż jej mąż wierzy w telefony pełne kryształków radu i w tajne sprzysiężenie wysyłające androidy przebrane za harcerki z zadaniem przeszukania ich domu. Ze nie ma nic złego w zachowaniu człowieka, którego talent oderwał się od sił umysłowych w stopniu umożliwiającym wiarę w elfy mieszkające w maszynie do pisania!

- Nie sądzę, by był pan zbyt przekonujący.

- Prosiła mnie... nie, błagała, żebym pracował z Regiem nad tym jego opowiadaniem i żebym mu je wydrukował. Robiła wszystko, żeby mnie zachęcić, robiła wszystko oprócz przyjazdu do Nowego Jorku i otwartego stwierdzenia, że "Ballada o celnym strzale" jest ostatnią więzią jej męża z tym, co z uśmiechem na ustach nazywamy rzeczywistością. Zapytałem ją, co mam zrobić, jeśli Reg znowu wspomni o fornitach.

- Niech go pan uspokoi - powiedziała. Te słowa pamiętam bardzo dokładnie. Powiedziała: "Niech pan go uspokoi" i odwiesiła słuchawkę.

Następnego dnia przyszedł list od Rega. Pięć stron maszynopisu, pojedynczy odstęp. Pierwsza część dotyczyła opowiadania. Praca nad poprawkami raźno posuwała się do przodu. Sądził, że skróci swe dzieło może nawet o siedemset słów, z oryginalnej długości dziesięciu tysięcy pięciuset do dziewięciu tysięcy ośmiuset. Druga w całości poświęcona była fornitom i fornusowi. Z mnóstwem opisów jego doświadczeń i obserwacji. I mnóstwem pytań... z dziesiątkami pytań.

- Obserwacji? - Głowa pisarza pojawiła się w kręgu światła. - To znaczy, że on je widywał?

- Nie. Nie to, żeby widywał, ale... chociaż... rozumiesz, astronomowie wiedzieli o Plutonie na długo przedtem, nim mieli teleskopy wystarczająco wielkie, by go obejrzeć. Dowiedzieli się o nim wszystkiego dzięki obserwacji orbity Neptuna. W ten właśnie sposób Reg obserwował fornity. "Lubią jeść w nocy - napisał - zauważyłeś to?". Dawał im jedzenie o różnych porach dnia, ale znikało przeważnie po ósmej wieczorem.

- Halucynacje? - zainteresował się pisarz.

- Nie. Jego żona po prostu sama próbowała doczyścić maszynę, kiedy Reg wychodził na spacer.

- I miała czelność przyczepić się do pana! - burknął agent, przesuwając swe wielkie cielsko na ogrodowym fotelu. - Przecież sama ożywiała jego fantazje!

- Pan nie rozumie, dlaczego dzwoniła i dlaczego była taka zdenerwowana - odpowiedział spokojnie redaktor i spojrzał na żonę pisarza. - Jestem pewien, że ty to pojmujesz, Meg.

- Może... - odrzekła i z zakłopotaniem spojrzała na męża. - Ona nie złościła się dlatego, że pan ożywiał jego fantazje. Bała się, że pan może je zniszczyć.

- Brawo! - Redaktor zapalił kolejnego papierosa. - I z tego samego powodu czyściła maszynę. Gdyby jedzenie gromadziło się w niej przez dłuższy czas, Reg mógłby ze swych nielogicznych przesłanek wyciągnąć logiczny wniosek: fornit opuścił go lub zmarł. A więc nici z fornusu. A więc nici z pisania. A więc...

Ostatnie "więc" uleciało w powietrze wraz z papierosowym dymem. Nikt nie przerwał ciszy.

- A więc sądził, że fornity są stworzeniami nocnymi. I że nie lubią hałasu - zauważył, że nie umie pisać rankiem po szczególnie udanym przyjęciu. Że nienawidzą telewizji, elektryczności i radu. Reg sprzedał swój telewizor za dwadzieścia dolarów, pozbył się także zegarka z, hm... radowym wyświetlaczem cyfr. Pytania? Och, było ich mnóstwo. Skąd dowiedziałem się o fornitach? Czy to możliwe, że mam jednego? Jeśli tak, to co sądzę o tym, o tamtym i o owym? Nie muszę chyba wdawać się w szczegóły? Jeśli ktokolwiek z was miał kiedykolwiek psa jakiejś szczególnej rasy i pamięta, jak dopytywał się, czym go żywić i jak o niego dbać, z pewnością zna większość pytań, jakie zadał mi wówczas Reg. Jeden gryzmoł pod podpisem wystarczył, żeby otworzyć puszkę Pandory.



1   ...   39   40   41   42   43   44   45   46   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna