Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona42/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   38   39   40   41   42   43   44   45   ...   49

- Kurczę pieczone! - prychnął i uderzył się na odlew w twarz. Mocno. Pora przestać się mazgaić. Przecież nie ma sześciu lat. Babcia nie żyje, po prostu nie żyje, i już. Nic nie może sobie myśleć, bo jest martwa jak głaz, klamka u drzwi albo gałka radia, albo...

Przerwał mu silny, nieznoszący sprzeciwu głos, który niespodziewanie rozległ się w jego głowie. Przypuszczalnie odezwał się instynkt samozachowawczy: "Zamknij się wreszcie, Georgie, i weź się do roboty!".

Tak, oczywiście, ale...

Wrócił przed drzwi sypialni, żeby się upewnić.

Babcia leżała tak, jak ją zostawił: z przewieszoną bezwładnie ręką, prawie dotykającą podłogi i szeroko otwartymi ustami. Była teraz jak mebel. Można by ułożyć babci rękę z powrotem na łóżku albo szarpać ją za włosy, albo wlać w usta szklankę wody, albo założyć słuchawki i puścić na cały regulator Chucka Berry'ego, a jej i tak byłoby wszystko jedno. Jak niekiedy mawiał Buddy: babcia wypadła z gry.

Nagle George aż podskoczył, a z jego ust wyrwał się stłumiony okrzyk; coś załomotało donośnie. Chwilę potem odprężył się - to tylko wiatr szarpał dodatkowymi zewnętrznymi drzwiami, które Buddy tydzień wcześniej zawiesił na zawiasach.

George otworzył wewnętrzne drzwi, wychylił się - włosy rozwiały mu się we wszystkie strony - chwycił miotane przez wiatr skrzydło i zatrzasnął je. Ciekawe, skąd się wzięło takie wietrzysko? - przemknęło mu przez głowę. Kiedy mama wyjeżdżała do szpitala, było zupełnie cicho... ale wtedy był jeszcze dzień, a teraz zmierzch gęstniał coraz szybciej.

Jeszcze raz obrzucił babcię spojrzeniem, wrócił do kuchni i po raz kolejny podniósł słuchawkę. Cisza. Usiadł, zaraz potem wstał, a następnie zaczął chodzić od ściany do ściany, usiłując zebrać myśli.


Godzinę później całkowicie się ściemniło.

Telefon nadal nie działał. Przypuszczalnie wiatr - który tymczasem przeistoczył się w wichurę - zerwał linię telefoniczną, najprawdopodobniej przy Bobrowych Błotach, gdzie drzewa rosły gęsto na podmokłym gruncie. Aparat podzwaniał od czasu do czasu, cicho i upiornie, lecz w słuchawce wciąż panowała głucha cisza. Na zewnątrz wiatr zawodził potępieńczo; George'owi przyszło do głowy, że będzie miał co opowiadać kolegom na najbliższym skautowskim biwaku: zupełnie sam w domu z martwą babcią, nieczynny telefon, wiatr gnający po niebie chmury zupełnie czarne u góry i brudnożółte od spodu - taki sam kolor miały szponiaste ręce babci.

Tak, to będzie ekstra, jak mawiał Buddy.

George nie miałby nic przeciwko temu, żeby już być na biwaku i opowiadać o swoich przeżyciach, wspominając je z bezpiecznego oddalenia, tymczasem jednak siedział przy kuchennym stole nad otwartym podręcznikiem do historii i podskakiwał nerwowo przy każdym podejrzanym odgłosie. Teraz, kiedy wiatr przybrał na sile, dom trzeszczał i skrzypiał wszystkimi nienaoliwionymi, zapomnianymi stawami.

Niedługo wróci. Niedługo wróci i wszystko będzie w porządku. Wszystko

(nie przykryłeś jej)

będzie w po

(nie przykryłeś jej twarzy)

Poderwał się gwałtownie, jakby ktoś niespodziewanie odezwał się za jego plecami, i wybałuszył oczy na bezużyteczny telefon. Umarłemu zasłania się twarz. Pokazują to na wszystkich filmach.

Do diabła z tym! Na pewno tam nie pójdę!

Oczywiście. Dlaczego miałby tam wracać? Niech to zrobi mama, kiedy wreszcie wróci, albo doktor Arlinder, kiedy przyjedzie. Albo przedsiębiorca pogrzebowy.

Ktoś. Ktokolwiek. Tylko nie on.

Nie ma najmniejszego powodu, żeby musiał to zrobić.

To dla niego bez znaczenia, a tym bardziej dla babci.

Głos Buddy'ego w głowie:

"Skoro się nie bałeś, to dlaczego nie odważyłeś się przykryć jej twarzy?".

Bo to było dla mnie bez znaczenia.

"Trzęsiportek!".

A tym bardziej dla babci.

"Galareta!".

Siedząc przy kuchennym stole nad otwartym podręcznikiem, z którego nie przeczytał ani słowa, George zrozumiał, że dopóki czymś nie zasłoni twarzy babci, nie będzie mógł twierdzić, że zrobił wszystko jak należy, a wtedy Buddy może się pokusić o podważenie twierdzenia o jego, George'a, odwadze.

Wyobraził sobie, jak snuje na biwaku mrożącą krew w żyłach opowieść o śmierci babci i jak wtedy, kiedy dociera do happy endu, czyli do chwili gdy na podjeździe zatańczyły plamy światła rzucane przez reflektory samochodu mamy (powrót dorosłej osoby przywraca i utwierdza Właściwy Porządek Rzeczy), z cienia wyłania się jakaś postać, w ognisku pęka z donośnym trzaskiem sosnowy sęk, i Buddy mówi szyderczym tonem: "Skoro byłeś taki odważny, galareto, to czemu nie przykryłeś jej TWARZY?".

Wstał, powtarzając sobie w duchu, że babcia wypadła z gry, że się przekręciła, że wyciągnęła nogi. Mógłby położyć jej rękę z powrotem na łóżku, mógłby wepchnąć jej do nosa torebkę z herbatą, mógłby nałożyć jej na uszy słuchawki i puścić na cały regulator Chucka Berry'ego, i tak dalej, i tak dalej, a jej byłoby wszystko jedno, bo właśnie tak jest, kiedy się umrze, po prostu wszystko ci jedno; bo kiedy nie żyjesz, to nic nie jest w stanie cię poruszyć, a cała reszta to tylko sny, uporczywie powracające, koszmarne, przerażające sny o tym, jak w środku najczarniejszej nocy nagle otwierają się drzwi szafy i właśnie wtedy na niebie zaczyna świecić księżyc, i przez szparę wlewa się akurat tyle jego srebrzystobłękitnego blasku, by wydobyć z nicości sine ciało trupa, który...

- Przestań! - wyszeptał. - Przestań, to...

(obrzydliwe)

Przywołał się do porządku. Pójdzie tam, naciągnie jej kołdrę na twarz i wytrąci Buddy'emu z ręki wszystkie argumenty. Zrobi wszystko jak należy. Przykryje jej twarz, a potem - aż się uśmiechnął, zachwycony głębokim symbolicznym znaczeniem tego gestu - schowa do szafki zbędne już herbatę i filiżankę.

Ruszył przed siebie, okupując każdy krok ogromnym wysiłkiem. Pokój babci był pogrążony w ciemności, ciało majaczyło w mroku niczym ogromny czarny worek; przez kilka sekund, które ciągnęły się w nieskończoność, rozpaczliwie szukał włącznika; wreszcie znalazł go i pokój zalało żółte światło z kryształowego żyrandola.

Babcia leżała tak, jak ją zostawił: ze zwieszoną bezwładnie ręką i otwartymi ustami. George przyglądał się jej, czując, jak na czoło wypełzają mu kropelki potu, i zastanawiał się, czy do jego obowiązków należy również położenie tej ręki na łóżku, razem z resztą babci. Doszedł do wniosku, że jednak nie. Tego byłoby za wiele. Nie dotknie jej. Wszystko, tylko nie to.

Powoli, jakby zamiast powietrza otaczała go jakaś gęsta ciecz, podszedł do łóżka, zatrzymał się i spojrzał w dół, na babcię. Babcia była żółta - częściowo za sprawą światła przesączonego przez stary kryształ, ale nie tylko.

Oddychając chrapliwie przez usta chwycił krawędź kołdry, naciągnął ją babci na twarz, po czym pospiesznie się cofnął. Kołdra natychmiast zsunęła się odrobinę, tak że było widać żółte czoło aż po brwi. Zmusił się, żeby ponownie chwycić krawędź kołdry - rozstawił ręce najszerzej, jak mógł, żeby tylko na pewno jej nie dotknąć, nawet przez pościel - i ponowił próbę. Tym razem kołdra została na miejscu. Strach częściowo ustąpił. Pochował ją. Tak, właśnie dlatego zmarłym zasłania się twarze: to jest jak pogrzeb. Ostateczne stwierdzenie nieodwracalnego faktu.

Opuścił wzrok na zwieszoną, niepochowaną rękę i nagle zdał sobie sprawę, że może już jej dotknąć, że może ją chwycić, wepchnąć pod kołdrę i pochować wraz z resztą babci.

Schylił się, ujął chłodną rękę i podniósł.

Żółte palce zacisnęły się na jego nadgarstku.

George krzyknął przeraźliwie. Szarpnął się, wciąż krzycząc. Krzykiem usiłował pokonać pustkę panującą w domu, zawodzenie wiatru za oknami, poskrzypywanie stawów i przegubów budynku. Cofnął się tak gwałtownie, że ciało babci przesunęło się pod przykryciem, ręka zaś opadła, palce jeszcze przez chwilę próbowały coś uchwycić, by wreszcie rozluźnić się i znieruchomieć.

Wszystko w porządku. Nic się nie stało. To tylko pośmiertny skurcz mięśni.

Skinął głową, potwierdzając słuszność swojej diagnozy, ale zaraz przypomniał sobie, jak ręka chwyciła go za nadgarstek, a potem szukała po omacku, i wrzasnął jeszcze bardziej przeraźliwie niż poprzednio. Oczy niemal wyszły mu z orbit, włosy zjeżyły się na głowie, upodabniając ją do nastroszonej szyszki, serce tłukło się w piersi niczym oszalała prasa. Świat zatańczył mu dziko przed oczami, wrócił do właściwej pozycji, by po chwili przekrzywić się i znieruchomieć pod przedziwnym kątem. Jak tylko zaczynał odzyskiwać zdolność racjonalnego myślenia, panika wracała, a wraz z nią gęsia skórka. Odwrócił się i pognał na oślep, z jednym tylko celem przed oczami: żeby jak najprędzej stąd wyjść, znaleźć się w innym pokoju albo nawet parę kilometrów stąd. Nie patrzył, dokąd biegnie, więc z całej siły rąbnął w ścianę jakieś pół metra od otwartych na oścież drzwi.

Odbił się, runął na podłogę, głowę przeszył mu ostry ból, który nawet zdołał przedrzeć się przez wszechogarniającą panikę. Dotknął nosa; na ręce została mu krew, czerwone krople kapały na koszulę. Zerwał się na równe nogi i potoczył dokoła dzikim spojrzeniem.

Ręka zwisała tak jak przedtem, ciało babci wcale się nie przesunęło.

A więc wszystko sobie wyobraził. Owszem, wszedł do pokoju, cała reszta jednak stanowiła wytwór jego fantazji.

Nieprawda.

Ból pozwolił mu oprzytomnieć. Trup nie chwyci cię za nadgarstek, ponieważ jest trupem. Kiedy nie żyjesz, mogą z ciebie zrobić wieszak na kapelusze albo wsadzić cię w oponę z tylnego koła ciągnika i turlać z górki, i tak dalej, i tak dalej. Kiedy nie żyjesz, możesz być tylko obiektem czyjegoś działania (na przykład małych chłopców, którzy usiłują wepchnąć pod kołdrę zwisającą bezwładnie rękę); czasy, gdy sam aktywnie działałeś, należą bezpowrotnie do przeszłości.

Chyba że jesteś wiedźmą. Chyba że umarłeś akurat wtedy, kiedy w domu jest tylko pewien mały chłopiec, bo tak jest najlepiej, bo wtedy możesz... możesz...

Co?

Nic. Głupota. Wyobraził sobie wszystko od początku do końca, ponieważ był przerażony. Koniec, kropka. Otarł nos przedramieniem i skrzywił się z bólu. Na skórze została rozmazana krwawa smuga.



Już się do niej nie zbliży, i tyle. Niezależnie od tego, co było prawdą, a co złudzeniem, nie zamierza zadzierać z babcią. Oślepiająca eksplozja paniki przygasła, ale on nadal się bał, był bliski płaczu, roztrzęsiony widokiem własnej krwi. Marzył wyłącznie o tym, żeby matka jak najprędzej wróciła do domu i zajęła się wszystkim.

Wycofał się do korytarzyka, stamtąd do kuchni, napełnił płuca powietrzem i opróżnił je w długim, drżącym wydechu. Przydałby się jakiś zimny okład na nos; nagle zebrało mu się na wymioty. Pochylił się nad zlewozmywakiem, odkręcił kran z zimną wodą, wyjął jakąś szmatę z szafki, zmoczył ją, przyłożył do nosa i wciągnął wodę razem z krwią. Co jakiś czas moczył szmatkę, tak że kiedy wreszcie zakręcił kran, wyżął ją i przyłożył do nosa, rękę i połowę twarzy miał zupełnie zdrętwiałe z zimna.

Właśnie miał się odwrócić od zlewozmywaka, kiedy z sąsiedniego pokoju dobiegł głos babci:

- Chodź do mnie, chłopcze. Chodź do mnie. Babcia chce cię przytulić.

Otworzył usta do krzyku, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Żaden. Dźwięki dobiegały za to z sąsiedniego pokoju. Słyszał je wielokrotnie, kiedy mama myła babcię w łóżku, unosiła bezwładne ciało, przesuwała, znowu unosiła. Tym razem jednak odgłosy te wydawały się bardziej celowe i uporządkowane, jakby babcia... jakby babcia usiłowała wstać z łóżka.

- Chodź tu, chłopcze! Chodź tu natychmiast! Pospiesz się! Spostrzegł z przerażeniem, że jego stopy zastosowały się do polecenia. Usiłował je powstrzymać, one jednak uparcie przesuwały się po linoleum: lewa, prawa, znowu lewa, słoma, siano, słoma, siano... Mózg był tylko bezsilnym, przerażonym więźniem zamkniętym w ciasnej celi na szczycie ruchomej wieży.

Ona naprawdę jest wiedźmą, jest wiedźmą i znowu dostała się pod "zły urok", tak, to rzeczywiście urok, nie ma co, i do tego bardzo zły, bardzo, o Boże słodki Jezu pomocy pomocy pomocy.

Przeszedł przez całą kuchnię i korytarzyk, wszedł do pokoju babci, tak, to prawda, nie tylko usiłowała wstać z łóżka, ale już wstała, siedziała w białym plastikowym fotelu, po raz pierwszy od czterech lat, od czasu kiedy zrobiła się za ciężka, żeby chodzić i kiedy przestała cokolwiek rozumieć.

Teraz jednak wszystko rozumiała.

Twarz nadal miała obwisła i nalaną, ale starcze otępienie znikło z niej bez śladu - jeśli kiedykolwiek naprawdę tam było, jeśli nie stanowiło jedynie maski służącej usypianiu czujności małych chłopców i zmęczonych życiem samotnych kobiet. Teraz twarz babci promieniowała złowróżbną inteligencją, jaśniała niczym stara, cuchnąca woskowa świeca. Matowe, martwe oczy tkwiły głęboko w oczodołach. Pierś się nie poruszała. Nocna koszula podwinęła się nieco, odsłaniając słoniowe nogi. Kołdra zsunęła się z łoża śmierci.

Babcia wyciągnęła ku niemu potężne ramiona.

- Chcę cię przytulić, Georgie! - zabrzęczał martwy głos. - Nie bądź taki strachajło. Pozwól przytulić się babci!

George aż się skurczył, walcząc z przemożną, pchającą go ku niej siłą. Na dworze wiatr jęczał i huczał. Wydłużona i wykrzywiona grymasem przerażenia twarz chłopca przypominała twarz z drzeworytowej ilustracji zatrzaśniętej w starej książce.

Powoli, powłócząc nogami, ruszył ku babci. Nie mógł nic na to poradzić. Krok za krokiem zbliżał się ku wyciągniętym ramionom. Pokaże Buddy'emu, że wcale się jej nie boi. Podejdzie do niej i pozwoli się przytulić, bo nie jest żadnym trzęsiportkiem ani galaretą. Zrobi to teraz, natychmiast.

Już prawie znalazł się w jej objęciach, kiedy okno po lewej stronie eksplodowało z hukiem i do pokoju wtargnęła ułamana przez wichurę gałąź z resztkami jesiennych liści. Zaraz za nią runęła wezbrana rzeka wiatru, poprzekrzywiała wiszące na ścianach obrazki, załopotała nocną koszulą babci, rozwiała jej siwożółte włosy.

George odzyskał głos. Zatoczył się na oślep do tyłu, byle dalej od niej; babcia zasyczała z wściekłością, jej wargi uniosły się, odsłaniając nagie starcze dziąsła, pomarszczone grube ręce chwyciły pustkę.

George potknął się o własne stopy i runął jak długi na podłogę. Babcia dźwignęła z krzesła zwały trzęsącego się jak galareta ciała i chwiejnym krokiem ruszyła w jego kierunku. George zorientował się, że nie może się podnieść; niemal całkowicie stracił władzę w nogach. Łkając cicho, usiłował odpełznąć wstecz, lecz babcia wciąż się zbliżała, powoli, ale nieprzerwanie, martwa, a jednak żywa, i nagle zrozumiał, co będzie oznaczać jej uścisk; ostatni fragment układanki trafił na swoje miejsce. W chwili gdy babcia zaciskała pałce na jego koszuli, George nagle odzyskał władzę w nogach; błyskawicznie poderwał się z podłogi, koszula trzasnęła w szwie, przez ułamek sekundy czuł na ciele dotyk lodowatych palców, a potem uciekł do kuchni.

Pogna na oślep przed siebie w noc. Na pewno nie spotka go tam nic gorszego od uścisku wiedźmy. Jeśli nie ucieknie, mama po powrocie, owszem, zastanie martwą babcię i jak najbardziej żywego George'a, tyle że po jakimś czasie stwierdzi ze zdumieniem, iż jej młodszy syn nabrał dziwnego upodobania do ziołowych herbatek...

Obejrzał się przez ramię; groteskowy, zniekształcony cień babci rósł powoli na ścianie korytarzyka.

Zaraz potem rozległ się natarczywy dzwonek telefonu.

George bez zastanowienia porwał słuchawkę z widełek i zaczął wołać o pomoc, ratunku, niech ktoś tu przyjedzie, błagam, niech ktoś przyjedzie mi na ratunek! Wołał bezgłośnie, ponieważ z jego ściśniętego gardła nie chciał się wydobyć żaden dźwięk.

Babcia dotarła chwiejnym krokiem do drzwi kuchni. Wiatr rozwiał jej siwożółte włosy, jeden ze spinających je grzebieni wysunął się i zwisał, dotykając pomarszczonego karku.

Uśmiechała się.

- To ty, Ruth? - Głos ciotki Flo był prawie niesłyszalny. - Ruth, jesteś tam?

Ciotka dzwoniła z odległej o ponad trzy tysiące kilometrów Minnesoty.

- Pomocy! - wrzasnął George co sił w płucach, lecz z ust wydobył mu się tylko słabiutki szept, jakby dmuchnął w zgruchotaną harmonijkę.

Babcia, kolebiąc się na boki, szła po kuchennym linoleum z wyciągniętymi przed siebie ramionami. Ręce zamykały się, otwierały i znowu zamykały. Babcia koniecznie chciała go przytulić. Czekała na to od pięciu lat.

- Słyszysz mnie, Ruth? Mamy tutaj okropną burzę, a ja... nagle zaczęłam się bać. Ruth, jesteś tam? Ruth!

- B... b... babcia... - wykrztusił przez ściśnięte gardło.

Była już prawie przy nim.

- George??? - Głos ciotki zamienił się niemal w krzyk. - To ty, George?!

Usiłował się cofnąć, lecz uświadomił sobie z przerażeniem, że jak ostatni dureń stanął w oddalonym od drzwi kącie między szafkami i zlewozmywakiem. Koszmar sięgnął zenitu. Jak tylko musnął go jej cień, paraliż strun głosowych ustąpił i George zawył do słuchawki:

- Babcia! Babcia!!! BABCIA!!!

Zimne ręce dotknęły jego gardła. Zamglone, wiekowe oczy przeszywały go paraliżującym spojrzeniem.

Głos ciotki Flo docierał do niego jak przez mgłę, jakby dzieliły ich nie tylko tysiące kilometrów, ale i setki lat:

- George, każ jej się położyć! Każ się jej położyć i uspokoić! Powiedz, że zaklinasz ją w swoim imieniu i w imieniu jej ojca. Imię jej przybranego ojca brzmi Hastur. Rozumiesz? Hastur! Jego się posłucha. Powiedz: W imię twojego ojca Hastura rozkazuję ci... George? Słyszysz mnie, George?!

Starcza, pomarszczona ręka wyszarpnęła mu słuchawkę ze zdrętwiałej dłoni, wyrwała sznur z aparatu. George osunął się na podłogę; babcia pochyliła się nad nim, zasłaniając światło.

- Połóż się!!! - wrzasnął rozpaczliwie. - Połóż się i uspokój! W imię Hastura! Hastur! Połóż się!

Lodowate palce dotknęły jego szyi...

- Musisz mnie posłuchać! Ciotka Flo powiedziała, że musisz! Zaklinam cię w moim imieniu! W imieniu twojego ojca! Połóż się! Uspo...

...i zaczęły się zaciskać.
Godzinę później, kiedy wreszcie na podjeździe zatańczyły snopy światła reflektorów zbliżającego się samochodu, George siedział przy kuchennym stole nad podręcznikiem do historii. Wstał, podszedł do tylnych drzwi i otworzył je. Po jego lewej stronie wisiał telefon owinięty bezużytecznym przewodem słuchawkowym.

Mama weszła do domu z liściem przyklejonym do kołnierza płaszcza.

- Co za wiatr! Wszystko w po... George?... George, co się stało?

Krew odpłynęła jej z twarzy, pozostawiając po sobie nienaturalną, przeraźliwą biel.

- Babcia... Babcia umarła. Umarła, mamusiu. I wybuchnął płaczem.

Przygarnęła go, objęła mocno, po czym zatoczyła się na ścianę, jakby nagle opuściła ją resztka sił.

- Czy... Czy to wszystko? - zapytała. - George, czy oprócz tego coś się wydarzyło?

- Wiatr wrzucił przez okno gałąź do jej pokoju.

Odepchnęła go, przez chwilę wpatrywała się w jego zalęknioną twarz, po czym, mało się nie przewracając po drodze, pobiegła do pokoju babciu. Wróciła mniej więcej po czterech minutach ze strzępem koszuli George'a.

- Ściskała to w ręce... - wyszeptała.

- Nie chcę o tym mówić - powiedział George. - Jeśli masz ochotę, zadzwoń do ciotki Flo. Jestem zmęczony. Chcę się położyć.

Wyglądało na to, że spróbuje go zatrzymać, ale tego nie zrobiła. Poszedł na piętro do pokoju, który dzielił z Buddym, i otworzył kratkę wentylacyjną, żeby sprawdzić, co robi matka. Nie mogła zadzwonić do ciotki Flo, ponieważ telefon był uszkodzony. Jutro też z nią nie porozmawia, gdyż krótko przed jej powrotem George wypowiedział kilkanaście słów, częściowo w zwulgaryzowanej łacinie, częściowo w jakimś predruidzkim narzeczu, i ponad trzy tysiące kilometrów stąd ciotka Flo doznała rozległego wylewu krwi do mózgu. Umarła niemal natychmiast. To niesamowite, jak szybko przypomniał sobie te słowa. Jak szybko wszystko sobie przypomniał.

Rozebrał się do naga, położył na łóżku, podłożył pod głowę splecione dłonie i wbił wzrok w ciemność. Na jego twarzy powoli rozkwitał ponury, przerażający uśmiech.

Od tej pory wszystko będzie inaczej.

Zupełnie inaczej.

Na przykład z Buddym. Wprost nie mógł się doczekać, kiedy Buddy wróci ze szpitala i zechce zaaplikować mu Łyżeczkową Torturę Wstrętnego Chinola albo pokrzywkę, albo coś w tym rodzaju. Za dnia, przy świadkach, George niewiele będzie mógł zrobić, ale kiedy nadejdzie noc i znajdą się sam na sam w ich pokoju, za zamkniętymi drzwiami...

Roześmiał się bezgłośnie.

Jak mawiał jego brat, będzie ekstra.


Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


BALLADA O CELNYM STRZALE
Przyjęcie właściwie już się skończyło, i to sukcesem. Każdy mógł wypić, ile chciał, krwiste steki doskonałe upiekły się na ruszcie, a przyrządzona przez Meg sałatka ze specjalne dobranymi dodatkami wzbudziła ogólny zachwyt. Zaczęli o piątej, a teraz było już wpół do dziesiątej i zmierzch zapadał szybko; o tej porze wielkie przyjęcia dopiero się rozkręcają, ale to nie było wielkie przyjęcie, bo bawiło się zaledwie pięć osób: agent z żoną, młody pisarz i jego żona oraz redaktor pewnego magazynu, mający niewiele ponad sześćdziesiątkę, ale wyglądający starzej. Redaktor pił wyłącznie colę. Jeszcze nim przyjechał, agent wyjaśnił pisarzowi, że redaktor pił niegdyś za wiele, ale że nie ma już tego problemu, a także żony; i właśnie dlatego bawili się w piątkę, nie w szóstkę.

Przyjęcie nie rozkręciło się więc tak naprawdę, a kiedy zaczęło się ściemniać, wszystkich siedzących w ogrodzie przy domu młodego pisarza, ogrodzie ciągnącym się aż do brzegu jeziora, ogarnął nastrój wspomnień. Pierwsza powieść młodego pisarza nie tylko zyskała uznanie krytyki, ale i sprzedawała się doskonale, miał więc wielkie szczęście i - to mu trzeba przyznać - zdawał sobie z tego sprawę.

Wszyscy świetnie się bawili, więc z tego rozbawienia od omawiania sukcesu młodego pisarza przeszli do rozmowy na temat innych twórców, którzy młodo odnieśli sukces, a potem popełnili samobójstwo. Wspomniano Rossa Lockridge'a i Toma Hagena. Żona agenta wymieniła Sylvię Plath i Anne Sexton, a pisarz zauważył, że trudno uznać Sylvię Plath za autorkę, która odniosła sukces. W każdym razie nie popełniła samobójstwa dlatego, że się jej powiodło, już raczej powiodło się jej dlatego, że popełniła samobójstwo. Agent uśmiechnął się na te słowa.

- Czy nie moglibyśmy zmienić tematu? - poprosiła z lekkim niepokojem żona młodego pisarza.

Nie zwracając uwagi na jej prośbę, agent zauważył:

- Jest też szaleństwo. Byli tacy, którzy oszaleli z powodu sukcesu. - Powiedział to spokojnym, dźwięcznym głosem aktora występującego na scenie.

Żona pisarza znów próbowała zaprotestować. Aż za dobrze wiedziała, jak bardzo jej mąż lubi takie rozmowy. Dawały mu okazję do żartów, a żartował, gdyż sam zbyt wiele na ten temat myślał. Próbowała więc zaprotestować, kiedy odezwał się redaktor, to zaś, co powiedział, było tak niezwykłe, że słowa zamarły jej na ustach.

- Szaleństwo jest jak elastyczny pocisk.

Żona agenta wyglądała na zaskoczoną. Zaciekawiony pisarz pochylił się w stronę redaktora.

- To brzmi znajomo - zauważył:

- Jasne - odparł redaktor. - Samo określenie, obraz, wymyśliła bodajże Mariannę Moore. O ile pamiętam, użyła go, by opisać jakiś samochód czy coś. Zawsze myślałem, że doskonale opisuje ono stan szaleństwa. Szaleństwo to przecież rodzaj umysłowego samobójstwa. Czy lekarze nie twierdzą dziś, że prawdziwa śmierć to śmierć mózgu? Szaleństwo jest jak elastyczny pocisk, który ugodził w mózg.

Żona pisarza skoczyła na równe nogi.

- Czy ktoś ma ochotę się napić? - spytała. Nikt nie miał ochoty.

- Więc jeśli mamy nadal rozmawiać na ten temat, napiję się sama - powiedziała i poszła przygotować sobie drinka.

Redaktor tymczasem mówił dalej:

- Pewnego razu dostałem opowiadanie, jeszcze wówczas, kiedy pracowałem w "Logan's". Teraz już go oczywiście nie ma, poszedł w ślady "Collier's" i "Saturday Evening Post", ale my byliśmy lepsi - dodał, a w jego głosie słychać było ton dumy. - W każdym razie drukowaliśmy wówczas trzydzieści sześć opowiadań rocznie, czasami więcej, czasami mniej i każdego roku cztery czy pięć z nich znajdowało miejsce w jakiejś antologii najlepszych opowiadań roku. I ludzie nawet je czytali... no, nieważne. To opowiadanie nazywało się "Ballada o celnym strzale", a napisał je Reg Thorpe. Był wówczas równie młody, jak ten tu młody człowiek i prawie tak samo ceniony.



1   ...   38   39   40   41   42   43   44   45   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna