Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona41/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   37   38   39   40   41   42   43   44   ...   49

- Może rzeczywiście nadeszła już pora, żebyście wiedzieli - powiedziała. - Chyba gorzej jest kłamać, niż podsłuchiwać, a przecież wszyscy okłamujemy nasze dzieci. Siebie chyba zresztą też, prawie bez przerwy. - A potem w jej głosie niespodziewanie zabrzmiała gorycz, zupełnie jakby spomiędzy jej zębów trysnął żrący kwas; George był niemal pewien, że gdyby w porę się nie cofnął, słowa matki oparzyłyby mu twarz. - Ja jestem wyjątkiem. Muszę z nią mieszkać i nie stać mnie już na luksus kłamstw.

Wkrótce po tym, jak babcia i dziadek się pobrali, urodziło im się martwe dziecko, a rok później kolejne, też nieżywe. Lekarz powiedział babci, że nigdy nie zdoła urodzić żywego dziecka i że zawsze będzie rodzić albo martwe, albo takie, które umrą jeszcze na sali porodowej. Będzie to trwało dopóty, dopóki wreszcie któreś z nich umrze tak wcześnie, że jej organizm nie zdoła go w porę wyrzucić, a dziecko zacznie się rozkładać i zabije ją.

Tak powiedział lekarz.

Wkrótce potem pojawiły się książki.

- Książki o tym, jak mieć dzieci?

Mama jednak nie wiedziała (albo nie chciała powiedzieć), co to były za książki, ani gdzie babcia je znalazła, ani skąd wiedziała, że właśnie tych powinna szukać. Po jakimś czasie babcia ponownie zaszła w ciążę; tym razem dziecko urodziło się żywe i nie umarło na sali porodowej. Tym razem było zupełnie zdrowe - na świecie pojawił się wujek Larson. Potem przyszły kolejne. Któregoś razu, opowiadała mama, dziadek spróbował pozbyć się z domu tych książek, żeby sprawdzić, czy bez nich też im się uda (albo może po prostu doszedł do wniosku, że wystarczy już tych dzieci), ale babcia się nie zgodziła.

- Przypuszczam, że wtedy te książki stały się dla niej równie ważne jak dzieci - odpowiedziała matka na pytanie George'a "dlaczego?".

- Nie rozumiem...

- Ja chyba też nie - przyznała. - Byłam wtedy bardzo mała. Wiem na pewno tylko tyle, że te książki całkowicie nią zawładnęły. Oświadczyła, że nie życzy sobie więcej dyskusji na ten temat, i dyskusje się skończyły. W naszej rodzinie to właśnie ona nosiła spodnie.
George zatrzasnął podręcznik i spojrzał na zegar: dochodziła piąta. Trochę burczało mu w brzuchu. Nagle uświadomił sobie z pewnego rodzaju przerażeniem, że jeśli mama nie wróci około szóstej, babcia z pewnością się obudzi i zażąda kolacji. Mama zapomniała poinstruować go, co powinien wtedy robić - przypuszczalnie dlatego, że tak bardzo przejęła się złamaną nogą Buddy'ego. Najwyżej przygotuje babci któreś z jej specjalnych mrożonych dań - specjalnych, ponieważ nie wolno jej było używać soli. Oprócz tego łykała co najmniej tysiąc rozmaitych tabletek.

Dla siebie odgrzeje resztki makaronu z serem. Jeśli poleje je obficie keczupem, mogą być całkiem niezłe.

Wyjął garnek z lodówki, przełożył jego zawartość na patelnię i postawił go na kuchence obok czajnika z wodą, który stał tam w pogotowiu, na wypadek gdyby babcia się obudziła i zażyczyła sobie "filiżanki na rozweselenie", jak czasem mawiała. George zaczął nalewać sobie mleka do szklanki, przerwał i ponownie podniósł słuchawkę.

- ...dosłownie nie wierzyłam własnym oczom, bo... - Henrietta Dodd urwała raptownie i zapytała piskliwym głosem: - Ciekawa jestem, kto nas teraz podsłuchuje!

George pospiesznie odwiesił słuchawkę. Policzki paliły go żywym ogniem. Głupolu, przecież ona nie wie, że to ty! - skarcił się w myślach. Ta linia łączy siedem domów!

W niczym jednak nie zmieniało to faktu, że nie należy podsłuchiwać, nawet jeśli czyni to ktoś, kto pragnie usłyszeć czyjś głos, ponieważ jest w domu zupełnie sam, nie licząc babci - potwornie otyłej istoty w sąsiednim pokoju; nawet jeśli ten ktoś musiał usłyszeć czyjś głos, ponieważ mama pojechała do Lewiston, wkrótce zacznie się ściemniać, a babcia leży w sąsiednim pokoju i wygląda jak

(tak, tak właśnie wygląda!)

jak wiekowa niedźwiedzica, która być może zachowała jeszcze dość sił na jedno potężne machnięcie łapą.

Nalał sobie mleka do pełna.
Mama urodziła się w roku 1930, po niej, w 1932, ciotka Flo, a w 1934 przyszedł na świat wujek Franklin, który umarł w 1948 z powodu pęknięcia wyrostka robaczkowego. Mama wciąż nosiła jego zdjęcie i czasem nawet popłakiwała, kiedy o nim mówiła. Lubiła go najbardziej z całego rodzeństwa. Często powtarzała, że to była głupia i niepotrzebna śmierć. Bóg nie zachował się w porządku, zabierając Franka do siebie.
George spojrzał w okno nad zlewozmywakiem. Słońce wisiało nisko nad wzgórzem, złociste promienie padały niemal poziomo, cień szopy na narzędzia ciągnął się przez trawnik długim czarnym pasem. Gdyby Buddy nie złamał tej swojej głupiej nogi, mama byłaby teraz w domu, przygotowywałaby chili albo coś w tym rodzaju (plus niesoloną kolację dla babci), rozmawialiby, śmiali się, a potem może zagraliby w remika.

Choć jeszcze wcale nie było ciemno, włączył światło, po czym ustawił pokrętło pod palnikiem na słabe grzanie. Myślami przez cały czas był przy babci, która siedziała w swoim plastikowym krześle jak gigantyczny tłusty robal ubrany w sukienkę, z głową otoczoną koroną potarganych włosów, i wyciągała ku niemu ręce, on zaś tulił się do mamy, dygocąc z przerażenia.

- Daj mi go, Ruth. Chcę go przytulić.

- Trochę się boi. Za jakiś czas sam do ciebie przyjdzie. Sądząc po brzmieniu jej głosu, mama też się bała. Bała się? Mama?

George zastanowił się głęboko. Czy to prawda? Buddy powiedział kiedyś, że pamięć potrafi płatać rozmaite figle. Czy naprawdę mama była wtedy wystraszona?

Tak. Była.

Apodyktyczny głos babci:

- Nie rozpieszczaj chłopaka, Ruth! Daj mi go, chcę go przytulić!

- Nie, mamo. On płacze.

Babcia opuściła wtedy potężne ręce, oblepione ciałem niczym pecynami ciasta, uśmiechnęła się zarazem chytrze i bezmyślnie, i powiedziała:

- Czy on naprawdę jest taki podobny do Franka, jak mówiłaś? Podobno lubił go najbardziej ze wszystkich.

George powoli mieszał w rondlu. Po raz pierwszy przypomniał sobie to zdarzenie z tyloma szczegółami. Być może stało się tak za sprawą panującej w domu ciszy, a może tego, że oprócz niego i babci nie było w nim nikogo.


Tak więc babcia rodziła dzieci i uczyła w szkole, lekarze, jak należało się spodziewać, byli zdumieni, dziadek zaś zajmował się stolarką i zarabiał coraz więcej, nawet w najgorszych latach Wielkiego Kryzysu, aż wreszcie ludzie zaczęli gadać.

- A co mówili? - zapytał George.

- Nic ważnego - odparła mama i gwałtownym ruchem zgarnęła karty. - Tylko tyle, że twoi dziadkowie mają zbyt wiele szczęścia jak na zwykłych ludzi.

Wkrótce potem natrafiono na książki. Mama nie chciała powiedzieć nic więcej oprócz tego, że część z nich znalazła rada szkolna, część zaś pomocnik dziadka. Wybuchł wielki skandal, babcia i dziadek przenieśli się do Buxton i na tym się skończyło.

Dzieci dorosły i założyły własne rodziny, stając się przy okazji ciotkami i wujkami. Mama wyszła za mąż i przeprowadziła się z tatą (którego George w ogóle nie pamiętał) do Nowego Jorku. Kiedy urodził się Buddy, przenieśli się do Stratford; później, w 1969, urodził się George, a w 1971 tata zginął pod kołami samochodu prowadzonego przez Pijanego Kierowcę Który Poszedł Za To Do Więzienia.

Zaraz po tym, jak dziadek umarł na zawał serca, nastąpiła wzmożona wymiana korespondencji między ciotkami i wujkami. Ani oni, ani sama zainteresowana nie chcieli słyszeć o umieszczeniu jej w domu opieki, a do życzeń babci lepiej było się stosować. Stara kobieta chciała zamieszkać z jednym ze swoich dzieci i tam spędzić ostatnie lata życia. Wszyscy jednak mieli współmałżonków, z których żaden nie wyrażał chęci dzielenia domu ze starą i często nieprzyjemną osobą. Wszyscy, z wyjątkiem Ruth.

Listy krążyły tak długo, aż wreszcie mama George'a dała za wygraną. Zrezygnowała z pracy i przeniosła się do Maine, by zaopiekować się staruszką. Pozostali przeprowadzili między sobą zbiórkę pieniędzy i postawili mały domek na obrzeżu Castle View, gdzie ceny ziemi były niższe. Uzgodniono również, że co miesiąc będą przesyłać jej pieniądze na życie.

Krótko mówiąc, moi bracia i siostry zrobili ze mnie zarządcę, powiedziała kiedyś. George nie za bardzo wiedział co to miało oznaczać, ale mama miała taką minę, jakby powiedziała dowcip, tyle że z trudem przeszedł jej przez gardło. Wiedział (od Buddy'ego), iż tym, co ostatecznie zaważyło na decyzji mamy, było podsycane w niej przez wszystkich przekonanie, że babcia z pewnością nie pożyje długo. Zbyt wiele jej dolegało: wysokie ciśnienie, kłopoty z układem moczowym, otyłość, kołatanie serca... Jeszcze jakieś osiem miesięcy, twierdzili ciotka Flo, ciotka Stephanie i wujek George (po którym George otrzymał imię). Najwyżej rok. Teraz jednak mijał już piąty rok i George'owi wydawało się, że to dość długo.

Nawet bardzo długo. Niczym niedźwiedzica pogrążona we śnie zimowym, czekająca na... Właśnie, na co?
(ty wiesz najlepiej, jak z nią sobie radzić, Ruth, ty wiesz, jak zmusić ją do milczenia)

Znieruchomiał w drodze do lodówki, gdzie zamierzał przeczytać przepis przyrządzania na jednym z opakowań niesolonych obiadków babci. Znieruchomiał jak posąg. Skąd to się wzięło? Skąd wziął się głos, który zabrzmiał w jego głowie?

Brzuch i pierś George'a pokryły się gęsią skórką. Wsunął rękę pod koszulę i dotknął sutka; był twardy jak kamyczek. Pospiesznie cofnął dłoń.

Wujek George. Jego imiennik, który pracował w Nowym Jorku dla Sperry-Randa. To był jego głos. Wujek powiedział te słowa dwa... nie, trzy lata temu, kiedy razem z rodziną przyjechał do nich na Boże Narodzenie.


Teraz jest jeszcze bardziej niebezpieczna.

Cicho bądź, George. Chłopcy gdzieś tu są.


Stał bez ruchu z ręką na zimnym chromowanym uchwycie przy drzwiach lodówki, wpatrywał się w gasnący dzień za oknem i stopniowo przypominał sobie coraz więcej szczegółów. Tego dnia Buddy'ego nie było już w domu, ponieważ Buddy koniecznie chciał zdobyć dla siebie lepsze sanki. Wybierali się na wzgórze Joe Cambera, jednak jedne sanki miały zwichrowaną płozę, więc Buddy wybiegł pierwszy, a George został w przedsionku i grzebał w skrzyni w poszukiwaniu dwóch takich samych grubych skarpet. Czy to była jego wina, że akurat wtedy mama rozmawiała z wujkiem w kuchni? Chyba nie, podobnie jak nie było jego winą, że Bóg nie uczynił go głuchym albo przynajmniej nie przeniósł rozmowy w inne miejsce. Mama sama często powtarzała (szczególnie po jednym lub dwóch kieliszkach wina), że Bóg czasem gra nie fair.

- Dobrze wiesz, co mam na myśli - powiedział wujek George.

Jego żona pojechała ze wszystkimi trzema córkami do Gates Falls na ostatnie świąteczne zakupy, wujek zaś miał już porządnie w czubie, zupełnie jak Pijany Kierowca Który Poszedł Do Więzienia. Mówił coraz bardziej niewyraźnie.

- Pamiętasz, co stało się z Franklinem, kiedy się jej sprzeciwił?

- George, natychmiast przestań albo wyleję resztę piwa do zlewu!

- Wątpię, żeby zrobiła to celowo. Pewnie tylko jej się tak powiedziało. Zapalenie otrzewnej...

- Zamknij się wreszcie!

Może nie tylko Bóg gra czasem nie fair? - pomyślał wtedy George.


Oderwał się od wspomnień, otworzył lodówkę, sięgnął do zamrażalnika i wyjął jeden z gotowych obiadów babci. Cielęcina z zielonym groszkiem. Włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec przez czterdzieści minut w temperaturze stu pięćdziesięciu stopni. Proste jak drut. Był przygotowany na każdą ewentualność: jeżeli babcia zażąda herbatki, dostanie ją w ciągu paru minut, jeśli zacznie domagać się obiadu, będzie musiała zaczekać niewiele dłużej. Gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego, na tablicy jest numer doktora Arlindera. Wszystko jest pod kontrolą, więc dlaczego się niepokoi?

Dlatego że do tej pory nigdy nie zostawał w domu sam z babcią.

Daj mi go, Ruth. Chcę go przytulić.

Nie. On płacze.

Teraz jest bardziej niebezpieczna... Wiesz, co mam na myśli.

Wszyscy okłamujemy nasze dzieci.

Żaden nie zostawał sam z babcią. Ani on, ani Buddy. Aż do dzisiaj.

Zaschło mu w ustach, podszedł więc do zlewozmywaka, odkręcił kurek i napił się wody. Czuł się... dziwnie. Te wszystkie myśli, te wspomnienia. Dlaczego właśnie teraz zaczęły wypływać na powierzchnię?

Miał wrażenie, że ktoś wysypał przed nim elementy układanki, a on nie potrafi jej ułożyć. Może i dobrze, że nie potrafi? Może obrazek, który by zobaczył, wcale by mu się nie spodobał? Może...

Z pokoju, w którym babcia spędzała wszystkie dnie i noce, dobiegł bulgoczący charkot.

George wciągnął ze świstem powietrze. Odwróciłby się w kierunku korytarzyka łączącego kuchnię z pokojem, gdyby nie to, że ktoś przykleił mu podeszwy do linoleum. Serce ciążyło mu jak żelazna sztaba, oczy usiłowały wyskoczyć z głowy. Idźcie tam! - polecił mózg nogom, te zaś stanęły na baczność i odpowiedziały: Za nic w świecie!

Babcia nigdy nie wydawała takich odgłosów.

Nigdy.

Dźwięk powtórzył się: niski, gardłowy, coraz niższy, a potem umilkł. George wreszcie zdołał się poruszyć. Przeszedł krótkim korytarzykiem łączącym kuchnię z pokojem babci i z mocno bijącym sercem zajrzał do środka. Teraz wata tak szczelnie zatkała mu gardło, że choćby nie wiadomo jak się starał, nie zdołałby przełknąć śliny.



Babcia śpi, więc wszystko jest w porządku, taka była jego pierwsza myśl. To tylko dziwaczny odgłos, nic więcej. Być może zdarzało jej się to częściej, na przykład, kiedy on i Buddy byli w szkole. Zwyczajne chrapanie. Babci nic nie jest. Śpi.

Tak pomyślał w pierwszej chwili. Zaraz potem spostrzegł, że żółtawa ręka, która do tej pory spoczywała na kołdrze, teraz zwisa bezwładnie, prawie dotykając podłogi długimi paznokciami. Zauważył też otwarte usta, pomarszczone i zapadnięte niczym otwór wykrojony w nadpsutym owocu.

Powoli, nieśmiało zbliżył się do niej.

Bardzo długo stał tuż obok, ale nie śmiał jej dotknąć. Poruszająca się do tej pory w rytmie oddechu kołdra nawet nie drgnęła. Chyba.

Chyba.

To było kluczowe słowo.



To tylko dlatego, że dajesz się ponieść fantazji, Georgie. Jesteś po prostu senor El Gapolo, jak mawia Buddy. To wszystko gra. Mózg płata ci sztuczki, babcia oddycha normalnie, tyle że...

- Babciu... - Z jego gardła wydobył się ochrypły szept. Odchrząknął i aż podskoczył, przestraszony niespodziewanym dźwiękiem. - Babciu... - powtórzył głośniej. - Chcesz już herbatkę? Babciu?

Cisza.

Zamknięte oczy.



Otwarte usta.

Zwisająca ręka.

Na zewnątrz zachodzące słońce przeświecało czerwonozłociście przez gałęzie drzew.

I właśnie wtedy ujrzał ją w pełni istnienia, zobaczył ją dziecinnymi oczami, w cudownie nieuprzedzonej formującej się dopiero refleksji, nie tu, nie teraz, nie w łóżku, lecz siedzącą w białym plastikowym fotelu, z wyciągniętymi ramionami i twarzą równocześnie bezmyślną i triumfującą. Przypomniał sobie również jeden z jej "złych uroków", kiedy zaczęła wykrzykiwać coś jakby w obcym języku ("Gyaagin! Gyaagin! Hastur degryon Yos-soth-oth!"); mama kazała im wtedy wyjść z domu, wrzasnęła "Idźcie już!" na Buddy'ego, który zatrzymał się, żeby poszukać rękawiczek, a Buddy obejrzał się przez ramię, przerażony, ponieważ mama NIGDY na nich nie krzyczała; obaj wyszli na dwór i w milczeniu stali na podjeździe, z rękami wepchniętymi w kieszenie, usiłując dociec, co się dzieje.

Później mama jakby nigdy nic zawołała ich na kolację.

(ty wiesz najlepiej jak z nią sobie radzić Ruth ty wiesz jak zmusić ją do milczenia)

George po raz pierwszy przypomniał sobie o tym konkretnym "złym uroku". Dopiero teraz, patrząc na babcię pogrążoną w przedziwnym śnie, uświadomił sobie z przerażeniem, że nazajutrz po tamtych wydarzeniach okazało się, iż pani Harham, która mieszkała trochę dalej przy tej samej ulicy i niekiedy odwiedzała babcię, umarła w nocy.

"Złe uroki" babci.

Złe uroki.

Zdaje się, że specjalistkami od rzucania złych uroków były wiedźmy. Tylko ktoś, kto to potrafi, może zostać wiedźmą. Zatrute jabłka. Książęta zaklęci w żaby. Domki z piernika. Abrakadabra. Hokus-pokus.

Uroki.

Rozsypane elementy łamigłówki jakby za sprawą czarów ułożyły się w całość.



Czary, pomyślał George i jęknął.

Co przedstawiał obrazek? Oczywiście babcię. Babcię i jej książki. Babcię wygnaną z miasteczka, babcię, która nie mogła mieć dzieci, a potem nagle miała ich całe mnóstwo, babcię, którą wyrzucono nie tylko z miasteczka, ale i z kościoła. Żółtawą, grubą, pomarszczoną, przypominającą ślimaka babcię z bezzębnymi ustami wykrzywionymi w zapadniętym uśmiechu, z oczami przygasłymi i ślepymi, a zarazem w jakiś tajemniczy sposób chytrymi i przebiegłymi, w czarnym spiczastym kapeluszu na głowie, przystrojonym srebrzystymi gwiazdami i lśniącymi półksiężycami; u jej stóp kłębiły się czarne koty ze ślepiami żółtymi jak uryną, otaczała ją woń wieprzowiny i ślepoty, wieprzowiny i spalenizny, a także wiekowe gwiazdy i świece czarne jak grobowa ziemia; słyszał słowa odczytywane z pradawnych ksiąg, a każde słowo było jak kamień, a każde zdanie było jak świeżo rozkopana mogiła, a każdy akapit był jak koszmarny karawan załadowany trupami wywożonymi z zadżumionego miasta; jego oczy dziecka otworzyły się szeroko ze zdumionym zrozumieniem i ujrzały czarną otchłań.

Babcia była wiedźmą, tak samo jak Zła Czarownica z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", a teraz umarła. Ten bulgoczący odgłos, myślał George z coraz większym przerażeniem. To niby-chrapanie było w rzeczywistości... było... przedśmiertnym charkotem.

- Babciu... - wyszeptał, a jednocześnie przez głowę przemknęło mu zwariowane zdanie: "Bim-bom, zła wiedźma nie żyje!".

Nie zareagowała. Przysunął rękę do jej ust, lecz nie poczuł oddechu. Całkowita flauta, żagle w zwisie, brak kilwateru. Strach zaczął powoli ustępować i George spróbował uruchomić szare komórki. Przypomniał sobie, jak wujek Fred pokazywał mu, w jaki sposób sprawdza się kierunek wiatru za pomocą poślinionego palca; polizał dłoń i ponownie zbliżył ją do ust babci.

Nic.


Ruszył do telefonu, by zadzwonić do doktora Arlindera, lecz zatrzymał się w progu. A jeśli nic jej nie jest? Niepotrzebnie narobi zamieszania i będzie z tego mnóstwo wstydu.

Sprawdź puls.

Popatrzył z powątpiewaniem na zwisającą bezwładnie rękę. Rękaw nocnej koszuli powędrował nieco w górę, odsłaniając nadgarstek, ale co z tego? Kiedyś, po wizycie u lekarza, kiedy zbadano mu puls, George usiłował go wyczuć - bezskutecznie. Zdaniem jego niewprawnych palców był martwy jak kłoda.

Poza tym nie miał zbyt wielkiej ochoty na to, żeby dotykać babci. Nawet jeśli nie żyła.

Szczególnie jeśli nie żyła.

Stał w korytarzyku, spoglądając to na nieruchomą postać w łóżku, to na wiszący na ścianie telefon. Nie ma wyboru. Musi zadzwonić. Musi...

Lusterko!

Oczywiście! Jeśli chuchnąć na lusterko, zostaje na nim mgiełka. Widział kiedyś na filmie, jak lekarz sprawdza w ten sposób, czy pacjent oddycha. George pobiegł do sąsiadującej z pokojem łazienki, chwycił dwustronne lusterko (jedna strona była zwyczajna, druga zaś powiększała odbicie), wrócił z nim do łóżka i przysunął tak blisko do otwartych ust babci, że prawie ich dotykało. Policzył do sześćdziesięciu, przez cały czas nie spuszczając babci z oka. Nawet nie drgnęła. Był pewien, że nie żyje, zanim spojrzał na czystą powierzchnię lusterka.

Babcia umarła.

Uświadomił sobie z ulgą i czymś w rodzaju zdziwienia, że teraz jest nawet w stanie jej współczuć. Może była wiedźmą, a może nie. Może tylko wydawało jej się, że nią jest. Tak czy inaczej, już jej nie ma. Nagle pojął, zupełnie jak dorosły człowiek, że w niemym, obojętnym towarzystwie śmiertelnych szczątków problemy związane z konkretną rzeczywistością stają się może nie mniej istotne, ale na pewno mniej palące. Sprawiło mu to niemałą ulgę, również jak dorosłemu. Tego rodzaju doświadczenia odciskały w jego umyśle ślady niemal takie same jak ślady stóp na piasku; dopiero znacznie później młody człowiek uświadamia sobie, że przez cały czas był tworzony, kształtowany przez rozmaite przypadkowe zdarzenia; w chwili kiedy się z nimi styka, czuje tylko smród strzelniczego prochu świadczący o tym, że trafił go kolejny ładunek koncepcji niemieszczących się w dziecięcym umyśle.


Odniósł lusterko do łazienki, a wracając przez pokój, jeszcze raz spojrzał na ciało. Zachodzące słońce pomalowało martwą twarz barbarzyńskimi, pomarańczowoczerwonymi barwami, dlatego George pospiesznie odwrócił wzrok.

Idąc do telefonu, układał sobie w głowie plan postępowania. Nie wolno mu popełnić żadnego błędu. Już teraz dostrzegał potencjalne korzyści, jakie może wyciągnąć z tej sytuacji; kiedy Buddy znowu zacznie z niego szydzić, powie po prostu: "Byłem sam w domu, kiedy umarła babcia, i zrobiłem wszystko jak należy".

Przede wszystkim trzeba zadzwonić do doktora Arlindera. Zadzwonić i powiedzieć: "Moja babcia właśnie umarła. Co powinienem zrobić? Przykryć ją czy jak?".

Nie.


"Wydaje mi się, że babcia umarła".

Tak będzie znacznie lepiej. Wszyscy przecież są przekonani, że dzieci na niczym się nie znają i nic nie wiedzą. Albo może coś w tym rodzaju:

"Jestem prawie pewien, że babcia nie żyje...".

Jasne! Właśnie o to chodzi.

Potem opowie o przedśmiertnym charkocie, lusterku i o całej reszcie. Lekarz zaraz przyjedzie, a kiedy skończy badać babcię, powie: "Babciu, ogłaszam, że nie żyjesz", a potem do George'a: "Dzielnie czepiałeś się, to znaczy trzymałeś, w tej trudnej sytuacji. Gratuluję". A on bąknie coś skromnie.

Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w numer telefonu doktora Arlindera, po czym odetchnął głęboko kilka razy i chwycił słuchawkę. Serce waliło mu mocno, ale przynajmniej nie miał wrażenia, że jest odlane z żelaza. Babcia umarła. Stało się najgorsze, a jednak nie było to wcale takie okropne jak oczekiwanie na to, że babcia się obudzi i zażąda herbatki.

W słuchawce panowała głucha cisza.

Na ustach zawisły mu słowa, które sobie przygotował: "Przepraszam, panno Dodd, tu mówi George Bruckner. Muszę natychmiast wezwać lekarza do mojej babci". Ale nie usłyszał żadnych głosów ani żadnego sygnału. Tylko głucha cisza. Identyczna jak w pokoju babci.

A babcia teraz...

...teraz...

(och, tak!)

...nie żyje.

Znowu gęsia skórka, niemal bolesna, oczy wpatrzone w dzbanuszek na palniku, w kubek na blacie z włożoną torebką. Babcia już nie wypije tej herbatki.

Ani żadnej innej herbatki.

Babcia nie żyje.

Ciałem George'a wstrząsnął dreszcz.


Postukał palcem w widełki, lecz w słuchawce wciąż panowała martwa cisza. Martwa jak...

(martwa jak...)

Odwiesił ją z rozmachem, dzwonek zabrzęczał, więc pospiesznie chwycił słuchawkę w nadziei, że może telefon ożył, ale nic takiego się nie stało, zatem odwiesił ją ponownie, tyle że znacznie delikatniej.

Serce znowu łomotało mu w piersi.

Jestem sam w domu z trupem.

Chyba przez minutę stał nieruchomo przy stole, po czym włączył światło. Wkrótce zajdzie słońce i zapadnie noc.

Czekać. Muszę tylko zaczekać na powrót mamy. Tak jest nawet lepiej. Teraz, kiedy telefon nie działa, lepiej się stało, że umarła, niż żeby dostała jakiegoś ataku albo czegoś w tym rodzaju, albo żeby wypadła z łóżka...

No, tak, tylko tego mu brakowało. Po co o tym pomyślał?

Leży w ciemności i rozmyśla o martwych, ale wciąż żywych, patrzy na jeszcze ciemniejsze cienie na ścianach i myśli o śmierci, o trupach, o tym, jak cuchną i jak nagle ruszają w twoją stronę, myśli o tym i o tamtym, myśli o robakach pożerających ciało, torujących sobie drogę przez tkanki, o oczach w ciemności. Tak, o tym najbardziej. O oczach, które poruszają się w mroku i o podłodze skrzypiącej pod stopami czegoś, co skrada się ku niemu po pasach z nocy i sączącego się z zewnątrz, nieco rozcieńczonego mroku. Właśnie tak.

W ciemności wszystkie myśli zataczają kręgi. Niezależnie od tego, na czym usiłujesz się skoncentrować - na kwiatkach, Panu Jezusie, baseballu albo swoich szansach na zwycięstwo w olimpijskim finale biegu na czterysta metrów - prędzej czy później i tak znowu widzisz niewyraźną, spowitą całunem mroku postać ze szponami i szeroko otwartymi, wpatrzonymi w ciebie oczami.



1   ...   37   38   39   40   41   42   43   44   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna