Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona40/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   36   37   38   39   40   41   42   43   ...   49

Rocky spojrzał w lusterko. Tak, za sobą mieli furgonetkę, a jej kształt wydał mu się znajomy. To była typowa furgonetka, jaką zazwyczaj rozwożono mleko. Nie musiał wcale odczytywać napisu MLECZARNIA CRAMERA, aby domyślić się, do kogo należała.

- To Spike - wydusił z siebie przerażony. - To Spike Milligan! O Boże, myślałem, że on pracuje tylko rano!

- Kto taki?

Rocky nie odpowiedział. Dolna część jego twarzy rozciągnęła się w kurczowym pijackim uśmiechu. Jednakże jego oczy się nie śmiały. Były teraz wielkie i czerwone jak światła na skrzyżowaniu.

Nagle wcisnął gaz do dechy, na co chrysler zareagował gardłowym beknięciem, wypluwając z rury kilka oleistych kłębów niebieskawego dymu, po czym z wyraźnymi oporami przyspieszył do setki.

- Hej! Za dużo wypiłeś, żeby tak pędzić! Czyś ty... - Leo urwał, jakby zapomniał, co ma dalej powiedzieć. Drzewa i domy odpływały w tył ze świstem, jak mroczne, rozmyte kształty na cmentarzu po północny. W szalonym tempie przemknęli obok znaku stopu i z impetem najechali na małe wybrzuszenie nawierzchni przed przejściem dla pieszych. Na moment znaleźli się w powietrzu. Kiedy spadli z powrotem na jezdnię, nisko zawieszony tłumik zarysował asfalt, wzniecając snop iskier. Na tylnych siedzeniach zadzwoniły opróżnione puszki. Twarze słynnych futbolistów turlały się tam i z powrotem, z ciemności w światło i ze światła w mrok.

- Robiłem sobie jaja! - zaryczał dziko Leo. - Nie ma żadnej furgonetki!

- To on. On morduje ludzi! - wrzeszczał Rocky. - Widziałem jego robala w warsztacie! Cholera jasna!

Z rykiem wspięli się na Południowe Wzgórze, jadąc po niewłaściwej stronie szosy. Jakiś duży samochód kombi jadący z naprzeciwka z upiornym piskiem opon zjechał na żwirowe pobocze i ześliznął się do rowu po desperackiej próbie uniknięcia czołowego zderzenia. Leo spojrzał w tył. Droga była pusta.

- Rocky...

- No, spróbuj mnie złapać, Spike! - darł się Rocky. - Tylko spróbuj!

Chrysler pędził już sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, co sam Rocky, gdyby był nieco trzeźwiejszy, uznałby za absolutnie niemożliwe. Dojechali do zjazdu na drogę prowadzącą do Johnson Flat. Spod łysych opon chryslera walił dym. Samochód gnał przez noc jak oszalałe widmo, smugami światła z reflektorów obmacując ciągnącą się przed nimi opustoszałą drogę.

Wtem z mroku wyłonił się merkury, model z 1959 roku, z rykiem pędząc ku nim środkiem drogi, z białą linią dokładnie pomiędzy kołami. Rocky wydobył z gardła rozpaczliwy okrzyk i zasłonił twarz dłońmi. Leo zdążył jedynie zauważyć, że mercury nie ma na masce charakterystycznej ozdoby, kiedy w uszy wdarł się potworny huk zderzenia.


Jakiś kilometr za nimi zamigotały światła na skrzyżowaniu i furgonetka z napisem MLECZARNIA CRAMERA ruszyła w stronę kolumny ognia oraz dwóch poczerniałych kadłubów znieruchomiałych pośrodku drogi. Samochód poruszał się z umiarkowaną prędkością, Z tranzystorowego radyjka, zwisającego z olbrzymiego rzeźniczego haka, sączył się jakiś rhythmandbluesowy standard.

- I to by było tyle - skwitował całą scenę Spike. - Teraz pojedziemy do domu Boba Driscolla. Jemu się wydaje, że ma benzynę w swoim warsztacie, ale ja nie byłbym tego taki pewien. To był długi dzień, nieprawdaż?

Ale kiedy się odwrócił, zobaczył, że tył furgonetki jest pusty. Nawet robal gdzieś zniknął.
Przełożył

Rafał Wilkoński


BABCIA
Matka zatrzymała się przy drzwiach, zawahała się, wróciła i zmierzwiła George'owi włosy.

- Nie martw się - powiedziała. - Wszystko będzie w porządku. Z babcią też.

- Jasne, wiem. Powiedz Buddy'emu, żeby się czepiał.

- Słucham? Uśmiechnął się.

- Żeby się trzymał.

- Aha. Bardzo zabawne. - Obdarzyła go roztargnionym uśmiechem. - George, czy jesteś pewien...

- Nic mi nie będzie.

Czy jesteś pewien... czego? Czy jesteś pewien, że nie boisz się zostać sam z babcią? Czy właśnie o to chciała zapytać?

Jeśli tak, to odpowiedź brzmiała: nie. Bądź co bądź, nie miał już sześciu lat, jak wówczas kiedy przyjechali tu, do Maine, żeby zaopiekować się babcią, a on wrzeszczał z przerażenia za każdym razem, gdy babcia wyciągała do niego potężne ręce ze swego białego plastikowego fotela, pachnące gotowanymi na twardo jajkami, które jadała na śniadanie, i zasypką dla niemowląt, którą matka George'a wcierała w pomarszczoną, pofałdowaną skórę; wyciągała ku niemu słoniowo białe ramiona, czekała, aż podejdzie i da się przytulić do ogromnego, słoniowo białego cielska. Buddy zrobił to, znikł na jakiś czas w objęciach babci, i wyszedł z tego z życiem... ale Buddy był o dwa lata starszy.

A teraz złamał nogę i leży w szpitalu w Lewiston.

- Gdyby coś się działo - ale przecież nie będzie, prawda? - masz numer telefonu do lekarza. Zgadza się?

- Jasne - odparł, przełknąwszy suchy kłąb, który utkwił mu w gardle.

Czy uśmiech byt w porządku? Na pewno. Na pewno. Przecież nie boi się babci. Nie ma już sześciu lat. Mama jedzie do szpitala odwiedzić Buddy'ego, a on zostanie w domu i będzie się czepiał. Czyli trzymał. Pobędzie trochę z babcią. Nie ma problemu.

Matka ponownie zatrzymała się przy drzwiach, westchnęła, i znowu do niego wróciła, z tym samym roztargnionym, niepewnym uśmiechem na twarzy.

- Jeżeli się obudzi i każe sobie zaparzyć herbaty...

- Wiem - przerwał jej George, widząc, jak bardzo jest przerażona i zaniepokojona, mimo że się uśmiechała. Martwiła się o Buddy'ego i jego idiotyczną ligę juniorów; zadzwonił trener z wiadomością, że Buddy miał wypadek podczas meczu, a George dowiedział się o tym w ten sposób (właśnie wrócił ze szkoły, siedział przy stole w kuchni, zajadał ciastka i popijał je kakao), że matka raptownie nabrała powietrza i zapytała: "Wypadek? Jaki wypadek? Czy to coś poważnego?" - Wiem, mamo. Wszystko mam w małym palcu. Nic się nie przejmuj. No, idź już.

- Mądry chłopiec. Tylko niczego się nie bój. Już się nie boisz babci, prawda?

- Pewnie, że nie.

Uśmiechnął się jak człowiek, który doskonale się czepia, czyli trzyma, który wszystko ma w małym palcu i który już nie ma sześciu lat. Z wysiłkiem przełknął ślinę. Tak, uśmiech udał się bez zarzutu, ale w głębi, pod tym uśmiechem, było zupełnie suche gardło wypełnione watą szklaną.

- Powiedz Buddy'emu, że mi przykro z powodu tej nogi.

- Powiem - odparła i po raz kolejny skierowała się do drzwi. Przez okno sączył się blask popołudniowego słońca. - Dzięki Bogu, że wykupiliśmy ubezpieczenie sportowe. Nie mam pojęcia, co byśmy zrobili, gdyby go nie było.

- Powiedz mu też, że mam nadzieję, że dał tamtemu nieźle w kość.

Znowu ten sam uśmiech, uśmiech nieco ponadpięćdziesięcioletniej samotnej kobiety późno obdarzonej dwoma synami, trzynasto- i jedenastoletnim. Tym razem otworzyła drzwi i do hallu natychmiast wcisnął się z szeptem chłodny październik.

- Pamiętaj, doktor Arlinder...

- Jasne. Lepiej już idź, bo zanim dojedziesz, już wyzdrowieje.

- Wątpię, żeby się obudziła do mojego powrotu. Kocham cię, George. Jesteś bardzo dobrym synem.

Zamknęła za sobą drzwi.

George patrzył przez okno, jak grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczyków, zmierza szybkim krokiem do starego dodge'a rocznik 69, który zużywał za dużo paliwa i oleju. Teraz, kiedy wyszła z domu i nie wiedziała, że syn ją obserwuje, niepewny uśmiech znikł z jej twarzy, pozostała tam natomiast niepewność i niepokój o Buddy'ego. George bardzo jej współczuł, ani trochę natomiast nie współczuł bratu, który często powalał go na ziemię, siadał na nim okrakiem i stukał go łyżeczką w czoło tak długo, aż George'owi wydawało się, że zaraz oszaleje. (Buddy nazywał to "Łyżeczkową Torturą Wstrętnego Chinola" i zaśmiewał się do rozpuku, niekiedy zaś przestawał się znęcać dopiero wtedy, kiedy George wybuchał płaczem). Bratu, który nieraz tak mocno robił mu "pokrzywę", że na przedramieniu George'a pojawiały się drobniutkie krople krwi, niczym rosa na źdźbłach trawy o świcie. Bratu, który pewnej nocy w spowitej ciemnością sypialni wysłuchał ze zrozumieniem szeptanego wyznania George'a dotyczącego silnego uczucia sympatii, jakie ten żywił do niejakiej Heather MacArdle, by nazajutrz rano wpaść na szkolny dziedziniec i wykrzykiwać wniebogłosy: GEORGE I HEATHER SIĘ CAŁUJĄ I DZIDZIUSIÓW OCZEKUJĄ! NAJPIERW SIĘ PIEŚCIMY, POTEM DZIECI BAWIMY! Kogoś takiego jak Buddy nawet złamana noga nie usunie na długo z pola widzenia, ale George nie miał nic przeciwko żadnemu, nawet najkrótszemu okresowi spokoju. Zobaczymy, czy z nogą w gipsie też będziesz mi urządzał Łyżeczkową Torturę. No pewnie! Już to widzę!

Dodge wycofał się z podjazdu i przyhamował na chwilę, kiedy matka George'a rozglądała się w lewo i prawo, aby sprawdzić, czy coś nie nadjeżdża. Tutaj nic nigdy nie jeździło. Matkę czekała teraz trzykilometrowa przejażdżka po nierównej gruntowej drodze, a od miejsca, gdzie zaczynał się asfalt, do Lewiston było trzydzieści kilometrów.

Cofnęła się jeszcze trochę, wrzuciła pierwszy bieg. Przez chwilę pył wisiał nieruchomo w rześkim październikowym powietrzu, a następnie zaczął powoli opadać.

George został sam w domu.

Z babcią.

Przełknął ślinę.

Hej, nie ma sprawy! Uszy do góry!

- No pewnie - wymamrotał i przeszedł przez niewielką, skąpaną w blasku słońca kuchnię. Był jasnowłosym, ładnym chłopcem o piegowatej twarzy i wesołych, ciemnoszarych oczach.

Wypadek Buddy'ego zdarzył się podczas meczu futbolowej Ligi Kucyków. Tygrysy, uczestniczący w Lidze Mikrusów zespół George'a, już pierwszego dnia zostały wyeliminowane z rozgrywek. (Co za dzieciuchy! - naigrawał się Buddy, kiedy George ze łzami w oczach schodził z boiska. Ale maminsynki!). A teraz Buddy leży ze złamaną nogą. Gdyby nie to, że mama tak bardzo się martwiła, George byłby niemal szczęśliwy.

Na ścianie wisiał telefon, obok zaś tablica z uwiązanym na sznurku pisakiem. W prawym górnym narożniku tablicy uśmiechała się jowialnie wiejska babcia o mocno zaróżowionych policzkach i siwych włosach zebranych w kok. Wyciągniętą ręką wskazywała tablicę, a z jej ust wydobywał się komiksowy dymek z tekstem: "Pamiętaj, synku!". Na tablicy matka George'a napisała niewyraźnym charakterem pisma: dr Arlinder - 681-4330. Napis nie pojawił się dzisiaj w związku z tym, że wybierała się w odwiedziny do Buddy'ego; był tam prawie od trzech tygodni, ponieważ babcia znowu dostawała się pod "zły urok".

George podniósł słuchawkę.

- ...więc na to mówię jej: "Mabel, jeśli on będzie wciąż traktował cię jak...".

Odwiesił ją na widełki. Henrietta Dodd. Henrietta bez przerwy rozmawiała przez telefon, popołudniami zaś w tle zawsze było słychać mydlane opery z telewizora. Któregoś wieczoru, wypiwszy z babcią po kieliszku wina (odkąd znowu zaczęły się "złe uroki", doktor Arlinder zabronił babci pić wino do obiadu, więc mama także nie piła - George bardzo tego żałował, ponieważ po winie stawała się znacznie weselsza i opowiadała różne historie ze swojego dzieciństwa), mama powiedziała, że za każdym razem, kiedy Henrietta Dodd otwiera usta, ulewa z siebie żółć. Buddy'ego i George'a ogromnie to rozbawiło; pokładali się ze śmiechu, a mama zasłoniła sobie usta ręką i powiedziała: "Tylko nikomu, NIKOMU tego nie powtarzajcie!", a potem również zaczęła się śmiać, i tak śmiali się we trójkę przy kuchennym stole, aż wreszcie hałas obudził babcię, która spała coraz więcej, i babcia zaczęła wołać "Ruth! Ruth! Ruuuth!", tym swoim wysokim, swarliwym głosem, a mama natychmiast spoważniała i poszła do jej pokoju.

Dzisiaj, gdyby ktoś pytał George'a o zdanie, Henrietta Dodd mogła gadać do upadłego. Chciał się tylko upewnić, czy telefon działa. Po wielkiej burzy, która przeszła przed dwoma tygodniami, od czasu do czasu zdarzały się przerwy w łączności.

Patrząc na sympatyczną starszą panią na tablicy, zastanawiał się, jak by to było mieć taką babcię. Jego babcia była ogromna, gruba i ślepa, a nadciśnienie sprawiło, że nie jest w pełni władz umysłowych. Niekiedy, podczas swoich "złych uroków", zachowywała się (tak mówiła o tym mama) "jak z Tartaru": wzywała nieobecnych ludzi, rozmawiała z powietrzem, mamrotała dziwne, bezsensowne słowa. Pewnego razu, kiedy właśnie mówiła coś niezrozumiałego, mama zbladła jak ściana, weszła do pokoju babci i kazała jej się zamknąć, zamknąć, zamknąć! George dobrze to zapamiętał, nie tylko dlatego, że pierwszy i ostatni raz słyszał, żeby mama podniosła głos na babcię, ale i dlatego, że tej samej nocy zdewastowano cmentarz przy Mapie Sugar Road: ktoś poprzewracał nagrobki, wyważył zabytkową ubiegłowieczną bramę, a nawet rozkopał jeden czy dwa groby. Zbezczeszczenie - takiego słowa użył nazajutrz pan Burdon, dyrektor szkoły, przemawiając na specjalnym apelu do wszystkich uczniów. Mówił o Zwyrodniałym Występku i o tym, że pewne rzeczy po prostu Nie Są Zabawne. W drodze powrotnej do domu George zapytał Buddy'ego co znaczy słowo "bezcześcić", a Buddy odpowiedział, że to znaczy rozkopywać groby i sikać na trumny, ale George mu nie uwierzył... Aż zrobiło się późno. I ciemno.

Znajdując się pod "złym urokiem", babcia robiła się hałaśliwa, poza tym jednak zazwyczaj po prostu leżała w łóżku, do którego trafiła przed trzema laty - gruby ślimak w pampersie, ceratowych majtkach i flanelowej koszuli, o twarzy pokrytej gęstą siatką bruzd i zmarszczek i pustych, ślepych oczach z bladobłękitnymi tęczówkami naklejonymi na żółtawe gałki.

Babcia nie zawsze była ślepa, ale stopniowo traciła wzrok, w związku z czym, kiedy wstawała z plastikowego, pachnącego zasypką fotela i szła do łóżka albo do łazienki, ktoś musiał jej towarzyszyć. Wtedy, pięć lat temu, babcia ważyła sporo ponad sto kilogramów.

Wyciągnęła ramiona i Buddy, wówczas ośmioletni, poszedł do niej. George rozpłakał się i został z tyłu.

Ale teraz się nie boję, powtarzał sobie, krzątając się po kuchni w sportowych pantoflach. Ani trochę. To po prostu bardzo stara pani, która niekiedy dostaje się pod "zły urok".

Napełnił czajnik wodą i postawił go na niewłączonym palniku. Wyjął ż szafki filiżankę i włożył torebkę z ulubioną herbatką babci. To na wypadek gdyby się obudziła i zażądała pić. Miał nadzieję, że tak się nie stanie, bo wtedy musiałby posadzić ją w łóżku, usiąść obok i podsuwać filiżankę, żeby mogła pić małymi łykami. Bezzębne usta będą się zawijały na krawędzi filiżanki, herbata będzie spływać w konającą otchłań przy akompaniamencie nieznośnego siorbania. Babcia niekiedy przechylała się w łóżku i trzeba było pomóc jej się wyprostować; miała miękkie, galaretowane ciało, jakby wypełnione ciepłą wodą, a jej niewidzące oczy wpatrywały się z bliska...

George zwilżył językiem usta i podszedł do kuchennego stołu. Stały tam szklanka wypełniona do połowy kakao i talerz, na którym zostało jeszcze jedno ciastko, ale odechciało mu się jeść. Bez entuzjazmu popatrzył na podręczniki mające okładki w barwach Castle Rock Cougars.

Powinien do niej zajrzeć.

Ale nie chciał.

Przełknął ślinę, lecz mimo to nadal wydawało mu się, że w gardle utknęło mu mnóstwo waty szklanej.

Nie boję się babci, myślał. Gdyby teraz wyciągnęła do mnie ramiona, podszedłbym i dałbym się przytulić, bo to po prostu stara pani. Jest niedołężna i czasem jest pod "złym urokiem", to wszystko. Przytuliłaby mnie, a ja wcale, ale to wcale bym nie płakał. Jak Buddy.

Z twarzą wykrzywioną jak po zażyciu gorzkiego lekarstwa i zbielałymi, zaciśniętymi mocno ustami, przeszedł przez krótki korytarzyk dzielący go od pokoju babci i zajrzał do środka. Spała, żółtawe włosy tworzyły wokół jej głowy jakby koronę, bezzębne usta były szeroko otwarte, pierś poruszała się pod przykryciem tak słabo, że z trudem dało się to dostrzec, tak powoli, że potrzebował trochę czasu, aby się upewnić, że babcia żyje.

Boże, a jeśli umrze, zanim mama wróci ze szpitala?!

Nie umrze. Nie umrze.

A jeżeli?...

Nie umrze, więc przestań się mazgaić.

Żółtawa, jakby nadtopiona ręka przesunęła się powoli po kołdrze, długie paznokcie zachrobotały na pościeli. George cofnął się raptownie. Serce waliło mu jak młotem.

Widzisz, głupku? Wszystko w porządku. Czepiaj się, czyli trzymaj, i już.

Wrócił do kuchni, żeby sprawdzić, czy od wyjazdu matki minęła dopiero godzina, czy może już półtorej. Jeśli półtorej, to właściwie lada chwila będzie mógł zacząć wyglądać jej powrotu. Spojrzawszy na ścienny zegar, ze zdumieniem stwierdził, że nie upłynęło jeszcze dwadzieścia minut; mama nawet nie dotarła do miasta, a cóż dopiero mówić o powrocie! Stał nieruchomo, wsłuchany w ciszę. Stopniowo wyróżniał w niej coraz więcej ledwo słyszalnych dźwięków: pomrukiwanie lodówki... tykanie zegara elektrycznego na ścianie... posapywanie wiatru uganiającego się wokół domu... a także, na samej granicy słyszalności, coś jakby szelest albo delikatne drapanie - odgłos, z jakim pomarszczona, tłusta ręka babci przesuwała się po kołdrze.

BłagamcięBożeniepozwólżebysięobudziłanimmamawróci dodomuAmen, wyrzucił z siebie w myślach jednym tchem.

Usiadł przy stole, zjadł ciastko, dopił kakao. Chętnie włączyłby telewizor, ale bał się, że obudzi babcię i usłyszy jej wysoki, kłótliwy głos: "Ruuuuth! Ruth! Przynieś mi herbatkę! Ruuuuuth!".

Przesunął suchym językiem po spierzchniętych ustach. Nie bądź mazgajem, skarcił się po raz kolejny. Przecież to tylko stara kobieta przykuta do łóżka, na pewno nie zdoła wstać, żeby zrobić mu coś złego, a poza tym ma dopiero osiemdziesiąt trzy lata, na pewno nie umrze akurat dzisiaj.

Podszedł do telefonu i ponownie zdjął słuchawkę z widełek.

- ...jeszcze tego samego dnia! Chociaż dobrze wiedziała, że jest żonaty! Rety, jak ja nie znoszę tych cwanych młodych spryciul, którym się wydaje, że pozjadały wszystkie rozumy. Powiedziałam więc w Grange, że...

George domyślił się, że Henrietta rozmawia z Corą Simard. Henrietta wisiała na telefonie niemal codziennie od pierwszej do szóstej po południu, w tle sączyła się lista dialogowa najpierw "Ryan's Hope", potem "One Life to Live", potem "All My Children", potem "As the World Turns", potem "Search for Tomorrow" i Bóg wie jakich jeszcze tasiemcowych seriali, Cora Simard zaś była jedną z jej najwierniejszych rozmówczyń. Ich wielogodzinne konwersacje obracały się zazwyczaj wokół następujących tematów: 1) kto wydaje przyjęcie sponsorowane przez Tupperware albo Amwaya i co będzie do jedzenia; 2) cwanych młodych spryciul; 3) co każda z nich mówiła różnym ludziom w: 3a) Grange, 3b) podczas comiesięcznego spotkania parafialnego, 3c) na zebraniu miejscowego koła Stowarzyszenia Dobroczynności.

- ...jeśli choć jeszcze raz ją tam zobaczę, zachowam się jak na dobrą obywatelkę przystało i zawiadomię...

Odwiesił słuchawkę. Jak wszystkie dzieciaki, wspólnie z Buddym naigrawali się z Cory za każdym razem, kiedy przechodzili obok jej domu, ponieważ była gruba, niezgrabna i kochała plotki. "Cora, Cora z Bora-Bora, zjadła psią kupę prosto z wora!", tak właśnie wykrzykiwali. Mama zabiłaby ich obu, gdyby o tym wiedziała, ale teraz George nawet się cieszył, że Cora i Henrietta Dodd rozmawiają przez telefon. Jeżeli o niego chodzi, mogły gadać nawet do wieczora, tym bardziej że tak naprawdę to nie miał nic przeciwko Córze. Kiedyś przewrócił się przed jej domem i zadrapał kolano do krwi (uciekał wtedy przed Buddym), a Cora opatrzyła skaleczenie i dała im po ciastku, przez cały czas gadając jak najęta. George'owi zrobiło się bardzo głupio z powodu rymowanki, którą wywrzaskiwał przed jej oknami, i całej reszty.

Podszedł do kredensu, zdjął książkę z wypisami, ważył ją przez chwilę w ręce, po czym odstawił z powrotem. Chociaż szkoła trwała dopiero od miesiąca, przeczytał ją już całą. Czytał lepiej od Buddy'ego, ten natomiast był dużo lepszy w sporcie. Teraz przez jakiś czas nie będzie, pomyślał z satysfakcją. Nie ze złamaną nogą.

Zdecydował się na podręcznik do historii, usiadł przy kuchennym stole i zaczął czytać o tym, jak Cornwallis poddał się pod Yorktown, ale nie mógł się skoncentrować. Wstał, przeszedł przez korytarzyk, zajrzał do pokoju; żółtawa ręka leżała nieruchomo. Babcia spała. Szary, sflaczały owal twarzy na poduszce wyglądał jak konające słońce otoczone splątaną, siwożółtą koroną włosów. George wcale nie uważał, żeby w czymkolwiek przypominała starych ludzi gotowych lada chwila umrzeć. Nie promieniowała spokojem zachodzącego słońca. Sprawiała wrażenie kogoś szalonego i...

(i niebezpiecznego)

...tak, rzeczywiście, niebezpiecznego - wiekowa niedźwiedzica, która być może zachowała jeszcze dość sił na jedno potężne machnięcie łapą.

George dobrze pamiętał, jak to było, kiedy po śmierci dziadka przyjechali do Castle Rock, żeby zaopiekować się babcią. Wcześniej mama pracowała w pralni miejskiej w Stratford, w stanie Connecticut. Dziadek był młodszy od babci o trzy albo cztery lata, zajmował się stolarką i pracował do samej śmierci. Umarł na zawał serca.

Już wtedy babci zdarzało się pozostawać przez jakiś czas pod wpływem "złych uroków". Rodzina zawsze miała z nią kłopoty. Była energiczną kobietą, która przez piętnaście lat uczyła w szkole - w wolnych chwilach między rodzeniem dzieci i toczeniem nieustannych sporów z kościołem kongregacjonistów, do którego należała wraz z mężem i dziewięciorgiem potomstwa. Mama zawsze mówiła, że babcia i dziadek wystąpili z kościoła kongregacjonistów w Scarborough w tym samym czasie, kiedy babcia przestała uczyć w szkole, ale kiedyś, mniej więcej przed rokiem, kiedy przyjechała w odwiedziny ciotka Flo z Salt Lake City, George i Buddy, podsłuchując przy kratce wentylacyjnej w ich pokoju, usłyszeli zupełnie inną historię. Babcia i dziadek zostali wykluczeni ze wspólnoty wiernych, babcię zaś wyrzucono ze szkoły w związku z czymś, co zrobiła, a co miało jakiś związek z książkami. George nie zrozumiał, o co dokładnie chodziło, więc kiedy leżeli już w łóżkach, zapytał starszego brata.

- Są różne książki, senor el Gapolo - odparł szeptem Buddy.

- Wiem, ale o jakie chodziło?

- Skąd mam wiedzieć? Śpij już!

Cisza. George zastanawiał się intensywnie.

- Buddy...

- Czego? - odpowiedziało mu wściekłe syknięcie.

- W takim razie dlaczego mama mówiła nam, że babcia sama wystąpiła z kościoła i zrezygnowała z pracy?

- Bo to trup w rodzinnej szafie, i tyle. A teraz śpij wreszcie! George jednak długo nie mógł zasnąć. Wpatrywał się w oświetlone przyćmionym blaskiem księżyca drzwi szafy i zastanawiał się, co by zrobił, gdyby nagle się otworzyły, odsłaniając ukrytego we wnętrzu trupa z wyszczerzonymi zębami i szeroko otwartymi, połyskującymi w mroku oczami. Czy zacząłby wrzeszczeć? A tak w ogóle, to co Buddy miał na myśli, mówiąc o trupie w rodzinnej szafie? Co trupy mają wspólnego z książkami? Wreszcie zasnął, nawet nie zdając sobie z tego sprawy; śniło mu się, że znowu ma sześć lat, że babcia wyciąga ku niemu ramiona, że wpatruje się w niego ślepymi oczami i mówi piskliwym, kłótliwym głosem: Ruth, gdzie jest ten maluch? Dlaczego plącze? Przecież chcę go tylko schować do szafy, razem z trupem.

George bardzo długo roztrząsał tę zagadkę, aż wreszcie, mniej więcej miesiąc po wyjeździe ciotki Flo, powiedział matce, że podsłuchał jej rozmowę z ciotką. Wiedział już, co oznacza powiedzenie "trup w szafie", ponieważ zapytał o to nauczycielkę, panią Redenbacher. Wyjaśniła, iż chodzi o skandal w rodzinie, a skandal to coś, o czym ludzie uwielbiają plotkować. Tak jak Cora Simard? - zapytał George, a pani Redenbacher zrobiła dziwną minę, prawie się uśmiechnęła, ale tylko prawie, i odparła: Nieładnie tak mówić, George, ale... ale w gruncie rzeczy masz rację.

Mama właśnie układała pasjansa. Kiedy usłyszała, co ma jej do powiedzenia, jej ręce znieruchomiały, a twarz zastygła jak maska.

- Czy uważasz, że to w porządku, Georgie? Często podsłuchujecie przy kratce wentylacyjnej?

George, wówczas dziewięciolatek, zwiesił głowę.

- Bardzo lubimy ciocię Flo, więc chcieliśmy posłuchać jej trochę dłużej.

Mówił prawdę.

- Czy to był pomysł Buddy'ego?

Owszem, lecz George nie mógł tego przyznać, ponieważ nie zamierzał sprawdzać, jak to jest, kiedy ma się skręcony kark, a właśnie coś takiego mogłoby go spotkać, gdyby Buddy dowiedział się o jego gadulstwie.

- Nie, mój.

Mama bardzo długo milczała, a potem znowu zaczęła powoli rozkładać karty.



1   ...   36   37   38   39   40   41   42   43   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna