Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona4/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49

- Musimy wrócić do warzyw. Zapomnieliście o pomidorach i ogórkach.

Billy natychmiast zaczął zawracać wózkiem, natomiast Norton rzucił od niechcenia:

- Spójrz, co się dzieje przy kasach, Dave. Wychyliłem się z alejki. Moim oczom ukazał się widok z gatunku tych, jakie niekiedy można podziwiać na zdjęciach w gazetach, kiedy brakuje poważnych informacji. Działały tylko dwa stanowiska, kolejka zaś ciągnęła się aż do niemal pustych regałów z pieczywem, zakręcała pod kątem prostym i nikła gdzieś hen, za szafami chłodniczymi. Wszystkie ultranowoczesne kasy fiskalne były przykryte pokrowcami, a siedzące przy nich, udręczone dziewczęta pracowicie stukały w klawiaturki kieszonkowych kalkulatorów. Obok nich stali dwaj szefowie supermarketu, Bud Brown i Ollie Weeks. Lubiłem Olliego, Bud natomiast trochę mnie irytował, ponieważ pozował na kogoś w rodzaju de Gaulle'a światka sprzedaży detalicznej.

Jak tylko któraś z dziewcząt uporała się z obliczaniem należności, Bud albo Ollie doczepiali rachunek do czeku klienta albo do jego gotówki i wrzucali do pudełka pełniącego chwilowo funkcję kasy. Zarówno oni, jak i dziewczyny byli spoceni i zmęczeni.

- Mam nadzieję, że zabrałeś jakąś dobrą książkę - powiedział Norton, stając przy mnie. - To chyba trochę potrwa.

Pomyślałem o Steff, zupełnie samej w domu, i ponownie ogarnął mnie niepokój.

- Wiesz co? Żeby nie tracić czasu, zajmij się swoimi zakupami, a ja z Billym dokończę nasze.

- Wziąć ci parę piw?

Też się nad tym zastanawiałem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że mimo wszystko nie chcę spędzić reszty dnia, pijąc z Brentem Nortonem - szczególnie że czekało mnie jeszcze mnóstwo pracy przy uprzątaniu skutków wichury.

- Dzięki, ale może innym razem. Od razu ochłódł.

- Jak chcesz - odparł krótko, po czym skręcił w najbliższą alejkę. Odprowadziłem go wzrokiem, a zaraz potem Billy pociągnął mnie za rękaw.

- I co, tato? Rozmawiałeś z mamą?

- Nie. Automat nie działa. Zdaje się, że wiatr pozrywał też linie telefoniczne.

- Martwisz się o nią?

- Skądże znowu - skłamałem. Owszem, martwiłem się, choć nie miałem pojęcia dlaczego. - Ani trochę. A ty?

- Też nie...

Sądząc po wyrazie jego twarzy, nie mówił prawdy. Powinniśmy wtedy natychmiast wsiąść do samochodu i wrócić, ale całkiem możliwe, że już było za późno.


3. NADCIĄGA MGŁA
Przedarliśmy się z powrotem do warzyw i owoców niczym łososie walczące z prądem rzeki. Dostrzegłem kilka znajomych twarzy - Mike'a Haltena, naszego radnego, panią Reppler ze szkoły podstawowej (siała postrach wśród wielu pokoleń trzecioklasistów, teraz zaś szczerzyła zęby do kantalupy), panią Turman, która niekiedy opiekowała się Billym podczas naszej nieobecności - na ogół byli to jednak letnicy ładujący do wózków sterty produktów i ofukujący się nawzajem za mniej lub bardziej wyimaginowane przepychanki. Porcjowane mięso znikło jak sen złoty; zostało tylko kilka opakowań wędzonej kiełbasy i trochę innych wędlin.

Zdobyłem pomidory, cukinię i słoiczek majonezu. Steff zamówiła bekon, ale bekon się skończył, więc wziąłem trochę wędzonej kiełbasy, chociaż od chwili, kiedy jakaś stacja telewizyjna poinformowała o tym, że w niektórych opakowaniach można znaleźć odchody owadów (taki niewielki dodatek na koszt firmy, bez żadnych dopłat), jakoś straciłem przekonanie do takich potraw.

- Patrz, tato - powiedział Billy, kiedy skręciliśmy w następną alejkę. - Żołnierze!

Było ich dwóch, w brunatnych mundurach mocno kontrastujących ze znacznie bardziej kolorowymi strojami turystów i miejscowych. Ponieważ siedziba Projektu Grot Strzały mieściła się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów stąd, obecność wojskowych nikogo już specjalnie nie dziwiła. Ci dwaj wyglądali tak młodo, jakby jeszcze nawet nie zaczęli się golić.

Ponownie spojrzałem na listę Steff i stwierdziłem, że mamy już wszystko... Nie, prawie wszystko. U dołu, jakby wpadła na ten pomysł w ostatniej chwili, dopisała: butelka lancera? Uznałem, że to znakomita myśl: położymy Billy'ego spać, wypijemy po kieliszku (albo po dwa kieliszki) wina, a potem, być może, będziemy się kochać.

Zostawiłem wózek i z trudem przecisnąłem się do działu z winem. W drodze powrotnej, mijając szerokie dwuskrzydłowe drzwi prowadzące na zaplecze, usłyszałem warkot generatora. Widocznie dawał akurat tyle energii, ile potrzebowały szafy chłodnicze i zamrażarki, za mało jednak, by dało się uruchomić kasy i automatycznie otwierane drzwi. Odgłos jego pracy przypominał trochę warkot motocyklowego silnika.

Jak tylko zajęliśmy miejsce w kolejce, pojawił się Norton z dwoma sześciopakami piwa, bochenkiem chleba i pętem kiełbasy i stanął obok nas. W sklepie robiło się coraz cieplej; zastanawiałem się, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby otworzyć drzwi i zablokować je jakimiś skrzynkami. Dwie alejki dalej stał bezczynnie Buddy Eagleton. Generator warkotał monotonnie i powoli zaczynała mnie boleć głowa.

- Włóż to do wózka, zanim coś upuścisz - powiedziałem do Nortona.

- Dzięki.

Kolejka sięgała już sporo poza dział z mrożonkami; ci, którzy jeszcze nie napełnili wózków, musieli przepychać się między czekającymi do kasy, w związku z czym co chwila ktoś kogoś przepraszał.

- Kurwicy przyjdzie nam tu dostać! - wymamrotał ponuro Norton.

Zmarszczyłem brwi. Wolałbym, żeby nie używał takich słów przy Billym.

W miarę jak przesuwaliśmy się naprzód, warkot generatora stopniowo cichł. Dla zabicia czasu gadałem z Nortonem o niczym; obaj starannie unikaliśmy tematu naszego bezsensownego konfliktu terytorialnego, który zaprowadził nas aż przed sąd okręgowy, i ograniczaliśmy się do pogody oraz rozważania szans Red Soksów na zdobycie mistrzostwa. Kiedy wreszcie zabrakło nam tematów, po prostu umilkliśmy. Billy kręcił się niecierpliwie obok mnie, kolejka powoli posuwała się naprzód. Po prawej stronie mieliśmy teraz mrożone porcje obiadowe, po lewej droższe wina i szampany. W miarę jak zbliżaliśmy się do tańszych, ogarniała mnie coraz większa pokusa, żeby sięgnąć po butelkę ripple, wina mojej młodości, ostatecznie jednak zdołałem nad sobą zapanować. Moja młodość nie była aż tak bujna, żeby było warto do niej wracać.

- Rety! Tato, dlaczego to idzie tak powoli? - zapytał Billy, wciąż z bardzo poważną miną. Nagle, na mgnienie oka, rozdarł się spowijający mnie całun niepokoju i przez powstałą szczelinę wionęło na mnie lodowate przerażenie... Ale to uczucie szybko minęło.

- Nie przejmuj się, mistrzu - odparłem. Dotarliśmy do regałów z pieczywem; podwójna kolejka zakręcała tam ostro w lewo. Widzieliśmy już kasy: dwie czynne i cztery nieczynne, z wystawionymi tabliczkami z napisem PROSZĘ PRZEJŚĆ DO INNEJ KASY oraz WINSTON. Bezpośrednio za kasami znajdowała się szklana ściana, przez którą widać było parking oraz skrzyżowanie dróg numer 117 i 302. Widok częściowo zasłaniały białe "plecy" plakatów zachwalających rozmaite produkty oraz informujących o aktualnych wyprzedażach: najnowsza obejmowała zestaw książek pod wspólnym tytułem "Encyklopedia Matki Natury". Staliśmy w kolejce prowadzącej do kasy, przy której dyżurował Bud Brown. Przed nami było jeszcze około trzydziestu osób. Najbardziej rzucała się w oczy pani Carmody w swoim kanarkowożółtym komplecie; wyglądała jak reklama żółtej febry.

Gdzieś daleko rozległ się zawodzący odgłos, który szybko przybierał na sile, by wreszcie zamienić się w przeszywający jęk syreny policyjnego radiowozu. Od strony skrzyżowania dobiegło wściekłe trąbienie, a zaraz potem pisk opon. Nic nie widziałem, ale wycie syreny stało się jeszcze głośniejsze, po czym zaczęło przycichać; radiowóz przemknął więc obok supermarketu i pognał gdzieś dalej. Kilka osób podeszło do okna, żeby coś zobaczyć, większość jednak została w kolejce; zbyt długo już czekali, żeby teraz ryzykować utratę miejsca.

Wśród tych, którzy wyszli z kolejki, był również Norton. Nic dziwnego, przecież zakupy miał w moim koszyku. Wrócił zaledwie po paru minutach.

- Nic ciekawego - oznajmił. - Jakieś drobne zamieszanie. Zaraz potem odezwał się alarmowy sygnał na budynku miejscowej straży pożarnej. Billy złapał mnie za rękę i z całej siły zacisnął palce.

- Co się stało, tato? - A zaraz potem: - Czy z mamą wszystko w porządku?

- Pewnie pożar gdzieś przy Kansas Road - powiedział Norton. - Wszystko przez te cholerne pozrywane przewody elektryczne. Zaraz będzie jechała straż pożarna.

Moje obawy wreszcie nabrały realnych kształtów: na naszym podwórku też leżały pozrywane przewody.

Dziewczyna przy kasie odwróciła na chwilę głowę, zaintrygowana dobiegającymi z zewnątrz hałasami, lecz wystarczyło jedno słowo rzucone przez Buda, żeby zaczerwieniła się po uszy i natychmiast wróciła do swoich obowiązków.

Nagle poczułem, że wcale nie chcę stać w tej kolejce. Ani trochę. Tymczasem jednak znowu przesunęliśmy się parę kroków do przodu, więc głupio byłoby rezygnować. Dotarliśmy już do papierosów.

Przez drzwi wejściowe wkroczył do środka jakiś nastolatek - całkiem możliwe, że ten sam, z którego motocyklem mało nie zderzyliśmy się na parkingu.

- Ale mgła! - wykrzyknął. - W życiu takiej nie widzieliście! Zbliża się od Kansas Road.

Wszyscy na niego patrzyli, nikt jednak nie odezwał się ani słowem. Chłopak dyszał ciężko, jak po długim biegu.

- Mówię wam, takiej mgły jeszcze nie widzieliście - powtórzył znacznie mniej pewnym tonem.

Ludzie wciąż wpatrywali się w niego w milczeniu. Ten i ów przestąpił z nogi na nogę, nikt jednak nie zamierzał tracić miejsca w kolejce. Tylko parę osób, które jeszcze nie zdążyły się w niej ustawić, zostawiło wózki i podeszło do okien, aby sprawdzić, czy coś przez nie zobaczą. Jakiś wysoki mężczyzna w słomkowym kapeluszu ze wstążką (takich kapeluszy prawie nigdy nie widuje się na ulicy, tylko w telewizyjnych reklamówkach, których akcja dzieje się podczas przyjęć na otwartym powietrzu) otworzył drzwi wyjściowe i w towarzystwie kilkorga ludzi wymaszerował na zewnątrz. Chłopak podążył za nimi.

- Zamykajcie drzwi, bo tu jest klimatyzacja! - zawołał jeden z żołnierzy.

Kilka osób zachichotało. Ja nie. Widziałem mgłę na jeziorze.

- Może pójdziesz popatrzeć? - zapytał Norton mojego syna.

- Nie - powiedziałem stanowczo, nie bardzo wiedząc dlaczego.

Kolejka znowu przesunęła się do przodu. Ludzie wspinali się na palce i wykręcali szyje, żeby zobaczyć mgłę, o której mówił chłopak, ale za szybami świeciło słońce i pyszniło się błękitne niebo. Ktoś mruknął, że szczeniak pewnie żartował, ktoś inny odparł, że przed niecałą godziną widział dziwną mgłę nad Long Lake. Coś ostrzegawczo zadzwoniło mi w głowie. Ogarniały mnie coraz gorsze przeczucia.

Na zewnątrz wyszło jeszcze kilka osób; parę z nich opuściło nawet kolejkę, dzięki czemu nieco prędzej zaczęliśmy przesuwać się do przodu. Jakiś czas potem stary, siwowłosy John Lee Frovin, mechanik z warsztatu przy stacji Texaco, wetknął głowę do środka, zapytał głośno: "Hej, czy ktoś ma aparat?", rozejrzał się dokoła, po czym cofnął się na zewnątrz.

Dopiero teraz zaczęło się prawdziwe zamieszanie. Działo się coś wartego sfotografowania, coś naprawdę interesującego.

- Niech nikt nie wychodzi! - zawołała nagle pani Carmody skrzypiącym, ale donośnym głosem, ściągając na siebie niemal wszystkie spojrzenia.

Klienci, do tej pory karnie stojący w dwóch kolejkach, zaczęli się rozchodzić: niektórzy wyszli na zewnątrz, żeby popatrzeć na mgłę, inni starali się znaleźć miejsce jak najdalej od pani Carmody, jeszcze inni kręcili się niezdecydowanie po sklepie w poszukiwaniu znajomych. Młoda ładna kobieta w bluzie koloru żurawiny i ciemnozielonych spodniach mierzyła panią Carmody taksującym spojrzeniem. Tylko nieliczni oportuniści wykorzystali zamieszanie i przesunęli się o parę miejsc naprzód. Dziewczyna siedząca w kasie, obok której stał Bud Brown, ponownie spojrzała w kierunku drzwi; Brown stuknął ją w ramię długim palcem.

- Skup się na robocie, Sally.

- Nie idźcie tam! - krzyczała dalej pani Carmody. - Tam jest śmierć! Czuję ją!

Bud i Ollie Weeks, którzy doskonale ją znali, ograniczali się do rzucania zniecierpliwionych spojrzeń, ale wczasowicze ukradkiem odsuwali się od niej, godząc się nawet z utratą miejsca w kolejce. W wielkich miastach takie samo działanie wywierają otyłe kobiety objuczone gigantycznymi zakupami, zupełnie jakby były nosicielkami jakichś egzotycznych chorób. Zresztą może i są? Kto to wie?

A potem wydarzenia zaczęły się toczyć w coraz szybszym, zwariowanym tempie. Jakiś mężczyzna odepchnął szklane drzwi i zataczając się, wpadł do sklepu. Z nosa płynęła mu krew.

- W tej mgle coś jest! - wykrzyknął. Billy przywarł do mnie mocno; nie wiem, czy z powodu krwi, czy słów mężczyzny. - Coś tam jest! Porwało Johna Lee! - Zachwiał się, po czym z rozmachem usiadł na ułożonych przy oknie workach z nawozami. - Coś porwało Johna Lee, słyszałem, jak krzyczał!

Sytuacja uległa gwałtownej zmianie. Zaniepokojeni burzą, poirytowani dźwiękiem syren, wytrąceni z równowagi wstrząsającym dla każdego Amerykanina brakiem prądu, a także wyczuwający przez skórę, że... że wszystko zrobiło się jakieś INNE (nie potrafię lepiej określić tego wrażenia), ludzie ruszyli jak jeden mąż.

Nie, to nie była panika. Gdybym użył tego słowa, stanowczo rozminąłbym się z prawdą. Nie biegli, a przynajmniej nie wszyscy. Ale ruszyli. Część zatrzymała się przy sięgających od podłogi do sufitu szybach, część wyszła na zewnątrz, niektórzy z zakupami w rękach, przyprawiając o jeszcze większą frustrację spoconego, zmęczonego Buda Browna.

- Ejże, jeszcze nie zapłaciłeś! - zaczął wykrzykiwać. - I ty też! Hej, wracaj tu z tymi bułkami do hot dogów!

Ktoś wybuchnął głośnym histerycznym chichotem, sporo osób się uśmiechnęło, ale nawet one były zdezorientowane i wyraźnie zaniepokojone. Po chwili rozległ się jeszcze donośniejszy wybuch śmiechu i twarz Browna oblała się szkarłatnym rumieńcem. Niewiele myśląc, wyrwał pudełko z grzybami z rąk starszej kobiety, która właśnie przeciskała się obok niego, by dopchać się do szyby; ludzie stali tam już ramię przy ramieniu, niczym gapie zaglądający na teren budowy przez dziury w płocie.

- To moje grzybki! - wrzasnęła rozpaczliwie.

Dwaj stojący nieopodal mężczyźni parsknęli śmiechem, zapewne rozbawieni taką afektacją, mnie zaś zaczęły się nasuwać nieprzyjemne skojarzenia z domem wariatów. Pani Carmody ponownie wytrąbiła swoje ostrzeżenie, syrena na dachu remizy wciąż wyła przeraźliwie, a Billy wybuchnął płaczem.

- Tatusiu, dlaczego temu panu leci krew? Co mu się stało?

- Nic wielkiego. Po prostu rozbił sobie nos, i tyle. Nic się nie stało.

- Co on wygadywał o tej mgle? - zapytał Norton ze zmarszczonymi dostojnie brwiami. Przypuszczalnie tak właśnie wyglądało zmieszanie w jego wykonaniu.

- Tatusiu, ja się boję! - wyszlochał Billy. - Możemy już wracać do domu?

Ktoś potrącił mnie tak mocno, że mało nie straciłem równowagi. Wziąłem chłopca na ręce. Ja też zaczynałem się bać. Zamieszanie przybierało na sile. Sally, kasjerka siedząca obok Buda Browna, spróbowała się podnieść, ale on chwycił ją za kołnierz czerwonego żakietu i siłą posadził z powrotem na krześle. Materiał pękł z głośnym trzaskiem i dziewczyna rzuciła się z pięściami na pracodawcę.

- Nie dotykaj mnie tymi brudnymi łapami!

- Zaniknij się, głupia dziwko! - warknął Bud, lecz było widać, że jest mocno zaskoczony. Znowu wyciągnął do niej ręce, jednak nic nie zdążył zrobić, ponieważ wtrącił się Ollie Weeks.

- Uspokój się! - prychnął.

Usłyszałem jeszcze jeden krzyk i jeszcze jeden. Wszystko wskazywało na to, że zamieszanie jednak przeradza się w panikę. Ludzie tłumnie cisnęli się do drzwi, rozległ się brzęk tłuczonego szkła i po posadzce popłynęła spieniona cola.

- Boże, co to takiego?! - wykrzyknął Norton.

W tej samej chwili zaczęło się ściemniać... Nie, to nie całkiem prawda. Pomyślałem wtedy, że w supermarkecie zgasło światło i odruchowo zerknąłem w górę, na lampy fluorescencyjne. Nie ja jeden zresztą. Przez sekundę albo dwie wydawało mi się, że mam rację, że odkryłem przyczynę nagłej zmiany oświetlenia... lecz zaraz potem przypomniałem sobie, że przecież nie ma prądu i lampy przez cały czas były wyłączone, a mimo to we wnętrzu sklepu wcale nie wydawało się ciemno. W następnym ułamku sekundy zrozumiałem, co się dzieje, jeszcze zanim ludzie zaczęli krzyczeć i wskazywać przed siebie palcami.

Nadciągała mgła.


Zbliżała się do parkingu od strony Kansas Road i nawet z bliska wyglądała niemal tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zauważyłem ją po drugiej stronie jeziora: była jaskrawobiała, ale równocześnie wchłaniała światło jak gąbka. Posuwała się szybko naprzód i coraz bardziej zasłaniała słońce - przypominało teraz zimowy księżyc w pełni, prześwitujący przez cienką warstwę chmur.

Sunęła szybko, lecz zarazem z jakimś leniwym dostojeństwem. Jej widok przywiódł mi na myśl oberwanie chmury sprzed kilkunastu godzin. Są zjawiska przyrodnicze, które rzadko się ogląda - na przykład trzęsienia ziemi, huragany i tornada - i choć ja także widziałem niewiele z nich, to jestem przekonany, iż wszystkie rozszerzają się lub przemieszczają z tą samą hipnotyzującą prędkością. Potrafią każdego oczarować, tak jak Billy'ego i Steffy, których minionej nocy musiałem siłą odciągać od okna.

Nie zwalniając tempa, przetoczyła się przez jezdnię i usunęła ją z krajobrazu. Niedawno odnowione delikatesy McKeonsów znikły, jakby ich nigdy nie było. Przez kilka sekund pierwsze piętro sąsiadującego z nimi obskurnego budynku mieszkalnego majaczyło niewyraźnie w białym mleku, po czym również znikło. Potem ten sam los spotkał ustawioną przy wjeździe na parking tablicę z napisem JEŹDZIMY PRAWĄ STRONĄ; najpierw rozpłynęło się brudnoszare tło, czarne litery przez chwilę zdawały się wisieć w powietrzu, a następnie one także przestały istnieć. Kilka sekund później zaczęły kolejno znikać samochody pozostawione na parkingu.

- Jezus, Maria! Co to takiego? - zapytał ponownie Norton drżącym głosem.

Parta niepowstrzymanie naprzód, równie łatwo pożerając błękitne niebo i czarny asfalt. Nawet z odległości kilku metrów granica mgły była ostra jak nożem uciął. Ogarnęło mnie idiotyczne podejrzenie, że jestem świadkiem prób z filmowymi efektami specjalnymi najnowszej generacji. Wszystko działo się tak szybko. Błękitny obszar wysoko w górze topniał coraz bardziej, został z niego tylko wąski pas, potem cieniutka kreska, aż wreszcie całkowicie ustąpił miejsca jednolitej bieli. Można było odnieść wrażenie, że ktoś oblepił szyby grubą warstwą waty; wzrok sięgał do stojącego jakiś metr od wejścia kosza na śmieci i do przedniego zderzaka mojego scouta, i ani kroku dalej.

Rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk, Billy przytulił się do mnie jeszcze mocniej. Drżał jak kłębek przewodów, przez które przepuszczono prąd o wysokim napięciu.

Jakiś mężczyzna z dzikim wrzaskiem pognał w kierunku drzwi. Dopiero teraz wybuchła prawdziwa panika: tłocząc się i przepychając, tłum zaczął wylewać się na zewnątrz, w mgłę.

- Hej! - ryknął Brown. Nie mam pojęcia, czy był wściekły, czy przerażony... A może wszystko naraz? Twarz mu posiniała, na szyi i karku wystąpiły żyły grubości kabli od akumulatora. - Ludzie, przecież tak nie wolno! Musicie zapłacić! Wracajcie natychmiast!

Wciąż parli naprzód, ale niektórzy odłożyli zakupy albo cisnęli je na podłogę. Byli też tacy, którzy śmiali się i dowcipkowali, lecz ci znajdowali się w zdecydowanej mniejszości. Znikali kolejno we mgle; ci, którzy zostali w środku, nigdy już ich nie zobaczyli. Przez otwarte drzwi sączył się do środka trudno uchwytny kwaśny zapach. Powstał zator, wybuchły słowne utarczki i przepychanki. Od trzymania Billy'ego rozbolał mnie kręgosłup. Był już dużym chłopcem; Steff niekiedy nazywała go swoim małym byczkiem.

Norton, z zaaferowaną i chyba trochę zdziwioną miną, powoli ruszył w kierunku drzwi. Zanim zdążył się oddalić, przerzuciłem Billy'ego na drugie biodro i złapałem go za ramię.

- Lepiej tego nie rób - powiedziałem. Odwrócił się do mnie.

- Hę?


- Zostań i patrz.

- Na co?


- Tego nie wiem - przyznałem.

- Chyba nie myślisz, że...

Nie dokończył, ponieważ we mgle rozległ się przeraźliwy wrzask. Tłum znieruchomiał, zawahał się, a następnie ludzie zaczęli się cofać. Wrzawa ucichła, twarze pobladły i nagle zrobiły się dwuwymiarowe. Wrzask wciąż trwał, niemal tak głośny jak nieustające wycie syreny na dachu remizy. Trudno było uwierzyć, żeby w ludzkich płucach mogło się pomieścić tyle powietrza.

- Boże... - wyszeptał Norton i przesunął ręką po włosach.

Wrzask urwał się raptownie jak ucięty nożem. Jeszcze jeden człowiek wyszedł na zewnątrz: barczysty osiłek w kombinezonie roboczym. Przypuszczam, że zamierzał pospieszyć na pomoc krzyczącemu. Przez chwilę widać go było jak przez osad z mlecznego koktajlu pozostały na ściankach miksera, a potem (chyba tylko ja to zauważyłem) tuż za nim w nieprzeniknionej bieli zamajaczył ogromny szary cień. Odniosłem wrażenie, iż mężczyzna nie wszedł w mgłę, tylko został w nią gwałtownie wciągnięty. Zdążył jeszcze tylko wyrzucić w górę ręce, jakby z zaskoczenia.

W supermarkecie zapanowała martwa cisza.

Niespodziewanie na zewnątrz zapłonęła konstelacja księżyców: latarnie sodowe na parkingu, zasilane energią z poprowadzonych pod ziemią przewodów.

- Nie ruszajcie się stąd! - powtórzyła pani Carmody mrożącym krew w żyłach głosem. - Tam czeka śmierć!

Tym razem nikt się nie roześmiał ani nie wzruszył ramionami.

Kolejny krzyk dobiegł ze znacznie większej odległości. Billy ponownie przytulił się do mnie.

- Davidzie, co tu się dzieje? - zapytał Ollie Weeks. Opuścił swoje stanowisko przy kasie. Jego okrągła, gładka twarz była pokryta kroplami potu. - O co tu chodzi, do cholery?

- Nie mam pojęcia - odparłem.

Ollie był mocno wystraszony. Mieszkał samotnie w ładnym niewielkim domku przy Highland Lake i lubił popijać w barze u podnóża Pleasant Mountain. Na pulchnym małym palcu lewej ręki nosił sygnet z szafirem; kupił go za pieniądze, które w lutym ubiegłego roku wygrał na loterii. Zawsze wydawało mi się, że Ollie trochę boi się kobiet.

- Nic nie rozumiem... - wymamrotał.

- Ani ja. Billy, muszę cię postawić na ziemi. Zaraz pęknie mi kręgosłup. Jeśli chcesz, będę trzymał cię za rękę.

- Mamusia... - szepnął.

- Nic jej nie jest - powiedziałem na przekór przeczuciom.

Minął nas wiekowy właściciel sklepu ze starzyzną mieszczącego się obok restauracji U Jona, jak zwykle zawinięty w stanowczo zbyt obszerny, wiekowy sweter, którym nie rozstaje się bez względu na porę roku.

- To na pewno jakieś skażenie - mówił nie bardzo wiadomo do kogo. - Wszystko przez te fabryki w Rumford i South Paris. Chemikalia, i ta reszta...

Znikł za regałami z paralekami i papierem toaletowym.

- Wiesz co? Zbierajmy się stąd - zaproponował Norton bez przekonania. - Może byśmy...

Przerwał mu łoskot - dziwny, nie tyle słyszalny, ile raczej wyczuwalny, jakby cały budynek spadł nagle z wysokości metra. Kilka osób krzyknęło z zaskoczenia i strachu, zaraz potem rozległ się brzęk tłuczonych butelek, które pozsuwały się z regałów. Jedna z ogromnych szyb pękła, wielki fragment szklanej tafli w kształcie klina roztrzaskał się na podłodze. Aluminiowe ramy, w których tkwiły szyby, odkształciły się wyraźnie.

Syrena umilkła.

Cisza, która zapadła, była wypełniona oczekiwaniem na coś jeszcze, na coś więcej. W moim zszokowanym umyśle nie wiadomo skąd pojawiło się skojarzenie z przeszłością. Dawno temu, kiedy Bridgton było zaledwie skrzyżowaniem dróg, ojciec zabierał mnie niekiedy do sklepu; podczas gdy on stał przy ladzie i rozmawiał ze sprzedawcą, ja gapiłem się przez szybę na cukierki i gumy do żucia. Tego dnia, który nie wiedzieć czemu przyszedł mi na myśl, nadeszła przedwczesna styczniowa odwilż. Słyszałem tylko odgłos wody spływającej z rynien do beczek po obu stronach budynku, gapiłem się w stosy kolorowych łakoci i gum do żucia. Wiszące wysoko w górze tajemnicze żółte kule rozsiewały światło poznaczone monstrualnymi cieniami much poległych minionego lata. Mały chłopiec nazwiskiem David Drayton z ojcem, słynnym malarzem Andrew Draytonem, którego obraz "Samotna Christine" wisiał w Białym Domu. Mały David Drayton wpatrzony w cukierki i obrazki z opakowań gumy do żucia. Trochę chciało mi się siusiu, a na zewnątrz kłębiła się ciężka mgła styczniowej odwilży.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna