Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona39/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   35   36   37   38   39   40   41   42   ...   49

- Rocky, chyba mam już dość tej jazdy - odezwał się Leo. - Czy nie moglibyśmy zatrzymać się i popić jak ludzie?

- Muszę zdobyć nalepkę dla mojej maszyny - odparł Rocky. - To ważna sprawa. Mężczyzna bez czterech kółek do niczego się nie nadaje.

- Nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobi przeglądu tego grata. Już ci to chyba mówiłem. Przecież nawet kierunkowskazy nie działają.

- Mrugają, gdy przyciskam hamulec, a każdy kierowca, który nie trzyma nogi na hamulcu, kiedy skręca, naraża się na dachowanie.

- Masz stłuczoną boczną szybę.

- Spuszczę ją na maksa.

- A jeśli kontroler poprosi, żebyś ją podniósł przy przeglądzie?

- Nad wyjściem z takich tarapatów będę się zastanawiał, kiedy w nie wpadnę - powiedział chłodno Rocky. Cisnął pustą puszkę po piwie przez okno i sięgnął po nową. Nowa puszka była ozdobiona rysunkiem przedstawiającym Franco Harrisa. Wyglądało na to, że producent iron city wziął na warsztat poczet największych graczy w historii Steelersów. Otworzył puszkę z charakterystycznym psykiem. Krople piwa rozprysnęły się dookoła.

- Szkoda, że nie mam żadnej babki - westchnął Leo, wpatrując się w mrok. Na jego twarzy widniał dziwaczny uśmieszek.

- Gdybyś miał kobietę, nigdy nie wyjechałbyś na zachód. Każda kobieta powstrzymuje mężczyznę przed wyruszeniem dalej na zachód. Tak właśnie działają. To ich misja. Czy nie mówiłeś, że chcesz się wypuścić na zachód?

- Nie tylko chcę. Ja to zrobię.

- Nigdy ci się nie uda - odparł przekornie Rocky. - Niedługo przygruchasz sobie jakąś babę. A potem baba zmieni się w okropnego małża... Alimenty. Wiesz, co mam na myśli. Kobietom zawsze chodzi o alimenty. Z samochodami to zupełnie inna sprawa. Radzę ci poprzestać na samochodach.

- Samochodu nie da się przelecieć.

- Zdziwiłbyś się - odparł Rocky, chichocząc.

Drzewa z wolna zaczęły ustępować miejsca nowym osiedlom. Jakieś światła zamigotały po lewej i Rocky nagle z całej siły nacisnął hamulec. Światła stopu i oba kierunkowskazy zapaliły się jednocześnie, cóż... elektryka samochodu była jedną wielką prowizorką. Leo runął do przodu, zalewając siedzenie piwem.

- Co? Co się stało?

- Zobacz - powiedział Rocky - chyba znam tego gościa.

Po lewej stronie drogi dostrzegli walący się warsztat, wyrastał z pobocza niczym olbrzymi guz, a przed nim dystrybutory benzyny. Tablica informacyjna umieszczona przed obiektem głosiła:


STACJA PALIW I WARSZTAT OBSŁUGI "U BOBA"

właśc. BOB DRISCOLL

SPECJALNOŚĆ FIRMY - WYWAŻANIE KÓŁ

STAWAJ W OBRONIE PRAWA DO NOSZENIA

BRONI, KTÓRE OTRZYMALIŚMY

OD SAMEGO BOGA!


Na samym dole widniał dopisek:

STANOWY PUNKT PRZEGLĄDÓW OKRESOWYCH nr 72

- Nikt przy zdrowych zmysłach... - zaczął Leo swoją starą śpiewkę.

- To Bobby Driscoll! - ryknął Rocky. - Chodziłem z nim do szkoły! Mamy przegląd w kieszeni! Możesz postawić na to swoje portki!

Wjechał zygzakiem w zatoczkę, oświetlając reflektorami otwarte na oścież drzwi warsztatu. Nacisnął pedał sprzęgła i z rykiem podjechał bliżej. Jakiś przygarbiony mężczyzna w zielonym kombinezonie wybiegł z budynku, rękami dając im rozpaczliwe znaki, żeby się zatrzymali.

- To Bob! - zawył Rocky radośnie. - Czołem, Sztywny! Z łomotem wjechali w boczną ścianę garażu. Chrysler znów przeżył atak epilepsji, tym razem bardzo poważny. Malutki, żółty płomyczek pojawił się u wylotu nieco obwisłej rury wydechowej, później zaś z jej wnętrza wydobył się kłąb niebieskawego dymu. Na szczęście silnik zgasł. Leo znów runął wprzód, wylewając jeszcze więcej piwa. Rocky szybko przekręcił kluczyk w stacyjce i wycofał wóz, żeby przeprowadzić następną próbę.

Bob Driscoll podbiegł do nich, a z jego ust trysnęły rwące strugi najsoczystszych wyzwisk. Energicznie wymachiwał rękami.

- ...rwa wyprawiasz, cholerny skur...

- Bobby! - wrzasnął Rocky ogarnięty euforią bliską orgazmowi. - Hej, Sztywna Skarpeto! Sie masz, brachu!

Bob zajrzał przez szybę do środka wozu. Miał powykrzywianą, zmęczoną twarz, w znacznej części ocienioną ogromnym daszkiem czapki.

- Kto tu mnie nazwał Sztywną Skarpetą?

- To ja! - darł się Rocky uszczęśliwiony. - To ja, stary pierdoło! Twój dawny kumpel!

- Kim ty do diabła...

- Johny Rockwell! Czyżbyś nie tylko zdziadział, ale i oślepł?

Niedowierzanie:

- Rocky?


- No jasne, skurczybyku!

- Jezu Chryste! - Widać było, jak powoli, z ociąganiem, na twarz Bobby'ego wypełza przyjazny uśmiech. - Nie widziałem cię od... hm... chyba od naszego meczu z Catamounts. Tak czy siak...

- Ha! To dopiero był walka, co nie? - Rocky klepnął się z całej siły po udzie, wysyłając w powietrze fontannę piwa z puszki. Leo beknął donośnie.

- Jasne. Jedyny raz, kiedy naprawdę pokazaliśmy klasę. Chociaż nawet wtedy nie udało nam się zdobyć mistrzostwa. Posłuchaj, nieźle mi rozwaliłeś ścianę warsztatu, Rocky. Ty chyba...

- Tak, tak, stary dobry Skarpeta, taki sam jak zawsze. Nie zmieniłeś się nawet o włos. - Rocky z pewnym opóźnieniem wytężył wzrok, by dotrzeć spojrzeniem jak najdalej pod daszek bejsbolówki, mając nadzieję, że nie mija się z prawdą. Wyglądało jednak na to, że stary Sztywna Skarpeta wyłysiał, jeśli nie całkowicie, to na pewno częściowo. - Jezu! Czy to nie zrządzenie losu, że tak wjechałem właśnie w twój warsztacik! Czy ożeniłeś się w końcu z tą Marcy Drew?

- A, pewnie. W siedemdziesiątym. A ty gdzie się wtedy podziewałeś?

- Najpewniej w kiciu. Posłuchaj no, stary, czy nie mógłbyś zrobić przeglądu tej gabloty?

Ponownie ostrożna rezerwa:

- Masz na myśli swój wóz?

Rocky zacharczał szczerze ubawiony.

- Nie, moją świńską nogę! Jasne że chodzi o mój wózek! Zrobiłbyś to dla mnie?

Bob już otwierał usta, by zdecydowanie odmówić.

- Ten gościu to mój dobry kumpel. Leo Edwards, Leo, poznaj jedynego koszykarza Crescent High, który przez cztery lata nigdy nie zmieniał skarpet.

- Badzomiszyjemnie - odezwał się kulturalnie Leo, tak jak uczyła go matka w tych nielicznych chwilach, kiedy była trzeźwa.

Rocky znów zaniósł się charkotliwym śmiechem.

- Chcesz pyfko, Sztywny?

Bob otworzył usta, by odmówić.

- Trzymaj kurdupelka! - zawołał radośnie Rocky. Energicznym ruchem otworzył puszkę. Piwo, poddane gwałtownym wstrząsom podczas niespodziewanego czołowego zderzenia samochodu z warsztatem Boba Driscolla, wystrzeliło gęstą pianą, która spłynęła po puszce i zaciśniętych na niej palcach Rocky'ego. Rocky wcisnął puszkę w dłoń Boba. Ten szybko pociągnął kilka łyków, aby samemu nie pomoczyć ręki.

- Rocky, zamykamy o...

- Chwileczkę, chwileczkę, tylko wycofam. Trochę tu zaszalałem.

Rocky pociągnął za dźwignię zmiany biegów i wrzucił wsteczny, wcisnął sprzęgło, i dał silnikowi potężnego kopa, a następnie wprowadził podrygującego dychawicznie chryslera do warsztatu. Po chwili sam wyszedł na zewnątrz i jął zapamiętale potrząsać dłonią Boba niczym polityk witający się z innym dygnitarzem. Bob sprawiał wrażenie oszołomionego. Leo pozostał w samochodzie, otwierając świeże piwo. Puszczał wiatry na potęgę. Zawsze to robił, kiedy wypił za dużo piwa.

- Hej! - zawołał Rocky, słaniając się na nogach podczas mozolnej próby obejścia sterty zardzewiałych kołpaków. - Pamiętasz Dianę Rucklehouse?

- Jasne, jakżeby nie - odparł Bob. Znów z widocznym trudem próbował się uśmiechnąć - To ta z wielkimi... - Zakreślił dłońmi dwa duże łuki na wysokości klatki piersiowej.

Z gardła Rocky'ego wydobył się entuzjastyczny skowyt.

- Ta sama! Jasne, stary! Wciąż tu mieszka?

- Chyba się przeprowadziła do...

- Można się było domyślić - wtrącił Rocky. - Tych, co nie mogą usiedzieć w miejscu, zawsze nosi po świecie. Mógłbyś mi walnąć znaczek na to moje cudo?

- Posłuchaj, żona mówiła, że będzie czekać z kolacją, a my zamykamy o...

- Jezu, cholernie byś mi pomógł, gdybyś mi go przylepił. Byłbym ci strasznie dźwięczny. Mógłbym coś przeprać twojej żonce na boku. Robię w pralni. W New Adams.

- A ja się tam przyuczam - oznajmił Leo przy akompaniamencie kolejnego hucznego pierdnięcia.

- Wypiorę wszyściutko na cacy, co tylko zechcesz. Co ty na to, Bobby?

- No dobra. Ale chyba dasz mi rzucić na niego okiem?

- Jasne - odparł Rocky, klepiąc Boba po plecach i puszczając oko do Leo. - Sztywna Skarpeta, cały on. Nie zmienił się nic a nic. Co za chłop!

- No - przytaknął Bob, wzdychając ciężko. Pociągnął ze swojej puszki. Jego poplamione smarami palce niemal całkowicie zasłaniały twarz Groźnego Joe Greena. - Nieźle sobie wgniotłeś zderzak, Rocky.

- To mu przydaje klasy. Każde cholerne autko musi mieć trochę klasy. Ale mówię ci, to naprawdę kurewsko dobre cztery kółka, jeśli wiesz, co mam na myśli.

- No pewnie, pewnie...

- Hej! Chcesz poznać mojego kumpla z pracy? Leo, to jedyny koszykarz z drużyny...

- Już nas sobie przedstawiałeś - przypomniał Bob z nieśmiałym, zakłopotanym uśmiechem.

- Cześć i czołem - zawołał wesoło Leo. Rękami macał za sobą w poszukiwaniu kolejnej puszki iron city. Dwie srebrne linie niczym szyny kolejowe połyskujące w ostrym, południowym słońcu zaczynały wchodzić w jego pole widzenia.

- ...Crescent High, który nigdy nie zmieniał...

- Pokażesz mi, jak działają twoje światła, Rocky? - spytał Bob.

- Jasne. Światła jak się patrzy. Halogeniczne, fotogeniczne czy jakieś tam pierdogeniczne. Klasa światełka. Będziesz łaskaw włączyć te małe kurewskie lampioniki, Leo?

Leo uruchomił wycieraczki.

- W porządku - orzekł cierpliwie Bob. Pociągnął duży łyk piwa. - A teraz światła, dobra?

Leo włączył reflektory.

- A długie?

Lewą stopą Leo usiłował namacać przycisk regulatora świateł. Był święcie przekonany, że musi znaleźć go tam w dole i w końcu rzeczywiście natknął się na niego. Snopy ostrego światła oświetliły stojących przed samochodem mężczyzn tak, jak się oświetla podejrzanych podczas konfrontacji z ofiarą, która ma wyłowić złoczyńcę z grupy ustawionych w szeregu drabów.

- Pieprzone halogeniczne reflektory, nie mówiłem ci?! - wrzasnął Rocky, a następnie zarechotał po swojemu. - Cholerka, Bobby! Zobaczyć ciebie to lepiej, niż zobaczyć kopertę z czekiem w skrzynce na listy.

- No dobra, a kierunkowskazy? - rzucił beznamiętnie Bob.

Leo uśmiechnął się niewyraźnie do Boba i nic nie zrobił.

- Tym lepiej sam się zajmę - powiedział Rocky. Dziarsko usadowił się za kierownicą, waląc przy tym głową w sufit. - Ten dzieciak chyba już nie kuma, o co chodzi.

Mocno nadepnął hamulec, jednocześnie przekręcając włącznik kierunkowskazów.

- W porządku - potwierdził Bob - ale czy one działają bez hamulca?

- Czy w jakiejkolwiek instrukcji przeglądu pojazdów piszą, że migacze muszą działać bez hamulca? - spytał Rocky chytrze.

Bob westchnął. Żona czekała na niego z kolacją. Jego żona miała wielkie, obwisłe piersi oraz jasne blond włosy z czarnymi odrostami. Zajadała się pączkami z dziurką, które sprzedawano na tuziny w miejscowym hipermarkecie sieci Giant Eagle. Kiedy przychodziła do warsztatu w czwartkowe wieczory po forsę na bingo, miała włosy nawinięte na olbrzymie zielone wałki schowane pod seledynową, szyfonową chustką, dzięki czemu jej głowa przypominała jakieś futurystyczne radio lampowe. Pewnego razu, gdzieś o trzeciej nad ranem, obudził się i spojrzał na jej obwisłą twarz jak ze zmiętego szarego papieru w bezdusznej, cmentarnej poświacie lampy ulicznej świecącej za oknem ich sypialni. Pomyślał sobie, jak niewiele trudu by to kosztowało... po prostu scyzoryk w piersi, po prostu kolano w brzuch na tyle mocno, by szybko wypuściła powietrze i nie mogła krzyczeć, po prostu dłonie zaciśnięte wokół szyi. A potem tylko wrzucić ją do wanny, tam pociąć na porcje i wysłać do jakiegoś miejsca na adres Roberta Driscolla, zwykłą pocztą. Do jakiegokolwiek dawnego miejsca. Do Limy w stanie Indiana. Do North Pole w New Hampshire. Do Intercourse w Pensylwanii. Do Kunkle w stanie Iowa. Do jakiegokolwiek starego miejsca. To było do zrobienia. Bóg wie, że nieraz się udawało w przeszłości.

- Nie - odpowiedział Rocky'emu. - Chyba w żadnych przepisach nie ma wymogu, że muszą działać same. Masz rację. Bez dwóch zdań. - Obrócił puszkę do góry dnem i resztka piwa z bulgotem spłynęła w dół jego gardła. W warsztacie panował straszny zaduch, a on nie jadł jeszcze kolacji. Czuł, jak piwo niemal natychmiast idzie mu do głowy.

- Hej, Sztywna Skarpeta ma pusty bak! - ogłosił Rocky. - Rzuć browarkiem, Leo.

- Nie, Rocky, ja naprawdę...

Leo, który widział już coraz gorzej, w końcu namacał puszkę.

- Chcesz wysuniętego napastnika? - spytał i podał puszkę Rocky'emu. Rocky przekazał ją Bobowi, którego nieśmiałe protesty osłabły, gdy tylko gładka krzywizna chłodnej ścianki pojemnika z napojem wypełniła jego dłoń. Z rysunku na puszce Lynn Swann ukazywał mu swe roześmiane oblicze. Otworzył. Leo przypieczętował to uroczystym pierdnięciem.

Przez chwilę wszyscy trzej pociągali zdrowo z puszek ozdobionych futbolistami.

- Klakson działa? - zapytał w końcu Bob, przerywając ciszę przepraszającym głosem.

- No pewnie. - Rocky z impetem nacisnął łokciem środek kierownicy. Rozległo się wątlutkie buczenie. - Ale akumulator trzeba by trochę podładować.

Dalej pili w ciszy.

- O kurde, ten cholerny szczur był wielki jak cocker-spaniel! - ryknął nagle Leo.

- Chłopak ma już trochę w czubie - wyjaśnił Rocky. Bob zamyślił się przez moment nad tym, co usłyszał.

- Mhm - mruknął w odpowiedzi.

Nie wiedzieć czemu, pomruk ten strasznie rozśmieszył Rocky'ego, który zaniósł się głośnym rechotem z ustami pełnymi piwa. Trochę złocistego napitku pociekło mu nosa, a to z kolei rozbawiło Boba, który też się roześmiał. Rocky ucieszył się, słysząc śmiech dawnego kolegi, ponieważ kiedy przyjechali do jego warsztatu, tamten wyglądał na steranego jak rozpruty wór.

Znów przez jakiś czas pili w ciszy.

- Taaak. Diana Rucklehouse - odezwał się Bob w zamyśleniu.

Rocky zarżał jak koń.

Bob zachichotał i podniósł dłonie na wysokość klatki. Rocky, rycząc na cały głos, powtórzył ten gest, lecz dłonie wysunął znacznie bardziej w przód.

Bob wybuchnął na całego chrapliwym śmiechem.

- Pamiętasz tamtą fotkę Ursuli Andress, którą Łajza Johnson przyczepił starej Freemantle na tablicy ogłoszeń.

Rocky zawył.

- I dorysował te dwa wielkie bufory...

- ...a ona omal się nie przekręciła...

- Dobrze wam się śmiać - mruknął Leo ponuro i puścił donośnego bąka.

Bob zamrugał i spojrzał na niego.

- Hę?


- Śmiać - powtórzył Leo. - Mówię, że wam to dobrze się śmiać. Żaden z was nie ma dziury w plecach.

- Nie słuchaj go - zawołał Rocky (cokolwiek zmieszany). - Dzieciak jest już dokumentnie zaprawiony.

- Masz dziurę w plecach? - Bob zapytał Leo.

- W pralni - zaczął Leo z uśmiechem - mamy te wielkie pralki, co nie? Mówimy na nie bębny. Bo tak naprawdę, to pralki mają bębny. Dlatego nazywamy je bębnami. Ładuję je, wyładowuję i ładuję od nowa. Wkładam łachy urąbane, wyciągam czyściutkie. To właśnie moja robota, a ja ją wykonuję z klasą. - Obrzucił Boba porozumiewawczym spojrzeniem człowieka owładniętego obłąkańczą manią. - Ale od tego wszystkiego zrobiła mi się dziura na plecach.

- Taaak? - Bob wpatrywał się w chłopaka z niekłamaną fascynacją. Rocky niepewnie przestępował z nogi na nogę.

- No bo tam jest dziura w dachu - ciągnął Leo. - Tuż nad trzecim bębnem. One są wielkie i okrągłe, dlatego nazywamy je bębnami. Kiedy pada, z sufitu cieknie woda. Kap, kap, kap. Każda kropla spada mi - plum! - na plecy. I od tego zrobiła im się dziura. O taka - zakreślił niewielki łuk dłonią. - Pokazać ci?

- On wcale nie ma ochoty na oglądanie takich okropności! - wrzasnął Rocky. - Teraz gadamy o starych dobrych czasach, a poza tym ty i tak nie masz żadnej pieprzonej dziury na swoich zasranych plecach!

- Chcę ją zobaczyć - oznajmił Bob.

- Są okrągłe, dlatego nazywamy je pralkami - bełkotał Leo.

Rocky uśmiechnął się i klepnął swojego towarzysza w ramię.

- Ani słowa o tym więcej, chyba że chcesz wracać do domu piechotą, mój malutki koleżko. A teraz podaj mi mojego imiennika, jeśli jeszcze został?

Leo spojrzał w dół na skrzynkę piwa i po chwili wyciągnął z niej puszkę z portretem Rocky'ego Bliera.

- Trafiony! - wrzasnął Rocky, znowu w dobrym nastroju.
W godzinę później zdołali opróżnić cały pojemnik i Rocky posłał zataczającego się Leo w górę drogi do małego samoobsługowego sklepiku "U Pauline", żeby przyniósł więcej. Leo miał już oczy czerwone jak u królika. Koszula wyłaziła mu ze spodni. Z nabożnym skupieniem krótkowidza starał się ze wszystkich sił wydobyć paczkę cameli z podwiniętego rękawa koszuli. Bob poszedł tymczasem do ustępu, gdzie sikał, śpiewając na cały głos hymn szkoły.

- Nie mam ochoty leźć tam na piechotę - wymamrotał Leo.

- Rozumiem cię, ale jesteś zbyt nawalony, żeby siadać za kółkiem.

Leo dreptał w półkolu, pijackim krokiem, wciąż próbując wyciągnąć papierosy z zawiniętego rękawa.

- Ciemno jak cholera. I zimno.

- Chcesz, żebyśmy dostali nalepkę na wóz, czy nie? - wysyczał mu Rocky prosto w ucho. Na krańcach jego pola widzenia zaczęły się pojawiać dziwaczne rzeczy. Najbardziej uporczywa była wizja olbrzymiego robala zaplątanego w pajęcze nici, w przeciwległym rogu pomieszczenia.

Leo wlepił w Rocky'ego ślepia w kolorze szkarłatu.

- A co to? Moja bryka? - odezwał się z nieszczerym lekceważeniem.

- Przyrzekam ci, nigdy więcej się nią nie przejedziesz, jeśli teraz nie pójdziesz i nie przyniesiesz tu tego piwa - oświadczył Rocky. Spojrzał z przerażeniem na martwego robala w kącie. - Spróbuj tylko, a przekonasz się, czy żartuję.

- No dobra już, dobra - zaskowyczał Leo pojednawczo. - Tylko się tak nie grzej!

Dwukrotnie zboczył z trasy, idąc do sklepu, i raz w drodze powrotnej. Kiedy w końcu znów znalazł się w ciepłym i jasnym wnętrzu warsztatu, zastał obu dawnych kompanów śpiewających hymn szkoły. Bob jakimś niepojętym cudem zdołał wprowadzić chryslera na podnośnik. Teraz przechadzał się pod nim, przyglądając się jego układowi wydechowemu, doszczętnie przeżartemu korozją.

- Gwint ci przerdzewiał w tej rurze pod spodem - powiedział.

- O jasny gwint! A mnie się wydawało, że z moją rurą wszystko na medal - odparł na to Rocky. Ta riposta obu wydała im się tak śmieszna, że omal się nie udławili, radośnie rechocząc.

- Trochę piwka z naprzeciwka! - obwieścił Leo, kładąc swój ładunek na ziemi, po czym usiadł na porzuconej obręczy koła i niemal natychmiast zapadł w drzemkę. Sam wytrąbił w powrotnej drodze trzy puszki, żeby mniej dźwigać.

Rocky podał Bobowi piwo i wziął jedno dla siebie.

- Ścigamy się? Jak za starych, dobrych czasów?

- Dobra - zgodził się Bob. Uśmiechnął się nieznacznie. W wyobraźni widział siebie w kokpicie nisko zawieszonego, aerodynamicznego bolidu Formuły 1, z jedną ręką nonszalancko opartą na kierownicy w oczekiwaniu na opuszczenie flagi, drugą dotykającą amuletu, który zawsze przynosił mu szczęście - ozdoby z maski mercurego rocznik '59. Zapomniał już o przerdzewiałych rurach i gwintach Rocky'ego oraz o swojej rozlazłej żonie z jej tranzystorowymi wałkami do włosów.

Z sykiem otworzyli piwa i zaczęli pochłaniać je potężnymi łykami. W garażu panowała nieopisana duchota. Obaj odrzucili puszki na porysowaną betonową posadzkę i jednocześnie unieśli w górę wyprostowane środkowe palce prawych dłoni. Gromkie beknięcia odbiły się od ścian niczym palba karabinów.

- Jak za dawnych, dobrych czasów - powiedział Bob, nagle spochmurniały. - Nic nie dorówna tamtym czasom, Rocky.

- Wiem, wiem - zgodził się Rocky. Z zapamiętaniem szukał w głowie jakiejś głębokiej, światłej myśli, by w końcu wydusić ją z siebie z niemałym trudem: - Starzejemy się z dnia na dzień, Sztywny.

Bob westchnął i ponownie beknął. Leo pierdnął cichutko w swoim kątku i zaczął nucić "Get Off My Cloud"

- Jeszcze raz? - spytał Rocky, podając Bobowi kolejną puszkę.

- A czemu by nie - przystał Bob. - Czemu by nie, chłoptasiu.
Opakowanie, które przytargał Leo, opróżnili do północy, a nowy znaczek świadczący o pozytywnym wyniku przeglądu został przyklejony po lewej stronie przedniej szyby chryslera pod zupełnie obłędnym kątem. Rocky sam wpisał wszelkie niezbędne dane przed przyklejeniem znaczka, z mozołem i w skupieniu pracując nad skopiowaniem numerów z całkowicie zatartej tablicy rejestracyjnej, którą po długich poszukiwaniach znalazł w schowku na rękawiczki. Musiał się mocno skoncentrować, ponieważ wszystko widział potrójnie. Bob usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami niczym jakiś joga, ustawiwszy przed sobą na wpół opróżnioną puszkę iron city. Wzrok miał wbity w pustkę.

- Ocaliłeś mi życie, Bob - powiedział Rocky. Stopą dźgnął Leo w żebra, aby go obudzić. Leo warknął i zasapał. Przez chwilę trzepotał powiekami, zamknął oczy, po czym otworzył je na całą szerokość, kiedy Rocky dźgnął go powtórnie.

- Jesteśmy już w domu, Rocky? Czy...

- No, to trzymaj się, Bobby! - zawołał Rocky wesoło. Chwycił Leo pod ramię i szarpnął do góry. Leo podniósł się, wrzeszcząc. Rocky zawlókł swego podopiecznego na drugą stronę chryslera i wtłoczył go w fotel pasażera. - Pewnie jeszcze nieraz odwiedzimy naszym wózkiem twój warsztat.

- To były lata... - powiedział Bob z zadumą. Oczy mu zwilgotniały. - Od tamtego czasu wszystko idzie tylko ku gorszemu, co nie?

- Racja, stary - rzucił w odpowiedzi Rocky. - Wszystko zszarzało i zgówniało. Ale nie pękaj, chłopie i nie rób niczego, czego ja bym nie zro...

- Moja żona nie sypia ze mną od półtora roku - wyznał Bob, lecz jego słowa zostały zagłuszone przez kaszel silnika, gdy Rocky podejmował kolejną nieudaną próbę uruchomienia chryslera. Bob podniósł się i patrzył, jak jego dawny kolega wyjeżdża tyłem z warsztatu, zabierając przy tym ze sobą kawałek jednego skrzydła drzwi.

Leo wychylał się przez okno, posyłając mu kretyński uśmieszek nawiedzonego świra.

- Przyjdź no kiedyś do pralni, chudzino. Pokażę ci, jaką mam dziurę w plecach. Pokażę ci moje bębny! Pokażę ci...

Nagle ramię Rocky'ego wysunęło się gwałtownie zza pleców chłopaka niczym hak dźwigu i wciągnęło go w mrok szoferki.

- Czołem, stary! - ryknął Rocky.

Chrysler wykonał pijacki slalom pomiędzy trzema dystrybutorami paliwa i z ostrym szarpnięciem ruszył w noc. Bob patrzył za nim, dopóki tylne światła nie zaczęły przypominać małych robaczków świętojańskich, a następnie ostrożnym krokiem wrócił do warsztatu. Na zawalonym narzędziami stole leżała chromowana ozdoba z jakiegoś starego samochodu. Zaczął się nią bawić, by po chwili zapłakać rzewnymi łzami za utraconymi dniami młodości. Nieco później, około trzeciej nad ranem, udusił swoją żonę, a następnie puścił z dymem cały dom, aby upozorować nieszczęśliwy wypadek.


- O, słodki Jezu - odezwał się Rocky do Leo, kiedy warsztat Boba zmalał do małego świetlnego punkciku, daleko za ich plecami. - I co ty na to? Stary, poczciwy Sztywniak.

Rocky osiągnął już ten stan alkoholowego upojenia, kiedy wydaje się, że każda cząstka osobowości rozpłynęła się już w niebycie, prócz jednego, malutkiego węgielka trzeźwości żarzącego się gdzieś w głębi umysłu.

Leo nie odpowiedział. W bladozielonej poświacie roztaczanej przez przyrządy na desce rozdzielczej przypominał Susła z szalonego podwieczorku Alicji.

- Został osaczony i przyparty do muru - ciągnął Rocky. Przez chwilę jechał po lewej stronie drogi, ale zaraz potem wrócił na swój pas. - Masz szczęście - chyba nie będzie pamiętał, coś mu naopowiadał. Następnym razem może ci to nie ujść na sucho. Ile razy mam ci powtarzać? Zachowaj dla siebie te głupie pomysły o jakiejś tam zasranej dziurze w plecach.

- Ale ty wiesz, że ja naprawdę mam tam dziurę.

- Dobra, no i co z tego?

- To z tego, że to moja dziura. I będę gadał o mojej dziurze, kiedy tylko przyjdzie mi...

Nagle obejrzał się do tyłu.

- Za nami jakaś furgonetka. Właśnie ruszyła z pobocza. Jedzie bez świateł.



1   ...   35   36   37   38   39   40   41   42   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna