Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona38/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   34   35   36   37   38   39   40   41   ...   49

Ale olej to nie wszystko. Z ust trupa wystawał jeszcze jakiś twardy przedmiot.

Jeszcze przez moment darłem się wniebogłosy, ale nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu ani zabrać uwalanej olejem dłoni z twarzy nieboszczyka, nie byłem w stanie oderwać wzroku od olbrzymiego, tłustego przedmiotu wystającego mu spomiędzy warg, przedmiotu, który wcześniej tak zniekształcał jego rysy.

W końcu jednak przezwyciężyłem ten nagły paraliż i pędem wybiegłem z domku, wciąż krzycząc ile sił w płucach. Podbiegłem do swojego pontiaka, wskoczyłem do środka i ruszyłem z wyciem silnika. Prowiant, który przywiozłem wujowi, spadł z tylnego siedzenia na podłogę. Jajka potłukły się i rozlały po siedzeniach i podłodze.

Fakt, że nie rozbiłem się przez pierwsze trzy kilometry, zakrawa na cud. Spojrzałem na licznik i zauważyłem, że strzałka szybkościomierza przekroczyła sto dwadzieścia. Zatrzymałem się i zacząłem oddychać głęboko, aż do chwili kiedy jako tako nad sobą zapanowałem. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę po prostu zostawić wuja tak, jak go znalazłem. To sprowokowałoby wiele niepotrzebnych pytań. Musiałem wrócić.

Poza tym - muszę to przyznać - opanowała mnie jakaś diabelska ciekawość. Teraz żałuję, że się jej nie oparłem. Prawdę mówiąc, żałuję również, że nie zostawiłem wuja tak, jak leżał, niechby już zadawali te swoje pytania. Ja jednak, na swoje nieszczęście, wróciłem. Przez jakieś pięć minut stałem na zewnątrz - mniej więcej w tym samym miejscu i w tej samej pozie, w jakiej tak często na długie chwile zastygał mój wuj - patrząc na ciężarówkę. Stojąc tam, doszedłem do wniosku, że ciężarówka po drugiej stronie szosy rzeczywiście zmieniła pozycję, choć bardzo nieznacznie.

Wtedy wszedłem do środka.

Nad twarzą wuja zaczynały już krążyć i pobzykiwać pierwsze muchy. Zauważyłem oleiste odciski palców na jego policzkach: odcisk kciuka na lewym i trzech innych palców na prawym. Omiotłem nerwowym spojrzeniem okno, za którym wcześniej czaiła się cresswellka, i wreszcie podszedłem do łóżka. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i wytarłem ślady palców. Potem nachyliłem się i rozwarłem szczęki wuja.

Na zewnątrz wypadła świeca zapłonowa Champion - jeden z tych starych modeli świec, przystosowany do pracy przy maksymalnych obciążeniach. Była wielka jak pięść kulturysty.

Zabrałem ją ze sobą. Teraz pluję sobie w brodę, że to zrobiłem, ale rzecz jasna byłem w szoku. Łatwiej byłoby mi znieść to wszystko, gdybym nie miał jej tutaj, w swoim pokoiku, gdzie mogę się jej przyglądać, brać ją do ręki i ważyć w dłoni, kiedy tylko zechcę. Gdybym nie miał tej świecy zapłonowej, rocznik tysiąc dziewięćset dwadzieścia, która wypadła z ust martwego wuja.

Gdyby jej tam nie było, gdybym jej nie zabrał z małej, jednoizbowej chatynki, kiedy uciekałem z niej po raz drugi, być może mógłbym zacząć przekonywać samego siebie, że wszystko - nie tylko widok ciężarówki przyciśniętej do ściany domku niczym ogromny, czerwony buldog, jaki ukazał mi się po wyjeździe zza ostatniego zakrętu, ale naprawdę wszystko - było jedną wielką halucynacją. Tymczasem świeca leży przede mną. Promienie światła załamują się na jej powierzchni. Jest prawdziwa. Ma swoją masę. "Ta ciężarówka z każdym rokiem przysuwa się coraz bliżej", mówił, i teraz wygląda na to, że miał rację... ale nawet wuj Otto nie miał pojęcia, jak blisko cresswellka może się dostać.

Miasto orzekło, że wuj Otto popełnił samobójstwo, połykając olej, i przez dziewięć dni była to wielka nowina w całym Castle Rock. Carl Durkin, kierownik miejskiego zakładu pogrzebowego, człowiek nie mogący poszczycić się dyskrecją, zdradził, że podczas sekcji doktorzy znaleźli w wujowych wnętrznościach ponad trzy litry oleju, i to nie tylko w żołądku. Przesączył się do wszystkich układów. Mieszkańcy miasteczka zachodzili tymczasem w głowę, co wuj zrobił z plastikowym pojemnikiem po oleju, ponieważ nie znaleziono takowego ani w domku, ani w najbliższej okolicy.

Jak już mówiłem, większość z was, czytających te wspomnienia, pewnie nie da mi wiary... przynajmniej jeśli nikomu z was nie zdarzyło się nic podobnego. Ale ciężarówka wciąż stoi na polu... i - wierzcie mi lub nie - to wszystko zdarzyło się naprawdę.
Przełożył

Rafał Wilkoński


PORANNE DOSTAWY

(MLECZARZ 1)


Brzask z wolna spływał w dół Culver Street.

Dla każdego, kto już się obudził, lecz jeszcze nie wyszedł z domu, na zewnątrz wciąż panowała czarna noc, chociaż świt niemal od pół godziny przemykał się chyłkiem po okolicy. Z dziupli w olbrzymim klonie rosnącym na rogu Culver Street i Balfour Avenue wysunęła łebek czerwona wiewiórka i obrzuciła nieco nieprzytomnym spojrzeniem uśpione domostwa. Gdzieś w połowie długości ulicy, w malutkiej fontannie zdobiącej trawnik przed domem Mackenziech, wylądowała czarna jaskółka, która trzepocząc skrzydełkami zaczęła rozpryskiwać wokół siebie miriady perlistych kropelek. Mrówka pełznąca mozolnie wzdłuż rynsztoka natknęła się na malutki czekoladowy okruszek w zmiętym papierku od cukierka.

Nocna bryza, która jeszcze przed chwilą szeleściła liśćmi i wydymała zasłony w uchylonych oknach, już gdzieś się ulotniła. Narożny klon po raz ostatni zaszumiał drobnym listowiem i zamarł, oczekując na podniosłą uwerturę, jaka miała nastąpić po tym cichym prologu.

Pasemko bladego światła leciutko rozjaśniło niebo po wschodniej stronie. Mroczny lelek kozodój zszedł ze swojej nocnej służby, a sikory nieśmiało budziły się do życia, wciąż pełne wahania, jakby obawiały się samodzielnie powitać dzień.

Wiewiórka zniknęła w szczelinie na rozwidleniu konarów klonu.

Jaskółka podfrunęła na skraj baseniku fontanny i znieruchomiała.

Mrówka także zatrzymała się bez ruchu nad znalezionym skarbem, niczym bibliofil pochylający się nad opasłym foliałem.

Culver Street drżała cicho na oświetlonym skraju planety, na przesuwającej się linii światła, którą astronomowie nazywają terminatorem.

Z ciszy stopniowo i nieznacznie wyłaniał się jakiś dźwięk, narastając tak niepostrzeżenie, że wydawało się, iż rozbrzmiewał tu od zawsze, zagłuszany innymi odgłosami nocy, która minęła. Powoli nabierał głębi i wyrazistości, aż wreszcie przerodził się w subtelnie przytłumiony warkot silnika furgonetki rozwożącej mleko.

Samochód skręcił z Balfour Avenue w Culver Street. Była to ładna beżowa furgonetka z czerwonymi napisami na bokach. Wiewiórka wychyliła się z dziupli o postrzępionych brzegach, niczym język z ust, obrzuciła spojrzeniem wóz i nagle spostrzegła bardzo ładnie wyglądający skrawek czegoś, co znakomicie nadawało się do wymoszczenia dziupli, toteż ruszyła głową w dół po pniu, w pogoni za upatrzoną zdobyczą. Jaskółka uleciała w niebo. Mrówka wzięła ze sobą tyle czekolady, ile mogła udźwignąć, i podążyła w stronę mrowiska.

Sikory zaniosły się głośnym śpiewem.

Przy następnej przecznicy dało się słyszeć ujadanie psa.

Litery na bokach furgonetki układały się w napis: MLECZARNIA CRAMERA. Poniżej znajdował się rysunek przedstawiający butelkę z mlekiem, a pod rysunkiem widniała kolejna informacja: PORANNE DOSTAWY TO NASZA SPECJALNOŚĆ!

Mleczarz miał na sobie niebieskoszary uniform i trójgraniasty kapelusz. Nad kieszenią na piersi miał wyszyte złotą nitką imię: SPIKE. Pogwizdywał sobie, a w tle rozbrzmiewał raźny rytm wystukiwany przez ustawione na pace butelki obłożone lodem.

Zatrzymał wóz przy krawężniku nieopodal domu Mackenziech, podniósł skrzynkę ustawioną przy jego fotelu i wyskoczył na chodnik. Przez chwilę stał bez ruchu, wciągając nosem powietrze o świeżym i nieskończenie tajemniczym zapachu, a następnie dziarskim krokiem ruszył w stronę drzwi.

Malutka, biała karteczka przytwierdzona była do skrzynki na listy za pomocą magnesu w kształcie pomidora. Spike odczytał wszystko, co było napisane na kartce, powoli i bardzo uważnie, jak ktoś, kto wczytuje się w wiadomość znalezioną w starej butelce pokrytej spękaną skorupą solnego nalotu.

1 l mleka

1 śmiet. (tańsza)

1 sok pom.

Dzięki


Mleczarz imieniem Spike z namysłem spojrzał na skrzynkę, którą trzymał w ręce, postawił ją na ziemi, po czym wyjął z niej mleko i śmietanę. Następnie jeszcze raz przyjrzał się uważnie arkusikowi, uniósł nawet magnes w kształcie pomidora, aby upewnić się, że jego uwagi nie uszła żadna kropka, przecinek lub myślnik, które mogłyby zmieniać wymowę wypisanego na papierze zamówienia, pokiwał głową, przyczepił magnes z powrotem, podniósł skrzynkę i ruszył do samochodu.

W części ładunkowej furgonetki panowała wilgoć, mrok i chłód. Zamknięte w tym ciasnym pomieszczeniu powietrze przesycone było niepokojącym, stęchłym zapachem, który mieszał się z wonią nabiału. Sok pomarańczowy znajdował się za doniczkowym krzewem wilczej jagody. Wyciągnął kartonik z lodu, ponownie pokiwał głową i po raz drugi ruszył wyłożoną płytkami ścieżką prowadzącą ku domowi. Ustawił kartonik z sokiem obok mleka i śmietany, a następnie wrócił do swojego wozu.

Nieopodal usłyszał gwizdek zwiastujący piątą rano, dochodzący z potężnej przemysłowej pralni, gdzie pracował jego stary kumpel Rocky. Pomyślał sobie, że pewnie właśnie w tej chwili Rocky uruchamia wielkie bębny w wypełnionym parą pomieszczeniu, gdzie panowało nieopisane wprost gorąco, i uśmiechnął się do siebie. Może później zobaczy się z Rockym. Może dziś wieczorkiem... kiedy już rozwiezie cały towar.

Uruchomił furgonetkę i podjechał kawałek dalej. Malutkie radio tranzystorowe zwisało na pasku z imitacji skóry oplatającym zakrwawiony hak, na jakim zwykle wiesza się płaty mięsa w rzeźni. Hak ten wystawał z sufitu kabiny kierowcy. Włączył radio, z którego zaczęły płynąć dźwięki przyciszonej muzyki, kontrapunktując jednostajny rytm silnika, podczas gdy zbliżał się do domu McCarthych.

Pani McCarthy zostawiła swoją karteczkę tam, gdzie zawsze - wsuniętą do połowy w wąski otwór w drzwiach, w który wrzucano korespondencję. Zawierała zwięzłe i rzeczowe polecenie:

Czekoladowe

Spike wyjął długopis, którym nagryzmolił na kartce: "Zamówienie zrealizowano" i wepchnął ją do szczeliny. Następnie cofnął się do samochodu. Mleko czekoladowe stało upakowane w dwóch chłodziarkach ustawionych wygodnie tuż przy tylnych drzwiach, ponieważ czerwiec był miesiącem, kiedy rozchodziło się w ogromnych ilościach. Mleczarz spojrzał na chłodziarki, po czym sięgnął za nie i z ciemnego zakątka wydobył jeden z pustych kartonów po mleku czekoladowym, które tam gromadził. Kartonik był oczywiście koloru brązowego, z radosnym dzieciakiem figlującym ponad dużymi nadrukami, które informowały, że jest to NAPÓJ Z MLECZARNI CRAMERA, POŻYWNY I PRZEPYSZNY, który można PODAWAĆ NA ZIMNO LUB NA GORĄCO, gdyż UWIELBIAJĄ GO WSZYSTKIE DZIECI!

Położył pusty kartonik na skrzynce wypełnionej butelkami ze zwykłym mlekiem, a następnie zaczął rozgarniać pokruszony lód, aż jego oczom ukazał się słoik po majonezie. Schwycił go i zajrzał do środka. Tarantula ruszała się, lecz bardzo niemrawo. Najwyraźniej chłód ją nieco zamroczył. Spike odkręcił pokrywkę słoika i obrócił go do góry dnem nad otwartym kartonem. Wszelkie niezdarne wysiłki tarantuli, aby wspiąć się do góry po gładkim szkle ścianki słoika spełzły na niczym. Stworzenie z głośnym plaśnięciem wpadło do pustego kartonu po mleku czekoladowym. Mleczarz troskliwie zamknął na nowo kartonik, włożył go do swojego nosidełka i pędem ruszył w stronę domu McCarthych. Numery z pająkami należały do jego ulubionych i zawsze wychodziły mu najlepiej, nawet jeśli było to wyłącznie jego przekonanie. Dzień, w którym mógł dostarczyć pająka, był dla Spike'a dniem szczęśliwym.

Kiedy wolno przemieszczał się w górę Culver Street, świt kontynuował swoją symfonię. Perłowe pasemko na wschodzie ustąpiło miejsca ciemnoróżowemu rumieńcowi, najpierw ledwie widocznemu, później zaś przechodzącemu od ciemnej purpury do ostrego szkarłatu, który niemal natychmiast zaczął blaknąć aż do letniego błękitu. Pierwsze promienie słońca, ślicznego jak z malowanek, jakie daje się dzieciom w szkółce niedzielnej, czekały na swoją kolej.

Przy domu Webberów Spike zostawił butelkę po śmietanie uniwersalnej wypełnioną zżelowanym kwasem. U drzwi Jamnersów ustawił pięć litrowych butelek mleka. Mają dorastających chłopaków. Nigdy nie miał okazji ich zobaczyć, ale za domem widział domek na drzewie, a czasami także porozrzucane po podwórku rowery i kije bejsbolowe. Collinsom zostawił dwie butelki mleka i karton jogurtu. U panny Ordway karton ajerkoniaku przyprawionego wilczą jagodą.

Gdzieś za jego plecami rozległ się charakterystyczny trzask. Pan Webber, który w drodze do pracy musiał przejechać całe miasto, uniósł żaluzjowe drzwi prowadzące do garażu urządzonego w przyklejonej do domu przybudówce, po czym wszedł do środka, wymachując teczką. Mleczarz odczekał chwilę, aż usłyszy szum silnika małego saaba, przypominający brzęczenie osy, a usłyszawszy oczekiwany odgłos, uśmiechnął się. "W różnorodności drzemie cały smak życia - zwykła mawiać matka Spike'a, świeć Panie nad jej duszą - ale my jesteśmy Irlandczykami, a Irlandczycy wolą swoje kartofle bez zbędnych dodatków. Pamiętaj, Spike, w niczym się zbytnio nie wychylaj, a zaznasz w życiu wiele szczęścia". I była to święta prawda, co sam odkrył, jadąc po drogach życia swoją schludną, beżową furgonetką.

Zostały mu już tylko trzy domy.

U Kincaidów znalazł kartkę, na której napisano "Dzisiaj nic, dzięki", więc zostawił przed drzwiami zamkniętą butelkę po mleku, która wyglądała na zupełnie pustą, ale była wypełniona śmiertelnie trującym cyjanowodorem. U Walkersów zostawił dwa litry mleka i buteleczkę wysokotłuszczowej śmietanki do ubijania.

Zanim dojechał do ostatniego przed skrzyżowaniem domu, w którym mieszkali Mertonowie, promienie słońca prześwitywały już przez korony drzew, wypełniając mozaiką plam światła i cienia wyblakłe kontury "klas" wyrysowanych na chodniku obok podwórka Mertonów.

Spike pochylił się i podniósł coś, co wyglądało na cholernie dobry kamyk do gry w klasy - całkiem płaski z jednej strony - rzucił nim przed siebie. Kamyczek wylądował na linii. Mężczyzna pokręcił głową, uśmiechnął się i ruszył w stronę domu, pogwizdując.

Lekki wiaterek przyniósł ze sobą zapach mydła dochodzący z pralni przemysłowej i w jego myślach znów zagościł Rocky. Nabierał coraz większej pewności, że wkrótce się z nim zobaczy. Jeszcze tego wieczoru.

Tutaj karteczka czekała na niego przytwierdzona do uchwytu na gazety:

Rezygnujemy z usług.

Spike otworzył drzwi i wszedł do środka.

W domu panował chłód jak w krypcie. W pomieszczeniach nie było żadnych mebli. Ogołocone pokoje świeciły nagimi ścianami. Z kuchni zniknęła nawet kuchenka, jaśniejszy kwadrat linoleum wskazywał miejsce, które zajmowała.

W salonie ze ścian zostały usunięte nawet najmniejsze skrawki tapety. Z lampy na suficie zdjęto klosz. Przepalona żarówka była cała czarna. Ogromna plama zaschłej krwi pokrywała część jednej ze ścian. Wyglądała jak kleks z testu Rorschacha. Pośrodku plamy widniała dziura przypominająca krater, wyżłobiona głęboko w tynku. W kraterze tym znajdował się gęsty kłąb włosów oraz kilka odprysków kości.

Mleczarz pokiwał głową, wyszedł z powrotem na dwór i przez chwilę stał na ganku. Zapowiadał się piękny dzień. Niebo było już błękitne jak oczy słodkiego niemowlaka, całe usiane niewinnymi obłoczkami zwiastującymi ładną pogodę... takie chmurki bejsboliści nazywają zwykle "aniołkami".

Zerwał kartkę z uchwytu na gazety i zmiął ją w kulkę, którą umieścił w lewej przedniej kieszeni swoich białych roboczych spodni.

Wrócił do furgonetki, po drodze wkopując do rynsztoka kamyk leżący na linii "klas". Po chwili samochód zagrzechotał butelkami skręcając za rogiem i zniknął.

Na dworze robiło się coraz jaśniej.

Z domu z hałasem wybiegł chłopak, posłał uśmiech w stronę nieba i zabrał mleko do środka.


Przełożył

Rafał Wilkoński


WIELKIE BĘBNY:

OPOWIEŚĆ PRALNICZA

(MLECZARZ 2)
Rocky i Leo, obaj zalani w pestkę, zjechali wolno w dół Culver Street, potem wzdłuż Balfour Avenue w stronę Crescent. Siedzieli sobie wygodnie w przytulnym wnętrzu chryslera rocznik 1957, który należał do Rocky'ego. Pomiędzy nimi, ustawiony z obłędnym pijackim pietyzmem na monstrualnej obudowie wału pędnego chryslera, spoczywał pojemnik piwa marki Iron City. To było ich drugie opakowanie tego wieczoru, który rozpoczął się już o czwartej po południu, zaraz po fajrancie w pralni.

- W dupę jeża! - ryknął ze złością Rocky, przystając pod czerwonym światłem sygnalizatora wiszącego nad skrzyżowaniem Balfour Avenue z autostradą numer 99. Nie spojrzał ani w prawo, ani w lewo, by sprawdzić, czy jadą jakiekolwiek samochody, za to rzucił ukradkowe spojrzenie do tyłu. Pomiędzy nogami trzymał do połowy opróżnioną puszkę piwa ozdobioną kolorowym wizerunkiem Terry'ego Bradshawa. Wziął potężny łyk, a następnie skręcił w dziewięćdziesiątkędziewiątkę. Przegub Cardana wydał z siebie głośne stękanie, gdy przy akompaniamencie głośnego pokasływania dobiegającego spod maski ruszyli na dwójce. Od jakichś dwóch miesięcy w chryslerze przestała wchodzić jedynka.

- Dawaj tego jeża, a złoję mu dupę - oznajmił Leo, zawsze gotów do pomocy.

- Która godzina?

Leo podniósł do góry nadgarstek, do którego miał przytroczony zegarek, niemal dotykając szkiełkiem żarzącego się koniuszka trzymanego w ustach papierosa i długo posapywał z wysiłku, zanim wyodrębnił wzrokiem ustawienie wskazówek.

- Prawie ósma.

- O, w dupę jeża! - Minęli drogowskaz z napisem PITTSBURGH 44.

- Nikt w całym Detroit nie zrobi przeglądu tego gruchota, złotko - zauważył Leo. - Przynajmniej nikt przy zdrowych zmysłach.

Rocky wrzucił trójkę. Przegub Cardana zawył posępnie do siebie, chrysler zaś przeszedł coś w rodzaju samochodowego odpowiednika lekkiego ataku padaczki. Po jakimś czasie konwulsje ustały i wskazówka szybkościomierza z mozołem uniosła się do poziomu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, gdzie stanęła, broniąc tej pozycji z wyraźnym trudem.

Kiedy dojechali do skrzyżowania autostrady numer 99 z drogą Nad Devońskim Strumieniem (Devoński Strumień stanowił granicę pomiędzy gminami Crescent oraz Devon na długości około dwunastu kilometrów), Rocky skręcił w tę ostatnią, kierowany jakimś wewnętrznym kaprysem... chociaż może już wtedy wspomnienie Sztywnej Skarpety zaczęło kiełkować głęboko w obszarze, który mógł uchodzić za podświadomość Rocky'ego.

Razem z Leo jeździli sobie to tu, to tam, bez konkretnego celu, od chwili gdy wyszli z pracy. Był ostatni dzień czerwca i ważność naklejki z ostatniego przeglądu chryslera miała wygasnąć dokładnie minutę po północy. Zostały im cztery godziny, a nawet mniej. Nieuchronność zbliżającego się nieszczęścia była dla Rocky'ego zbyt bolesna, by mógł spokojnie myśleć, natomiast Leo niczym się nie przejmował. W końcu to nie był jego samochód. Ponadto wypił już wystarczającą ilość piwa Iron City, żeby osiągnąć stan zaawansowanego mózgowego paraliżu.

Droga Nad Devońskim Strumieniem wiła się wśród jedynego mocno zalesionego obszaru gminy Crescent. Po obu stronach drogi rozciągał się bujny i pulsujący życiem gąszcz stłoczonych wiązów i dębów, w którym kłębiło się od ruchomych cieni, w miarę jak mrok gęstniał nad południowo-zachodnią częścią Pensylwanii. Tereny te nazywano Lasami Devońskimi. Tę potoczną nazwę zaczęto pisać dużymi literami od czasu bestialskiego mordu, jaki popełniono tutaj na młodej dziewczynie i jej chłopaku w 1968 roku. Parkę znaleziono w mercurym z 1959 roku należącym do chłopaka. Samochód miał siedzenia obite prawdziwą skórą i dużą, chromowaną ozdobę na masce. Pasażerów znaleziono na tylnych siedzeniach, a także na przednich, w bagażniku oraz w schowku na rękawiczki. Morderca nigdy nie został schwytany.

- Lepiej, żeby nam ten gruchot nie wysiadł w tym miejscu - powiedział Rocky. - To kompletne zadupie.

- Pierdu-pierdu. - To nader interesujące powiedzonko ostatnio weszło do pierwszej czterdziestki zwrotów najczęściej goszczących na ustach Leo. - Przed nami już widać jakieś miasteczko.

Rocky westchnął i pociągnął łyk z puszki. Blask, który roztaczał się przed nimi, wcale nie zwiastował miasteczka, ale znajdowali się już tak blisko oświetlonego miejsca, że nie warto było wszczynać sporu. Po chwili ich oczom ukazało się nowe centrum handlowe. Łukowe lampy sodowe zalewały cały teren niesamowicie mocnym światłem. Rocky zagapił się na nie i mimochodem przejechał na lewą stronę drogi, co zauważywszy, natychmiast gwałtownie skręcił z powrotem i omal nie wjechał przy tym do rowu ciągnącego się wzdłuż prawego pobocza, by po chwili wreszcie wyprowadzić wóz na właściwy pas.

- Ohoho! - zawołał.

Leo beknął i z głośnym gulgotem łyknął piwa.

Pracowali razem w pralni New Adams od września, kiedy to Leo został zatrudniony jako pomocnik Rocky'ego. Leo był dwudziestolatkiem o twarzy gryzonia. Jego wygląd sugerował, że ma przed sobą wiele lat w kiciu. Twierdził, że odkłada dwadzieścia dolarów z każdej tygodniówki, żeby kupić sobie używany motocykl Kawasaki. Planował wybrać się nim na zachód, kiedy nadejdą chłody. Leo miał za sobą pokaźny dorobek dwunastu miejsc zatrudnienia, które zaliczył od czasu, gdy na dobre rozstał się ze światem nauki w najniższym przewidzianym prawem wieku szesnastu lat. W pralni bardzo mu się podobało. Rocky przekazywał mu wiedzę na temat różnorodnych cykli pralniczych i Leo sądził, że wreszcie nabywa Prawdziwych Umiejętności, które przydadzą mu się, kiedy dojedzie do Flagstaff.

Rocky, stary wyjadacz, pracował w New Adams już od czternastu lat. Aby się o tym przekonać, wystarczyło rzucić okiem na spoczywające na kierownicy dłonie, tak upiornie białe, jakby należały do ducha. Miał za sobą czteromiesięczną odsiadkę w 1970 roku za posiadanie nielegalnej broni. Wcześniej jego żona, wówczas w zaawansowanej ciąży z ich trzecim dzieckiem, oznajmiła mu, co następuje: 1) że nie jest to wcale dziecko Rocky'ego, tylko mleczarza, oraz 2) że chce wystąpić o rozwód, wysuwając przeciwko niemu oskarżenie o psychiczne znęcanie się nad rodziną.

W związku z zaistniałą sytuacją pojawiły się dwa powody, dla których Rocky miał przy sobie ukrytą broń: 1) przyprawiono mu rogi, 2) rogi przyprawił mu pier...niczony mleczarzyna - kaprawookie, długowłose ladaco czyli Spike Milligan. Kierowca z Mleczarni Cramera.

Mleczarz, na miłość boską! Mleczarz, nic tylko w łeb sobie strzelić! Po prostu strzelić sobie w pieprzony łeb i stoczyć się do rynsztoka, by tam skonać! Nawet dla Rocky'ego, który nigdy w swych czytelniczych doświadczeniach nie wyszedł poza krótkie komiksowe historyjki, w jakie owijano gumę do żucia - a tę niestrudzenie mełł w ustach podczas pracy - sytuacja miała w sobie coś z posępnej tragedii antycznej.

Wobec powyższego, poinformował swoją prawowitą małżonkę, że: 1) nie ma mowy o żadnym rozwodzie, oraz 2) ma zamiar sprawić, by jak największa ilość światła dziennego mogła swobodnie przenikać przez ciało Spike'a Milligana. Dziesięć lat wcześniej zakupił pistolet kalibru .32, z którego od czasu do czasu lubił postrzelać do pustych butelek, puszek lub małych piesków. Następnego ranka opuścił swój dom na Oak Street i udał się w kierunku mleczarni, licząc na to, że dopadnie Spike'a w chwili, gdy będzie tam wracał po rozwiezieniu porannych dostaw.

Po drodze zatrzymał się w knajpie "Cztery Rogi", aby wypić kilka piw... sześć, osiem, może dwadzieścia. Trudno spamiętać. Kiedy tak sobie popijał, żona zawiadomiła gliny. Czekali na niego na rogu Oak Street i Balfour Avenue. Podczas przeszukania jeden z policjantów wyłuskał jego trzydziestkędwójkę zza paska od spodni.

- Myślę, że czeka cię mały wypoczynek, przyjacielu - powiedział glina, który znalazł gnata i słowa te okazały się prorocze. Następne cztery miesiące Rocky spędził, piorąc prześcieradła i poszwy na poduchy dla stanu Pensylwania. W tym czasie jego żona uzyskała błyskawiczny zaoczny rozwód i kiedy Rocky wyszedł z mamra, mieszkała już ze Spikiem Milliganem w bloku na Dakin Street, przed którym na trawniku pysznił się klomb w kształcie różowego flaminga. Oprócz dwóch starszych dzieciaków (Rocky wciąż zakładał, że jest ich prawdziwym ojcem), mieli już oseska o ślepkach równie kaprawych jak oczy jego niewydarzonego ojczulka. Ponadto przysługiwały im alimenty w wysokości piętnastu dolarów tygodniowo.



1   ...   34   35   36   37   38   39   40   41   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna