Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona37/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   33   34   35   36   37   38   39   40   ...   49

Czerwona ciężarówka zajęła bardzo ważne miejsce w moim życiu, ale także mocno utrwaliła się w świadomości wszystkich mieszkańców okolicy. Pytającym o drogę z Bridgton do Castle Rock mówiono, że jeśli zobaczą wielką, starą, czerwoną ciężarówkę tkwiącą na łące po lewej stronie drogi jakieś pięć kilometrów po zjeździe z jedenastki, to znaczy, że jadą we właściwym kierunku. Nieraz widywało się turystów parkujących na nieutwardzonym poboczu (w którym często zdarzało im się utknąć, wystawiając się na pośmiewisko miejscowych), jak robili zdjęcia panoramy Gór Białych z ciężarówką wuja na pierwszym planie, dla ukazania malowniczej perspektywy. Przez długi czas mój ojciec nazywał cresswellkę Cudowną Ciężarówką ze Wzgórza Trójcy, ale po jakimś czasie zaniechał tych żartów. Obsesja wuja Otto na punkcie tego pojazdu stała się na tyle poważna, że wszelkie dowcipy na jej temat przestały śmieszyć.
To tyle, jeśli chodzi o genezę. Teraz przejdźmy do tajemnicy.

Co do tego, że wuj zabił pana McCutcheona, mam absolutną pewność. "Zmiażdżyło go jak dynię", powiadali miejscowi notable gromadzący się na pogwarki u fryzjera. Jeden z nich zawsze dodawał przy takich okazjach: "Założę się, że leżał plackiem przed tom cienżarówkom, jak jaki sierściuch arabus modloncy sie do Arlaha. To do niego podobne. Oba byli trochu nawiedzeni. Nie wierzyta mi, to patrzta, co się porobiło ze starym Otto Shenckiem. Mieszka tera po drugiej stronie drogi, w tym domku, co to myślał, że miasto weźnie na szkołę, a we łbie ma pokręcono jak szczur z wychodka".

Opinie takie kwitowano ogólnym kiwaniem głowami i wymianą spojrzeń przepojonych życiową mądrością, ponieważ wtedy już wszyscy mieli wuja za starego dziwaka - jasna sprawa! - ale przy tym żadnemu z czcigodnych starców prowadzących uczone rozmowy w zakładzie fryzjerskim obraz pana McCutcheona padającego na twarz przed ciężarówką "jak jaki sierściuch arabus modloncy się do Arlaha" ani przez chwilę nie wydał się podejrzany ani ekscentryczny.

Plotka ma zawsze wielką moc w małym miasteczku: człowiekowi zostaje przypięta łatka złodzieja, rozpustnika, kłusownika czy oszusta na podstawie najbłahszych dowodów i najbardziej pokrętnych dedukcji. W moim przekonaniu ludzie często zaczynają obgadywać innych wyłącznie z nudów. Jedyną rzeczą, która sprawia, że przesadą jest nazywać tę całą gadaninę obrzydliwą - choć podobnych określeń na opisanie atmosfery małych miasteczek używa większość pisarzy, od Nathaniela Hawthorne'a po Grace Matalious - jest fakt, iż większość tych plotek rodem z magla, budki z piwem i zakładu fryzjerskiego poraża swą naiwnością, tak jakby tworzący je ludzie do tego stopnia zakładali wszechobecność podłości i niegodziwości, że byli gotowi je sobie uroić tam, gdzie trudno się ich było dopatrzyć, gdy tymczasem realne i w pełni świadome zło nie mieściło im się w głowach i nie byli w stanie dostrzec go, nawet jeśli przelatywało tuż przed ich oczami niczym magiczny latający dywan z baśni tych sierściuchów arabusów.

Skąd wiem, że to wuj? - zapytacie. Czy po prostu stąd, że w owym dniu był razem z panem McCutcheonem? Nie. Wszystko przez ciężarówkę. Przez cresswellkę. Kiedy już całkowicie poddał się obsesji, zamieszkał naprzeciwko pojazdu, w tym malutkim domku... mimo że przez ostatnie kilka lat życia zaryty w ziemi po drugiej stronie drogi samochód napawał go śmiertelnym przerażeniem.

Myślę, że wuj Otto wyciągnął pana McCutcheona na pole, gdzie wsparta na bloczkach stała cresswellka, pod pretekstem omówienia jego planów budowy domu. Pan McCutcheon zawsze chętnie rozmawiał na temat swojej wymarzonej inwestycji i zbliżającej się emerytury. Pewna bardzo duża firma - nie będę tu wymieniał jej nazwy, ale wiem, że nie byłaby wam obca - złożyła wspólnikom poważną ofertę dotyczącą odkupienia ich spółki i pan McCutcheon był gotów ją przyjąć. Wuj Otto sprzeciwiał się takim pomysłom. Od wiosny toczyła się pomiędzy partnerami cicha wojna dotycząca wspomnianej oferty. Sądzę, że właśnie ten spór stanowił powód, dla którego wuj Otto zdecydował pozbyć się swojego wspólnika.

Jestem przekonany, że wuj zaaranżował całą sytuację, czyniąc odpowiednie przygotowania. Po pierwsze poluzował bloczki podtrzymujące ciężarówkę. Po drugie położył coś na ziemi lub nawet wkopał tuż przed samochodem w taki sposób, aby pan McCutcheon to zauważył.

Co to mogło być? Bo ja wiem. Coś błyszczącego. Diament? Może tylko kawałek szkła? Nie ma to najmniejszego znaczenia. Rzecz ta połyskuje w słońcu i odbija jego promienie. Być może przyciąga to uwagę pana McCutcheona. Jeśli nie, wuj sam pokazuje mu tajemniczy przedmiot. "A to co?", pyta się wskazując palcem. "Nie wiem", odpowiada pan McCutcheon i biegnie, aby się przyjrzeć błyskotce.

Pan McCutcheon przyklęka tuż przed cresswellką, jak jeden z tych sierściuchów arabusów modlących się do Arlaha, starając się wydobyć błyszczący przedmiot z ziemi, podczas gdy mój wuj wolnym krokiem, niby mimochodem, przechodzi na drugi koniec unieruchomionego pojazdu. Jedno mocne pchnięcie i ciężarówka zsuwa się z bloczków, przygniatając pana McCutcheona. Miażdżąc go jak dynię.

Podejrzewam, że zahartowany w bojach duch nie pozwolił pan McCutcheonowi łatwo rozstać się z życiem. W wyobraźni widzę go, jak leży przygnieciony pod maską cresswellki, strumienie krwi buchają mu z nosa, ust i uszu, twarz ma bladą jak papier, w oczach mu pociemniało, wzywa wuja na pomoc, prosi go o ratunek. Wzywa... prosi... potem błaga... a w końcu przeklina wuja, obiecuje mu, że kiedyś go dostanie, zabije, wykończy... podczas gdy wuj stoi obok, przypatrując się całej scenie z rękami w kieszeniach, czekając spokojnie, aż wszystko się skończy.

W niedługi czas po śmierci pana McCutcheona mój wuj zaczął zachowywać się w sposób, który u starszyzny z zakładu fryzjerskiego zyskał mu najpierw opinię dziwaka... potem odmieńca... a wreszcie "cholernego świra". Na miano "szurniętego jak szczur z wychodka", nadane mu w barwnym żargonie okolic fryzjera, zasłużył sobie znacznie później, lecz mało kto żywił jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że wszelkie osobliwe zmiany w postępowaniu wuja zaczęły się od chwili śmierci George'a McCutcheona.
W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku wuj Otto kazał wybudować naprzeciwko ciężarówki, po drugiej stronie Szosy mały, jednoizbowy domek. Krążyło mnóstwo pogłosek o tym, co stary Otto Schenck zamyśla stworzyć przy Black Henry Road nieopodal Wzgórza Trójcy, ale wuj i tak zaskoczył wszystkich, kiedy po ukończeniu małego budyneczku kazał Chuckiemu Bargerowi pociągnąć go jasnoczerwoną farbą, po czym podarował go miastu jako nową szkołę, prosząc jedynie, by nazwano ją imieniem jego tragicznie zmarłego wspólnika.

Radni z Castle Rock nie wiedzieli, jak mają zareagować. Podobnie zresztą jak pozostali mieszkańcy. Niemal wszyscy uczęszczali kiedyś do takiej jednoizbowej szkoły (albo wydawało im się, że uczęszczali, co na jedno wychodzi), jednakże do sześćdziesiątego piątego wszystkie tego rodzaju placówki zostały zlikwidowane w całym okręgu. Ostatnia taka szkoła, która ocalała w Castle Ridge, została ostatecznie zamknięta rok wcześniej. Obecnie mieściła się tam pizzeria przy drodze numer 117. Miasto miało już nową, murowaną i oszkloną podstawówkę po drugiej stronie miejskiego parku oraz bardzo ładne gimnazjum na Carbine Street. Dzięki swej ekscentrycznej ofercie wuj Otto jednym skokiem przebył całą drogę od "dziwaka" do "cholernego świra".

Radni przesłali na jego ręce pismo (żaden z nich nie miał odwagi, by rozmówić się z nim osobiście), w którym uprzejmie dziękowali mu za szczodry dar i wyrażali nadzieję, że w przyszłości także będzie miał miasto w swej łaskawej pamięci, lecz jednocześnie odmówili przyjęcia w darze malutkiej szkółki, uzasadniając to faktem, że istniejąca infrastruktura w wystarczającym zakresie zaspokaja potrzeby oświatowe miejscowych dzieci. Wuj Otto wpadł w szewską pasję. O, bez obawy, zachowa miasto w swojej pamięci, ale nie tak jak sobie to radni wyobrażają. Przecież nie urwał się z choinki. Umiał jeszcze odróżnić ziarno od plew. Jeśli chcą się teraz próbować, kto komu lepiej dosmrodzi, to wkrótce sami się przekonają, że on potrafi tak dosmrodzić jak skunks, co zjadł kocioł grochówki.

- Więc co teraz? - spytał go mój ojciec, przerywając tę bezładną tyradę. Siedzieli przy stole w kuchni naszego domu. Moja matka wyniosła się z szyciem na górę. Mówiła, że nie lubi wuja Otto. Twierdziła, że rozsiewa taki zapach, jakby kąpał się raz na miesiąc, niezależnie od potrzeb... "a niby taki z niego bogacz" dodawała zawsze, prychając gniewnie. Jego zapach rzeczywiście mógł ją razić, ale sądzę, że jednocześnie bardzo się go bała. Od sześćdziesiątego piątego wuj Otto zaczął nie tylko zachowywać się jak cholerny świr, ale i wyglądać tak, jakby nim był. Chodził zwykle w zielonych portkach roboczych na szelkach, podkoszulku z zimowej, barchanowej bielizny oraz olbrzymich żółtych kaloszach. Kiedy mówił, nieustannie przewracał oczami, kierując spojrzenie w zupełnie'niespodziewanych kierunkach.

- Hę?

- Co teraz zrobisz z tym budynkiem?



- Sam zamieszkam w tym cholerstwie - uciął wuj i jak powiedział, tak zrobił.
Jeśli chodzi o ostatnie lata jego życia, to niewiele jest do opowiadania. Wuj cierpiał na ten przygnębiający rodzaj szaleństwa, o którym często można przeczytać w prasie brukowej. "Bogacz zmarł z niedożywienia w zwykłej czynszówce", "Bank potwierdza: Kobieta grzebiąca w śmietnikach była milionerką", "Zapomniany rekin bankowości umiera w opuszczeniu".

Przeprowadził się do małego, czerwonego domku - w późniejszych latach farba zblakła do jasnego różu - już w następnym tygodniu. Żadne argumenty mojego ojca nie były w stanie odwieść go od tego zamiaru. Rok później sprzedał całą firmę, dla której utrzymania, według moich podejrzeń, popełnił morderstwo. Jego dziwactwa mnożyły się w zastraszającym tempie, lecz zmysł do interesów nie opuścił go ani na chwilę, dlatego też transakcja przyniosła mu znaczący zysk... chociaż "oszałamiający" byłoby chyba tutaj słowem odpowiedniejszym.

Tak więc mój wuj Otto, którego majątek sięgał wtedy około siedmiu milionów dolarów, zamieszkał w malutkiej chatynce przy Black Henry Road. Jego miejską rezydencję zamknięto i zabito deskami. W tym czasie awansował już z "cholernego świra" na "szurniętego jak szczur z wychodka". Następnym krokiem było już określenie może mniej wyszukane, za to brzmiące bardziej złowrogo: "ponoć niebezpieczny dla otoczenia". Po czymś takim należało się jedynie spodziewać żądań oddania wuja pod specjalistyczną opiekę lekarską.

Na swój sposób wuj Otto stał się równie charakterystycznym elementem miejscowego krajobrazu jak ciężarówka po drugiej stronie drogi, aczkolwiek wątpię, by jakikolwiek turysta chciał go kiedykolwiek uwiecznić na swojej fotografii. Zapuścił długą brodę, bardziej żółtą niż siwą, jakby pokrytą nikotynowymi plamami z papierosów, które nieustannie ćmił. Straszliwie utył. Policzki i podbródek obwisły mu w pomarszczonych fałdach zarosłych brudem.

Ludzie często widywali go, jak stał w drzwiach swej dziwacznej posiadłości. Po prostu stał bez ruchu, spoglądając na drogę i rozciągające się za nią pole.

Spoglądając na ciężarówkę - swoją ciężarówkę.


Kiedy wuj Otto przestał przyjeżdżać do miasta, mój ojciec zadbał o to, by nie umarł z głodu. Co tydzień przywoził mu ze sklepu żywność, za którą płacił z własnej kieszeni, ponieważ wuj Otto nigdy nie oddawał mu żadnych pieniędzy. Przypuszczam, że nigdy nawet o tym nie pomyślał. Ojciec zmarł dwa lata przed wujem, którego cała fortuna dostała się w końcu Wydziałowi Leśnictwa Uniwerystetu Maine. Sądzę, że się ucieszyli. Przynajmniej powinni, biorąc pod uwagę wysokość kwoty, jaką otrzymali.

Kiedy w siedemdziesiątym drugim zrobiłem prawo jazdy, często sam woziłem mu zakupy. Z początku wuj Otto traktował mnie nieufnie i podejrzliwie, ale po jakimś czasie lody zostały przełamane. Trzy lata później, w siedemdziesiątym piątym, po raz pierwszy wyznał mi, że ciężarówka z wolna przesuwa się w stronę domu.

W tym czasie studiowałem na Uniwersytecie Maine, ale letnie wakacje spędzałem w domu i wtedy, zgodnie ze starym zwyczajem, woziłem wujowi jego cotygodniowe zakupy. Siedział przy stole, paląc papierosa i wpatrując się we mnie, gdy wypakowywałem puszkowane żarcie, plótł jednocześnie o tym i owym. Pomyślałem, że pewnie zapomniał, kim jestem, czasem miewał wyraźne luki w pamięci... albo udawał, że ma. Pewnego razu sprawił nawet, że poczułem, jak oblewa mnie zimny pot, kiedy słysząc moje kroki zbliżające się ku domkowi, zawołał przez okno: "Czy to ty, George?".

Tamtego lipcowego dnia w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku brutalnie przerwał potok całkiem banalnych wieści z okolicy, jakie mu przyniosłem, aby zachrypłym, gorączkowym głosem zadać mi pytanie:

- Co myślisz o tamtej ciężarówce, Quentin?

Pytanie zadane tak niespodziewanie wydusiło ze mnie absolutnie szczerą odpowiedź:

- Kiedy miałem pięć lat, posikałem się ze strachu w kabinie tego gruchota - powiedziałem. - Myślę, że gdybym wszedł tam teraz, zrobiłbym to samo.

Wuj Otto śmiał się długo i głośno. Obróciłem się i spojrzałem na niego oniemiały. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej słyszałem, jak się śmieje. Ten wybuch zakończył się wyczerpującym atakiem kaszlu, od którego poczerwieniały mu policzki. Potem obrzucił mnie płomiennym spojrzeniem.

- Jest coraz bliżej, Quent - powiedział.

- Co mówisz, wuju? - spytałem. Sądziłem, że znów niespodziewanie zmienił temat, jak to miał w zwyczaju. Może chodziło mu o zbliżającą się gwiazdkę albo milenium, albo ponowne nadejście Chrystusa.

- Ta parszywa ciężarówka - powiedział, spoglądając na mnie porozumiewawczo zmrużonymi oczami, co mi się bardzo nie podobało. - Z każdym rokiem coraz bliżej.

- Czyżby? - zagadnąłem ostrożnie, myśląc, że oto mamy jeszcze jedno, nowe, szczególnie nieprzyjemne urojenie. Wyjrzałem na dwór i rzuciłem okiem na cresswellkę stojącą po drugiej stronie drogi, obrośniętą trawami i na rozciągające się za nią w tle pasma Gór Białych... i przez jedną krótką, szaloną chwilę rzeczywiście wydało mi się, że ciężarówka stoi znacznie bliżej niż przedtem. Szybko zamrugałem oczami i przywidzenie Zniknęło. Pojazd stał dokładnie tam, gdzie zawsze.

- Słowo daję - powiedział. - Z każdym rokiem przysuwa się coraz bliżej.

- O kurczę, chyba potrzebujesz okularów. Ja nie mogę dostrzec żadnej różnicy, wujku.

- Pewnie że nie możesz! - odburknął. - Tak jak nie możesz dostrzec ruchu wskazówki godzinowej na swoim zegarku, prawda? Cholerstwo porusza się zbyt wolno, by to zauważyć... chyba że nie spuszcza się z niej oczu przez cały czas. Tak jak ja nie spuszczam oczu z tej ciężarówki.

Mrugnął do mnie, a ja zadrżałem.

- Dlaczego miałaby się przesuwać? - zapytałem.

- Chce mnie dorwać, dlatego tu pełznie - odparł. - Cały czas zajmuje moje myśli ten gruchot. Któregoś dnia wedrze się tutaj i wtedy nastąpi koniec. Rozjedzie mnie tak samo jak Maca i skończy ze mną raz na zawsze.

Te słowa wywołały u mnie w panikę - a najbardziej przerażający był racjonalny ton, jakim je wypowiadał. W takiej sytuacji reakcją charakterystyczną u każdego młodego człowieka jest próba obrócenia wszystkiego w żart.

- Jeśli ci to tak przeszkadza, będziesz musiał sprowadzić się z powrotem do miasta, wujku - powiedziałem, siląc się na beztroski ton, po którym nikt nie mógłby się domyślić, że czuję, jak na plecach cierpnie mi skóra.

Wuj spojrzał na mnie... a potem na ciężarówkę po drugiej stronie szosy.

- Nie mogę, Quentinie - powiedział. - Czasami człowiek musi pozostać na swoim miejscu i czekać, aż go dopadnie.

- Co takiego? - spytałem, chociaż przypuszczałem, że pewnie chodzi mu o ciężarówkę.

- Przeznaczenie - odpowiedział i ponownie mrugnął... ale wyglądał na przerażonego.

W siedemdziesiątym dziewiątym mój ojciec zapadł na jakąś chorobę nerek, z której właśnie zaczął wychodzić, kiedy ta ostatecznie go dobiła. Podczas licznych odwiedzin w szpitalu jesienią tamtego roku rozmawiałem z nim o wuju. Ojciec miał pewne przypuszczenia dotyczące prawdziwego przebiegu wydarzeń, jakie zaszły w pięćdziesiątym piątym. Były to dosyć łagodne przypuszczenia, które stały się podstawą moich podejrzeń, znacznie poważniejszych. Ale ojciec nie miał pojęcia, jak daleko posunęła się obsesja wuja Otto na tle ciężarówki. Ja wiedziałem. Wuj spędzał niemal całe dnie w drzwiach swojego domku, wpatrując się w samochód. Wpatrując się weń jak człowiek obserwujący swój zegarek, aby dostrzec ruch wskazówki pokazującej godziny.
Gdzieś koło osiemdziesiątego pierwszego wuj Otto postradał resztki zdrowego rozsądku. Jakiś mniej majętny człowiek na jego miejscu już dawno trafiłby do zakładu, ale miliony na koncie bankowym są w stanie usprawiedliwić różne szaleństwa w takiej malutkiej mieścinie jak nasza - szczególnie gdy spora liczba mieszkańców liczy, że taki zbzikowany staruch może coś zapisać miastu w testamencie. Pomimo to, właśnie w osiemdziesiątym pierwszym niektórzy zaczęli na serio mówić o zamknięciu wuja w odpowiednim ośrodku dla jego własnego dobra. Mało zabawne określenie "ponoć niebezpieczny dla otoczenia" zaczęło wypierać "szurniętego jak szczur z wychodka". Od jakiegoś czasu wuj chodził załatwiać potrzebę na pobocze drogi, zamiast udawać się do lasku, gdzie miał swoją wygódkę. Czasami załatwiając się, wygrażał pięścią cresswellce i niejeden przejeżdżający drogą kierowca odnosił wrażenie, że właśnie on jest adresatem żywiołowych pomstowań staruszka.

Czerwona ciężarówka na tle malowniczej panoramy Gór Białych nadal stanowiła atrakcję turystyczną, ale w żadnym wypadku nie dało się tego powiedzieć o wuju sikającym na poboczu z opuszczonymi spodniami i szelkami zwisającymi do kolan.

Ja w owym czasie znacznie częściej nosiłem garnitur niż dżinsy, ale wciąż jeździłem do niego z prowiantem. Próbowałem także przekonać go, aby zaprzestał załatwiania się przy drodze, przynajmniej latem, kiedy wystawiał się na widok przejeżdżających tamtędy kierowców z Michigan, Missouri lub Florydy.

Nigdy jednak nie udało mi się dotrzeć do niego z moimi perswazjami. Jak mógłby zawracać sobie głowę tak mało istotnymi sprawami w chwili, gdy musiał pilnować ciężarówki. Jego fantazje na temat cresswellki zdążyły już przerodzić się w manię. Twierdził, że wóz jest już po jego stronie drogi... a nawet na jego podwórku.

- Zeszłej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i ujrzałem ją, jak stoi tuż pod moim oknem, Quentinie - mówił. - Widziałem jak blask księżyca odbija się od przedniej szyby, nie dalej jak dwa metry od miejsca, gdzie leżałem, i serce niemal mi stanęło. Słyszysz, serce niemal mi stanęło, Quentinie.

Zaprowadziłem go na dwór i pokazałem mu cresswellkę stojącą tam, gdzie zawsze, po drugiej stronie drogi, na polu, które pan McCutcheon wybrał pod swój dom. Ale to nie nie pomogło.

- To jest tylko to, co widzisz, chłopcze - powiedział z niewymowną pogardą. Dłoń trzymająca papierosa drżała, oczy z wywróconymi dziwacznie źrenicami patrzyły w niewiadomym kierunku. - To jest tylko to, co widzisz.

- Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal - powiedziałem, siląc się na dowcip. - Prawda jest taka, wuju: jest tylko to, co widzisz, innych rzeczy po prostu nie ma.

Lecz on trwał przy swoim, jakby w ogóle mnie nie słuchał.

- Ta stara landara omal mnie nie dorwała - wyszeptał. Poczułem, jak przebiega mnie dreszcz. Wcale nie wyglądał na wariata. Oczywiście, sprawiał wrażenie wynędzniałego i przerażonego... ale nie szaleńca. Przez moment przypomniało mi się, jak ojciec wsadzał mnie do szoferki tamtego wozu. Przypomniałem sobie zapach oleju, skóry i... krwi. - Omal mnie nie dorwała - powtórzył wuj.

Udało się jej w trzy tygodnie później.
To właśnie ja go znalazłem. W środę wieczorem jak zwykle pojechałem do niego z dwoma siatkami wyładowanymi prowiantem, które ułożyłem na tylnym siedzeniu samochodu. Wieczór był gorący i parny. Co jakiś czas w oddali rozlegał się stłumiony grzmot. Pamiętam, że byłem bardzo podenerwowany, jadąc w górę Black Henry Road swoim pontiakiem. Miałem przeczucie, że stanie się coś niedobrego, ale przez cały czas próbowałem przekonać samego siebie, że to wszystko sprawka niskiego ciśnienia.

Wziąłem ostatni zakręt i dokładnie w chwili, gdy mały domek wuja znalazł się w moim polu widzenia, miałem niesamowite złudzenie: przez chwilę wydawało mi się, że ta cholerna ciężarówka rzeczywiście podjechała pod same drzwi chatynki, połyskując czerwonym lakierem i strasząc przegniłymi burtami przyczepy. Chciałem natychmiast zahamować, ale zanim moja stopa spoczęła na pedale, zamrugałem i halucynacja rozpłynęła się w powietrzu. Ale wiedziałem już, że wuj Otto nie żyje. Obyło się bez trąb, błyskawic, zwyczajna niezaprzeczalna wiedza. Byłem o śmierci wuja tak przekonany, jak jestem przekonany, że znam rozstawienie mebli we własnym domu.

Z piskiem opon zatrzymałem się przed domem, wysiadłem w pośpiechu i pognałem do środka, nie kłopocząc się o zakupy.

Drzwi były otwarte - nigdy nie zamykał ich na klucz. Kiedyś spytałem go, dlaczego się nie zamyka, na co on, uderzając w ton, jakim się przemawia do niedorozwiniętego wiejskiego ciołka, by wytłumaczyć mu rzeczy oczywiste, wyjaśnił mi, że zamknięcie drzwi na klucz i tak nie powstrzyma cresswellki.

Leżał na swoim łóżku, które stało po lewej stronie jedynej izby - po prawej miał swoją kuchnię. Ubrany był w zielone portki i ciepły barchanowy podkoszulek. Szeroko otwarte oczy wyglądały jak przeszklone. Myślę, że nie żył najwyżej od dwóch godzin. Nie latała nad nim żadna mucha, nie czułem też żadnego smrodu, choć za dnia panował niemiłosierny upał.

- Wuju? - rzuciłem ciche pytanie, nie oczekując żadnej odpowiedzi. Nikt dla przyjemności nie kładzie się na łóżko z szeroko otwartymi i wytrzeszczonymi oczyma. Jeśli cokolwiek wtedy czułem, to ulgę. Nareszcie koniec.

- Wujku? - Podszedłem bliżej. - Wujku...? Zatrzymałem się, gdyż dopiero teraz zauważyłem jak bardzo zniekształconą ma dolną część twarzy - całą opuchniętą i powykręcaną. Po raz pierwszy dostrzegłem, że jego oczy wcale nie wpatrywały się w pustkę niewidzącym wzrokiem, ale miotały gniewne błyski z dna oczodołów. Jednakże ich spojrzenie nie było utkwione w drzwiach ani w suficie. Źrenice zwracały się w stronę malutkiego okienka nad łóżkiem.

"Zeszłej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i ujrzałem ją, jak stoi tuż pod moim oknem, Quentinie. Omal mnie nie dorwała".

"Zmiażdżyło go jak dynię", mówił jeden z mędrców gromadzących się u fryzjera, podczas gdy ja siedziałem na krześle, udając, że czytam "Life", wdychając aromat wody po goleniu i brylantyny.

"Omal mnie nie dorwała, Quentinie".

W izbie czuć było jakiś wyrazisty zapach. Nie był to zapach zakładu fryzjerskiego ani zwykły smród niedomytego starczego ciała.

Była to oleista, tłusta woń, jaka zwykle unosi się w garażu.

- Wujku Otto? - wyszeptałem. Zbliżając się do łóżka, na którym leżał, czułem się tak, jak gdybym się kurczył i malał, lecz ubywało mi nie tylko centymetrów, ale również i lat... znów byłem dwudziestolatkiem, piętnastolatkiem, ośmiolatkiem, sześciolatkiem... a w końcu pięciolatkiem. Ujrzałem własną małą, drżącą rączkę, jak wyciąga się ku nabrzmiałej twarzy wuja. A gdy moja dłoń nakryła mu usta, podniosłem wzrok i ujrzałem okno w całości wypełnione połyskującą złowrogo przednią szybą cresswellki - i chociaż wszystko trwało ledwie chwilę, gotów jestem przysiąc na Biblię, że nie było to żadne przywidzenie. Ciężarówka stała tam, w oknie, nie dalej niż dwa metry ode mnie.

Wcześniej ułożyłem kciuk na jednym policzku wuja, a cztery pozostałe palce na drugim, zapewne po to, by zbadać dziwaczną opuchliznę. Gdy ujrzałem ciężarówkę w oknie, odruchowo próbowałem zacisnąć dłoń w pięść, zapominając o tym, że trzymam ją na dolnej części twarzy nieboszczyka.

W tej samej chwili samochód ulotnił się jak dym lub jak duch, którym pewnie był. Jednocześnie usłyszałem jakiś ohydny, wilgotny odgłos, jaki wydaje strumień tryskającego skądś płynu. Gorąca ciecz wypełniła moją dłoń. Spojrzałem w dół, czując pod palcami nie tylko zwiotczałe nagle ciało i wilgoć, ale także coś twardego i kanciastego. Przyjrzałem się temu uważnie i wtedy właśnie z mojego gardła wydobył się wrzask. Z ust i nosa wuja ciekł strumieniami olej. Olej sączył się także z kącików jego oczu niczym łzy. Olej Diamond Gem, tani produkt utylizacji, sprzedawany w dwudziestolitrowych plastikowych kanistrach - świństwo, którym pan McCutcheon zawsze raczył silnik cresswellki.



1   ...   33   34   35   36   37   38   39   40   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna