Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona36/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   32   33   34   35   36   37   38   39   ...   49

Przespałem cały sztorm. Być może trwał nie dwa, ale trzy dni, albo tylko jeden, lecz mam wrażenie, że ściemniało się dwa razy. Uwielbiam spać. Nic mnie wtedy nie boli, nic nie swędzi. Jestem pewien, że jakoś z tego wyjdę. Nie może być, żeby człowiek przeszedł przez coś takiego na próżno.

U Świętej Rodziny był pewien ksiądz, nieduży człowieczek, który uwielbiał rozprawiać o piekle i grzechach śmiertelnych. Taki był jego konik. Uważał, że nie ma możliwości odkupienia grzechu śmiertelnego. Teraz mi się przyśnił. Ojciec Hailley stał przede mną w czarnej sutannie, z tym swoim czerwonym od whisky nosem, groził mi palcem i mówił: "Wstydź się, Richardzie Pinzetti... popełniłeś grzech śmiertelny... jesteś już potępiony, chłopcze... potępiony...".

Roześmiałem mu się w twarz. Jeśli to nie jest piekło, to nie wyobrażam sobie, jak mogłoby wyglądać. A jedynym autentycznym grzechem śmiertelnym jest zwątpienie.

W przerwach między majaczeniami odchodzę od zmysłów z powodu swędzenia kikutów. Jednocześnie ani na chwilę nie przestają mnie boleć - wszechobecna wilgoć jeszcze bardziej pogarsza sprawę.

Mimo to nie poddam się. Daję słowo. Moje cierpienie nie może pójść na marne.
12 lutego

Słońce znowu świeci. Piękny dzień. Mam nadzieję, że chłopcom z sąsiedztwa przymarzają tyłki.

To był dla mnie dobry dzień, chyba najlepszy do tej pory. Gorączka trochę opadła; co prawda, kiedy wypełzłem z kryjówki, byłem potwornie osłabiony i dygotałem jak galareta, ale po dwóch czy trzech godzinach wylegiwania się w promieniach słońca na ciepłym piasku znowu poczułem się niemal jak człowiek.

Potem popełzłem na południowy skraj wyspy, gdzie fale wyrzuciły na brzeg sporo kawałków drewna, w tym parę desek z mojej szalupy. Zdrapałem z nich wszystkie glony i porosty, i zjadłem. Smakowało okropnie, jak plastikowa zasłonka od prysznica, ale od razu nabrałem sił.

Odciągnąłem drewno żeby wyschło, tak daleko, jak mogłem. Mam przecież całe pudełko wodoodpornych zapałek. Jeśli niedługo ktoś zjawi się w pobliżu, rozpalę ogień, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jeśli nie - wreszcie coś ugotuję. A teraz trochę się zdrzemnę.
13 lutego

Zabiłem małego kraba, upiekłem i zjadłem. Jestem prawie gotów znowu uwierzyć w istnienie Boga.


14 lutego

Dopiero dziś zauważyłem, że podczas sztormu fale zabrały większość kamieni tworzących napis POMOCY. Ale przecież od sztormu minęło... ile?... chyba trzy dni. Czy to możliwe, żebym był aż tak naćpany? Muszę wziąć się w garść i zmniejszyć dawki. A co by było, gdyby w tym czasie w pobliżu pojawił się jakiś statek?

Ułożyłem napis na nowo. Zajęło mi to prawie cały dzień, a teraz jestem potwornie zmęczony. Szukałem kraba tam, gdzie złapałem poprzedniego, ale bez rezultatu. Pokaleczyłem sobie ręce, więc pomimo zmęczenia musiałem jeszcze zdezynfekować rany jodyną. Muszę dbać o ręce. Za wszelką cenę.
15 lutego

Dziś na szczycie skały usiadła mewa. Odleciała, zanim zdołałem się zbliżyć. Życzyłem jej, żeby trafiła do piekła i do końca wieczności wydziobywała małe, nabiegłe krwią oczka ojca Hailleya.

Cha, cha!

Cha!
17(?) lutego

Amputowałem prawą nogę w kolanie. Straciłem mnóstwo krwi. Pomimo heroiny ból okropny. Zwyczajny człowiek na pewno by tego nie przeżył. Jak bardzo pacjentowi zależy na tym, żeby przeżyć? Jak bardzo?

Trzęsą mi się ręce. Jeśli mnie zawiodą, będzie po mnie. Nie mają prawa mnie zawieść. Nie mają prawa. Zawsze się o nie troszczyłem. Jeśli mnie zawiodą, pożałują tego.

Przynajmniej nie jestem głodny.

Deska z mojej szalupy pękła w połowie. Na końcu jednej części pozostał długi, gruby i ostry zadzior. Posłużył mi za ruszt. Ślina ciekła mi strumieniami, ale zaczekałem do wieczora. A potem myślałem o... och, o przyjęciach pod gołym niebem. Will Hammersmith miał przy swoim domu na Long Island tak wielki grill, że można by tam upiec świnię w całości. Siadywaliśmy o zmierzchu na werandzie ze szklaneczkami w rękach, rozmawialiśmy o technikach operacyjnych albo o golfie, albo o czymkolwiek, wdychając niesiony wiatrem, aromatyczny zapach pieczonej wieprzowiny. Na Judasza! Słodki, wspaniały zapach pieczonej wieprzowiny...


(?) lutego

Druga noga, też w kolanie. Potem przez cały dzień chciało mi się spać. "Panie doktorze, czy ta operacja była konieczna?". Cha, cha. Ręce trzęsą mi się jak starcowi. Nienawidzę ich. Pod paznokciami zaschnięta krew. Strupy. Pamiętacie tego manekina z przezroczystym brzuchem? Tak właśnie się czuję. Tyle że nie chcę patrzeć. Ani trochę. Jak to mawiał Nicolo? "Czemu nie, mogę pójść z tą cizią, ale nie chcę na nią patrzeć. Ani trochę". Stary dobry Nicolo. Czasem żałuję, że wyprowadziłem się z sąsiedztwa. Nogi same się rwą, żeby tam wrócić. Cha, cha.

Na szczęście zdaję sobie sprawę, że po rehabilitacji, z protezami najnowszej generacji, mogę jeszcze być jak nowy. Wrócę tu i będę wszystkim mówił: "To tutaj wszystko się wydarzyło".

Cha, cha, cha!


23 (?) lutego

Znalazłem martwą rybę. Była w stanie zaawansowanego rozkładu, potwornie cuchnęła, ale ją zjadłem. Długo walczyłem, żeby się nie porzygać. Wyjdę z tego. Naćpany, podziwiam zachody słońca.


Luty

Boję się, ale muszę. Tylko czy uda mi się podwiązać tętnicę udową? Tak wysoko jest gruba jak pieprzona rura wodociągowa.

Jakoś musi się udać. Tym długopisem narysowałem linię cięcia w górnej części uda. Tam jeszcze zostało trochę mięsa.

Gdybym tylko przestał się ślinić...


Lu

W najbliższej... restauracji... McDonald'sa... czeka... na ciebie... pyszny zestaw... podwójny befsztyk... chrupiąca satata... cebula... rzodkiewka... a to wszystko... w świeżej... chrupiącej... bułce sezamowej... O la la... la la... la la la...


Lu ty

Dziś zobaczyłem swoje odbicie w wodzie. Czaszka obciągnięta skórą. Czy już postradałem zmysły? Z pewnością. Jestem potworem, dziwolągiem. Nic poniżej pasa. Głowa przytwierdzona do tułowia, wędrująca po plaży za pomocą łokci. Zupełnie jak krab. Naćpany krab. Może dałoby się coś na tym zarobić: "Hej, koleś, jestem biedny naćpany krab, może odpalisz mi parę centów?".

Cha, cha, cha.

Jeśli rzeczywiście stajesz się tym, co jesz, to ja WCALE SIĘ NIE ZMIENIŁEM!!! Dobry Boże wstrząs pourazowy wstrząs pourazowy CZEGOŚ TAKIEGO W OGÓLE NIE MA.


4011

Śnił mi się mój ojciec. Po pijanemu zapominał, jak się mówi po angielsku. Nieistotne, bo i tak nie miał nic sensownego do powiedzenia. Pieprzony dupek. Nawet nie masz pojęcia tatusiu jaka to była przyjemność przerosnąć cię o kilkadziesiąt głów ty cholerny tłusty pieprzony dupku ty beznadziejny fagasie ty wielkie okrągłe zero. Wiedziałem, że mi się uda. Przerosłem cię, może nie? Dzięki moim rękom.

Ale moje ręce już nie mają czego robić. Wczoraj obciąłem sobie małżowiny.
ręka rękę myje niech nie wie prawica co czyni lewica temu dała na miseczkę temu dała na łyżeczkę

Cha cha cha

Co za różnica. Ta ręka czy tamta. Dobre mięso dobre jedzenie dobry Boże siadamy do stołu.
palce lizać naprawdę palce lizać
Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


CIĘŻARÓWKA WUJA OTTO
Możliwość spisania tego wszystkiego sprawia mi ogromną ulgę.

Od czasu kiedy znalazłem mojego wuja Otto martwego, bardzo źle sypiam i wiele razy poważnie zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zwariowałem... albo czy czasem nie jestem o krok od szaleństwa. W pewnym sensie łatwiej byłoby mi znieść to wszystko, gdybym nie miał jej tutaj, w swoim pokoiku, gdzie mogę się jej przyglądać, brać ją do ręki i ważyć w dłoni, kiedy tylko zechcę. Tyle że wcale nie chcę. Nie chcę jej dotykać. Czasem jednak nie mogę się powstrzymać.

Gdybym nie zabrał jej z małej, jednoizbowej chatynki wuja, kiedy z niej uciekałem, mógłbym spróbować wytłumaczyć sobie, że to wszystko było jedynie przywidzeniem - złudzeniem przepracowanego umysłu poddanego jednoczesnemu działaniu zbyt dużej ilości bodźców. Ale mam ją tutaj. Kiedy biorę ją do ręki, wyraźnie czuję jej ciężar.

Bo widzicie, to wszystko zdarzyło się naprawdę.

Większość z was, czytając to krótkie wspomnienie, z pewnością mi nie uwierzy, chyba że coś podobnego wam również się przydarzyło. Wydaje mi się, że cel, który sobie obrałem jako autor tych zapisków, oraz cel, do którego doprowadzi was ich lektura, znajdują się na przeciwnych biegunach. Widzę już, że szukając uśmierzenia dla swych niepokojów, narażę się na gorycz ośmieszenia, ponieważ tam gdzie ja chcę znaleźć ulgę, wy dojrzycie blagę. Ale opowiem całą historię, tak czy inaczej. Wierzcie sobie lub nie, jak tam chcecie.
Każda opowieść grozy bądź sięga w przeszłość, by szukać tam mrocznej genezy opisywanych wydarzeń, bądź też odkrywa jakąś posępną tajemnicę. W mojej historii będzie i geneza, i tajemnica. Najpierw sięgnijmy więc w przeszłość... opowiem wam, jak doszło do tego, że mój wuj Otto - człowiek, jak na stosunki panujące w okręgu Castle, bajecznie bogaty - spędził ostatnie dwadzieścia lat swojego życia w jednoizbowej chatynce bez prądu, wody i kanalizacji, przy bocznej drodze wiodącej do malutkiego miasteczka.

Wuj Otto urodził się w tysiąc dziewięćset piątym roku jako najstarsze spośród pięciorga dzieci w rodzinie Schencków. Mój ojciec, urodzony w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym, był najmłodszy z rodzeństwa. Ja z kolei byłem najmłodszym dzieckiem mojego ojca, a urodziłem się w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym, tak więc odkąd pamiętam, wuj Otto zawsze wydawał mi się bardzo stary.

Wzorem wielu przedsiębiorczych Niemców, moi dziadkowie przybyli do Ameryki ze swoimi oszczędnościami. Dziadek osiedli się w Derry ze względu na rozwijający się tam przemysł drzewny, na którym trochę się znał. W interesach wiodło mu się niezgorzej, tak więc wkrótce zapewnił swojemu potomstwu dość komfortowe warunki życia.

Dziadek zmarł w tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym roku. Wuj Otto, wówczas dwudziestoletni, był jedynym z rodzeństwa, który otrzymał po swym ojcu całą spuściznę. Przeniósł się do Castle Rock i zaczął spekulować na rynku nieruchomości. Przez następne pięć lat udało mu się zbić znaczną fortunę na handlu lasami i gruntami. Kupił sobie ogromny dom na wzgórzu Castle, utrzymywał służbę i w pełni korzystał ze statusu młodego, względnie przystojnego ("względnie", ponieważ nosił okulary) kawalera, który dla każdej panny stanowił znakomitą partię. Nikt nie uważał go jeszcze za dziwaka. To przyszło znacznie później.

Podczas krachu w dwudziestym dziewiątym poniósł straty - nie tak wielkie jak inni, ale zawsze. Utrzymywał swoje wielkie domostwo na wzgórzu Castle do tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego, kiedy to postanowił je spieniężyć, ponieważ nadarzyła się niebywała okazja zakupienia olbrzymich połaci lasu wystawionych na sprzedaż po śmiesznie niskiej cenie, on zaś nabrał ogromnej ochoty na te tereny. Lasy należały do spółki New England Paper.

Firma New England Paper istnieje do dziś i gdyby ktoś z was chciał zakupić jej akcje, to zachęcałbym gorąco do takiej inwestycji. Ale w trzydziestym trzecim firma oferowała ogromne połacie gruntów za cenę, po jakiej sprzedawano pogorzeliska, podejmując kolejne desperackie próby obrony przed bankructwem.

Ile ziemi chciał zakupić mój wuj? Oryginalny egzemplarz owianej legendą umowy gdzieś zaginął, a dane zawarte w późniejszych sprawozdaniach znacznie się od siebie różnią... ale tak czy inaczej było tego ponad cztery tysiące akrów. Większość terenów znajdowała się w okręgu Castle Rock, ale ciągnęły się one aż po Waterford i Harlow. W chwili gdy zawierano umowę, firma New England Paper oferowała je po dwa dolary pięćdziesiąt centów za akr... o ile nabywca weźmie wszystko.

W tym wypadku cena całości wynosiła ponad dziesięć tysięcy dolarów. Wuj Otto nie dysponował taką kwotą, dlatego znalazł sobie wspólnika - człowiek nazywał się George McCutcheon i także pochodził z Północy. Mieszkańcom Nowej Anglii nazwiska Schenck i McCutcheon na pewno są bardzo dobrze znane. Co prawda firma o takiej nazwie została wykupiona już dawno temu, ale wciąż w czterdziestu miastach Nowej Anglii można znaleźć sklepy z narzędziami opatrzone szyldem "Schenck i McCutcheon", a pomiędzy Central Falls a Derry pełno jest składów drzewnych Schencka i McCutcheona.

McCutcheon był potężnym, muskularnym mężczyzną z wielką, czarną brodą. Podobnie jak wuj Otto nosił okulary. Tak samo jak wuj Otto odziedziczył pewną sumę pieniędzy. Musiała to być suma dość pokaźna, ponieważ po połączeniu sił z wujem udało im się sfinalizować całą transakcję bez większych kłopotów. Obaj mieli żyłkę awanturniczą i dobrze się nawzajem rozumieli. Ich spółka przetrwała przez dwadzieścia dwa lata - do roku, w którym się urodziłem - i przez cały ten czas obaj zaznali wyłącznie sukcesów i dobrobytu.

Ale wszystko zaczęło się od nabycia tych czterech tysięcy akrów, które objeżdżali razem furgonetką McCutcheona, gdy pokonywali leśne szlaki i trakty drwali, przez większość czasu na pierwszym biegu, wytrząsając tyłki na wybojach i grzęznąc w rozlewiskach, a także regularnie zmieniając się za kierownicą; dwaj młodzi mężczyźni, którzy stali się ziemskimi potentatami Nowej Anglii w mrocznych głębiach wielkiego kryzysu.


Nie mam pojęcia, gdzie pan McCutcheon natrafił na tę ciężarówkę. Był to wóz nieistniejącej już marki Cresswell, jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie. Miał ogromną kabinę pomalowaną na zewnątrz jaskrawoczerwonym lakierem, szerokie stopnie nadwozia oraz elektryczny rozrusznik, lecz w razie jego awarii można było uruchomić pojazd korbą, aczkolwiek należało przy tym zachować daleko idącą ostrożność, gdyż w przeciwnym razie korba mogła odbić w drugą stronę i złamać kręcącemu rękę. Skrzynia ładunkowa ciężarówki miała długość niemal siedmiu metrów i drewniane burty, ale najbardziej utkwił mi w pamięci kształt maski. Podobnie jak kabina, maska była pomalowana na krwistoczerwony kolor. Aby dostać się do silnika, należało unieść do góry dwie stalowe pokrywy, po jednej z każdego boku. Chłodnica znajdowała się na wysokości klatki piersiowej dorosłego człowieka. Pojazd przypominał olbrzymie, ohydne monstrum.

Ciężarówka pana McCutcheona nieustannie psuła się i była naprawiana, psuła się i była naprawiana. Kiedy ostatecznie odmówiła posłuszeństwa, uczyniła to w nader spektakularny sposób. Zupełnie jak jednokonny rydwan z poematu Holmesa.



Pan McCutcheon i wuj Otto jechali Black Henry Road pewnego dnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku i, jak przyznaje sam wuj, obaj byli zalani w trupa. Wuj Otto wrzucił jedynkę, żeby mogli wjechać na Wzgórze Trójcy. Wjazd poszedł mu całkiem nieźle, ale ponieważ był pijany, zapomniał o wrzuceniu wyższego biegu, kiedy już zjeżdżali z przeciwległego stoku wzniesienia. Stary, sfatygowany silnik cresswellki przegrzał się. Ani pan McCutcheon, ani wuj nie zauważyli, jak wskazówka na kontrolce temperatury mija czerwoną kreskę graniczną, oznaczoną literą H po prawej stronie cyferblatu. U stóp wzgórza nastąpiła eksplozja, która wysadziła do góry składane blachy po bokach maski, upodabniając je do olbrzymich, czerwonych skrzydeł smoka. Zakrętka wlewu chłodnicy z impetem wystrzeliła w bezchmurne niebo. Z wnętrza zbiornika buchnął gejzer pary. Zaraz potem strumień gorącego oleju zalał przednią szybę. Wuj Otto z całej siły nacisnął stopą hamulec, lecz ciężarówka już od dobrego roku miała nieprzyjemny zwyczaj strzykania płynem hamulcowym, w związku z czym pedał jedynie zagłębił się mocno w gumową wycieraczkę. Wuj całkowicie stracił panowanie nad kierownicą i wkrótce zjechali z drogi, najpierw do rowu, potem na ciągnące się za rowem pole. Gdyby tam cresswellka utknęła, wszystko mogło skończyć się dobrze. Tymczasem silnik wciąż pracował i najpierw wystrzelił jeden tłok, a następnie jeszcze dwa, niczym race w Dzień Niepodległości. Jeden z tłoków, jak opowiadał wuj, z potwornym zgrzytem przebił się przez drzwi po jego stronie, które zaraz potem same się otworzyły. Przez powstały otwór spokojnie można było przecisnąć zaciśniętą pięść. W końcu zatrzymali się pośrodku pola porośniętego sierpniową nawłocią. Mieliby stamtąd wspaniały widok na panoramę Gór Białych, gdyby przednia szyba nie była cała zalana olejem Diamond Gem.
To była ostatnia jazda cresswellki pana McCutcheona. Nigdy już nie ruszyła się z tamtego pola. Nie usłyszeli protestów ze strony właściciela gruntu, gdyż był on wspólną własnością niefortunnych kierowców. Otrzeźwiawszy gwałtownie pod wpływem dramatycznych doświadczeń, obaj mężczyźni wyszli na zewnątrz, aby oszacować straty. Żaden z nich nie był mechanikiem, ale i bez takich kwalifikacji każdy by zauważył, że rany pojazdu były śmiertelne. Wuj Otto przeżył wstrząs - przynajmniej tak mówił mojemu ojcu - i zaoferował się zapłacić za zniszczoną ciężarówkę. George McCutcheon powiedział mu, żeby się nie wygłupiał. W ogóle pan McCutcheon wpadł w stan przypominający ekstazę. Omiótł wzrokiem pole, przepyszną panoramę gór i w jednej chwili zdecydował, że w tym właśnie miejscu zbuduje sobie na starość dom. Oznajmił to wujowi tonem, który zazwyczaj rezerwuje się dla uroczystych chwil religijnego nawrócenia. Wrócili na drogę i złapali przejeżdżającą furgonetkę z piekarni Cushmana, która podwiozła ich do Castle Rock. Pan McCutcheon powiedział mojemu ojcu, że w całym tym wydarzeniu dostrzegł palec Boży - od dawna już bowiem szukał jakiegoś dogodnego miejsca i nagle okazało się, że miał je zawsze pod bokiem, na tym polu, które mijali trzy lub cztery razy w tygodniu, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. To palec Boży, powtarzał, nie wiedząc, że dwa lata później zginie na tym samym polu przygnieciony przednią częścią własnej ciężarówki, która stała się własnością wuja Otto w chwili, gdy jego wspólnik zszedł z tego świata.
Pan McCutcheon zapłacił Billy'emu Doddowi z pomocy drogowej, by pojechał swoim wozem do cresswellki i obrócił ją przodem do drogi, gdyż - jak mówił - chciał spoglądać na nią za każdym razem, kiedy będzie tamtędy przejeżdżał, i rozkoszować się myślą, że następnym razem, kiedy Billy Dodd przyjedzie po starą landarę i usunie ją na dobre, to po to, by w chwilę później na pole mogła wejść brygada budowlana, aby kopać fundamenty pod jego dom. Był bowiem człowiekiem cokolwiek sentymentalnym, aczkolwiek nie na tyle, żeby pozwolić, aby jakiekolwiek sentymenty przeszkodziły mu w zarobieniu choćby dolara. Kiedy pewien drwal nazwiskiem Baker zgłosił się do niego rok później z propozycją odkupienia kół cresswellki wraz z oponami i całą resztą, ponieważ rozmiarem pasowały do jego wozu, pan McCutcheon bez chwili wahania wyciągnął od mężczyzny 20 dolarów. A nie zapominajmy, że był to człowiek, którego majątek szacowano wówczas ma milion dolarów. Polecił również Bakerowi, aby wsparł ciężarówkę na odpowiednich bloczkach. Powiedział, iż przejeżdżając przez tamte okolice, nie życzy sobie oglądać własnej ciężarówki postawionej bezpośrednio na ziemi, skrytej wśród wyrastających na wysokość biodra źdźbeł trawy, tymotki i nawłoci, niczym jakiś porzucony wrak. Baker zastosował się do jego polecenia. W rok później ciężarówka zsunęła się z bloczków i śmiertelnie przygniotła swojego właściciela. Starzy ludzie z lubością opowiadali sobie tę historię, na koniec nieodmiennie wyrażając nadzieję, że stary Georgie McCutcheon zdążył poużywać sobie za te dwadzieścia dolców, które wydębił za koła od starej ciężarówki.
Całe dzieciństwo i młodość spędziłem w Castle Rock. W chwili moich narodzin ojciec mój przepracował już dla firmy "Schenck i McCutcheon" prawie dziesięć lat, a ciężarówka, która wraz z całym majątkiem pana McCutcheona przeszła na własność dziadka, miała zająć poczesne miejsce w moim życiu. Moja matka robiła zakupy w sklepie Warrena w Bridgton, dokąd można było się dostać tylko drogą wiodącą obok Wzgórza Trójcy. Tak więc za każdym razem, kiedy tamtędy przejeżdżaliśmy, widzieliśmy ciężarówkę tkwiącą pośrodku pola na tle panoramy Gór Białych. Nie stała już na bloczkach - wuj Otto twierdził, że jeden nieszczęśliwy wypadek to i tak o jeden za dużo. Jednakże na samą myśl o wydarzeniach, jakie rozegrały się w tym miejscu, zaraz zaczynałem trząść swoimi krótkimi spodenkami.

Stała tam niezmiennie - latem, jesienią, gdy dęby i wiązy okalające pole z trzech stron zmieniały się w płonące pochódnie, stała zimą, kiedy zaspy nieraz zakrywały jej przednie reflektory przypominające oczy ogromnego owada, nadając jej wygląd mastodonta zaciekle broniącego się przed wciągnięciem przez białe ruchome piaski, stała wiosną, kiedy pole zamieniało się w ogromne trzęsawisko marcowego błota i można było się dziwić, dlaczego jeszcze nie zapadła się w rozmiękłą ziemię. Gdyby nie leżące pod spodem pokłady solidnej skały, prawdopodobnie dawno by już to się stało. Przez wszystkie mijające pory roku i lata, ciężarówka stała na swoim miejscu.

Raz nawet byłem w środku. Pewnego dnia, gdy jechaliśmy na targ we Fryeburgu, mój ojciec zatrzymał się na skraju drogi, wziął mnie za rękę i wyprowadził na pole. To musiało być gdzieś w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym albo sześćdziesiątym pierwszym, tak mi się przynajmniej wydaje. Widok ciężarówki napawał mnie strachem. Nieraz słyszałem opowieści o tym, jak zsunęła się z klocków i zmiażdżyła wspólnika mego wuja. Miałem okazję nasłuchać się tej historii u fryzjera, siedząc cichutko jak mysz pod miotłą, ukryty za szeroko rozpostartym tygodnikiem "Life", którego i tak nie byłem w stanie czytać, chwytając uchem słowa mężczyzn wspominających, jak pan McCutcheon został przygnieciony, i z przekąsem wyrażających nadzieję, że stary Georgie zdążył chociaż poużywać sobie za tamte dwadzieścia dolców, które dostał za koła. Jeden z nich - mógł to być nawet sam Billy Dodd, ojciec szalonego Franka - mawiał, że pan McCutcheon wyglądał jak "dynia, którą rozjechał traktor". Te słowa prześladowały mnie w myślach przez długie miesiące... ale mój ojciec, rzecz jasna, nie miał o tym zielonego pojęcia.

Mojemu ojcu wydawało się, że pewnie chciałbym posiedzieć sobie w kabinie tego starego gruchota. Widział, jak uporczywie wlepiam oczy w ciężarówkę za każdym razem, kiedy ją mijamy, i przypuszczalnie wziął lęk, jaki we mnie wzbudzała, za przejaw fascynacji.

Pamiętam nawłoć, jej kwiatki, których jasnożółta barwa przygasła ścięta październikowym chłodem. Pamiętam smak poszarzałego powietrza, gorzkawy, a przy tym cierpki, oraz srebrny poblask zwiędłej trawy. Pamiętam suchy szelest źdźbeł pod naszymi stopami. Lecz najbardziej utkwił mi w pamięci widok ciężarówki wyrastającej przed nami, coraz większej i większej, witającej nas groźnie wyszczerzoną chłodnicą, krwistą czerwienią lakieru, zamglonym spojrzeniem przedniej szyby. Pamiętam, jak z wolna zalewała mnie fala strachu, zimniejsza i ciemniejsza niż przenikliwe powietrze, kiedy ojciec ujął mnie pod pachy i uniósł na wysokość kabiny, mówiąc: "Pojedź nią aż do Portland, Quentin... właź!". Pamiętam, jak wiatr muskał mi policzki, gdy wznosiłem się coraz wyżej i wyżej aż do chwili, kiedy jego rześki powiew został zastąpiony duszną wonią starego oleju Diamond Gem, popękanej skóry na siedzeniach, mysich odchodów i... przysięgam... krwi. Pamiętam, jak z trudem powstrzymywałem łzy, podczas gdy ojciec stał na dole, uśmiechając się do mnie szeroko, najwyraźniej przekonany, że zapewnia mi niesamowite emocje (tak było w istocie, ale były to zupełnie inne emocje, niż on sobie wyobrażał). Nagle nabrałem niezbitej pewności, że za chwilę ojciec odejdzie na parę kroków lub przynajmniej odwróci się plecami, a wtedy ciężarówka mnie pożre... pożre mnie żywcem. A to, co później wypluje, będzie wyglądało na jakieś przeżute resztki, na coś, co ustąpiło pod naporem ogromnej siły i... rozpękło się. Niczym dynia rozjechana przez traktor.

Wybuchnąłem płaczem i mój ojciec, który był wspaniałym facetem, wyciągnął mnie z ciężarówki, uspokoił i zaniósł z powrotem do naszego samochodu.

Niósł mnie na rękach, przyciskając do piersi, a ja spoglądałem ponad jego ramieniem na oddalającą się ciężarówkę stojącą pośrodku pola, z wystającą ogromną chłodnicą i ciemnym okrągłym otworem na końcówkę korby, który wyglądał jak jakiś upiornie przesunięty oczodół, i chciałem mu powiedzieć, że poczułem zapach krwi i że właśnie dlatego się rozpłakałem. Nie wiedziałem jednak, jak mam to zrobić. Myślę, że i tak by mi nie uwierzył.

Jako pięciolatek, który wciąż wierzył w Świętego Mikołaja, Zajączka Wielkanocnego i Czarnego Luda, byłem pewny, że te potworne, przerażające przeczucia, które osaczyły mnie w chwili, gdy zostałem umieszczony przez ojca w szoferce, pochodziły od samej ciężarówki. Jednak dopiero po dwudziestu dwóch latach nabrałem przekonania, że to nie cresswellka zamordowała George'a McCutcheona. Że zrobił to wuj Otto.



1   ...   32   33   34   35   36   37   38   39   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna