Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona34/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   30   31   32   33   34   35   36   37   ...   49

Potem jakaś dziewczyna stanęła na palcach, żeby pocałować swojego faceta i tego już nie wytrzymałem. Szczeciniasta, wykręcona mordka z czarnymi ślepkami jak ziarenka śrutu, zęby wyzierające z pyszczka...

Uciekłem.

Na chwilę zatrzymałem się w korytarzu, zdezorientowany. Niedaleko była łazienka, ale minąłem ją i wszedłem na górę.

Szatnia znajdowała się na trzecim piętrze. Ostatnie stopnie przeskakiwałem biegiem. Otworzyłem drzwi i wpadłem do kabiny prysznicowej. Zwymiotowałem pośród zmieszanych woni maści, potu i skóry. Muzyka rozbrzmiewała w wielkim oddaleniu, tutaj trwała nieskalana cisza. Ukoiła mnie.
Musieliśmy się zatrzymać przy Southwest Bend. Z niezrozumiałych powodów wspomnienie tańców podnieciło mnie. Zacząłem się trząść.

Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się ciemnymi oczami.

- Teraz?

Nie mogłem jej odpowiedzieć. Za bardzo dygotałem. Powoli skinęła głową w moim imieniu.

Wjechałem w odnogę szosy numer 7, która w lecie pewnie służyła do transportu ściętych drzew. Nie zagłębiałem się w nią za bardzo, bo bałem się ugrzęznąć. Wyłączyłem światła. Płatki śniegu zaczęły bezgłośnie osiadać na szybie.

- Czy kochasz? - spytała niemal serdecznie.

Z moich ust uchodził jakiś dźwięk, jakby ktoś go ze mnie wyrywał. Pewnie dobrze wyrażał myśli złapanego w sidła królika.

- Tutaj - powiedziała. - Tak, tutaj. To była ekstaza.


Omal nie utknęliśmy na tej bocznej drodze. Po szosie przejechał pług śnieżny, migający w czerni nocy pomarańczowymi światłami. Zepchnął w naszym kierunku wielki zwał śniegu.

W bagażniku policyjnego samochodu znalazłem szuflę. Przez pół godziny przekopywałem się przez śnieżną hałdę. Kiedy skończyłem, była już północ. Tymczasem ona włączyła policyjne radio, z którego dowiedzieliśmy się wszystkiego, o co nam chodziło. Znaleziono ciała Blanchette'a i chłopaka z furgonetki. Policjant nazywał się Essegian, śmieszne nazwisko. Był kiedyś taki zawodnik w Dodgersach. Może zabiłem mu krewnego. Nie zrobiło mi różnicy, że poznałem jego nazwisko. Za bardzo się do nas zbliżył i wszedł nam w drogę.

Wróciliśmy na główną szosę.

Czułem jej podniecenie, napięte, rozpalone, wrzące. Zatrzymałem się na chwilę, oczyściłem ręką przednią szybę i ruszyliśmy.

Przejechaliśmy przez zachodnie Castle Rock. Jakoś sam się domyśliłem, gdzie mam skręcić. Ośnieżony znak potwierdzał, że to Stackpole Road.

Pług tutaj nie dotarł, ale ktoś już tędy jechał. Ślady opon w nieustannie padającym śniegu wyglądały na całkiem świeże.

Kilometr, potem mniej. Jej napięte skupienie i pragnienie napływały do mnie. Znowu zacząłem się denerwować. Wyjechaliśmy zza zakrętu i nadzialiśmy się na furgonetkę z elektrowni, jaskrawoczerwoną, pulsującą światłami w kolorze krwi. Blokowała nam drogę.

Trudno sobie wyobrazić jej wściekłość - właściwie naszą, ponieważ po tym, co zaszło, staliśmy się jednością. Trudno sobie wyobrazić to narastające uczucie gwałtownej paranoi, przekonanie, że wszystko sprzysięgło się przeciw nam.

Było ich dwóch. Jeden wyglądał jak pochylony cień w ciemnościach. Drugi trzymał latarkę. Podszedł do nas; kołysząca się plama światła wyglądała jak trupie oko. To nie była sama nienawiść. Także strach - strach, że w ostatniej chwili odbiorą nam wszystko.

Mężczyzna coś krzyczał. Opuściłem okno.

- Nie możecie przejechać! Spadła linia wysokiego napięcia! Wracajcie na Bowen Road! Nie może...

Wysiadłem z samochodu, uniosłem dubeltówkę i wygarnąłem z obu luf. Rzuciło go na pomarańczową furgonetkę, a ja zatoczyłem się i oparłem o samochód. Osunął się powolutku na ziemię, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Upadł w śnieg.

- Mamy jeszcze naboje? - spytałem.

- Tak. - Podała mi je. Usunąłem łuski, a na ich miejsce włożyłem nowe.

Kolega mężczyzny wyprostował się i patrzył na nas ze zdumieniem. Krzyknął coś, czego przez ten wiatr nie dosłyszałem. Brzmiało jak pytanie, choć dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. I tak zamierzałem go zabić. Ruszyłem na niego, a on stał i tylko się we mnie wpatrywał. Nie poruszył się, nawet kiedy uniosłem dubeltówkę. Pewnie w ogóle nie rozumiał, co się dzieje. Może wydawało mu się, że to sen.

Wystrzeliłem z jednej lufy, za nisko. Z ziemi trysnęła fontanna śniegu i obryzgała go. Wtedy dopiero wrzasnął ze strachu i rzucił się do ucieczki, przeskoczywszy jednym susem kabel na ziemi. Wystrzeliłem z drugiej i znowu spudłowałem. Zniknął w ciemnościach, więc mogłem o nim zapomnieć. Już nie stał nam na drodze. Wróciłem do samochodu.

- Będziemy musieli iść pieszo - powiedziałem. Przeszliśmy obok nieruchomego ciała, nad trzeszczącym kablem, śladami uciekającego mężczyzny. Niektóre zaspy sięgały jej do kolan, ale ciągle wyprzedzała mnie o parę kroków. Oboje ciężko dyszeliśmy.

Dotarliśmy na szczyt wzgórza i zaczęliśmy schodzić. Z boku pojawiła się pochyła, opuszczona szopa z oknami bez szyb. Nona zatrzymała się i ścisnęła mnie za ramię.

- Tam - szepnęła, wskazując w przeciwną stronę. Jej chwyt był mocny i bolesny nawet przez rękaw kurtki. - Tam. Tam.

Pokazywała cmentarz.


Wspięliśmy się po skłonie, potykając się i ślizgając, przeleźliśmy przez zaśnieżony kamienny mur. Naturalnie już tu kiedyś byłem. Moja prawdziwa matka pochodziła z Castle Rock i choć nie zamieszkała z ojcem w miasteczku, to tutaj znajdował się rodzinny grobowiec. Był to prezent dla matki od jej rodziców, którzy mieszkali i umarli w Castle Rock. W czasie tej historii z Betsy często tu przychodziłem, żeby poczytać poematy Johna Keatsa i Percy Shelleya. Może wyda wam się to głupie i pretensjonalne, ale ja tak nie uważam. Nawet teraz. Czułem, że jestem blisko nich, czułem ulgę. Po tym, jak Ace Merrill mnie pobił, nigdy tam nie wróciłem. Aż do teraz.

Pośliznąłem się i upadłem w suchy puch. Zabolało mnie w kostce. Wstałem i podszedłem dalej, opierając się na dubeltówce jak na kuli. Cisza była nieskończona, niewiarygodna. Śnieg układał się w miękkie, proste wydmy, zasypywał wszystko z wyjątkiem zardzewiałych masztów, na których wieszano flagi tylko w Dniu Weteranów i Dniu Poległych. Przez to natężenie cisza zrobiła się upiorna i po raz pierwszy poczułem, że się boję.

Zaprowadziła mnie do kamiennego budynku na tyłach cmentarza. Krypta. Ośnieżony grobowiec. Miała klucz. Wiedziałem, że będzie go miała i rzeczywiście.

Odgarnęła śnieg z drzwi i znalazła zamek. Zgrzyt obracającego się klucza jakby zadrasnął ciemność. Naparła na drzwi; otworzyły się do środka.

Odór, który z nich buchnął, był chłodny jak jesień, jak powietrze w ziemiance Hollisów. Prawie nic nie widziałem w tym mroku. Na kamiennej posadzce leżały zwiędłe liście. Nona weszła, zatrzymała się i spojrzała na mnie przez ramię.

- Nie - powiedziałem.

- Czy kochasz? - spytała i roześmiała mi się w nos. Stałem w ciemnościach i czułem, że wszystko się zbiega -

przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Chciałem uciec, z krzykiem, tak szybko, żeby cofnąć wszystko, co zrobiłem.

Nona stała i przyglądała mi się, najpiękniejsza dziewczyna na świecie, jedyne, co kiedykolwiek do mnie należało. Zrobiła gest, dotykając swego ciała. Nie opiszę go. Sami wiecie, co to było, jeśli go widzieliście.

Wszedłem. Zamknęła drzwi.

Było ciemno, ale wszystko widziałem. Pomieszczenie oświetlał mały zielony ogienek. Pełzał po ścianach, wyskakiwał języczkami spomiędzy liści na podłodze. Na środku krypty stał katafalk, ale pusty. Wokół niego leżały rozrzucone płatki róż, jak starożytna ofiara. Nona skinęła na mnie i wskazała niewielkie drzwi w głębi. Małe, niepozorne drzwi. Przeraziły mnie. Wtedy już chyba wiedziałem. Najpierw wykorzystała mnie i wyśmiała. Teraz mnie zniszczy.

Ale nie mogłem się powstrzymać. Zbliżyłem się do tych drzwi, ponieważ musiałem. Mentalny telegraf nadal działał, a ja odbierałem ponurą radość - straszną, wariacką - oraz tryumf. Ręce same wyciągały mi się ku klamce. Były powleczone zielonym ogniem.

Otworzyłem drzwi i zobaczyłem ją.

Tamtą dziewczynę, moją dziewczynę. Jej oczy gapiły się obojętnie w tę październikową kryptę, w moje oczy. Pachniała skradzionymi pocałunkami. Była naga, rozdarta od gardła po krocze, całe ciało zmienione w wielkie łono. Coś w nim żyło. Szczury. Nie widziałem ich, lecz słyszałem dochodzące spod niej szelesty. Zrozumiałem, że za chwilę otworzy suche usta i spyta, czy kocham. Cofnąłem się, odrętwiały, z mózgiem osnutym czarną chmurą.

Odwróciłem się do Nony. Śmiała się i wyciągała do mnie ramiona. I nagle, w gwałtownym błysku, już wiedziałem, wiedziałem. Ostatni sprawdzian. Ostatni końcowy egzamin. Zdałem i byłem wolny!

Spojrzałem na drzwi i oczywiście nie było za nimi niczego, tylko pusta alkowa z podłogą zasłaną liśćmi.

Wróciłem do Nony. Wróciłem do mojego życia.

Jej ramiona oplotły mi szyję, przyciągnąłem ją do siebie. Właśnie wtedy zaczęła się zmieniać, rozpływać i topić jak wosk. Wielkie ciemne oczy stały się małe jak paciorki. Włosy zmieniły się w brązową szczeć. Nos się skurczył, nozdrza rozdęły. Jej ciało napuchło, wparło się we mnie.

Byłem w objęciach szczura.

- Czy kochasz? - pisnął. - Czy kochasz, czy kochasz?

Wilgotny pyszczek zbliżył się do moich ust.

Nie krzyknąłem. Nie mogłem. Pewnie już nigdy nie będę mógł krzyczeć.


Jak tu gorąco.

Właściwie lubię upał. Lubię się pocić, jeśli mogę się umyć. Zawsze wydawało mi się, że pot to coś dobrego, bardzo męskiego, ale w takim upale lęgną się gryzące owady albo pająki. Wiecie, że pajęczyce kąsają i zjadają swoich partnerów? Tak robią, tuż po kopulacji.

Poza tym słyszę te chroboty w ścianie. Nie podobają mi się.
Ręka mi zdrętwiała, a miękka końcówka flamastra całkiem się rozeszła. Ale to już i tak koniec. I wszystko wygląda inaczej. Już nigdy nie będzie takie jak wtedy.

Prawie mi wmówili, że to ja sam jestem odpowiedzialny za te wszystkie straszne rzeczy. Macie pojęcie? Kierowcy z tamtej knajpy, facet z elektrowni, który uciekł. Powiedzieli, że byłem sam. Bo byłem, kiedy mnie znaleźli na cmentarzu, prawie zamarzniętego na śmierć pomiędzy kamieniami, pod którymi leży mój ojciec, matka, brat Drakę. Ale to znaczy tylko tyle, że Nona uciekła, każdy głupi by to zrozumiał. Cieszę się, że to zrobiła. Naprawdę. I musicie wiedzieć, że stale ze mną jest, w każdej chwili.

Teraz się zabiję. Tak będzie o wiele lepiej. Zmęczyło mnie poczucie winy, cierpienie i koszmary, a poza tym nie podobają mi się te chroboty w ścianach. Nie wiadomo, kto tam siedzi. Albo co.

Nie oszalałem. Jestem tego pewien i mam nadzieję, że wy także. Jeśli ktoś mówi, że nie oszalał, to na pewno jest wariatem, ale ja się nie bawię w te gierki. Była ze mną, była prawdziwa. Kocham ją. Prawdziwa miłość nie umiera. Tak podpisywałem listy do Betsy, te, które podarłem.

Ale tylko Nonę kochałem naprawdę.

Jak tu gorąco. Nie podobają mi się te chroboty.

Czy kochasz?

Tak, kocham.

A prawdziwa miłość nigdy nie umiera.
Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


DLA OWENA
@W drodze do szkoły pytasz,

czy w innych szkołach też stawiają stopnie.


Przy ulicy Owocowej odwracasz wzrok.
Idziemy pod żółtymi drzewami

Ty z wojskowym pudełkiem na lunch pod pachą.

Twoje krótkie nogi w wojskowych spodniach

zamieniają cień w nożyce,

Które niczego nie tną na chodniku.
Nagle mówisz mi, że uczniowie to owoce.
Każdy wyciąga rękę po jagody, bo są małe.

Banany, według ciebie, to zwiadowcy.

W twoich oczach widzę sale gimnastyczne pełne

pomarańczy,

szeregi jabłek.
Wszystkie, mówisz, mają ręce i nogi,
a arbuzy bywają opieszałe.

Kołyszą się jak kaczki i są tłuste.

"Jak ja", mówisz.
Mógłbym ci wiele opowiedzieć, ale lepiej nie.
Dzieci arbuzów nie potrafią zawiązać sobie sznurowadeł;

robią to za nie śliwki.

Albo o tym, jak skradłem ci twarz...

Skradłem ją, skradłem i nosiłem jak własną.

Szybko się zużywa.
Najważniejsze jest ćwiczenie.

Mógłbym ci powiedzieć, że umieranie jest sztuką

i że szybko się uczę.

Wydaje mi się, że w tej szkole już

znalazłeś sobie ołówek

i zacząłeś pisać swoje imię.


Od czasu od czasu moglibyśmy chyba

urwać się ze szkoły i pojechać na Owocową,

zaparkowałbym w ulewie październikowych liści

i patrzylibyśmy, jak banan przeprowadza ostatniego

rozkołysanego arbuza

przez wysokie drzwi.


Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


SZKOŁA PRZETRWANIA
Wcześniej czy później każdy student medycyny staje wobec pytania: jak wielki szok traumatyczny jest w stanie znieść pacjent? Rozmaite autorytety udzielają rozmaitych odpowiedzi, lecz na najbardziej podstawowym poziomie odpowiedź sprowadza się do innego pytania: jak bardzo pacjentowi zależy na tym, żeby przeżyć?
26 stycznia

Dwa dni, odkąd morze wyrzuciło mnie na brzeg. Dziś dokładnie wymierzyłem wyspę. Ładna mi wyspa! Sto dziewięćdziesiąt kroków w najszerszym miejscu i dwieście sześćdziesiąt siedem w najdłuższym.

Wszystko wskazuje na to, że nie ma na niej nic do jedzenia.

Nazywam się Richard Pine, a to jest mój dziennik. Jeśli (kiedy) ktoś mnie tu odnajdzie, łatwo zdołam go zniszczyć. Zapałek mi nie brakuje. Zapałek i heroiny. Mam tego całe mnóstwo, tyle że tutaj niewiele jest warte, cha, cha. Będę więc pisał, żeby jakoś zabić czas.

Jeżeli mam mówić prawdę (a czemu niby nie? Czasu na pewno mi nie zabraknie!), to zacznę od tego, że urodziłem się we włoskiej dzielnicy Nowego Jorku i początkowo nazywałem się Richard Pinzetti. Mój ojciec był nierobem, ja chciałem zostać chirurgiem. Ojciec śmiał się ze mnie, wyzywał od głupców, po czym kazał sobie nalewać kolejną szklaneczkę wina. W wieku czterdziestu sześciu lat umarł na raka. Ku mojemu zadowoleniu.

W szkole średniej grałem w futbol. Byłem najlepszym cholernym futbolistą, jaki kiedykolwiek uczęszczał do naszej budy. Quarterbackiem. Przez dwa lata wybierano mnie do reprezentacji miasta. Nienawidziłem futbolu, ale jeśli jesteś ubogim italiańcem i chcesz się kształcić, sport to twoja jedyna szansa. Grałem więc i wywalczyłem sportowe stypendium.

W college'u wziąłem rozbrat z piłką natychmiast, jak tylko zacząłem uzyskiwać wystarczająco wysokie oceny, żeby dostać stypendium naukowe. Ojciec umarł sześć tygodni przed uroczystością wręczenia dyplomów. I bardzo dobrze. Chyba nie myślicie, że chciałbym wyjść na podium, odebrać dyplom, odwrócić się i ujrzeć tę kupę tłuszczu? Wstąpiłem też do klubu - oczywiście nie do żadnego z tych najlepszych, nie z takim nazwiskiem, ale jednak.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież to niemal śmieszne... Chwileczkę, cofam: to jest śmieszne. Znakomity doktor Pine siedzi na kamieniu w spodniach od piżamy i podkoszulku, na wysepce tak małej, że prawie można napluć do morza po drugiej stronie, i spisuje historię swego życia. Ależ jestem głodny! Nieważne, napiszę tę cholerną historię. Kiedy piszę, przynajmniej nie myślę o pustym żołądku. No, prawie.

Jeszcze przed rozpoczęciem studiów zmieniłem nazwisko na Pine. Matka rozpaczała, że łamię jej serce. Jakie serce? Dzień po tym, jak stary poszedł do piachu, zabawiała się z tym żydowskim sklepikarzem zza rogu. Jak na kogoś, kto był tak bardzo przywiązany do nazwiska, cholernie jej się spieszyło, żeby je zmienić na Steinbrunner.

Zawsze chciałem być chirurgiem. Jeszcze w szkole średniej. Przed każdym meczem starannie bandażowałem sobie ręce, a po meczu nacierałem je kremem i masowałem. Jeśli marzy ci się zostać chirurgiem, musisz dbać o dłonie. Niektóre chłopaki naśmiewały się ze mnie i wyzywały od tchórzów; nie biłem się z nimi. Wystarczająco ryzykowałem na boisku. Ale miałem swoje sposoby. Najgłośniej pyskował Howie Plotsky, wielki głupi koł z krostowatą gębą. Dorabiałem sobie wtedy, roznosząc po domach gazety, a przy okazji zabawiałem się w bukmachera. Znałem mnóstwo ludzi, rozmawiałem z nimi, słyszałem to i owo, a czego nie słyszałem, to się domyślałem. Wiecie, jak to jest: każdy głupek potrafi umrzeć, sztuką jest nauczyć się przeżyć. Zapłaciłem najsilniejszemu chłopakowi w szkole, niejakiemu Ricky'emu Brazzi, dziesięć dolców za to, żeby Howie Plotsky połamał na mnie zęby. Całkiem dosłownie. Obiecałem mu dodatkowo dolara za każdy ząb Howiego, który mi przyniesie; przyniósł trzy, zawinięte w papierowy ręcznik. Wykonując zlecenie, uszkodził sobie knykcie w dwóch palcach, sami więc widzicie, jakich mogłem narobić sobie kłopotów.

Podczas studiów, kiedy moi koledzy, te nieszczęsne palanty, zaharowywali się na śmierć, pracując nocami w knajpach, szorując podłogi albo sprzedając krawaty, ja rozwijałem swój biznes. Zakłady futbolowe, koszykówka, od czasu do czasu trochę polityki... No i utrzymywałem dobre stosunki z chłopcami z sąsiedztwa. Studia minęły jak z bicza trząsł.

Kombinować "w zawodzie" zacząłem dopiero na stażu. Pracowałem w jednym z największych nowojorskich szpitali. Początkowo były to tylko recepty in blanco. Sprzedawałem bloczek jednemu z chłopców z sąsiedztwa, a on fałszował podpisy kilkudziesięciu lekarzy, w czym pomagały mu dostarczone również przeze mnie próbki pisma. Takie podpisane, puste recepty "chodziły" na ulicy po dziesięć, dwadzieścia dolarów za sztukę. Ćpuny dosłownie biły się o nie.

Nieco później odkryłem, jaki gigantyczny bałagan panuje w szpitalnej aptece. Nikt niczego tam nie kontrolował. Ludzie wynosili towar całymi garściami, ale nie ja. Zawsze byłem ostrożny. W kłopoty wpadłem dopiero teraz, kiedy stałem się nieostrożny, no i kiedy opuściło mnie szczęście. Ale i tak spadnę na cztery łapy. Jak zwykle.

Już nie mogę pisać. Boli mnie nadgarstek i zdrętwiały mi palce. Poza tym naprawdę nie wiem, po co to robię. Przecież niedługo ktoś mnie tutaj znajdzie.


27 stycznia

W nocy odpływ zabrał łódkę, która następnie zatonęła na głębokości jakichś trzech metrów przy północnym brzegu wysepki. Bez znaczenia. Po uderzeniu w rafę dno i tak było dziurawe jak sito, a poza tym od razu zabrałem z niej wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Piętnaście litrów wody. Przybory do szycia. Zestaw pierwszej pomocy. Zeszyt, w którym piszę - zdaje się, że miał służyć odnotowywaniu kolejnych przeglądów. Dobre sobie! Czy ktoś słyszał o SZALUPIE RATUNKOWEJ, w której nie byłoby żadnych zapasów żywności?! Ostatni przegląd odbył się 8 sierpnia 1970. Aha, jeszcze dwa noże, tępy i całkiem ostry, a do tego łyżka połączona z widelcem. Skorzystam z nich wieczorem, kiedy będę jadł kolację. Dzisiaj są kamienie z rusztu. Cha, cha. Przynajmniej udało mi się naostrzyć ołówek.

Jak tylko zdejmą mnie z tej obsranej przez ptaki skały, podam do sądu te cholerne Paradise Lines; choćby po to warto żyć. A ja przeżyję. Wyjdę z tego. Możecie być pewni. Wyjdę z tego z życiem.
(później)

Wyliczając swój dobytek, zapomniałem o drobnostce: o dwóch kilogramach czystej heroiny wartości rynkowej 350 tysięcy dolarów. Tutaj jest warta zero. Zabawne, co? Cha, cha!


28 stycznia

Wreszcie coś zjadłem, naturalnie jeśli można nazwać to jedzeniem. Na jednej ze skał wznoszących się pośrodku wyspy usiadła mewa. Skały tworzą tam coś w rodzaju miniaturowej góry, oczywiście również dokładnie obsranej. Znalazłem kamień, który dobrze leżał mi w dłoni, i podkradłem się najbliżej, jak to było możliwe. Mewa stała nieruchomo jak posąg i przyglądała mi się lśniącymi czarnymi oczami. Dziwne, że nie spłoszyło jej burczenie w moim brzuchu.

Cisnąłem kamień z całej siły; o dziwo trafiłem. Wrzasnęła przeraźliwie i usiłowała zerwać się do lotu, ale złamałem jej skrzydło, zaczęła więc niezdarnie uciekać na piechotę, a ja pognałem za nią, przeskakując z kamienia na kamień. Dziwka dała mi nieźle popalić; po drugiej stronie "szczytu" stopa uwięzła mi w skalnej szczelinie i niewiele brakowało, a złamałbym sobie nogę w kostce.

Dopadłem ją dopiero na wschodnim brzegu wyspy. Usiłowała wleźć do wody i odpłynąć. Chwyciłem ją za ogon, a ona wygięła szyję i dziobnęła mnie boleśnie. Zaraz potem złapałem ją jedną ręką za nogi, a drugą skręciłem kark. Odgłos, jaki temu towarzyszył, sprawił mi sporo satysfakcji - wiecie, coś w rodzaju: "Obiad na stole!". Cha, cha!

Zaniosłem ją z powrotem do "obozu", ale zanim przystąpiłem do skubania i patroszenia, zdezynfekowałem jodyną ranę na ręce. Ptaki są nosicielami mnóstwa mikroorganizmów, a ostatnią rzeczą, jakiej jeszcze potrzebowałem, było zakażenie.

Z oprawieniem mewy nie miałem żadnych problemów - niestety, nie mogłem jej ugotować. Wyspa jest całkowicie pozbawiona roślinności, łódź zaś zatonęła. Pożarłem ją więc na surowo. Mój żołądek usiłował natychmiast się jej pozbyć; wcale mu się nie dziwiłem, lecz nie mogłem na to pozwolić. Skupiłem się na liczeniu wstecz i po jakimś czasie mdłości ustąpiły. To prawie niezawodny sposób.

Pomyślcie tylko: przez to obrzydliwe ptaszysko mało nie złamałem sobie nogi, a kiedy je wreszcie złapałem, zraniło mnie! Jeśli jutro uda mi się jakieś upolować, poddam je wyrafinowanym torturom. To wykpiło się stanowczo zbyt małym kosztem. Pisząc te słowa, widzę głowę mewy, która leży na piasku. Wydaje mi się, że w czarnych, szklistych oczach migoczą szydercze iskierki.

Czy mewy mają mózgi jakiejś sensownej wielkości? A jeśli tak, to czy te mózgi są jadalne?


29 stycznia

Dzisiaj bez żarcia. Co prawda jedna mewa wylądowała w pobliżu "szczytu", ale odleciała, zanim zdołałem się zbliżyć na odległość celnego rzutu. Zapuszczam brodę. Swędzi jak diabli. Jeśli ta mewa przyleci jeszcze raz i uda mi się ją schwytać, wydłubię jej oczy.

Byłem cholernie dobrym chirurgiem, ale wystawili mnie na odstrzał, na dodatek robiąc wokół tego mnóstwo zamieszania. Śmiechu warte; każdy kręci coś na boku, ale kiedy ktoś wpadnie, wszyscy udają świętych. Zgodnie z przysięgą Hipokratesa i Hipokryta.

Podczas stażu i później, kiedy pracowałem jako internista, udało mi się odłożyć tyle, żeby otworzyć prywatny gabinet przy Park Avenue. Musiałem jakoś sobie radzić, bo w przeciwieństwie do większości moich "kolegów" nie miałem bogatego tatusia ani ustosunkowanego sponsora. Kiedy zawieszałem przy drzwiach tabliczkę, mój stary od dziewięciu lat leżał w grobie. Matka umarła rok przed tym, jak cofnięto mi zezwolenie na prowadzenie prywatnej praktyki.

To działało jak sprzężenie zwrotne. Współpracowałem z kilkoma aptekarzami z East Side, z dworna hurtowniami leków i co najmniej z dwudziestoma lekarzami. Oni kierowali pacjentów do mnie, ja do nich. Wykonywałem operacje i przepisywałem leki niezbędne podczas rekonwalescencji. Co prawda nie wszystkie operacje były nieodzowne, żadnej jednak nie przeprowadziłem wbrew woli pacjenta i żaden pacjent nie odmówił przyjmowania leków, które mu zleciłem. Ludzie już tacy są; nawet pięć albo dziesięć lat po operacji chętnie wciąż przyjmowaliby środki przeciwbólowe. Czasem im to ułatwiałem, ale niech wam się nie wydaje, że byłem jedyny. Poza tym mogli sobie na to pozwolić. A niekiedy pacjent miał kłopoty z zaśnięciem po jakiejś drobnej operacji. Albo narzekał, że nigdzie nie może dostać ulubionych pastylek odchudzających. Albo środków uspokajających. Wszystko da się załatwić. Gdyby nie przyszli z tym do mnie, trafiliby do kogoś innego.

A potem faceci z Urzędu Skarbowego dobrali się Lowenthalowi do skóry, nastraszyli go pięcioma latami odsiadki, a on od razu wypluł parę nazwisk, w tym i moje. Obserwowali mnie przez jakiś czas, a kiedy wreszcie zastukali do drzwi, byłem wart znacznie więcej niż nędzne pięć latek. Nigdy na przykład nie zrezygnowałem z handlowania czystymi receptami. Najzabawniejsze, że na dobrą sprawę do niczego nie było mi to już potrzebne, ale taka jest siła przyzwyczajenia.

Cóż, na szczęście znałem paru ludzi, pociągnąłem za właściwe sznurki, paru innych rzuciłem lwom na pożarcie. Ale tylko tych, których nie lubiłem. Samych cholernych sukinsynów.

Jezu, ależ jestem głodny!


30 stycznia

Całkowity brak mew. Przypomniały mi się wywieszki, które czasem widywałem na wózkach z warzywami w mojej dzielnicy: POMIDORÓW BRAK. Wszedłem po pas w wodę z ostrym nożem w ręce i przez cztery godziny stałem nieruchomo jak posąg. Słońce prażyło tak mocno, że dwa razy mało nie zemdlałem, ale policzyłem wstecz i jakoś to minęło. Ani jednej ryby. Ani jednej.



1   ...   30   31   32   33   34   35   36   37   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna