Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona33/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   29   30   31   32   33   34   35   36   ...   49

Wysiadłem. Nona po raz ostatni uśmiechnęła się do Normana Blanchette'a. Nie czułem niepokoju. To ona kierowała grą.

Blanchette wyszczerzył się w wyjątkowo irytującym wieprzkowatym uśmiechu, cały szczęśliwy, że się nas pozbędzie.

- No, to do wi...

- Och, moja torebka! Niech pan nie odjeżdża, zostawiłam torebkę!

- Ja ją przyniosę - rzuciłem. Zajrzałem do samochodu. Blanchette zobaczył to, co trzymałem w ręku i wieprzkowaty uśmiech zamarł mu na ustach.

Na wzgórzu pojawiły się światła samochodu, ale było za późno. Nic nie mogło mnie powstrzymać. Lewą ręką chwyciłem torebkę Nony, prawą wbiłem ostrze pilnika w gardło Blanchette'a. Kwiknął tylko raz.

Wyprostowałem się. Nona machała ku nadjeżdżającemu pojazdowi. W tych ciemnościach i śniegu nie dostrzegałem, co to takiego, widziałem jedynie dwa kręgi światła. Kucnąłem za samochodem i wyjrzałem przez tylną szybę.

Przez wyjący wiatr prawie nie słyszałem ich głosów.

- ...kłopoty?

- ...ojciec... wietrze... miał atak serca! Czy...

Zacząłem się do nich zbliżać, zgięty wpół za samochodem. Teraz ich widziałem. Smukła sylwetka Nony i ktoś wyższy. Stali przy furgonetce. Odwrócili się i podeszli do okna, za którym Norman Blanchette z pilnikiem Nony w krtani opierał się o kierownicę. Kierowca furgonetki okazał się młodym chłopakiem w kurtce, która wyglądała jak parka lotnika. Pochylił się nad oknem. Stanąłem za nim.

- Jezu! - zawołał. - On jest zakrwawiony! Co... Zarzuciłem mu ramię na szyję i chwyciłem swój prawy nadgarstek lewą ręką. Mocno pociągnąłem go w górę. Uderzył głową o górną krawędź drzwi i zwisł mi w ramionach.

Wystarczyło. Nie zdążył się przyjrzeć Nonie, nie widział mnie. Mogłem przestać. Ale na pewno by się wygadał, narobił kłopotów, mógłby nas skrzywdzić. Dlaczego to mnie ciągle ktoś krzywdzi, miałem tego po dziurki w nosie. Udusiłem go.

Kiedy skończyłem, podniosłem głowę i ujrzałem Nonę, oświetloną krzyżującymi się światłami reflektorów. Jej twarz wykrzywiał groteskowy spazm nienawiści, miłości, tryumfu i radości. Wyciągnęła do mnie ramiona; przytuliłem ją. Pocałowaliśmy się. Usta miała zimne, ale język ciepły. Zanurzyłem dłonie w tajemne głębiny jej włosów, a wokół nas wył wicher.

- Teraz posprzątaj - powiedziała. - Zanim przyjadą inni.

Posprzątałem. Niezbyt starannie, ale tylko tyle było nam potrzeba. Trochę czasu. Potem wszystko straci znaczenie. Będziemy bezpieczni.

Ciało chłopaka było lekkie. Wziąłem je na ręce, przeszedłem przez szosę i przerzuciłem przez barierki do rowu. Stoczyło się po zboczu, podskakując jak szmaciana lalka, jak strach na wróble, który musiałem stawiać każdego lipca na polu kukurydzy pana Hollisa. Wróciłem po Blanchette'a.

Był cięższy i krwawił jak wieprzek. Usiłowałem go podnieść, przeszedłem trzy kroki, a on wymknął mi się z rąk i grzmotnął o ziemię. Odwróciłem go. Śnieg przykleił się mu do twarzy, zmienił ją w narciarską maskę.

Pochyliłem się, chwyciłem go pod pachy i zaciągnąłem do rowu. Jego wlokące się po ziemi stopy żłobiły koleiny w śniegu. Przerzuciłem go przez barierkę i patrzyłem, jak zjeżdża po zboczu na plecach, z rękami nad głową. Miał otwarte oczy, płatki śniegu zaczęły już na nich osiadać. Jeśli śnieg nie przestanie padać, do przyjazdu pługów śnieżnych obaj będą wyglądać jak dwa niepozorne pagórki.

Wróciłem na jezdnię, Nona już siedziała w furgonetce, nie musiałem jej mówić, którym samochodem pojedziemy dalej. W mroku widziałem bladą plamę jej twarzy i czarne dziury oczu, nic więcej. Wsiadłem do wozu Blanchette'a, prosto w kałużę krwi, która zebrała się na winylowym siedzeniu. Zjechałem na pobocze, wyłączyłem reflektory i zostawiłem światła awaryjne. Inni kierowcy będą musieli pomyśleć, że ktoś miał problemy z samochodem i poszedł do miasta w poszukiwaniu mechanika. Byłem z siebie bardzo zadowolony. Udało mi się, zupełnie jakbym mordował ludzi od urodzenia. Pobiegłem truchtem do stojącej na jałowym biegu furgonetki, siadłem za kierownicą i ruszyłem.

Nona siedziała obok mnie. Nie dotykała mnie, ale była blisko. Czasami, kiedy się ruszała, czułem na karku dotyk jej włosów. Tak, jakby muskała mnie malutka elektroda. Raz musiałem dotknąć jej kolana, tylko po to, żeby się upewnić, że ona tu naprawdę jest. Roześmiała się cicho. Wszystko było prawdziwe. Wicher wył wokół nas, miotając śniegiem.

Uciekliśmy na południe.

Tuż za mostem w Harlow, kiedy jedzie się szosą 126 ku Castle Heights, mija się wielką odnowioną farmę, znaną pod śmiechu wartą nazwą "Liga młodych z Castle Rock". Mają tam dwanaście torów kręgli z automatycznym rozstawianiem, które psuje się co najmniej raz na tydzień. Mają też parę starych automatów do gier, szafę grającą z hitami roku 1957, trzy stoły do bilardu oraz barek z colą i chipsami, gdzie można również wypożyczyć obuwie do kręgli, wyglądające tak, jakby je zdarto z nóg umarlakom. Nazwa "Liga młodych" jest śmiechu warta z tego względu, że młodzież w Castle Rock bywa raczej w knajpie w Jay Hill albo na wyścigach samochodów na Oxford Plains. Tutaj przeważnie przychodzą twardziele z Gretna, Harlow i samego Castle Rock. Średnio jedna bójka na wieczór.

Zacząłem tu bywać w drugiej klasie liceum. Bill Kennedy, mój znajomy, pracował tu trzy razy w tygodniu i jeśli nikt nie czekał na stół, pozwalał mi pograć w bilard za darmo. To niewiele, ale zawsze lepiej niż powrót do domu Hollisów.

Tam właśnie spotkałem Ace'a Merrilla. Wszyscy się zgadzali, że to największy twardziel w okolicy. Jeździł starym gruchotem, fordem rocznik '52. Chodziły słuchy, że w razie konieczności wyciągał nim dwieście na godzinę. Wchodził dumny jak paw - wypomadowane włosy miał zaczesane do tyłu w modną falę - wygrywał parę razy w bilard (czy był dobry? Sami się domyślcie); kiedy zjawiała się Betsy, kupował jej colę i wychodzili. Prawie słychać było westchnienie ulgi ludzi w knajpie. Nikt nigdy nie wychodził z Ace'em Merrillem na parking.

To znaczy nikt z wyjątkiem mnie.

Jego dziewczyną była Betsy Malenfant, chyba najładniejsza laska w Castle Rock. Nie wydaje mi się, żeby była jakoś szczególnie mądra, ale to nie mało znaczenia, kiedy się na nią patrzyło. Miała najpiękniejszą cerę, jaką zdarzyło mi się widzieć, i nie zawdzięczała jej kosmetykom. Włosy czarne jak węgieł, ciemne oczy, wydatne usta, ciało, które nie pozwoliło przechodzić obojętnie - a ona jeszcze to podkreślała. Kto odważyłby się pchać do niej z łapami, skoro Ace był w pobliżu? Nikt przy zdrowych zmysłach, zapewniam was.

Zakochałem się w niej. Nie tak jak w tamtej dziewczynie i nie jak w Nonie - choć Betsy wyglądała jak jej młodsza wersja - ale równie rozpaczliwie i na serio. Jeśli zapadliście kiedyś na beznadziejną szczeniacką miłość, to wiecie, o co chodzi. Miała siedemnaście lat, a ja piętnaście.

Zacząłem przychodzić tam coraz częściej, nawet w te wieczory, kiedy Billy nie pracował, tylko po to, żeby na nią rzucić okiem. Czułem się jak facet obserwujący ptaki, choć dla mnie była to dość żałosna rozrywka. Wracałem do domu, wciskałem Hollisom jakiś kit i szedłem do swojego pokoju. Pisałem do niej długie, namiętne listy, opisywałem wszystko, co chciałbym z nią zrobić, a potem je darłem. Chodziłem po szkole i marzyłem, jak proszę ją o rękę i razem uciekamy do Meksyku.

Pewnie wiedziała, co się święci i chyba jej to trochę pochlebiało, ponieważ kiedy nie było Ace'a, zawsze odnosiła się do mnie miło. Podchodziła do mnie i zamieniała ze mną parę słów, pozwalała, żebym kupował jej colę, siadała na wysokim stołku i tak jakoś pocierała nogą moją nogę. Dostawałem od tego fioła.

Pewnego wieczora na początku listopada zaszedłem do knajpy i czekając na nią grałem w bilard z Billym. W knajpie było pusto, ponieważ jeszcze nie wybiła ósma wieczorem. Pojedyncze podmuchy wiatru świstały na zewnątrz, strasząc nadejściem zimy.

- Lepiej sobie odpuść - powiedział Bill i posłał dziesiątkę prosto w róg.

- Co mam odpuścić?

- Wiesz.

- Nie wiem. - Podszedłem do szafy grającej i wrzuciłem w nią dziesięć centów.

- Betsy Malenfant. - Ostrożnie ustawił jedną bilę i posłał ją wzdłuż bandy. - Charlie Hogan powiedział Ace'owi, że z nią kręcisz. Charlie myślał, że to strasznie śmieszne, bo przecież ona jest starsza i w ogóle, ale Ace się nie śmiał.

- Ona nic dla mnie nie znaczy - wymamrotałem, ledwie poruszając ustami.

- Dobrze by było - powiedział Bill, potem weszli jacyś goście, więc podszedł do lady i dał im kije bilardowe.

Ace przyszedł o dziewiątej, całkiem sam. Dotąd nigdy nie zwracał na mnie uwagi, a ja zupełnie zapomniałem, co powiedział Billy. Kiedy jesteś niewidzialny, zaczynasz myśleć, że nie można ci zrobić krzywdy. Grałem na automatach i zapomniałem o całym świecie. Nawet nie zauważyłem, że zrobiło się bardzo cicho, bo wszyscy przestali grać. Zaraz potem poczułem, że lecę nad automatem. Grzmotnąłem o podłogę. Wstałem, przerażony i bliski mdłości. On stał nade mną. Fryzura bez zarzutu, suwak wojskowej kurtki rozsunięty do połowy.

- Przestań się wtrącać - powiedział łagodnie - bo przerobię ci buzię.

Wyszedł. Wszyscy patrzyli na mnie i najchętniej wpełznąłbym w szparę w podłodze, ale nagle dostrzegłem na ich twarzach pewnego rodzaju niechętny podziw. Więc otrzepałem się i wrzuciłem następną dziesiątkę do automatu. Paru chłopaków podeszło i poklepało mnie po plecach. Potem wyszli bez słowa.

O jedenastej, po zaniknięciu knajpy, Billy podwiózł mnie do domu.

- Lepiej uważaj, bo będzie źle. - Nic się nie martw.

Nie odpowiedział.

Jakieś dwa, trzy dni później Betsy pojawiła się w knajpie sama, o siódmej. W środku był tylko jeden chłopak, taki mały dziwny okularnik, niejaki Vern Tessio, którego parę lat temu wyrzucili ze szkoły. Niemal go nie dostrzegałem. Był jeszcze bardziej niewidzialny ode mnie.

Podeszła, tak blisko, że poczułem czysty mydlany zapach jej skóry. Zakręciło mi się w głowie.

- Słyszałam, co zrobił Ace - powiedziała. - Mam nigdy więcej z tobą nie rozmawiać i nie będę, ale chcę, żebyś poczuł się lepiej.

Pocałowała mnie. Wyszła, zanim zdołałem odkleić język od podniebienia. Wróciłem do gry całkiem oszołomiony. Nawet nie zauważyłem, jak Tessio wybiegł, żeby rozgłosić nowinę. Nie widziałem nic prócz jej ciemnych, ciemnych oczu.

Tego samego wieczora znalazłem się na parkingu z Ace'em Merrillem, który omal nie wybił ze mnie duszy. Było zimno, strasznie zimno. Pod koniec zacząłem płakać i było mi obojętne, kto to zobaczy, a do tego czasu stali tam już wszyscy. Samotna jarzeniówka spoglądała na nas bezlitośnie. Nie trafiłem go ani razu.

- Dobra - powiedział, kucając obok mnie. Nawet się nie zdyszał. Wyciągnął z kieszeni sprężynowiec i przycisnął chromowany guzik. Czternastocentymetrowe księżycowe ostrze wyskoczyło na zewnątrz. - Następnym razem będziesz miał do czynienia z tym. Wyryję ci na jajach moje nazwisko. - Potem wstał, kopnął mnie po raz ostatni i odszedł. Leżałem jeszcze przez jakieś dziesięć minut, drżąc na ubitej ziemi. Nikt nie podszedł, żeby pomóc mi wstać albo poklepać po plecach, nawet Bill. Nie pojawiła się Betsy, żebym poczuł się lepiej.

Wreszcie się pozbierałem i pojechałem okazją do domu. Powiedziałem pani Hollis, że wracałem z pijanym kierowcą, który zjechał do rowu. Nigdy więcej nie pojawiłem się w kręgielni.

Słyszałem, że niedługo potem Ace rzucił Betsy, która zaczęła się raptownie staczać - całkiem jak ciężarówka z zepsutymi hamulcami. Gdzieś po drodze złapała trypra. Billy widział ją w Lewiston, gdzie naciągała facetów na drinki. Straciła prawie wszystkie zęby i ktoś jej złamał nos, tak powiedział. I dodał jeszcze, że nigdy bym jej nie poznał. Wtedy już mało mnie to obchodziło.
Furgonetka nie miała zimowych opon. Zanim dotarliśmy do zjazdu na Lewiston, samochód zaczął się ślizgać w świeżym śniegu. Czterdzieści cztery kilometry przejechaliśmy w czterdzieści pięć minut.

Facet w budce przy zjeździe przyjął mój kwit za opłatę i sześćdziesiąt centów.

- Ślisko?

Żadne z nas nie odpowiedziało. Zbliżaliśmy się do celu. Nawet gdyby nie łączyło mnie z nią dziwne milczące porozumienie, potrafiłbym to poznać po sposobie, w jaki siedziała na brudnym fotelu, z rękami złożonymi na torebce i tymi oczami, z dziką intensywnością wpatrującymi się w drogę. Przeszedł mnie dreszcz.

Pojechaliśmy szosą 136. Na drodze nie było wielu samochodów; wiatr wzmógł się, a śnieg padał jeszcze gęściej niż dotychczas. Po drugiej stronie Harlow Village minęliśmy wielkiego buicka rivierę, który zjechał na pobocze i błyskał światłami awaryjnymi. Nawiedziła mnie upiorna wizja samochodu Normana Blanchette'a. Do tego czasu pewnie śnieg zasypał go całkowicie. Został z niego tylko dziwny kształt w ciemnościach.

Kierowca buicka usiłował mnie zatrzymać, ale przejechałem obok pełnym gazem i obryzgałem go śniegową breją. Śnieg zakleił mi wycieraczki; sięgnąłem przez okno i szarpnąłem mocno jedną z nich. Zmarznięta bryłka odleciała i poprawiła się trochę widoczność.

Harlow wyglądało jak wymarłe miasto - wszystko czarne i pozamykane. Zasygnalizowałem, że skręcam w prawo, w stronę mostu prowadzącego do Castle Rock. Tylne koła chciały spode mnie uciec, ale jakoś nie dopuściłem do poślizgu. Przed nami, po drugiej stronie rzeki, widziałem czarny kształt, który był budynkiem "Ligi młodych Castle Rock". Wyglądał na opuszczony i samotny. Nagle zrobiło mi się żal, żal z powodu tego bólu i śmierci. Wtedy Nona odezwała się po raz pierwszy od zjazdu na Gardiner.

- Policjant za nami. - Czy...

- Nie. Nie włączył koguta.

Mimo to się zdenerwowałem i może dlatego stało się, jak się stało. Droga numer 136 zakręca ostro po jednej stronie rzeki, a potem biegnie prosto przez most do Castle Rock. Skręciłem, ale po stronie Castle Rock nawierzchnia była oblodzona.

- Cholera...

Tył furgonetki zatoczył łuk i zanim zdołałem wyrównać, trzasnął w masywny stalowy słup. Ruszyliśmy poślizgiem, dziko zarzucani na boki, a zaraz potem za nami rozbłysły światła samochodu policyjnego. Glina natychmiast wdepnął hamulec - w padającym śniegu widziałem czerwone punkciki - ale lód i jego wykończył. Walnął prosto w nas. Znowu polecieliśmy na słup; mocno nami szarpnęło. Rzuciło mnie na kolana Nony i nawet w tym pełnym chaosu ułamku sekundy znalazłem czas, żeby z rozkoszą poczuć jedwabistą twardość jej uda. Potem wszystko się uspokoiło. Teraz kogut na dachu samochodu już migał. Rzucał błękitne cienie, biegnące po dachu furgonetki i zaśnieżonej balustradzie mostu. Światło w szoferce zapaliło się, policjant wysiadł.

Nie doszłoby do tego, gdyby za nami nie jechał. Ta myśl nieustannie rozbrzmiewała mi w głowie, jakby zacięła mi się płyta. Szczerzyłem zęby w martwym, nieruchomym uśmiechu, jednocześnie macając po podłodze furgonetki w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym go uderzyć.

Znalazłem otwartą skrzynkę na narzędzia. Wyjąłem klucz nasadowy i położyłem go na siedzeniu pomiędzy Noną a mną. Policjant pochylił się nad nami. Światło latarki zmieniało jego twarz w diabelską maskę.

- Za szybko jedziemy jak na tę pogodę, nie?

- Za mały odstęp, nie? - powiedziałem. - Jak na tę pogodę?

Chyba się zarumienił. Trudno to było stwierdzić przez te migające światła.

- Odszczekujesz się, synu?

- Tak, jeśli chce pan nareperować sobie wóz na mój koszt.

- Pokaż mi prawo jazdy i rejestrację. Wyjąłem portfel i dałem mu prawo jazdy.

- A rejestracja?

- To furgonetka mojego brata. On ma rejestrację, w portfelu.

- Ach, tak? - Wbił we mnie ciężkie spojrzenie w nadziei, że się załamię. Zorientował się, że to chwilę potrwa, więc popatrzył na Nonę. Mógłbym mu wydrzeć oczy za to, co w nich błysnęło.

- Jak się nazywasz?

- Cheryl Craig.

- Co robisz w furgonetce jego brata w samym środku burzy śnieżnej?

- Jedziemy z wizytą do mojego wuja.

- W Castle Rock?

- Tak.

- Nie znam w Castle Rock żadnych Craigów.



- On nazywa się Emonds. Na Bowen Hill.

- Ach, tak?

Obszedł samochód, żeby spojrzeć na tablicę rejestracyjną. Otworzyłem drzwi i wychyliłem się. Spisywał mnie. Wrócił, a ja ciągle siedziałem wychylony, dobrze widoczny w blasku reflektorów jego samochodu.

- Zaraz zo... co to jest, to coś na tobie?

Nie musiałem na siebie spoglądać, żeby odgadnąć, co mam na sobie. Wtedy myślałem, że wychyliłem się przez roztargnienie, ale przez to pisanie zmieniłem zdanie. Nie wydaje mi się, żebym był roztargniony. Chciałem, żeby to zobaczył. Ująłem klucz.

- Co?


Zrobił jeszcze dwa kroki.

- Jesteś ranny... chyba się skaleczyłeś. Lepiej... Zamachnąłem się. Podczas zderzenia czapka spadła mu z głowy. Uderzyłem go tuż nad czołem. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku - jakby kostka masła spadła na twardą podłogę.

- Pospiesz się - odezwała się Nona. Położyła mi uspokajająco dłoń na karku. Była bardzo chłodna, jak powietrze w piwnicy. Moja przybrana matka miała taką piwnicę.
Śmieszne, powinienem to pamiętać. Wysyłała mnie tam w zimie po warzywa. Sama robiła przetwory, w dużych szklanych wekach z takimi gumkami, które się wkłada pod wieczko.

Pewnego dnia poszedłem po słoik fasoli na kolację. Przetwory stały w pudłach, starannie opisanych dłonią pani Hollis. Pamiętam, że zawsze robiła błąd w słowie ogórki, co napełniało mnie skrywanym poczuciem wyższości.

Tego dnia ominąłem pudła z napisem "ogurki" i poszedłem do kąta, w którym stała fasola. Było tu zimno i ciemno. Ściany z ubitej ziemi podczas deszczu wydzielały wilgoć, ściekającą po nich cienkimi i krętymi strużkami. Woń, która się tu unosiła, była mroczną mieszaniną wyziewów żywych organizmów, ziemi i warzyw, w uderzający sposób podobną do zapachu kobiecych części intymnych. W jednym kącie ziemianki stała stara, zniszczona prasa drukarska, która była tam jeszcze przed moim przybyciem. Nieraz bawiłem się nią i udawałem, że potrafię ją naprawić. Kochałem tę piwnicę. W owym czasie - miałem jakieś dziewięć, dziesięć lat - była moim ulubionym miejscem. Pani Hollis nigdy nie postawiła w niej stopy, a dla pana Hollisa noszenie weków byłoby poniżej godności. Więc to ja tam chodziłem, wdychałem ten szczególny, intymny zapach i rozkoszowałem się poczuciem bezpieczeństwa jak w kobiecym łonie. Wnętrze ziemianki oświetlała jedna brudna żarówka, którą pan Hollis powiesił pewnie przed pierwszą wojną światową. Czasami składałem ręce i na ścianach powstawały wydłużone cienie zajączków.

Wziąłem fasolę i miałem wracać, kiedy pod jednym z tych z starych pudeł rozległy się jakieś szelesty. Podszedłem i uniosłem pudło.

Leżał pod nim szczur, wielki i bury. Podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Jego boki poruszały się gwałtownie; błysnęły zęby. Takiego wielkiego szczura nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Podszedłem bliżej. To była samica, właśnie rodziła. Dwa młode, łyse i ślepe, już przywarły do jej sutek. Trzecie było w drodze.

Samica przeszyła mnie bezradnym wzrokiem, gotowa do walki. Chciałem ją zabić, zabić je wszystkie, rozgnieść, ale nie mogłem. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak okropnego. Kiedy tak patrzyłem, przez podłogę przebiegł szybko mały brązowy pajączek. Szczurzyca złapała go i zjadła.

Uciekłem. W połowie schodów przewróciłem się i zbiłem słoik. Pani Hollis spuściła mi lanie i już nigdy więcej nie poszedłem do piwnicy, chyba że mi kazali.
Stałem i wpatrywałem się w policjanta, pogrążony we wspomnieniach.

- Szybko - ponagliła mnie Nona.

Byt znacznie lżejszy niż Norman Blanchette, a może w moich żyłach krążyło więcej adrenaliny. Wziąłem go na ręce i zaniosłem na skraj mostu. Ledwie widziałem wodospad w dole rzeki, a wiadukt kolejowy wyglądał jak cień albo szafot. Wiatr wył i zawodził, śnieg smagał mnie po twarzy. Przez jakiś czas stałem, tuląc policjanta do piersi jak uśpione dziecko. Potem przypomniałem sobie, co się stało, i zrzuciłem go z mostu w ciemność.

Wróciliśmy do furgonetki i zajęliśmy miejsca, ale silnik nie chciał zapalić. Dusiłem go tak długo, aż poczułem słodkawy zapach benzyny, która zalała gaźnik, i dałem za wygraną.

- Chodź - rzuciłem.

Poszliśmy do policyjnego samochodu. Przednie siedzenie było zasłane bloczkami mandatów, notesami i formularzami. Krótkofalówka pod deską rozdzielczą trzasnęła i zachrypiała:

- Czwórka, zgłoś się, czwórka. Słyszysz mnie?

Wyłączyłem ją, obijając sobie kostki u palców, kiedy szukałem właściwego przycisku. Znalazłem dubeltówkę, pewnie prywatną własność policjanta. Odpiąłem ją i wręczyłem Nonie. Położyła ją sobie na kolanach. Obejrzałem samochód. Miał wgniecioną karoserię, ale poza tym nie ucierpiał. Miał też zimowe opony, które mogły się nam przydać, kiedy tylko wydostaniemy się za pasmo lodu, przyczynę tego wszystkiego.

Wreszcie znaleźliśmy się w Castle Rock. Wszystkie domy - z wyjątkiem trafiających się od czasu do czasu mieszkalnych przyczep bliżej drogi - zniknęły. Pługi jeszcze nie wyjechały na szosę, na której nie było żadnych śladów z wyjątkiem naszych. Monolity świerków, przykrytych śniegiem, otoczyły nas pierścieniem. Poczułem się malutki i nieważny, jak okruszek w gardle nocy. Było już po dziesiątej.
Na pierwszym roku studiów nie użyłem specjalnie życia. Pilnie się uczyłem i ciężko pracowałem w bibliotece, gdzie układałem książki, kleiłem okładki i uczyłem się katalogowania. Na wiosnę zaczynał się baseball.

Pod koniec roku akademickiego, przed końcowymi egzaminami, w sali gimnastycznej odbywały się tańce. Byłem przygotowany do dwóch pierwszych testów, nie miałem co robić, więc poszedłem.

W sali było ciemno, ciasno, parno i dziko, jak zwykle przed zbliżającym się zagrożeniem w postaci końcowych egzaminów. Seks wisiał w powietrzu. Nie trzeba było węszyć, wystarczyło wyciągnąć rękę, a sam by w nią wpadł, jak mokra i ciężka szmata. Czuło się, że będziemy się kochać, jeśli można to tak nazwać. W pralni, na parkingu, w mieszkaniach i wspólnych sypialniach. Zdesperowani chłopcy-mężczyźni i ładne studentki, które tego roku miały wrócić do domu i założyć rodziny. We łzach i ze śmiechem, na trzeźwo i po pijaku, sztywno i bez hamulców. A przeważnie szybko.

Zobaczyłem paru samotnych, ale niewielu. W takie miejsce nie przychodzi się samemu. Podszedłem do grającego zespołu. W miarę jak się zbliżałem do źródła dźwięku, muzyka stawała niemal wyczuwalna. Półtorametrowe wzmacniacze były ustawione w półokrąg za zespołem. Bębenki omal nie wyskoczyły mi z uszu.

Oparłem się o ścianę i zacząłem obserwować. Tancerze wykonywali określone figury (jakby nie w parach, ale w trójkach, trzecia osoba niewidzialna, lecz obecna pomiędzy nimi, obejmowana z przodu i z tyłu), ich stopy brodziły w trocinach, którymi posypano podłogę. Nie znałem tu nikogo i czułem się osamotniony, ale w taki przyjemny sposób. Dotarłem do tego etapu wieczoru, gdy zwykle wyobrażam sobie, że wszyscy ukradkiem zerkają tylko na mnie, romantycznego samotnika.

Jakieś pół godziny później wyszedłem po colę z automatu. Kiedy wróciłem, ktoś zainaugurował tańce w kręgu. Wciągnęli mnie do niego. Po obu stronach miałem dwie nieznajome dziewczyny. Krążyliśmy, w kółko, w kółko, pewnie ze dwieście osób. Krąg zajmował połowę parkietu. Potem rozpadł się, mniej więcej trzydziestu tancerzy utworzyło mniejszy krąg w środku, który zaczął wirować w przeciwną stronę. Zakręciło mi się w głowie. Zobaczyłem dziewczynę podobną do Betsy Malenfant, ale zdawałem sobie sprawę, że to złudzenie. Potem znowu się rozejrzałem i nie dostrzegłem nikogo, kto by ją przypominał.

Taniec wreszcie się skończył, a ja poczułem się słabo i niedobrze. Wróciłem na swoje miejsce i usiadłem. Muzyka była zbyt głośna, powietrze za gęste. Nie mogłem się otrząsnąć. W skroniach pulsowała mi krew, tak jak wtedy, gdy się niesamowicie upijesz.

Do tej pory sądziłem, że to, co zdarzyło się później, było spowodowane moim zmęczeniem i mdłościami, ale jak już powiedziałem, podczas tego pisania zacząłem widzieć jaśniej. Teraz już tak nie sądzę.

Podniosłem głowę i spojrzałem na nich, na tych pięknych, wirujących ludzi w półmroku. Wydawało mi się, że wszyscy mężczyźni się boją, a ich twarz zmieniają się w groteskowe, znieruchomiałe maski. Nic dziwnego. Kobiety - te ładne studentki w sweterkach, krótkich spódniczkach, dzwonach - zmieniały się w szczury. Z początku wcale się nie przestraszyłem. Nawet się roześmiałem. Wiedziałem, że to jakaś halucynacja i przez pewien czas przyglądałem się temu niemal na chłodno.



1   ...   29   30   31   32   33   34   35   36   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna