Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona32/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   28   29   30   31   32   33   34   35   ...   49

Roześmiała się - a mnie aż się zrobiło gorąco i zimno na przemian.

- Zdaje się, że oboje jesteśmy jak dwa bezdomne kocury. Wydawało mi się, że powiedziała "kocury". Tak mi się wydawało. Wtedy. Ale tutaj mam dużo czasu na rozmyślania i coraz bardziej się przekonuję, że mogła powiedzieć "szczury". Dwa bezdomne szczury. Tak. A to nie to samo, prawda?

Właśnie miałem powiedzieć coś cholernie błyskotliwego - jakieś "czyżby?" - kiedy ktoś położył mi rękę na ramieniu.

Odwróciłem się. To był jeden z tych kierowców przy stole. Miał ryży zarost, a z ust wystawała mu zapałka. Cuchnął olejem.

- Jużeś chyba wypił tę kawę - powiedział. Usta za zapałką rozchyliły się w uśmiechu. Miał mnóstwo bardzo białych zębów.

- Co?

- Psujesz tu powietrze, chłopie. Bo chyba jesteś chłop, co? Trudno powiedzieć.



- Z ciebie też żaden przystojniak - odpysknąłem. - Czym tak od ciebie jedzie, wieśniaku?

Trzasnął mnie w policzek otwartą dłonią. Przed oczami zatańczyły mi czarne kropki.

- Nie bijcie się tu - odezwał się barman. - Chcesz go połamać, to jazda na zewnątrz.

- Wychodź, ty komunisto - powiedział kierowca.

W tym miejscu dziewczyna powinna wystąpić z czymś w rodzaju "Zostaw go", albo "Ty bandyto!". Ale ona wcale się nie odezwała. Przyglądała się nam z napiętą fascynacją. To było przerażające. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, jak wielkie są jej oczy.

- Mam cię znowu walnąć?

- Nie. Idziemy, gnoju.

Nie mam pojęcia, co mnie napadło. Nie lubię się bić. Nie umiem się bić. I zdecydowanie nie umiem się przezywać. Ale wtedy byłem wściekły. Zrozumiałem, że chcę go zabić.

Może to poczuł, bo przez twarz przebiegł mu cień wahania, podświadomy lęk, że trafił mu się nietypowy hippis. Potem wszystko Zniknęło. Nie zamierzał stchórzyć przed jakimś długowłosym zniewieściałym paniczykiem, który pewnie podciera sobie tyłek flagą narodową. Na pewno nie w obecności kumpli. Nie taki kawał zdrowego chłopa jak on.

Znowu ogarnął mnie gniew. Pedał? Pedał? Zaczęło mnie ponosić i nawet mi się to spodobało. Żołądek zmienił mi się w bryłę żelaza, język wypełniał całe usta.

Podeszliśmy do drzwi. Kumple mojego kumpla omal się nie pozabijali, tak im się spieszyło, żeby popatrzeć na ubaw.

Nona? Myślałem o niej, ale leniwie, obojętnie. Wiedziałem, że tam będzie. Nona się mną zajmie. Miałem co do tego absolutną pewność, tak jak byłem pewien, że na dworze jest zimno. Dziwne, myśleć tak o dziewczynie, którą się poznało pięć minut temu. Tak, dziwne, ale to uświadomiłem sobie znacznie później. Na razie owładnęła mnie - nie, raczej opętała - mordercza wściekłość. Chciałem zabijać.

Mróz dziabnął nas jak nożem. Zamarznięty żwir chrupał głośno pod jego ciężkimi buciorami i moimi kamaszami. Księżyc, okrągły i wzdęty, spoglądał na nas wybałuszonym okiem. Miał lisią czapę zwiastującą nadejście złej pogody. Niebo było czarne jak noc w piekle. Pod naszymi stopami skarlałe cienie rozpływały się w płaskim świetle samotnej latarni pomiędzy zaparkowanymi ciężarówkami. Oddechy zmieniały się w krótkie białe fontanny. Kierowca odwrócił się do mnie, zacisnął pięści w rękawiczkach.

- Dobra, ty skurwielu.

Miałem wrażenie, że puchnę - całe moje ciało jakby się rozdymało. Mętnie zdałem sobie sprawę, że dałem się owładnąć czemuś, czego istnienia dotąd nie przeczuwałem. To było straszne, ale jednocześnie miłe, pożądane, rozkoszne. W tej ostatniej chwili, kiedy jeszcze byłem zdolny do myślenia, wydało mi się, że moje ciało stało się kamienną piramidą albo cyklonem, który zmiecie wszystko, co mu stanie na drodze. Kierowca zrobił się malutki, śmieszny, nieważny. Roześmiałem się. Śmiałem się, a dźwięk, który wydobywał się z moich ust, był mroczny i ponury jak niebo nad naszymi głowami.

Kierowca runął na mnie, machając pięściami. Zablokowałem prawą, przyjąłem cios lewej w twarz, nawet tego nie czując, i kopnąłem go w brzuch. Powietrze uszło z niego białym obłokiem. Usiłował się cofnąć, złapał się za brzuch i zaczął kaszleć.

Zaszedłem go od tyłu, nadal zanosząc się śmiechem, który brzmiał jak szczekanie. Grzmotnąłem go trzy razy, zanim zdołał się odwrócić - w kark, ramię, jedno czerwone ucho. Zawył, a jedna z jego młócących powietrze rąk trafiła mnie w nos. Furia, która we mnie buzowała, buchnęła większym płomieniem. Kopnąłem go, unosząc stopę wysoko, jakbym wybijał piłkę. Wrzasnął; w mroku usłyszałem trzask żeber. Zgiął się wpół. Skoczyłem na niego.

W sądzie jeden kierowca zeznał, że byłem jak dzikie zwierzę. I miał rację. Nie pamiętam wiele, ale jedno sobie przypominam - warczałem i wyłem niczym dziki pies.

Usiadłem na nim okrakiem, złapałem pełne garści tłustych włosów i zacząłem szorować jego twarzą po żwirze. W płaskim świetle latarni krew wydawała się czarna jak krew karalucha.

- Jezu, przestań! - wrzasnął ktoś.

Jakieś ręce chwyciły mnie za ramiona i dźwignęły do góry. Ujrzałem wirujące twarze i rzuciłem się na nie.

Kierowca usiłował odpełznąć. Jego twarz wyglądała jak krwawa maska o oszołomionych oczach. Zacząłem go kopać, uciekając przed rękami innych, i za każdym razem, kiedy moja noga trafiała w cel, stękałem z satysfakcją. On nie mógł już walczyć. Starał się tylko uciec. Po każdym kopniaku zaciskał powieki, przez co robił się podobny do żółwia, i nieruchomiał. Potem znowu pełzł. Wyglądał głupio. Postanowiłem go zabić. Kopać tak długo, aż umrze. Potem zabiję resztę - z wyjątkiem Nony.

Kopnąłem go znowu. Upadł na plecy i wytrzeszczył na mnie głupie oczy.

- Poddaję się - wychrypiał. - Poddaję się! Proszę... proszę...

Ukląkłem przy nim; żwir gniótł mnie w kolana przez nogawki cienkich dżinsów.

- Dobrze, przystojniaku - szepnąłem. - Skoro prosisz... I chwyciłem go za gardło.

Rzuciło się na mnie trzech. Oderwali mnie od niego. Wstałem, szczerząc zęby, ruszyłem na nich. Cofnęli się - trzy wielkie chłopy - przerażeni jak króliki.

Wtedy pstryknął wyłącznik.

Tak, to było całkiem jak pstryknięcie wyłącznika i znowu byłem sobą. Stałem na parkingu przed "Wyżerką u Joego", dyszałem, czułem się chory i przerażony.

Odwróciłem się, spojrzałem w stronę budynku. Zobaczyłem ją; jej przepiękne rysy były rozświetlone zwycięską radością. Uniosła pięść w pozdrowieniu, tak jak to wtedy robili czarni na olimpiadzie.

Odwróciłem się do faceta na ziemi. Ciągle usiłował odpełznąć, a kiedy do niego podszedłem, jego oczy błysnęły dzikim strachem.

- Nie dotykaj go! - krzyknął jego kumpel. Obejrzałem się zmieszany.

- Przepraszam... ja nie chciałem... tak go... Może pomogę...

- Lepiej stąd spływaj, tak będzie najlepiej - odezwał się barman. Stał przed Noną, u stóp schodów. Ściskał zatłuszczoną łopatę. - Dzwonię po gliny.

- Przecież to on zaczął! To on...

- Nie pyskuj, ty parszywa cioto - przerwał mi, robiąc krok do tyłu. - Widzę, że omal go nie zabiłeś. Dzwonię po gliny!

Odwrócił się i wbiegł do knajpy.

Zostawiłem w środku moje rękawice z niewyprawionej skóry, ale jakoś nie miałem ochoty po nie wracać. Schowałem ręce do kieszeni i ruszyłem w stronę autostrady. Szansę na to, że zdołam złapać stopa, zanim policjanci złapią mnie, były jak jeden do dziesięciu. Czułem, że uszy mi zamarzają i chciało mi się rzygać. Co za parszywa noc.

- Zaczekaj! Hej, zaczekaj!

Odwróciłem się. Biegła za mną, rozwiane włosy trzepotały jej za plecami.

- Byłeś wspaniały! Wspaniały!

- Pobiłem go - powiedziałem tępo. - Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło.

- Szkoda, że go nie zabiłeś!

Wytrzeszczyłem na nią oczy. Stała skąpana w mroźnym świetle.

- Nie słyszałeś, co o mnie mówili, zanim przyszedłeś. Śmiali się, wiesz, tacy wielcy, silni i obleśni - cha, cha, patrzcie na tę małą, co ona tu robi całkiem sama? Dokąd jedziesz, złotko? Podwieźć cię? Będę dla ciebie miły, jak i ty będziesz miła. Niech to!

Obejrzała się, jakby chciała ich pozabijać jednym spojrzeniem, nagłym piorunem z ciemnych oczu. Potem odwróciła się do mnie i znowu było tak, jakby ktoś włączył mi w mózgu reflektor.

- Mam na imię Nona. Pójdę z tobą.

- Dokąd? Do więzienia? - Szarpnąłem się obiema rękami za włosy. - Po tym wszystkim pierwszy facet, który nas podwiezie, będzie policjantem. Barman mówił, że zadzwoni na policję.

- Ja będę łapać, ty stań za mną. Dla mnie się zatrzymają. Zawsze się zatrzymują, jeśli dziewczyna jest ładna.

Nie mogłem odmówić i wcale nie chciałem. Miłość od pierwszego wejrzenia? Może i nie. Ale na pewno coś się działo, Chwytacie?

- Masz - powiedziała. - Zapomniałeś. Podała moje rękawiczki.

Nie wróciła do knajpy, a to znaczyło, że wzięła je od razu. Z góry wiedziała, że ze mną pójdzie. Przeszedł mnie dreszcz. Włożyłem rękawiczki i ruszyliśmy w stronę zjazdu na rogatkach miasta.


Miała rację. Złapaliśmy pierwszy samochód, który skręcił w zjazd.

Czekaliśmy, nie odzywając się do siebie ani słowem, choć wydawało się, że rozmawiamy. Nie będę tu łgał o postrzeganiu pozazmysłowym czy czymś w tym stylu. Wiecie, o czym mówię. Pewnie sami to czuliście, jeśli byliście z kimś naprawdę blisko albo jeśli wzięliście te prochy, których nazwa składa się z samych pierwszych liter. Słowa są zbędne. Porozumienie zachodzi na jakimś paśmie wysokiej emocjonalnej częstotliwości. Wystarczy jeden gest. Byliśmy obcy. Znałem tylko jej imię, a teraz kiedy sobie to przypominam, dochodzę do wniosku, że ja się jej w ogóle nie przedstawiłem. Ale coś się działo. To nie była miłość. Powtarzam to w kółko, chociaż nie mam ochoty, bo czuję, że tak trzeba. Nie chcę brudzić tego słowa tym czymś, co nas łączyło. Nie po tym, co zrobiliśmy, nie po Castle Rock, nie po tych snach.

W zimnej ciszy rozległo się wysokie, przenikliwe zawodzenie, wznoszące się i opadające.

- Pewnie karetka - powiedziałem.

- Tak.

Znowu milczenie. Światło księżyca gasło za gęstniejącym kożuchem chmur. Przyszło mi do głowy, że lisia czapa to niezawodny znak. Śnieg na pewno spadnie jeszcze tej nocy.



Zza wzgórza wyłoniły się światła.

Stanąłem za nią, nie czekając, aż mnie ponagli. Odgarnęła włosy do tyłu i uniosła piękną twarz. Kiedy samochód błysnął kierunkowskazami, ogarnęło mnie uczucie nierealności - to niemożliwe, żeby ta piękna dziewczyna wybrała właśnie mnie, niemożliwe, żebym pobił silnego mężczyznę, tak by musiało przyjechać po niego pogotowie, niemożliwe, żebym do rana miał się znaleźć w więzieniu. To nierealne. Czułem, że omotuje mnie pajęcza nić. Ale kto był pająkiem?

Nona uniosła kciuk. Samochód, sedan chevrolet, minął nas i wyglądało na to, że się nie zatrzyma. Ale nagłe jego tylne światła mignęły, a Nona chwyciła mnie za rękę.

- Chodź, mamy go!

Uśmiechnęła się do mnie, uradowana jak dziecko, więc również odpowiedziałem uśmiechem.

Facet ochoczo otwierał drzwi po stronie pasażera. Wewnętrzne światło zapaliło się. Zobaczyłem go - potężnego mężczyznę w drogim płaszczu z wielbłądziej wełny, siwiejącego na skroniach pod kapeluszem, mężczyznę o wyrazistych rysach, rozpływających się w tłuszczu po wielu dobrych posiłkach. Biznesmen albo handlowiec. Sam. Drgnął na mój widok, ale było już za późno, żeby dodać gazu i spadać. Tak pewnie było mu łatwiej. Później mógł czarować, że od początku widział nas oboje i musiał podwieźć młodych ludzi, bo taka z niego dobra dusza.

- Zimna noc - odezwał się, kiedy Nona usiadła obok niego, a ja obok niej.

- O, tak - powiedziała słodko. - Dziękujemy!

- Tak - mruknąłem. - Dzięki.

- Nie ma za co. - I ruszyliśmy, zostawiając za sobą syreny, kierowców i knajpę.

Policjant wykopał mnie z autostrady o wpół do ósmej. Teraz było wpół do dziewiątej. Niesamowite, ile można zrobić w tak krótkim czasie i ile może cię spotkać.

Zbliżaliśmy się do żółtych migających świateł, oznaczających granice miasta.

- Dokąd jedziecie? - spytał facet.

Zadał kłopotliwe pytanie. Miałem nadzieję, że dotrę do Kittery i zaczepię się u znajomej, która była tam nauczycielką. Uznałem, że to odpowiedź równie dobra jak każda inna i już otwierałem usta, kiedy Nona powiedziała:

- Do Castle Rock. To małe miasto na południowy zachód od Lewiston - Auburn.

Castle Rock. Dziwnie się poczułem. Dawno, dawno temu miałem tam niezłe układy, zanim Ace Merrill zmieszał mnie z błotem.

Facet zatrzymał samochód, zapłacił za wjazd na autostradę i znowu ruszyliśmy.

- Ja jadę tylko do Gardiner - skłamał gładko. - To następny zjazd. Ale dla was to zawsze coś.

- Oczywiście - przyznała Nona, ciągle ze słodyczą. - Bardzo pan miły, że się pan zatrzymał w taką zimną noc.

A kiedy to mówiła, po łączącej nas emocjonalnej częstotliwości płynął do mnie jej gniew, nagi i jadowity. Przerażał mnie, tak jak przerażałoby tykanie dochodzące z nieznanej przesyłki.

- Nazywam się Blanchette - powiedział facet. - Norman Blanchette. - Wyciągnął do nas rękę.

- Cheryl Craig. - Nona uścisnęła ją delikatnie. Zrozumiałem i także podałem mu fałszywe nazwisko.

- Miło mi - mruknąłem.

Miał miękką, wiotką rękę. Jak termofor w kształcie dłoni. Zemdliło mnie. Chciało mi się rzygać na myśl, że musiałem błagać o podwiezienie tego zarozumiałego palanta, który chciał podrzucić samotną dziewczynę, bo mogłaby się zgodzić na godzinkę w motelu w zamian za pieniądze na bilet autobusowy. Chciało mi się rzygać na myśl, że gdybym był sam, ten wieprzek o gorącej, zwiędłej dłoni minąłby mnie bez jednego spojrzenia. I chciało mi się rzygać, bo wiedziałem, że wysadzi nas przy zjeździe do Gardiner, a potem wróci objazdem na autostradę, przejedzie obok nas i nawet się nie obejrzy, i będzie sobie gratulował tak sprytnego wybrnięcia z irytującej sytuacji. Chciało mi się rzygać na sam jego widok. Te obwisłe wory policzków, peruczka, zapach wody kolońskiej.

Jak śmiał? Jak śmiał?

Mdłości narastały, kwiaty gniewu znowu rozchyliły pąki. Reflektory jego drogiego wozu cięły noc z niedbałą łatwością, a moja wściekłość wrzała coraz bardziej, podjudzana przez wszystko, co go otaczało - muzykę, której na pewno lubił słuchać, rozwalony w fotelu z gazetą w tych łapach jak termofory, kolor, na który farbuje włosy jego żona, bielizna, którą na pewno nosi, dzieci, ciągle wysyłane do kina, do szkoły albo na obóz - byle tylko nie kręciły się po domu - snobujący się przyjaciele i pijackie przyjęcia, które dla nich wydaje.

Ale jego woda kolońską... to było najgorsze. Powietrze w samochodzie zrobiło się gęste od tego słodkawego, mdlącego zapachu. Przypominał perfumowany środek dezynfekujący, którym zlewa się rzeźnię pod koniec zmiany.

Samochód wdzierał się w noc, Norman Blanchette trzymał opuchnięte dłonie na kierownicy. Wypieszczone paznokcie lśniły dyskretnie w blasku bijącym od deski rozdzielczej. Chciałem uchylić okno i uciec od tego lepkiego smrodu. Nie, więcej - chciałem opuścić okno do oporu i wystawić głowę na zimne powietrze, zachłysnąć się mroźną świeżością, ale byłem jak zamarznięty, z przyklejoną do gęby głupią miną, która kryła milczącą, niewypowiedzianą nienawiść.

Nona wcisnęła mi w rękę pilnik do paznokci.
Kiedy miałem trzy lata, zapadłem na ciężką grypę i trafiłem do szpitala. W tym samym czasie mój ojciec zasnął z papierosem w łóżku i spowodował pożar, w którym zginął wraz z mamą i moim starszym bratem Drakiem. Widziałem ich zdjęcia. Wyglądają niczym aktorzy ze starego horroru, tacy, których nie rozpoznaje się na pierwszy rzut oka jak gwiazdorów. Powiedzmy, Elisha Cook Jr., Mara Corday i jakiś dziecięcy aktor, może Brandon de Wilde.

Nie miałem żadnych krewnych, więc na pięć lat trafiłem do sierocińca w Portland. Potem przenieśli mnie do rodziny zastępczej. To znaczy, że państwo płaciło jakimś ludziom trzydzieści dolarów miesięcznie, żeby mnie wychowali. Zwykle tacy ludzie biorą sobie dwie lub trzy sieroty - nie dlatego, że mają wielkie serca, tylko dla zysku. Dają ci jeść. Dostają trzydzieści dolców i dają ci jeść. Jeśli dzieciak chodzi najedzony, może różnymi pracami zarobić na swoje utrzymanie. W ten sposób trzydzieści zmienia się w czterdzieści, pięćdziesiąt, może nawet sześćdziesiąt pięć dolców. Kapitalizm w odniesieniu do sierotek. Najwspanialszy kraj na świecie, co?

Moi "rodzice" nazywali się Hollis i mieszkali w Harlow, po drugiej stronie rzeki, za którą leżało Castle Rock. Mieli trzypiętrowy dom z czternastoma pokojami. W kuchni stał piec, jedyne ogrzewanie. W styczniu szło się do łóżka z trzema kołdrami, a i tak nie było wiadomo, czy rano będzie się jeszcze miało stopy. Trzeba było spuścić je na podłogę i dla wszelkiej pewności się im przyjrzeć. Pani Hollis była gruba, pan Hollis - chudy i milczący. Przez cały rok nosił czarno-czerwony kapelusik myśliwski. Dom stanowił skład obłąkańczej zbieraniny unikatowych mebli, rzeczy z wyprzedaży, spleśniałych materaców, psów, kotów oraz części samochodowych, leżących na gazetach. Miałem trzech "braci", także sieroty. Prawie się nie znaliśmy. Byliśmy jak podróżni w autobusie.

W szkole szło mi dobrze, a w drugiej klasie liceum wstąpiłem do drużyny baseballowej. Hollis przynudzał, żebym zrezygnował, ale ja wytrzymałem aż do afery z Ace'em Merrillem. Potem nie chciałem się już nigdzie pokazywać, nie z tą obrzmiałą, poranioną twarzą, nie po tym, co rozpowiadała Betsy Malenfant. Odszedłem z drużyny, a Hollis znalazł mi robotę w sklepie spożywczym.

W lutym zgłosiłem się na egzaminy. Zapłaciłem za nie dwanaście dolarów, które chowałem w materacu. Załapałem się z niewielkim stypendium na uniwersytet i dostałem dobrą pracę w bibliotece. Wyraz twarzy Hollisów, kiedy pokazałem im dokumenty, jest najpiękniejszym wspomnieniem mojego życia.

Curt, jeden z moich "braci", uciekł. Ja bym tak nie mógł. Byłem zbyt bierny na taki krok. Po dwóch godzinach na drodze wróciłbym grzecznie do domu. Szkoła była dla mnie jedynym wyjściem i właśnie na nie się zdecydowałem.

Ostatnie słowa pani Hollis do mnie brzmiały: "Przyślij nam co, jak będziesz mógł". Nigdy więcej nie widziałem moich przybranych rodziców. Na pierwszym roku szło mi dobrze, a w lecie dostałem pracę w bibliotece na pełny etat. Na pierwszym roku wysłałem im kartkę na Boże Narodzenie, ale tylko ten jeden raz.

W pierwszym semestrze drugiego roku zakochałem się. To było największe wydarzenie mojego życia. Ładna? Ludzie, ścinała z nóg. Do dziś nie rozumiem, co we mnie widziała. Nie wiem nawet, czy mnie kochała. Zdaje się, że tak, przynajmniej na początku. Potem wszedłem jej w nawyk, z którego trudno zrezygnować, coś jakby palenie albo jazda samochodem z łokciem wystawionym przez okno. Przez pewien czas jeszcze mnie trzymała, może nawet nie chciała wyzwolić się z nałogu. Może robiła to z ciekawości, a może po prostu w grę wchodziła próżność. Dobry piesek, siad, leżeć, przynieś gazetę. Masz całuska na dobranoc. Nieważne. Przez jakiś czas była to miłość, następnie coś podobnego do miłości, a potem się skończyło.

Spałem z nią dwa razy, kiedy miłość już minęła. To przez jakiś czas podtrzymywało nawyk. Potem wróciła po Święcie Dziękczynienia i powiedziała, że zakochała się w jednym gościu z Delta Tau Delta, który pochodził z jej miasta. Usiłowałem ją odzyskać i prawie mi się udało, ale ona miała już coś, czego dotąd nie było - perspektywy.

To, co budowałem przez wszystkie lata po pożarze, który unicestwił aktorów z drugorzędnych filmów, niegdyś moją rodzinę, zawaliło się od jednego drobiazgu. Związkowej odznaki tego faceta na jej bluzce.

Potem były trzy lub cztery dziewczyny, które chciały się ze mną przespać. Mógłbym wszystko zrzucić na dzieciństwo, powiedzieć, że nie znałem dobrego modelu zachowań seksualnych, lecz nie o to tu chodzi. Nigdy nie miałem problemów w związku z tamtą dziewczyną. Ale tamta dziewczyna odeszła.

Zacząłem się bać kobiet, tak trochę. Tych, przy których okazałem się impotentem, nie było więcej od tych, z którymi mi poszło, jednak i tak czułem się przy nich nieswojo. Ciągle zadawałem sobie pytanie, gdzie chowają nóż, który mi wsadzą w plecy i kiedy to nastąpi. Nie jest to takie znowu dziwne. Pokażcie mi żonatego albo faceta ze stałą kochanką, a ja wam pokażę kogoś, kto nieustannie się zastanawia (choćby tylko wcześnie rano albo w piątek po południu, kiedy ona wyszła po zakupy): "Co ona robi, kiedy nie ma mnie w domu? Co o mnie naprawdę myśli?". I chyba najczęściej: "Ile mi zabrała? Ile ze mnie zostało?". Jak raz o tym pomyślałem, to już nie potrafiłem przestać.

Zacząłem pić. Moje stopnie poleciały na pysk. W ciągu semestru dostałem pismo, w którym mnie zawiadamiano, że jeśli nie poprawię się w ciągu sześciu tygodni, stracę stypendium. Upiłem się razem z kumplami i nie wytrzeźwiałem przez całe święta. Ostatniego dnia poszliśmy do burdelu i sprawiłem się świetnie. Było ciemno, nie widziało się twarzy.

Moje stopnie ciągle wyglądały tak samo. Raz zadzwoniłem do tamtej dziewczyny i rozpłakałem się. Ona też płakała i wydaje mi się, że w pewnym sensie sprawiłem jej przyjemność. Nie czułem do niej nienawiści, teraz też nie czuję. Ale mnie przeraziła. Przeraziła mnie jak cholera.

Dziewiątego lutego dostałem pismo od dziekana uniwersytetu, który powiadamiał mnie, że oblałem dwa lub trzy najważniejsze przedmioty. Trzynastego przyszedł dość ostrożny list od tamtej dziewczyny. Chciała, żebyśmy pozostali w przyjaźni. W lipcu lub sierpniu miał się odbyć jej ślub z gościem z Delta Tau Delta. Mogłem dostać zaproszenie, jeślibym tylko zechciał. To mnie prawie rozśmieszyło. Co miałbym jej dać w prezencie? Moje serce, obwiązane czerwoną wstążeczką? Moją głowę? Fiuta?

Czternastego, w walentynki, doszedłem do wniosku, że pora zmienić otoczenie. Potem zjawiła się Nona, ale to już wiecie.

Jeśli z tego pisania ma w ogóle coś wyjść, musicie zrozumieć, kim ona dla mnie była. Była piękniejsza od tamtej dziewczyny, lecz nie o to chodzi. W bogatym kraju uroda jest tania. Chodziło o jej wnętrze. Była seksowna, jednakże to emanowało z niej jak z rośliny - ślepy seks, jakby potrzeba przywarcia, niezaprzeczalny seks, który nie ma znaczenia, ponieważ jest równie odruchowy jak fotosynteza. Nie jak u zwierzęcia, tylko u rośliny. Czujecie? Wiedziałem, że będziemy się kochać, tak jak mężczyzna z kobietą, ale nasze połączenie będzie równie mimowolne i odruchowe, jak przywarcie bluszczu do kraty altany w sierpniowym słońcu.

Seks był ważny tylko dlatego, że nie miał znaczenia.

Wydaje mi się - nie, jestem pewien - że prawdziwym motywem przewodnim była agresja. Ona jedna była prawdziwa, całkowicie realna. Wielka, szybka i twarda jak ford rocznik '52 Ace'a Merrilla. Agresja "Wyżerki u Joego", agresja Normana Blanchette'a. I nawet ona miała w sobie coś ślepego, wegetacyjnego. Może więc jednak Nona była płożącą się winoroślą, ponieważ jest taki gatunek, który nazywa się pułapką Wenus. Ta mięsożerna roślina potrafi ruszać się jak zwierzę, kiedy w jej szczękach znajdzie się mucha lub kawałek surowego mięsa. Tak, to było prawdopodobne. Rozmnażająca się przez zarodniki roślina może tylko śnić o seksie, lecz jestem pewien, że naprawdę czuje smak muchy, rozkoszuje się jej słabnącym oporem, gdy zaciska wokół niej szczęki.

Ostatnim elementem była moja bierność. Sam nie potrafiłem wypełnić dziury we własnym życiu. Nie tej, którą zostawiła po sobie tamta dziewczyna, nie chcę jej o to oskarżać. Ta dziura zawsze we mnie była, czarny wir, który nigdy nie znieruchomiał. Wypełniła go Nona. To ona kazała mi działać.

Podarowała mi szlachetność.

Teraz może już coś rozumiecie. Dlaczego o niej śnię. Dlaczego fascynacja pozostała pomimo skruchy i wstrętu. Dlaczego jej nienawidzę. Dlaczego się jej boję. I dlaczego nawet teraz ją kocham.


Od granic Augusty do zjazdu na Gardiner było piętnaście kilometrów. Zrobiliśmy je w parę minut. Martwo ściskałem pilnik do paznokci i wpatrywałem się w zielony oświetlony znak - zjazd numer 14 w prawo - migoczący w mroku nocy. Księżyc zniknął, prószył śnieg.

- Żałuję, że nie jadę dalej - odezwał się Blanchette.

- Nic nie szkodzi - powiedziała Nona ciepło. Jej wrząca furia wwiercała mi się w głowę jak świder. - Proszę nas tu wysadzić.

Podjechał powoli, z przepisową szybkością piętnastu kilometrów na godzinę. Wiedziałem, co mam zrobić. Wydawało mi się, że nogi mam jak odlane z ołowiu.

Zatoczkę przy zjeździe oświetlała jedna latarnia. Po lewej widziałem światła Gardiner na tle gęstniejących chmur. Po prawej tylko czerń. Pusto, nikt nie jechał.



1   ...   28   29   30   31   32   33   34   35   ...   49


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna