Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona31/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   ...   49

- Ubezpieczyliśmy je na ćwierć miliona dolarów - podjął pan Carlin, gdy dotarli na podest pierwszego piętra. Jego usta zadrgały w na poły gorzkim, na poły rozbawionym uśmieszku. - I nieźle nas to trzepnęło po kieszeni.

Był to mały człowieczek, niezbyt tęgi, w okularach bez oprawki i z opaloną łysiną, lśniącą jak wypolerowana kula do kręgli. Zbroja strzegąca mahoniowych cieni korytarza na piętrze spoglądała na nich martwo.

Korytarz był długi; Spangler oszacował ściany i malowidła chłodnym okiem profesjonalisty. Samuel Claggert kupował w ilościach hurtowych, lecz nigdy nie nabywał rzeczy naprawdę cennych. Jak wielu nowobogackich przemysłowców końca dziewiętnastego wieku był miłośnikiem tandety i choć usiłował udawać kolekcjonera sztuki, lubował się w malarskich potwornościach, banalnych powieścidłach, zbiorach poezji w drogich skórzanych oprawach, a także upiornych rzeźbach, które uważał za arcydzieła.

Ściany korytarza były ozdobione - może raczej powinno się powiedzieć: obwieszone - imitacjami marokańskich materii, kandelabrami pełnymi groteskowych zawijasów oraz niezliczonymi Madonnami, trzymającymi niezliczone niemowlęta z aureolami, w otoczeniu niezliczonych aniołów. Z sufitu zwisał monstrualny i obscenicznie ozdobny żyrandol, uwieńczony lubieżnie uśmiechniętą nimfą.

Oczywiście stary pirat zdołał zgromadzić także parę interesujących łupów; wymagało tego prawo przypadku. I jeśli zasoby Prywatnego Muzeum imienia Samuela Claggerta (wycieczki z przewodnikiem co godzina, wstęp: dorośli 1 dolar, dzieci 50 centów) w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach stanowiły autentyczne złomowisko, nie można było zapomnieć o tych pozostałych dwóch procentach, rzeczach takich jak długa rusznica nad paleniskiem w kuchni, dziwna mała camera obscura w salonie i oczywiście...

- Przenieśliśmy lustro Delvera z parteru po dość przykrym... incydencie - odezwał się niespodziewanie pan Carlin, najwyraźniej zmotywowany do działania upiornym spojrzeniem nieznajomej osoby z portretu u stóp kolejnych schodów. - Zdarzało się, że przychodzili także inni... ostre słowa, absurdalne stwierdzenia... lecz tym razem była to prawdziwa próba zniszczenia lustra. Ta kobieta, panna Sandra Bates, weszła tu z kamieniem w kieszeni. Na szczęście nie trafiła i jedynie rozbiła róg skrzyni. Lustro nie odniosło szwanku. Ta Batesówna miała brata...

- Nie prosiłem o wycieczkę z przewodnikiem - przerwał cicho Spangler. - Jestem doskonale poinformowany o historii luster Delvera.

- Fascynująca, prawda? - Carlin rzucił mu dziwne, ukośne spojrzenie. - Ta angielska diuszesa w 1709... i kupiec z Pensylwanii w 1746... nie wspominając już...

- Doskonale znam te historie - powtórzył spokojnie Spangler. - Interesuje mnie tylko stan lustra. I, oczywiście, pozostaje kwestia autentyczności...

- Autentyczności! - Pan Carlin zachichotał; był to dźwięk suchy jak klekotanie kości w szafie pod schodami. - Sprawdzali je rzeczoznawcy!

- Tak jak stradivariusa Lemliera.

- Rzeczywiście - powiedział pan Carlin z westchnieniem. - Lecz żaden stradivarius nie wywierał tak... niepokojącego wpływu, jak lustro Delvera.

- Owszem - zgodził się Spangler z cichą pogardą. Wiedział już, że Carlin nie da się powstrzymać; jego umysł funkcjonował dokładnie tak, jak wymagał tego jego wiek. - Owszem.

W milczeniu weszli na trzeci i czwarty ciąg schodów. W mrocznych galeriach bliżej dachu panowała nieznośna duchota. Wraz z nią pojawił się odór, który Spangler znał bardzo dobrze, gdyż spędził w nim całe dorosłe życie - smród od dawna zdechłych much, wilgotnej zgnilizny i robactwa pod tynkiem. Odór starości, charakterystyczny dla muzeów i mauzoleów. Spangler sądził, że takie same wyziewy wydobywałyby się z grobu nastoletniej dziewicy, martwej od czterdziestu lat.

Tutaj starocie piętrzyły się w bezładnych stertach na podobieństwo prawdziwego sklepu ze starociami. Pan Carlin poprowadził Spanglera przez labirynt rzeźb, portretów w łuszczących się ramach, przeładowanych ozdobami złoconych klatek na ptaki, fragmentów rozdartego na sztuki szkieletu starego roweru. Znaleźli się pod ścianą, o którą opierała się drabinka prowadząca do klapy w suficie. Ze skobla zwisała zakurzona kłódka.

Po lewej stronie stał gipsowy Adonis, przeszywający ich bezlitosnym spojrzeniem ślepych, zasnutych bielmem oczu. Wyciągał ku nim ramię, na którym dyndała żółta kartka z napisem: WSTĘP SUROWO WZBRONIONY.

Pan Carlin wyciągnął z kieszeni kółko z kluczami, wybrał jeden z nich i wszedł na drabinkę. Zatrzymał się na trzecim szczeblu; jego łysina lśniła słabo w mdłym świetle.

- Nie lubię tego lustra - powiedział. - Nigdy go nie lubiłem. Boję się w nie spoglądać. Boję się, że kiedyś mógłbym w nim zobaczyć... to, co tamci.

- Widzieli tylko własne odbicia.

Pan Carlin otworzył usta, pokręcił głową i zaczął zmagać się z kłódką, wyciągając szyję, by trafić kluczem w zamek.

- Trzeba to wymienić - mruknął. - Jest... Psiakrew! - Kłódka odskoczyła gwałtownie i spadła. Pan Carlin wyciągnął ku niej rękę, prawie spadając z drabiny. Spangler podniósł ją zgrabnie z ziemi. Carlin trzymał się kurczowo szczebla, drżąc jak liść na wietrze. Jego twarz w brunatnym cieniu wydawała się zupełnie biała.

- Ono pana niepokoi, prawda? - zagadnął Spangler z lekkim zaciekawieniem.

Carlin nie odpowiedział. Stał jak sparaliżowany.

- Proszę zejść - zarządził Spangler - bo jeszcze pan spadnie.

Carlin powoli zszedł, kurczowo ściskając każdy szczebel. Zachowywał się jak człowiek zwisający nad bezdenną przepaścią. Dopiero gdy jego stopy dotknęły podłogi, zaczął coś bełkotać, całkiem jakby w podłodze płynął prąd, który wrócił mu życie.

- Ćwierć miliona - powiedział. - Ćwierć miliona dolarów ubezpieczenia, żeby przenieść to... lustro na górę. To przeklęte... Musieli zamontować specjalny blok i wyciąg, żeby je wywindować. A ja miałem nadzieję... prawie się modliłem, żeby czyjeś palce okazały się niezręczne... żeby lina była przetarta... żeby to ohydztwo spadło i rozbiło się na milion kawałków!

- Fakty - przerwał Spangler. - Fakty, człowieku. Nie tanie opowieści, nie sensacje z brukowca, nie tandetne horrory. Fakty. Po pierwsze: John Delver był angielskim rzemieślnikiem normandzkiego pochodzenia, produkującym lustra w okresie, który nazywamy elżbietańskim. Żył i umarł cicho i bez sensacji. Gosposia nie zmywała mu z podłogi pentagramów, nie znaleziono śmierdzących siarką dokumentów z krwawym podpisem. Po drugie: jego lustra stały się okazami poszukiwanymi przez kolekcjonerów, głównie z uwagi na znakomite rzemiosło, a także na fakt, iż były robione z rodzaju kryształu o właściwościach lekko powiększających i zniekształcających odbicie - cecha dość charakterystyczna. Po trzecie: o ile wiadomo, pozostało tylko pięć zwierciadeł Delvera, dwa z nich w Ameryce. Są bezcenne. Po czwarte: to lustro oraz drugie, które zostało zniszczone podczas bombardowania Londynu, zyskały sobie dość fantastyczną reputację, wynikającą w dużej mierze z przeinaczeń, przesady i zbiegów okoliczności...

- Fakt numer pięć - odezwał się pan Carlin. - Zarozumiałe z ciebie bydlę, nieprawda?

Spangler spojrzał z umiarkowaną pogardą w ślepe oczy Adonisa.

- Byłem przewodnikiem grupy, w której znajdował się brat Sandry Bates, właśnie wtedy, gdy spojrzał w to twoje wspaniałe zwierciadło Delvera. Miał może szesnaście lat i przyjechał tu ze szkolną wycieczką. Streściłem już całą historię i miałem przejść do części, która by ci się spodobała - wysławiającej nieskazitelne rzemiosło, doskonałość samego lustra - kiedy chłopak podniósł rękę. "A co to za czarna plama w górnym lewym rogu? - spytał. - To chyba skaza".

Kolega spytał, o co mu chodzi, więc mały Bates zaczął wyjaśniać, po czym zamilkł. Zajrzał w lustro z bardzo bliska, przechylając się przez ten czerwony aksamitny sznur wokół skrzyni... a potem obejrzał się za siebie, jakby zobaczył czyjeś odbicie! "Wydawało mi się, że kogoś widziałem - powiedział. - Ale nie dostrzegłem twarzy. Już go nie ma". I tyle.

- Nie, dalej - mruknął Spangler. - Język cię świerzbi, przecież chcesz mi powiedzieć, że to Kosiarz! Bo sądzę, że tak właśnie brzmi popularne wyjaśnienie? Wybrani ludzie widzą w lustrze wizerunek Kosiarza? Wyrzuć to z siebie, chłopie. Brukowce będą zachwycone! Opowiedz mi o tych przerażających konsekwencjach i zażądaj, żebym to wyjaśnił. Ten mały pewnie zaraz potem wpadł pod samochód? A może wyskoczył z okna? No?

Pan Carlin parsknął cichym smutnym chichotem.

- Powinieneś to wiedzieć lepiej ode mnie. Przecież dwa razy powiadomiłeś mnie, że... jak to było... jesteś doskonale poinformowany o historii zwierciadła Delvera. Nie było żadnych straszliwych konsekwencji. Nigdy. To dlatego lustro nie gości na pierwszych stronach gazet, jak brylant Koh-i-Noor lub przekleństwo grobu faraona. W porównaniu z nimi jego właściwości wydają się banalne. Uważasz mnie za głupca, prawda?

- Tak - przyznał Spangler. - Możemy już tam wejść?

- Oczywiście. - Pan Carlin wszedł po drabinie i uniósł klapę. Rozległ się stuk przeciwwagi i pan Carlin zniknął ciemnościach. Spangler poszedł za nim. Ślepy Adonis patrzył za nimi pustym wzrokiem.


W pokoju na poddaszu panował nieznośny upał. Jedno osnute pajęczynami wieloboczne okno filtrowało ostre światło dnia, zmieniając je w brudnomleczną poświatę. Lustro zostało odwrócone ku niemu; odbijało mętny blask i rzucało na przeciwległą ścianę perłową, jasną plamę. Drewniana rama przytrzymywała je mocno. Pan Carlin nie patrzył na nie. Omijał je wzrokiem z całą premedytacją.

- Nawet nie przykryte - zauważył Spangler, najwyraźniej po raz pierwszy wyprowadzony z równowagi.

- Myślę o nim jako o oku - odparł pan Carlin. Jego głos nadal brzmiał martwo, odarty z wszelkich uczuć. - Jeśli będzie otwarte, nieustannie otwarte, może oślepnie.

Spangler nie słuchał go. Zdjął marynarkę, starannie schował połę z guzikami do wewnątrz i z niewymowną czułością otarł kurz z wypukłej powierzchni. Cofnął się i ocenił swoje dzieło.

Miał przed sobą autentyk. Co do tego nie mogło być cienia wątpliwości. Zwierciadło stanowiło znakomity przykład geniuszu Delvera. Zagracony pokój, odbicie na wpół odwróconej postaci Carlina... wszystko to było wyraźne, ostre, niemal trójwymiarowe. Nieznaczne powiększenie obrazu dawało wrażenie lekkiego zniekształcenia i jakby obecności czwartego wymiaru. Było...

Nagle znowu targnął nim atak gniewu.

- Carlin!

Nie usłyszał odpowiedzi.

- Carlin, ty przeklęty głupcze, mówiłeś, że ta dziewczyna nie zniszczyła lustra!

Cisza.


Spangler przeszył jego odbicie lodowatym spojrzeniem.

- W górnym lewym rogu jest kawałek taśmy klejącej! Rozbiła taflę? Mów, człowieku, na Boga!

- Patrzysz na Kosiarza - powiedział Carlin. Jego głos brzmiał martwo, wyzuty z uczuć. - Nie ma tam żadnej taśmy. Połóż tam rękę... o Boże.

Spangler ostrożnie owinął dłoń rękawem marynarki i przycisnął ją delikatnie do lustra.

- Widzisz? Nic nadprzyrodzonego. Zniknęła. Moja ręka ją przykryła.

- Przykryła? Czy czujesz dotyk taśmy? Może ją odkleisz?

Spangler cofnął rękę i spojrzał na taflę. Wszystko wydawało się odrobinę bardziej zniekształcone; krawędzie pokoju wykrzywiały się dziwnie, jakby miały się za chwilę ześliznąć w głąb jakiejś niewidzialnej czeluści. Ale lustro było bez skazy. Ani śladu ciemnej plamy. Poczuł, że wzbiera w nim niezdrowy martwy chłód i pogardliwie wyśmiał się za to.

- Wyglądało jak on, prawda? - spytał pan Carlin. Bardzo pobladł i nie odrywał spojrzenia od podłogi. Na karku drgał mu nerwowo jeden mięsień. - Przyznaj się, Spangler. Wyglądało jak postać w płaszczu z kapturem, stojąca za twoimi plecami?

- Wyglądało jak taśma klejąca maskująca pęknięcie - odparł Spangler dobitnie. - Ni mniej, ni więcej.

- Ten mały Bates był bardzo krzepki - przerwał mu Carlin. Każde jego słowo wpadało w rozgrzane, nieruchome powietrze jak kamień w ciemną wodę. - Przypominał piłkarza. Miał sportowy sweter i ciemnozielone spodnie. Byliśmy w połowie drogi do sal na piętrze, gdy...

- Od tego upału jest mi niedobrze - mruknął Spangler odrobinę niepewnie. Wyjął chusteczkę i otarł kark. Go chwila rzucał krótkie, urywane spojrzenia na wypukłą taflę lustra.

- Gdy nagle powiedział, że musi się napić wody... wody, na miłość boską!

Carlin odwrócił się i wbił dzikie spojrzenie w Spanglera.

- Skąd mogłem wiedzieć? Skąd mogłem wiedzieć?

- Czy jest tu łazienka? Chyba będę...

- Ten sweter... Ten sweter mignął mi jeszcze na schodach... a potem...

- ...wymiotować.

Carlin pokręcił głową, jakby odganiał od siebie natrętne myśli i znowu wbił wzrok w podłogę.

- Oczywiście. Trzecie drzwi po lewej, pierwsze piętro. - Podniósł błagalne spojrzenie. - Skąd mogłem wiedzieć?

Ale Spangler już schodził po drabinie. Zakołysała się pod jego ciężarem i przez chwilę Carlin myślał - miał nadzieję - że jego gość spadnie. Lecz tak się nie stało. Carlin podszedł do klapy i wyjrzał, zakrywając usta dłonią.

- Spangler...?

Korytarz był już jednak pusty.


Carlin słuchał oddalających się kroków, potem ich echa, potem ciszy. Kiedy zapadła, wzdrygnął się gwałtownie. Usiłował podejść do drabiny, ale stopy jakby mu przymarzły do podłogi. To ostatnie, krótkie mignięcie swetra chłopaka... Boże!

Było tak, jakby wielkie niewidzialne ręce ciągnęły go za głowę, zmuszały do patrzenia. W odruchu sprzeciwu odwrócił się ku migoczącej głębi zwierciadła Delvera.

Było puste.

Odbijało jedynie pokój, przekształcając zakurzone graty w olśniewającą nieskończoność. Carlin przypomniał sobie urywek wiersza Tennysona i wymamrotał go pod nosem: "Dość mam już cieni, rzekła Pani Shalott...".

A jednak nie potrafił odwrócić wzroku. Cisza trzymała go w mocnym uścisku. Nadjedzona przez mole głowa bizona mierzyła go znad krawędzi lustra ślepiami z obsydianu.

Chłopiec chciał się napić wody, a kran znajdował się w hallu na parterze. Zszedł po schodach i...

I nigdy nie wrócił.

Nigdy.


Tak jak diuszesa, która zatrzymała się przed zwierciadłem po ukończeniu toalety i zdecydowała, że wróci jeszcze do salonu po perły. Tak jak kupiec z Pensylwanii, który wybierał się na przejażdżkę i zostawił pusty powóz i dwa konie.

A lustro Delvera znajdowało się w Nowym Jorku od 1897 do 1920 roku, wtedy właśnie, gdy sędzia Crater...

Carlin wpatrywał się jak zahipnotyzowany w głąb lustra. Na dole ślepy Adonis trzymał straż.

I czekali na Spanglera dokładnie tak samo, jak rodzina Batesów musiała czekać na syna, jak diuk musiał czekać, aż żona wróci z salonu. Patrzył w lustro i czekał.

Czekał.

I czekał.


Przełożyła

Maciejka Mazan


NONA
Czy kochasz?

Słyszę jej głos. Czasem jeszcze go słyszę. We śnie. Kochasz?

Tak, odpowiadam. Tak. A prawdziwa miłość nigdy nie umiera.

Potem budzę się z krzykiem.


Nawet teraz nie umiem tego wyjaśnić. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego to zrobiłem. W sądzie też nie potrafiłem. A pytało mnie o to mnóstwo osób. Jest taki jeden psychiatra. Ale ja milczę. Moje usta są zamknięte pieczęcią. Tylko nie tutaj. W celi nie jestem cichy. Budzę się z krzykiem.

We śnie widzę, jak się do mnie zbliża. Ma na sobie białą suknię, prawie przezroczystą, a jej twarz wyraża pożądanie i tryumf. Idzie do mnie przez ciemny pokój o kamiennej posadzce. Pachną suche październikowe róże. Ona wyciąga ku mnie ręce; podchodzę z rozłożonymi ramionami, by ją objąć.

Czuję przerażenie, wstręt i niewyobrażalną żądzę. Przerażenie i wstręt - bo wiem, co to za miejsce. Żądzę - bo ją kocham. Zawsze będę ją kochać. Czasami żałuję, że w tym stanie nie obowiązuje już kara śmierci. Parę kroków w mrocznym korytarzu, twarde krzesło z żelazną obręczą na głowę i przeguby... potem jeden wstrząs i byłbym z nią.

W tym śnie zbliżamy się do siebie, a mój strach narasta, lecz nie mogę się cofnąć. Dotykam gładkiej płaszczyzny jej pleców, skóry wyczuwalnej tuż pod jedwabiem. Ona uśmiecha się do mnie tymi bezdennymi czarnymi oczami. Przechyla głowę, a jej usta rozwierają się, gotowe do pocałunku.

I wtedy zaczyna się zmieniać, kurczy się. Jej włosy stają się szorstkie i matowe, ich czerń rozpływa się i płowieje na brzydki bury kolor, który rozlewa się na kremową biel policzków. Oczy maleją, robią się malutkie jak paciorki. Białka znikają i widzę już tylko dwoje ślepi jak błyszczące kamyczki. Wargi zmieniają się w pyszczek, z którego wystają krzywe żółte zęby.

Chcę krzyczeć. Chcę się obudzić.

I nie mogę. Znowu dałem się złapać. Zawsze tak jest.

Jestem w uścisku wielkiego, cuchnącego cmentarnego szczura. Widzę migotanie płomyków. Październikowe róże. Gdzieś bije dzwon za dusze zmarłych.

- Czy kochasz? - szepcze szczur. - Czy kochasz?

Gdy się nade mną nachyla, czuję w jego oddechu zapach róż, zeschłych kwiatów z grobowca.

- Tak - odpowiadam. - Tak. Prawdziwa miłość nigdy nie umiera.

I wreszcie krzyczę, a sen się kończy.

Inni myślą, że zwariowałem przez to, co zrobiliśmy, ale rozum w pewnym sensie nadal mi służy i nigdy nie przestałem szukać rozwiązania. Chcę wiedzieć, jak to się stało i co to było.

Dostałem pozwolenie na papier i flamaster. Zamierzam wszystko opisać. Może znajdę odpowiedzi na ich pytania, a przy okazji odpowiem na parę własnych. Kiedy skończę, czeka mnie coś jeszcze. Coś, o czym oni nie wiedzą. Coś, co ukradłem. Leży tutaj, pod materacem. Nóż z więziennej stołówki.

Zacznę od Augusty.

Piszę to w nocy, sierpniowe niebo całe migocze gwiazdami. Widzę je przez kratę w oknie, które wychodzi na spacerniak. Jeśli zasłonię go dwoma palcami, dostrzegam tylko skrawek nieba. Jest gorąco, nie mam na sobie nic oprócz szortów. Słyszę ciche letnie rechotanie żab i cykanie świerszczy. Wystarczy jednak, że zamknę oczy, a już widzę tę zimową noc, przenikliwy mróz, mrok, ostre, nieprzyjazne światła obcego miasta. Był to czternasty dzień lutego.

Widzicie, wszystko pamiętam.

I spójrzcie na moje ręce - choć spocone, pokryły się gęsią skórką.

Augusta...
Przybyłem do Augusty na wpół zamarznięty. Piękny dzień sobie wybrałem na pożegnanie ze szkołą i podróż na zachód. Okazało się, że prędzej zamarznę na śmierć, niż przekroczę granicę stanu.

Policjant wykopał mnie z autostrady międzystanowej i zagroził, że poprzetrąca mi nogi, jeśli mnie znowu przyłapie. Miałem ochotę coś odszczeknąć, żeby go sprowokować. Czteropasmówka wyglądała jak pas startowy, wiatr wył i unosił wirujący po asfalcie śnieżny pył. Ci anonimowi Oni w ciepłych samochodach uważają, że każdy człowiek na poboczu autostrady musi być gwałcicielem lub mordercą, a jeśli ten człowiek ma w dodatku długie włosy, można mu spokojnie dorzucić pedofilię i homoseksualizm.

Przez jakiś czas próbowałem złapać okazję na bocznej drodze, ale nie miałem szczęścia. Mniej więcej za kwadrans ósma dotarło do mnie, że jeśli szybko nie znajdę jakiegoś ciepłego miejsca, zamarznę na śmierć.

Przeszedłem prawie kilometr, zanim znalazłem stację benzynową z restauracją, tuż za granicami miasta. "Wyżerka u Joego", głosił neon. Na tłuczniowym parkingu stały trzy wielkie TIR-y i jeden nowy sedan. Na drzwiach wisiał zwiędły bożonarodzeniowy wieniec, którego nikomu nie chciało się zdjąć, a obok termometr ze słupkiem rtęci wskazującym minus piętnaście stopni. Nie miałem czapki, a moje włosy i rękawiczki z niewyprawionej skóry zaczynały się kruszyć na mrozie. Palce miałem jak z drewna, tak mi zdrętwiały.

Otworzyłem drzwi i wszedłem.

Pierwsze, co poczułem, to ciepło, dobre i słodkie. Potem dotarła do mnie jakaś wiejska piosenka, charakterystyczny głos Merle Haggard: "Nie hodujemy długich kudłów jak ci hippisi z San Francisco".

Trzecia rzecz, która mnie uderzyła, to Spojrzenie. Poznacie je w chwili, gdy zapuścicie włosy. Wtedy właśnie inni dowiadują się, że nie jesteście z ich paczki. Spojrzenie można się nauczyć rozpoznawać, ale nie można się do niego przyzwyczaić.

Tym Spojrzeniem mierzyli mnie czterej kierowcy przy stole, dwaj inni przy barze, dwie starsze panie w tanich futerkach i z błękitną płukanką na włosach, barman oraz gamoniowaty chłopak z rękami w mydlinach. Na dalekim końcu baru siedziała także dziewczyna, ale ona wpatrywała się tylko we własny kubek.

Jej widok był czwartą rzeczą, która mnie uderzyła.

Jestem już na tyle dorosły, by wiedzieć, że miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Wymyślili ją tekściarze, bo dobrze się rymuje w piosenkach: wejrzenia - marzenia i tak dalej. W sam raz na szkolne potańcówki, dla par trzymających się za ręce.

Ale kiedy tak na nią patrzyłem, naprawdę coś we mnie drgnęło. Będziecie się śmiać, lecz zrozumielibyście, gdybyście ją widzieli. Była po prostu nieznośnie piękna. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że wszyscy w tej budzie są tego samego zdania. Tak jak nie miałem wątpliwości, że ją także bombardowali Spojrzeniem, dopóki nie wszedłem. Miała kruczoczarne włosy, tak ciemne, że w świetle jarzeniówek wydawały się błękitne. Spływały jej na plecy i ramiona, rozrzucone na wytartym brązowym paletku. Jej skóra miała odcień śmietankowej bieli, którą zdobił delikatny rumieniec powstały z zimna. Ciemne, smoliste rzęsy. Poważne oczy, leciuteńko skośne. Pełne, miękkie wargi, arystokratyczny nos. Nie zwróciłem uwagi na jej ciało. Nie miało znaczenia. Wy też byście na nie nie patrzyli. Liczyła się tylko jej twarz, włosy, spojrzenie. Była idealna. W naszym języku nie istnieje inne godne jej słowo.

Nona.


Usiadłem o dwa stołki od niej, a barman podszedł i spojrzał na mnie ponuro.

- No?


- Poproszę czarną kawę.

Odwrócił się. Za moimi plecami ktoś powiedział:

- Więc Chrystus jednak wrócił, tak jak przepowiadała moja mama.

Gamoń-pomywacz roześmiał się szybkim "hy-hy". Kierowcy przy barze także.

Barman przyniósł mi kawę, postawił z rozmachem na stole i oblał moją rozmarzającą dłoń. Cofnąłem ją gwałtownie.

- Przepraszam - mruknął obojętnie.

- On się sam wyleczy - zawołał kierowca zza stołu.

Staruszki z błękitnymi loczkami pospiesznie zapłaciły i wyszły. Jeden z królów szosy poczłapał do grającej szafy i wrzucił do niej dziesiątaka. Johnny Cash zaczął śpiewać piosenkę "Chłopak zwany Sue". Zająłem się dmuchaniem na kawę.

Ktoś pociągnął mnie za rękaw. Odwróciłem się i proszę - przeniosła się na wolny stołek. Widok tej twarzy z bliska mógł oślepić. Rozlałem jeszcze trochę kawy.

- Przepraszam. - Miała cichy głos, niemal bezbarwny.

- To moja wina. Ręce mi jeszcze nie odtajały.

- Chciałam...

Urwała, najwyraźniej onieśmielona. Nagle zdałem sobie sprawę, że się boi. Znowu ogarnęło mnie to samo uczucie co poprzednio - chęć zaopiekowania się nią, wzięcia ją pod skrzydła, żeby już nigdy nie czuła strachu.

- Chciałam cię prosić o podwiezienie - wyrzuciła z siebie jednym tchem. - Nie ośmieliłam się podejść do tamtych. - Zrobiła prawie niedostrzegalny gest w stronę kierowców przy stole.

Jak mam wam wytłumaczyć, że oddałbym wszystko, dosłownie wszystko, żeby tylko móc jej powiedzieć: "Jasne, dopij kawę, mój samochód stoi dwa kroki stąd"? Może wyda wam się szaleństwem takie uczucie do dziewczyny, z którą zamieniłem ledwie dwadzieścia słów, ale tak właśnie było. Kiedy się na nią spoglądało, to tak, jakby się miało przed sobą Monę Lisę albo Wenus z Milo, niespodziewanie powołaną do życia. I było jeszcze coś. Jakby w mrocznym mętliku mojego umysłu nagle ktoś zapalił olśniewające światło. Może poszłoby nam łatwiej, gdyby ona była zwykłą panienką, a ja facetem, co umie poderwać każdy towar. Może, ale było inaczej. Na razie docierało do mnie jedynie tyle, że nie mogę jej dać tego, o co mnie prosi, i przez to omal mi nie pękło serce.

- Jadę stopem - wyjaśniłem. - Gliniarz wykopał mnie z autostrady, przyszedłem tylko po to, żeby się ogrzać. Przykro mi.

- Jesteś studentem?

- Byłem. Odszedłem, zanim mnie wylali.

- Wracasz do domu?

- Nie mam domu. Jestem sierotą. Dostałem stypendium, teraz je straciłem. Nie mam pojęcia, dokąd iść.

Historia mojego życia w czterech zdaniach. To przygnębiło mnie jeszcze bardziej.



1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna