Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona30/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   26   27   28   29   30   31   32   33   ...   49

Wreszcie ruszył do kabiny Grimesa.

Grimes hodował złote rybki w okrągłym akwarium, specjalnie przystosowanym do stanu nieważkości. Zbudowano je z odpornego na wstrząsy polimerowego plastiku, toteż bez problemu przetrwało katastrofę. Rybki natomiast - podobnie jak ich właściciel - nie były odporne na wstrząsy. Pływały bezwładnie: martwa pomarańczowa plama u góry kulistego zbiornika, który spoczął pod koją Grimesa wraz z trzema parami bardzo brudnej bielizny i pół tuzinem holokości pornograficznych.

Shapiro przez moment trzymał w dłoni kuliste akwarium, wpatrując się w nie uważnie.

- Biedny Yorrick. Znałem go dobrze, Horacy - rzekł nagle i zaśmiał się, ostro, przenikliwie.

Następnie znalazł siatkę, którą Grimes przechowywał w zamkniętym pojemniku, i zanurzył ją w wodzie. Wyłowiwszy rybki, zawahał się; nie miał pojęcia, co z nimi począć. Po chwili namysłu zaniósł je do łóżka Grimesa i podniósł poduszkę.

Pod spodem był piasek.

Nie zważając na to, złożył tam rybki. Następnie przelał wodę do kanistra, którego używał jako przenośnego zbiornika. Trzeba będzie ją oczyścić, lecz nawet jeśli filtry nie działają, uznał, że za parę dni nie będzie miał nic przeciw temu, by napić się wody z akwarium, pomimo że pływa w niej parę łusek i nieco rybiego gówna.

Przesączył wodę, podzielił ją i zaniósł porcję Randa z powrotem na wydmę. Rand stał tam, gdzie go zostawił, jakby w ogóle się poruszył.

- Rand, przyniosłem ci twoją działkę wody. - Odpiął zamek kieszeni z przodu kombinezonu Randa i wsunął do środka płaską plastikową flaszkę. Właśnie miał zamknąć kieszeń paznokciem kciuka, gdy Rand odepchnął jego dłoń i wyjął butelkę. Na jej przedniej ściance wypisano: STATEK KLASY ASN. BUTELKA NA NAPOJE CL NR 23196755 ZAMKNIĘTA STERYLNIE. Teraz oczywiście nie była już sterylna; Shapiro musiał jakoś ją napełnić.

- Odfiltrowałem...

Rand rozwarł palce. Butelka z cichym plaśnięciem upadła na piasek.

- Nie chcę jej.

- Nie chcesz... Rand, co się z tobą dzieje? Chryste, przestań wreszcie.

Rand nie odpowiedział.

Shapiro schylił się i podniósł BUTELKĘ NA NAPOJE CL NR 23196755, strącając ziarna piasku, które przywarły do niej niczym wielkie tłuste zarazki.

- Co się z tobą dzieje? - powtórzył. - To szok? Jak sądzisz? Bo mogę ci podać pigułkę... albo zastrzyk. Ale to mnie bierze, mówię ci. Stoisz tu tak i gapisz się na sześćdziesiąt kilometrów pustki. To piasek, tylko piasek.

- To plaża - rzekł Rand rozmarzonym tonem. - Chcesz zbudować zamek z piasku?

- W porządku, idę po strzykawkę i ampułkę głupiego Jasia. Jeśli chcesz zachowywać się jak świr, to tak cię potraktuję.

- Jeżeli spróbujesz mi coś wstrzyknąć, to lepiej weź mnie z zaskoczenia - ostrzegł łagodnie Rand. - W przeciwnym razie złamię ci rękę.

Istotnie mógł to zrobić. Shapiro, astrogator, ważył siedemdziesiąt kilo i miał metr sześćdziesiąt wzrostu. Walka nie należała do jego specjalności. Zaklął pod nosem i ruszył z powrotem na statek, z butelką Randa w dłoni.

- Myślę, że ona żyje - oznajmił Rand. - Właściwie jestem tego pewien.

Shapiro obejrzał się na niego, a potem zerknął na wydmy. W promieniach zachodzącego słońca ich gładkie szczyty przypominały delikatny złoty filigran, który stopniowo ciemniał, przekształcając się w najczarniejszy heban u nasady. Na następnej wydmie heban jaśniał i zamieniał się w złoto. Złoto w czerń. Czerń w złoto. Złoto w czerń i czerń w złoto, i złoto w...

Shapiro zamrugał gwałtownie i potarł dłonią oczy.

- Kilka razy czułem, jak ta wydma porusza się pod moimi stopami - ciągnął Rand. - Robi to bardzo wdzięcznie, coś jak przypływ. Czuję w powietrzu jej woń, przypomina sól.

- Oszalałeś - powiedział Shapiro. Miał wrażenie, że jego przerażony mózg stał się kruchy jak szkło.

Rand nie odpowiedział. Jego oczy wędrowały wśród wydm, które w blasku zachodzącego słońca przechodziły ze złota w czerń, ze złota w czerń.

Shapiro wrócił na statek.


Rand został na wydmie całą noc i cały następny dzień.

Shapiro wyjrzał na zewnątrz i zobaczył go. Jego towarzysz zdjął skafander, który leżał obok, niemal zupełnie zasypany piaskiem. Pozostał tylko jeden rękaw, samotny, proszący. Piasek nad i pod nim skojarzył się Shapiro z ustami wsysającymi z bezzębną łapczywością łakomy kąsek. Nagle poczuł szaloną ochotę, aby pobiec na wydmę i uratować skafander Randa.

Nie zrobił tego.

Siedział w kabinie, czekając na pomoc. Woń freonu zastąpił jeszcze mniej przyjemny odór rozkładających się zwłok Grimesa.

Statek ratunkowy nie zjawił się ani tego dnia, ani w nocy, ani dnia trzeciego.

W kabinie jakimś cudem pojawił się piasek, choć właz nadal sprawiał wrażenie hermetycznie zamkniętego. Shapiro zbierał swym odkurzaczem małe kałuże piasku, tak jak pierwszego dnia kałuże rozlanej wody.

Cały czas dręczyło go pragnienie. Jego butelka była już niemal pusta.

Zdawało mu się, że czuje w powietrzu zapach soli, we śnie słyszał krzyki mew.

Słyszał też piasek.

Nieustający wiatr przesuwał pierwszą wydmę bliżej statku. Kabina dzięki odkurzaczowi pozostawała czysta, lecz statek zaczynał już zagarniać resztę. Przez wysadzone zamki do środka dostawały się miniaturowe wydmy, powoli obejmując w posiadanie ASN/29. Macki piasku wciskały się w głąb przewodów wentylacyjnych. W jednym z pękniętych zbiorników zebrała się już cienka warstwa pyłu.

Twarz Shapiro stała się napięta i szorstka od niegolonego zarostu.

Tuż przed zachodem słońca trzeciego dnia wdrapał się na wydmę, aby sprawdzić, co z Randem. Zastanawiał się nad wzięciem strzykawki, ale odrzucił tę myśl. Zrozumiał, że to coś gorszego niż szok. Rand oszalał. Najlepiej będzie, jeśli umrze szybko. A wyglądało na to, że właśnie to go czeka.

Shapiro zmizerniał; Rand był wychudzony. Jego ciało przypominało kostropaty patyk. Nogi, jeszcze niedawno potężne, pokryte twardymi mięśniami, obecnie uginały się słabo. Zwiotczała skóra wisiała na nich niczym luźne skarpetki, które wciąż opadają. Miał na sobie tylko szorty z czerwonego nylonu, kojarzące się nieodparcie z absurdalnie obcisłym strojem kąpielowym. Dół jego twarzy pokrywała trzydniowa broda, podkreślająca jeszcze zapadnięte policzki i ostry podbródek. Miała kolor piasku na plaży. Włosy, wcześniej nieokreślonej brązowej barwy, wyraźnie zjaśniały i opadały na czoło. Jedynie jego oczy spoglądające przez grzywkę, lśniące błękitnym blaskiem, wciąż w pełni żyły. Cały czas badały plażę

(wydmy, do diabla. WYDMY)

bez chwili wytchnienia.

I nagle Shapiro dostrzegł coś złego, naprawdę bardzo złego. Twarz Randa zamieniała się w piaskową wydmę. Jego broda i włosy napierały na skórę.

- Ty - powiedział Shapiro - wkrótce umrzesz. Jeśli nie wrócisz na statek i nie napijesz się, umrzesz.

Rand nie odpowiedział.

- Tego właśnie chcesz?

Cisza. Zakłócona jedynie bezmyślnym szumem wiatru. Shapiro zauważył, że bruzdy na szyi Randa wypełnia piasek.

- Jedyną rzeczą, jakiej pragnę - rzekł Rand słabym, odległym głosem, przypominającym szum wiatru - są moje taśmy z Beach Boysami. Trzymam je w kabinie.

- Pierdol się. - odparł wściekle Shapiro. - Wiesz, jaką mam nadzieję? Że zanim umrzesz, przybędzie statek. Chcę widzieć, jak wrzeszczysz i szarpiesz się, gdy ściągają cię siłą z twojej cholernej, ukochanej plaży. Chcę to zobaczyć.

- Plaża dostanie i ciebie - oznajmił Rand. Jego głos brzmiał pusto i głucho niczym wiatr w strzaskanej tykwie. Tykwie, która została na polu po październikowych żniwach. - Posłuchaj chwilę, Bill. Posłuchaj fal.

Przekrzywił głowę. W rozchylonych ustach ukazał się język, skurczony niczym zaschnięta gąbka.

I nagle Shapiro usłyszał.

Usłyszał wydmy. Śpiewały piosenki o niedzielnych popołudniach na plaży - plażowych drzemkach pozbawionych snów. Długie drzemki. Bezrozumny spokój. Krzyki mew. Przesuwające się bezmyślne cząstki piasku, wędrujące wydmy. Usłyszał... i poczuł, że coś go przyciąga. Ciągnie ku wydmom.

- Słyszysz - powiedział Rand.

Shapiro tak głęboko wepchnął dwa palce w nos, że poleciała krew. Wówczas zdołał zamknąć oczy i jego myśli powoli nabrały ostrości. Serce waliło mu jak młotem.

Byłem prawie taki jak Rand. Jezu!... niemal mnie dostała!

Otworzył oczy. Rand stał się muszlą na długiej pustej plaży, tęskniącą za tajemnicami nieumarłego morza, spoglądającą na wydmy, wydmy, wydmy.

Nie chcę więcej, jęknął w duchu.

Ale posłuchaj tej fali, odszepnęły wydmy.

Wbrew głosowi rozsądku Shapiro posłuchał.

A potem rozsądek przestał istnieć.

Słyszałbym lepiej, gdybym usiadł, pomyślał Shapiro.

Toteż siadł u stóp Randa, krzyżując nogi niczym Indianin, i słuchał.

Słyszał Beach Boysów, którzy śpiewali o zabawie, o dziewczynach na plaży. Słyszał...

...słyszał głuche westchnienia wiatru, nie w uszach, lecz w dolinie pomiędzy prawą i lewą półkulą - odbijały się echem gdzieś w czerni, którą rozjaśnia jedynie wiszący most spoidła, łączący świadome myśli z nieskończonością. Nie czuł głodu, pragnienia, upału ani strachu. Słyszał jedynie głos pustki.

I wtedy zjawił się statek.

Runął ku nim z nieba. Dopalacze zostawiły za sobą długi pomarańczowy ślad, od prawej do lewej. Grom wstrząsnął falistym krajobrazem, kilkanaście wydm rozsypało się jak trafieni kulą paralitycy. Grzmot rozdarł głowę Billy'ego Shapiro. Przez moment czuł się rozerwany, pęknięty w pół...

Potem zerwał się na równe nogi.

- Statek! - krzyknął. - Ja pierdolę! Statek! Statek! STATEK!

To był frachtowiec, brudny i poobijany, po pięciuset, może pięciu tysiącach lat klanowej wysługi. Przemknął w powietrzu, niezgrabnie podskoczył w górę, odbił się. Kapitan rąbnął ze wszystkich silników, topiąc piasek na czarne szkło. Shapiro kibicował mu gorąco.

Rand obejrzał się niczym człowiek przebudzony z głębokiego snu.

- Każ mu odlecieć, Billy.

- Nie rozumiesz! - Shapiro miotał się wokół, wymachując pięściami. - Wszystko będzie dobrze...

Pobiegł w stronę brudnego statku długimi susami, niczym kangur uciekający przed pożarem buszu. Piasek starał się go przytrzymać. Shapiro odtrącał go. Pieprz się piasku, mam laskę w Hansonville. Piasek nigdy nie miewa panienek. Ani mu nie staje.

Kadłub frachtowca rozszczepił się. Ze środka wysunął się język trapu. Stanął na nim mężczyzna, przed którym maszerowały trzy roboty do zbierania próbek, i gość na gąsienicach, który musiał być kapitanem. W każdym razie miał na głowie beret z godłem klanu.

Jeden z robotów pomachał ku niemu próbnikiem. Shapiro odepchnął go, upadł na kolana przed kapitanem i objął gąsienice, które zastąpiły martwe nogi mężczyzny.

- Wydmy... Rand... nie ma wody... żyje... zahipnotyzowały go... bezmózgi świat... ja... dzięki Bogu...

Stalowa macka śmignęła naprzód, objęła Shapiro i odciągnęła go na brzuchu. Suchy piasek zachrzęścił pod nim z odgłosem przypominającym śmiech.

- Wszystko w porządku - powiedział kapitan. - Bey-at shel! Me! Me! Gat!

Android puścił Shapiro i cofnął się, klekocząc coś do siebie.

- Taki kawał drogi dla pieprzonego federalnego! - krzyknął z goryczą kapitan.

Shapiro zapłakał. Bolało, nie tylko w głowie, ale i w wątrobie.

- Dud! Gee-yat! Gat! Wody!

Drugi mężczyzna cisnął mu zakończoną smoczkiem butelkę, używaną w stanie nieważkości; Shapiro uniósł ją i zaczął łapczywie ssać, wciągając do ust zimną jak kryształ wodę, która spływała po jego brodzie i tworzyła ciemne plamy na tunice wyblakłej do barwy kości. Zakrztusił się, zwymiotował i znów zaczął pić.

Dud i kapitan obserwowali go uważnie. Androidy klekotały.

W końcu Shapiro otarł usta i usiadł. Czuł się jednocześnie dobrze i okropnie słabo.

- Ty jesteś Shapiro? - spytał kapitan.

Tamten przytaknął.

- Przynależność klanowa?

- Brak.

- Numer ASN? - 29.



- Załoga?

- Trzy osoby. Jeden nie żyje. Drugi, Rand, jest tam. - Wskazał, nie patrząc.

Twarz kapitana nie zmieniła się. Duda owszem.

- Plaża go dorwała - oznajmił Shapiro i dostrzegł pytające, znaczące spojrzenia. - Może to szok. Sprawia wrażenie zahipnotyzowanego. Wciąż gada o... Beach Boysach... nieważne, i tak nie będziecie wiedzieli. Nie chce jeść ani pić. Źle z nim.

- Dud, weź jednego z andków i sprowadź go tutaj. - Kapitan potrząsnął głową. - Statek federalny, Chryste. Nie będzie żadnej premii.

Dud przytaknął. W kilka chwil później wdrapywał się już po zboczu wydm wraz z jednym andków. Android przypominał dwudziestoletniego surfera, który mógłby dorabiać na boku na prochy, obsługując znudzone wdowy, lecz jego krok zdradzał go, nawet bardziej niż wyrastające z ramion wielosegmentowe macki. Wszystkie androidy maszerowały tak samo: powolnym, zamyślonym, niemal bolesnym krokiem starego angielskiego lokaja, cierpiącego na hemoroidy.

W tym momencie panel kapitana zabrzęczał.

- Słucham.

- Mówi Gomez, kapitanie. Mamy problem. Skany i telemetria powierzchni potwierdzają, że podłoże jest bardzo niestabilne. Nie ma żadnych skał, do których moglibyśmy się podpiąć. Siedzimy na własnym szkliwie. W tej chwili to zapewne najtwardsza rzecz na całej planecie. Problem w tym, że już zaczyna osiadać.

- Zalecenia?

- Powinniśmy się stąd wynosić.

- Kiedy?


- Pięć minut temu.

- Prawdziwy klown z ciebie, Gomez. Kapitan nacisnął przycisk i komunikator umilkł. Wzrok Shapiro uciekał w bok.

- Posłuchaj, daj sobie spokój z Randem. Jest skończony.

- Zabieram was obu - oznajmił kapitan. - Nie dostanę premii, ale Federacja powinna coś za was zapłacić... choć z tego, co widzę, raczej nie jesteście zbyt wiele warci. On to wariat, a ty tchórz.

- Nie... nie rozumiesz. Nie... Przebiegłe żółte oczka kapitana rozbłysły.

- Macie kontrabandę? - spytał.

- Kapitanie, proszę posłuchać...

- Bo jeśli macie, nie ma sensu jej tu zostawiać... Powiedz, co i gdzie. Podzielimy się, siedemdziesiąt do trzydziestu. Opłata standardowa. Nigdzie nie dostaniesz lepszych warunków. Słuchaj...

Płyta szkliwa pod ich nogami nagle przechyliła się bardzo wyraźnie. Gdzieś wewnątrz frachtowca zawyła stłumiona syrena, dźwięcząca z monotonną regularnością. Komunikator na konsoli kapitana ponownie zabuczał.

- Proszę! - krzyknął Shapiro. - Widzisz, z czym macie do czynienia? Chcesz rozmawiać o przemycie? Musimy stąd zjeżdżać!

- Zamknij się, śliczniutki, albo każę któremuś z chłopaków cię uśpić. - Głos kapitana brzmiał pogodnie, lecz zmienił się wyraz jego oczu. Nacisnął kciukiem komunikator.

- Kapitanie, mamy dziesięciostopniowy przechył. Cały czas się powiększa. Winda zjeżdża pod kątem. Wciąż mamy czas, ale niewiele. Statek wkrótce się wywróci.

- Podpory wytrzymają.

- Nie, kapitanie. Z całym szacunkiem, ale nie.

- Rozpocznij sekwencję startową, Gomez.

, - Dziękuję, kapitanie. - W głosie Gomeza zabrzmiała nieskrywana ulga.

Dud i android schodzili po zboczu wydmy. Randa z nimi nie było. Andek z każdym krokiem zostawał z tyłu, i nagle zdarzyło się coś dziwnego. Android upadł na twarz. Kapitan zmarszczył brwi. Upadek nie przypominał zwykłego robociego potknięcia, w gruncie rzeczy podobnego do ludzkiego. Wyglądał raczej, jakby ktoś popchnął sklepowego manekina. Tak to właśnie było. Łup! I leżącą postać otoczyła rdzawa chmurka piasku.

Dud zawrócił i ukląkł obok maszyny. Nogi androida wciąż się poruszały, jakby półtora miliona chłodzonych freonem mikroobwodów, tworzących jego umysł, śniło, że nadal maszeruje. Lecz ruchy te były powolne i urywane. W końcu ustały. Jego skóra zaczęła dymić, macki dygotały. Paskudne widowisko; zupełnie jakby patrzyli na śmierć człowieka. Głęboko w ciele androida coś głośno chrupnęło.

- Jest pełen piasku - szepnął Shapiro. - Nawrócił się na religię plaży.

Kapitan zerknął nań niecierpliwie.

- Nie bądź śmieszny, człowieku. Ta maszyna mogłaby spacerować po pustyni podczas burzy piaskowej i nawet jedno ziarenko nie dostałoby się do środka.

- Nie na tej planecie.

Płyta szkliwa znów osiadła. Frachtowiec wyraźnie się przechylał. Podpory stęknęły cicho, przyjmując na siebie nowy ciężar.

- Zostaw go! - huknął kapitan. - Zostaw! Gee-yat! Come-me-for-Cry!

I Dud przyszedł, zostawiając andka, maszerującego twarzą w piasku.

- Co za dno - mruknął kapitan.

Wraz z Dudem poczęli przerzucać się krótkimi zdaniami w pidżinie. Choć terkotali jak najęci, Shapiro trochę rozumiał. Dud powtarzał, że Rand odmówił powrotu. Andek próbował go złapać, ale nie miał siły. Już wtedy poruszał się niezdarnie, a z jego wnętrza dobiegały podejrzane zgrzyty. Zaczął też recytować na zmianę galaktyczne współrzędne kopalni odkrywkowych i katalog nagrań folkowych kapitana. Dud sam zajął się Randem. Chwilę walczyli. Kapitan zauważył z przekąsem, że skoro Dud dał się pokonać facetowi, który od trzech dni stoi na słońcu, to może powinni sobie poszukać nowego pierwszego oficera.

Twarz Duda pociemniała ze wstydu, lecz jego oczy nadal spoglądały z troską. Powoli odwrócił głowę, ukazując cztery głębokie szramy na policzku, które zaczynały już obrzmiewać.

- Him-gat big indics - oznajmił. - Strong-for-Cry. Him-gat for umby.

- Umby-him for-Cry? - Kapitan patrzył surowo na swego rozmówcę.

Dud przytaknął.

- Umby. Beyat-shel. Umby-for-Cry.

Shapiro zmarszczył brwi, szukając w zmęczonym umyśle tego słowa. Wreszcie znalazł. Umby. To znaczy szalony. Chryste, jest silny. Silny, bo oszalał. Silny gość, dużo wali. Bo oszalał.

Dużo wali... a może z dużej fali? Nie był pewien. Tak czy inaczej, wszystko sprowadzało się do jednego.

Umby.

Ziemia pod ich stopami znów zadrżała. Wiatr obsypał piaskiem buty Shapiro.


Gdzieś z dołu dobiegło ich głuche łup-trzask, łup-trzask otwierających się przewodów powietrznych. Shapiro pomyślał, że to najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszał w życiu.

Kapitan siedział bez ruchu, zatopiony w myślach - niesamowity centaur, złożony w połowie nie z konia, lecz z gąsienic, płyt i paneli. W końcu uniósł wzrok i włączył komunikator.

- Gomez, przyślij tu Znakomitego Montoyę z pistoletem ogłuszającym.

- Zrozumiałem.

Kapitan popatrzył ponuro na Shapira.

- Do tego wszystkiego straciłem jeszcze androida, wartego twoją dziesięcioletnią pensję. Jestem wkurzony. Zamierzam zabrać twojego kumpla.

- Kapitanie. - Shapiro wbrew sobie oblizał wargi. Wiedział, że nie powinien tego robić; nie chciał wyglądać na histeryka, wariata czy tchórza, a kapitan najwyraźniej uważał, że ma do czynienia ze wszystkimi trzema. Oblizywanie warg tylko wzmoże to wrażenie... ale po prostu nie mógł się powstrzymać. - Kapitanie, podkreślam z całą mocą, że musimy odlecieć z tej planety jak najszyb...

- Oszczędź sobie, bezmózgu - rzucił łagodnie tamten.

Z wierzchołka najbliższej wydmy doleciał ich słaby krzyk.

- Nie dotykaj mnie! Nawet się nie zbliżaj! Zostawcie mnie w spokoju! Wszyscy!

- Big indics gat umby - powiedział z powagą Dud.

- Ma-him, yeah-mon - odparł kapitan, i odwracając się do Shapiro, dodał: - Naprawdę z nim kiepsko.

Shapiro zadrżał.

- Nie ma pan pojęcia jak kiepsko. Nie...

Płyta szkliwa znów drgnęła. Podpory zajęczały głośniej. Komunikator zatrzeszczał. Głos Gomeza brzmiał słabo, lekko niepewnie.

- Kapitanie, musimy natychmiast się stąd zabierać!

- Dobra. - Na trapie pojawił się brązowoskóry mężczyzna. Odziana w rękawiczkę dłoń dzierżyła pistolet o długiej lufie. Kapitan wskazał Randa. - Ma-him, for-Cry. Can?

Znakomity Montoya, ani trochę nie przejmując się kołysaniem ziemi, będącej w istocie piaskiem stopionym na szklistą płytę (Shapiro dostrzegł na niej świeże, głębokie pęknięcia), nie poruszony zgrzytem podpór ani niesamowitym obrazem androida, kopiącego nogami własny grób, przez moment przyglądał się uważnie wychudzonemu Randowi.

- Can - powiedział w końcu.

- Gat! Gat-for-Cry! - Kapitan splunął na bok. - Jeśli trzeba, odstrzel mu fiuta, byle tylko jeszcze dychał, kiedy wystartujemy.

Znakomity Montoya uniósł pistolet. Gest ów sprawiał wrażenie w dwóch trzecich odruchowego, w jednej trzeciej niedbałego, lecz Shapiro nawet w stanie bliskim paniki zauważył, jak tamten pochyla głowę, ustawiając lufę. Jak u wielu innych członków klanów, broń stanowiła niemal część niego - zupełnie jakby wskazywał cel palcem.

Nacisnął spust i strzałka usypiająca wyleciała z lufy z głuchym pufnięciem.

Z wydmy wyłoniła się ręka i złapała ją.

To była wielka, chwiejna, brązowa ręka z piasku. Po prostu sięgnęła w górę, rzucając wyzwanie wiatrowi, i pochwyciła migotliwą strzałkę. Następnie piasek opadł na ziemię z donośnym tąpnięciem. Ani śladu ręki. Niemożliwe, by w ogóle się pojawiła. Ale oni ją widzieli.

- Giddy-hump - powiedział kapitan, jakby komentował pogodę.

Znakomity Montoya padł na kolana.

- Aidy-May-for-Cry, bit-gat come! Saw-hoh got belly-gat-for-Cry.L.

Otępiały Shapiro pojął nagle, że tamten odmawia różaniec w pidżinie.

Na wydmie Rand podskakiwał w miejscu, wygrażając pięściami niebu i wrzeszcząc triumfalnie.

Ręka. To była RĘKA. On ma rację - to żyje, żyje; żyje...

- Indie! - warknął ostro kapitan. - Cannit! Gat! Montoya umilkł. Spojrzał na tańczącą postać na wydmie i odwrócił wzrok. Na jego twarzy odbił się zabobonny lęk, niemal średniowieczny w swej wymowie.

- W porządku - oznajmił kapitan. - Mam dosyć. Rezygnuję. Odlatujemy.

Nacisnął gwałtownie dwa guziki na panelu. Silnik, który powinien obrócić go zgrabnie twarzą do trapu, nie mruczał już, lecz zgrzytał i zawodził. Kapitan zaklął. Szkliwo pod nimi znów się zakołysało.

- Kapitanie! - To Gomez. W panice.

Kapitan rąbnął w kolejny przycisk i gąsienice ruszyły do tyłu, w górę trapu.

- Prowadź mnie - polecił Shapirowi. - Nie mam pieprzonego wstecznego lusterka. To była ręka, prawda?

- Tak.

- Chcę się stąd zmyć. Od czternastu lat nie mam fiuta, ale w tej chwili czuję się, jakbym szczał w gacie.



Grrr-uch! Najbliższa wydma zwaliła się na trap. Tyle że to już nie była wydma, ale ręka.

- O żeż kurwa! - rzucił kapitan.

Rand podskakiwał i wrzeszczał na swej wydmie. Tymczasem gąsienice, unoszące ciało kapitana, zaczęły zgrzytać. Miniczołg, którego wieżyczkę tworzyły głowa i ramiona mężczyzny, zadygotał.

- Co się...

Gąsienice stanęły. Spomiędzy nich wytrysnął piasek.

- Podnieście mnie! - huknął kapitan pod adresem dwóch pozostałych androidów. - Teraz! NATYCHMIAST!

Androidy dźwignęły kapitana; ich macki owinęły się ciasno wokół gąsienic - to idiotyczne, ale przypominał w tym momencie nauczyciela akademickiego, którego grupka niesfornych studentów zamierza rzucić na koc. Kciukiem nacisnął komunikator.

- Gomez! Końcowa sekwencja startowa! Ale już! Już! Wydma pod trapem zadrżała i zmieniła się w rękę. Wielką brązową rękę, która zaczęła wsuwać się po pochylni.

Shapiro uskoczył przed nią z wrzaskiem.

Roboty uniosły przeklinającego kapitana.

Wciągnięto trap. Ręka odpadła i znów stała się piaskiem. Zamknął się właz, silniki zawyły. Nie mieli czasu, by ułożyć się na leżankach, nie mieli czasu na nic. Skulony Shapiro przywarł do grodzi i poczuł, jak miażdży go przeciążenie. Nim osunął się w nieświadomość, odniósł wrażenie, że piasek chwyta frachtowiec muskularnymi brązowymi rękami, próbuje go przytrzymać...

I wtedy wystartowali.


Rand patrzył, jak odlatują. Siedział. Gdy ślad odrzutowych silników frachtowca już dawno zniknął z nieba, Rand z powrotem zwrócił wzrok ku pogodnej nieskończoności wydm.

- Mamy furgonetkę, nazywamy ją stara - wychrypiał, zwracając się do pustego, ruchomego piasku. - Nie jest może piękna, ale ciągle jara.

Powoli, z rozmysłem, zaczął wpychać sobie do ust garście piachu. Przełykał je... przełykał... przełykał. Wkrótce jego brzuch stał się twardy i napuchnięty jak beka. Piasek powoli zasypywał mu nogi.
Przełożyła

Paulina Arbiter


WIZERUNEK KOSIARZA
- Przenieśliśmy je w zeszłym roku i na tym poprzestaliśmy - powiedział pan Carlin, gdy wspinali się po schodach. - Oczywiście musiałem przesunąć je o własnych siłach, nie było rady. Przed wyjęciem ze skrzyni w salonie ubezpieczyliśmy je u Lloyda od wypadku. Tylko ta firma zgodziła się na sumę, o jaką nam chodziło.

Johnson Spangler nie odezwał się. Miał przed sobą idiotę, a już dawno się nauczył, że jedynym sposobem na rozmowę z idiotą jest ignorowanie go.



1   ...   26   27   28   29   30   31   32   33   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna