Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona3/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49

- Dzięki, mistrzu.

- Mogę trochę?

Pozwoliłem mu pociągnąć łyk piwa. Skrzywił się, oddał mi puszkę, a ja bezzwłocznie opróżniłem ją do końca. Zamierzałem zgnieść ją wpół, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. Co prawda przepisy o recyklingu obowiązywały już od trzech lat, lecz niełatwo jest się uwolnić od starych przyzwyczajeń.

- Dopisała coś na samym dole, ale nie mogę odczytać - powiedział Billy.

Wyjąłem kartkę z kieszeni. "Nie mogę złapać WOXO. Myślisz, że to z powodu burzy?".

WOXO to lokalna rozgłośnia UKF z muzyką rockową, nadająca z Norway, miejscowości położonej trzydzieści kilometrów na północ od nas. Nasze sfatygowane radio nie było w stanie odbierać niczego więcej.

- Powiedz mamie, że przypuszczalnie tak - powiedziałem, przeczytawszy mu na głos pytanie. - I zapytaj, czy odbiera Portland na falach długich.

- Dobrze. Tato, mogę pojechać z tobą do miasta?

- Jasne. Mama też, jeśli ma ochotę.

- Wdechowo!

Pognał z pustą puszką do domu.

Wreszcie przyszła kolej na wielkie drzewo. Wykonałem pierwsze cięcie, po czym wyłączyłem piłę na parę chwil, żeby ostygła. Drzewo było dla niej stanowczo zbyt duże, ale pomyślałem, że jeśli będę działał powoli i ostrożnie, jakoś dam sobie radę. Ciekawe, czy droga prowadząca do szosy jest przejezdna, przemknęło mi przez głowę, i niemal w tej samej chwili zza drzew wyłoniła się pomarańczowa furgonetka pogotowia energetycznego; przypuszczalnie zmierzała do ślepego zakończenia naszej drogi. A więc wszystko w porządku. Najdalej około południa powinni dotrzeć do nas i zająć się pozrywanymi przewodami.

Odciąłem spory kawałek pnia, odciągnąłem go na skraj podjazdu i zepchnąłem ze wzniesienia. Pniak stoczył się po pochyłości i znieruchomiał dopiero w krzakach, które znacznie rozrosły się od bardzo już odległej chwili, kiedy mój ojciec ze swymi braćmi - wszyscy artyści, tak zawsze było u Draytonów - zrobili z nimi porządek.

Otarłem rękawem pot z twarzy. Chętnie napiłbym się jeszcze piwa; pierwsze tylko narobi człowiekowi smaku. Ponownie wziąłem piłę w ręce, myśląc o nagłym zniknięciu WOXO z eteru. Zagadkowa mgła zbliżała się właśnie z północy. Również tam, na północ od nas, leżało Shaymore ("Shammore", jeśli wierzyć wymowie miejscowych), gdzie mieściła się siedziba Projektu Grot Strzały.

Nikt nie wiedział na pewno, skąd wzięła się ta nazwa ani czy projekt rzeczywiście ochrzczono takim kryptonimem, ani nawet, czy w ogóle istniał jakiś projekt. Bill Giosti twierdził, że tak, ale nie potrafił wyjaśnić, skąd i w jaki sposób uzyskał te informacje. Rzekomo od siostrzenicy, która pracowała w firmie telefonicznej i słyszała to i owo.

- Tam coś kombinują z atomami - powiedział Bill pewnego dnia, pochylając się konfidencjonalnie do okna naszego scouta i zionąc mi prosto w twarz piwem. - Puszczają je w powietrze, i w ogóle.

- Ale panie Giosti, przecież w powietrzu i tak jest pełno atomów! - odparł Billy. - Tak mówi pani Neary. Wszędzie jest pełno atomów.

Bill Giosti zmierzył mego syna przeciągłym spojrzeniem przekrwionych oczu.

- To są zupełnie inne atomy, synu.

- Chyba że tak... - mruknął Billy, rezygnując z dalszej dyskusji.

Zdaniem Dicka Muehlera, naszego agenta ubezpieczeniowego, Projekt Grot Strzały był po prostu rządowym doświadczalnym ośrodkiem rolniczym.

- Większe pomidory i dłuższy okres wegetacji - powiedział Dick z mądrą miną, a następnie wrócił do udowadniania mi, że najbardziej pomógłbym rodzinie, umierając w młodym wieku. Z kolei Janinę Lawless, nasza listonoszka, twierdziła stanowczo, iż chodzi o badania geologiczne zmierzające do ustalenia zasobów tutejszych złóż ropy naftowej. Wiadomość była pewna, ponieważ brat jej męża pracował u człowieka, który...

A pani Carmody? Z pewnością skłaniała się ku poglądowi Billa Giosti. Nie dość, że atomy, to do tego całkiem inne atomy.

Zanim Billy wrócił z drugim piwem i kolejnym liścikiem od Steff, zdążyłem odciąć jeszcze dwa kawałki ogromnego drzewa i spuścić je po zboczu. Jeśli jest coś, co Billy lubi bardziej od biegania z wiadomościami, to ja nic o tym nie wiem.

- Dzięki.

- Mogę łyka?

- Ale małego. Poprzednim razem też się napiłeś, a przecież nie mogę dopuścić do tego, żeby o dziesiątej rano mój syn spił się jak bela.

- Nie o dziesiątej, tylko kwadrans po - odparł i uśmiechnął się nieśmiało znad puszki.

Ja również się uśmiechnąłem - nie dlatego, żeby żart na to zasługiwał, ale ze względu na to, że Billy tak rzadko żartował - po czym spojrzałem na kartkę. "Złapałam JBQ" - napisała Steff. - Nie upij się, zanim pojedziesz do miasta. Dwa piwa przed lunchem wystarczą. Myślisz, że uda ci się dojechać do szosy?".

Oddałem mu kartkę i wziąłem piwo.

- Powiedz mamie, że droga jest przejezdna, bo niedawno widziałem samochód pogotowia energetycznego. Na pewno niedługo do nas dotrą.

- Dobra.


- I jeszcze jedno, mistrzu.

- Tak?


- Powiedz jej, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się. On też chciał to usłyszeć.

Popędził z powrotem, wymachując rękami i wysoko podnosząc kolana. Odprowadziłem go wzrokiem. Bardzo kocham Billy'ego. Kiedy na niego patrzę albo kiedy on na mnie spojrzy w taki specjalny sposób, ogarnia mnie przekonanie, że wszystko jest w porządku. To oczywiście nieprawda - nic nie jest w porządku i nigdy nie było - ale dzięki mojemu synowi wierzę w tę nieprawdę.

Napiłem się piwa, ostrożnie postawiłem puszkę na kamieniu i ponownie uruchomiłem piłę. Jakieś dwadzieścia minut później ktoś lekko dotknął mego ramienia; odwróciłem się, pewien, że to znowu Billy, ale ku swemu zdziwieniu ujrzałem przed sobą Brenta Nortona. Wyłączyłem piłę.

Wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. Był spocony, zmęczony, przygnębiony i chyba trochę zdziwiony.

- Cześć, Brent - przywitałem go.

Ostatnio rozstaliśmy się w niezbyt przyjaznej atmosferze, więc nie bardzo wiedziałem, jak się zachować. Podejrzewałem, że co najmniej od pięciu minut stał za moimi plecami i chrząkał, usiłując zwrócić na siebie uwagę, co oczywiście z góry było skazane na niepowodzenie, zważywszy na warkot piły. Po raz pierwszy tego lata mogłem mu się przyjrzeć: schudł, ale nie wyszło mu to na korzyść, co było dość dziwne, jako że zazwyczaj miał około dziesięciu kilogramów nadwagi. Zeszłego listopada umarła mu żona. Rak, doniosła Steff Aggie Bibber. Aggie jest tutejszą specjalistką od nekrologów. W każdej małej miejscowości jest ktoś taki. Sądząc po tym, jak lekceważąco Norton traktował żonę, i że nie przepuścił żadnej okazji, by jej dokuczyć (a czynił to ze swobodą doświadczonego matadora wbijającego od niechcenia kolejne banderillas w kark byka), powinien chyba być zadowolony z jej odejścia. Gdyby ktoś zapytał mnie wtedy o zdanie, byłbym gotów iść o zakład, że już najbliższego lata pojawi się z głupawym, rozanielonym uśmieszkiem na ustach w towarzystwie jakiejś młodszej co najmniej o dwadzieścia lat pannicy. Tymczasem zamiast uśmiechu na jego twarzy pojawiło się sporo nowych zmarszczek, na domiar złego schudł nie tam, gdzie powinien, co zaowocowało powstaniem mnóstwa fałd, bruzd i kolejnych zmarszczek, z których każda miała do opowiedzenia własną historię. Przemknęło mi przez głowę, że najchętniej zaprowadziłbym go w jakieś zaciszne, nasłonecznione miejsce, posadziłbym na zwalonym drzewie z puszką piwa w ręce i naszkicował jego portret.

- Cześć, Dave - odparł po długim, niezręcznym milczeniu, tym bardziej dającym się we znaki, że przyszło mu wypełnić ciszę, jaka powstała po wyłączeniu piły. - To drzewo... - wymamrotał. - Cholerne drzewo. Miałeś rację.

Wzruszyłem ramionami.

- A mnie przygniotło samochód - dodał ponurym tonem.

Zdawkowe wyrazy współczucia zamarły mi na ustach.

- To był t-bird? Skinął głową.

Norton miał thunderbirda z roku 1960 w doskonałym stanie, zaledwie po czterdziestu ośmiu tysiącach kilometrów. Samochód i w środku, i na zewnątrz był soczyście granatowy. Jeździł nim wyłącznie latem, a i to niezbyt często. Kochał ten wóz taką samą miłością, jaką niektórzy mężczyźni obdarzają kolejki elektryczne, modele do sklejania lub pistolety wiatrówki.

- Cholera! - zakląłem z uczuciem. Powoli pokręcił głową.

- Właściwie to nie chciałem nim przyjeżdżać. Miałem zamiar wziąć kombi, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Zwaliła się na niego wielka spróchniała sosna. Cały dach diabli wzięli. Chciałem pociąć to przeklęte drzewo na kawałki, ale nie mogę uruchomić piły... Cholera, dałem za nią dwieście dolców... Więc... więc...

Z gardła zaczęły mu się wydobywać dziwne chrypiące odgłosy, poruszał ustami w taki sposób, jakby nie miał zębów, a mimo to rozpaczliwie usiłował przeżuć garść daktyli. Przez króciutką, okropną chwilę wydawało mi się, że zaraz rozbeczy się jak dzieciak w piaskownicy, ale jakoś zdołał nad sobą zapanować, wzruszył ramionami i odwrócił się, jakby zamierzał podziwiać stertę pociętego przeze mnie drewna.

- Moglibyśmy rzucić okiem na twoją piłę i zobaczyć, co jej dolega - odezwałem się. - T-bird był ubezpieczony?

- Jasne. Tak samo jak twoja szopa na łodzie. Wiedziałem, co ma na myśli, a oprócz tego doskonale pamiętałem, co Steff powiedziała na temat ubezpieczenia.

- Posłuchaj, Dave... Pomyślałem sobie, że wziąłbym twojego saaba, pojechał do miasta i kupił chleb, befsztyki i piwo. Mnóstwo piwa.

- Billy i ja jedziemy scoutem - odparłem. - Jeśli chcesz, możesz się z nami zabrać... To znaczy, jeżeli najpierw pomożesz mi uprzątnąć podjazd.

- Z przyjemnością.

Chwycił za koniec pnia, ale nawet nie zdołał go poruszyć. Dopiero wspólnymi siłami mogliśmy zepchnąć go w krzaki. Norton sapał i dyszał, policzki nabiegły mu krwią. Biorąc pod uwagę, ile się wcześniej naszarpał ze swoją piłą, zacząłem się trochę obawiać o jego pikawkę.

- Dobrze się czujesz? - spytałem. Skinął głową, wciąż sapiąc jak miech.

- W takim razie chodź do nas. Pokrzepimy się piwem.

- Dzięki. Co u Stephanie?

Powoli zaczynał przypominać tego Nortona, którego znałem z przeszłości.

- Wszystko w porządku.

- A syn?

- Też OK.

- Miło mi to słyszeć.

Steff właśnie wyszła przed dom. Na nasz widok wyraźnie się zdziwiła, Norton zaś uśmiechnął się i bez skrępowania przesunął wzrokiem po jej obcisłej bluzce. A więc jednak wcale tak bardzo się nie zmienił.

- Witaj, Brent - powiedziała ostrożnie. Billy wystawił głowę zza pleców matki.

- Cześć, Stephanie. Jak się masz, Billy.

- Burza zwaliła drzewo na t-birda Nortona - poinformowałem ich. - Wgniotło cały dach.

- To okropne!

Przy piwie Norton jeszcze raz opowiedział całą historię. Ja piłem już trzecie tego dnia, ale wcale nie kręciło mi się w głowie. Widocznie poprzednie dwa zdążyłem wypocić.

- Pojedziemy razem do miasta - powiedziałem, kiedy skończył.

- Myślę, że zejdzie wam trochę czasu.

- Dlaczego?

- Jeżeli w Bridgton też nie ma prądu...

- Mama mówi, że wszystkie kasy i te inne są na prąd! - wpadł jej w słowo Billy.

Steff miała rację.

- Masz moją listę?

Poklepałem się uspokajająco po kieszeni. Steff ponownie spojrzała na Nortona.

- Ogromnie mi przykro z powodu Carli, Brent. To był dla nas wielki wstrząs.

- Bardzo wam dziękuję. Niezręczne milczenie przerwał Billy.

- Możemy już jechać, tato? Włożył dżinsy i sportowe buty.

- Myślę, że tak. Jesteś gotów, Brent?

- Daj mi jeszcze jedno piwo na drogę, to będę.

Steff zmarszczyła brwi. Irytowały ją zarówno "strzemienne", jak i kierowcy prowadzący samochody z puszką piwa między nogami. Patrząc jej w oczy, skinąłem stanowczo głową, a ona wzruszyła ramionami. Nie chciałem znowu zadzierać z Nortonem. Wstała i przyniosła mu piwo.

- Dziękuję - powiedział, lecz to nie było prawdziwe podziękowanie. W taki sposób dziękuje się kelnerce w restauracji. - Prowadź, Makdufie - zwrócił się do mnie.

- W takim razie, w drogę!

W salonie zaklął głośno na widok brzozy, ale mnie nic nie obchodziło ani jego zdumienie, ani koszty wymiany okna, które natychmiast zaczął szacować. Gapiłem się na jezioro przez rozsuwane szklane drzwi prowadzące na taras. Wietrzyk przybrał nieco na sile, zrobiło się też trochę cieplej, byłem więc pewien, że dziwna mgła rozwiała się bez śladu, ale tak się nie stało. Mało tego: nawet się zbliżyła. Sięgała teraz do połowy jeziora.

- Też ją zauważyłem - oznajmił Norton wyniosłym tonem. - Moim zdaniem to skutek działania jakiegoś frontu atmosferycznego.

Zupełnie mi się to nie podobało. Byłem całkowicie pewien, że jeszcze nigdy nie widziałem nic takiego. Powodem mego niepokoju częściowo była nienaturalnie ostra, biegnąca w prostej linii granica wału mgły (w naturze linie proste praktycznie nie istnieją; wynalazł je dopiero człowiek), częściowo zaś jednolita nieprzenikniona biel. Teraz, kiedy dzielił nas od niej niespełna kilometr, kontrast między nią a błękitem nieba i jeziora był jeszcze bardziej uderzający.

Billy pociągnął mnie za nogawkę.

- Tato, chodźmy!

Wróciliśmy do kuchni. Norton na odchodnym obrzucił jeszcze jednym spojrzeniem wierzchołek brzozy, który wtargnął do naszego salonu.

- Szkoda, że to nie jabłoń, prawda? - powiedział Billy lekkim tonem. - Mama to wymyśliła!

- Twoja mama miewa świetne pomysły - odrzekł Norton, po czym z roztargnieniem zmierzwił mu czuprynę, jednocześnie obmacując wzrokiem bluzkę Steff. Nie, to jednak z pewnością nie był człowiek, z którym kiedykolwiek mógłbym się zaprzyjaźnić.

- A może pojedziesz z nami? - zaproponowałem. Z jakiegoś powodu nagle zapragnąłem, żeby była przy mnie.

- Wolę zostać i zająć się ogródkiem. - Popatrzyła na Nortona, potem na mnie. - Dzisiaj chyba tylko ja jedna mogę działać bez prądu.

Norton roześmiał się nieco za głośno. Doskonale zrozumiałem, co Steff chce mi powiedzieć, niemniej jednak spróbowałem raz jeszcze:

- Jesteś pewna?

- Całkowicie - odparła stanowczo. - Odrobina pielenia dobrze mi zrobi.

- Tylko nie opal się za bardzo.

- Nałożę słomkowy kapelusz. Kiedy wrócicie, będą na was czekały kanapki.

- Świetnie.

Podniosła twarz do pocałunku.

- Jedź ostrożnie. Na Kansas Road też mogą być zwalone drzewa.

- Będę uważał.

- Ty też uważaj - przykazała Billy'emu i pocałowała go w policzek.

- Jasne, mamo!

Wybiegł, jakby się paliło. Norton i ja wyszliśmy za nim.

- Może najpierw wpadniemy do ciebie i wyciągniemy t-birda spod tego drzewa? - zaproponowałem. Nie wiedzieć czemu byłem gotów wynaleźć tysiąc powodów, które pozwoliłyby mi opóźnić wyjazd do miasta.

- Najpierw muszę się najeść i porządnie napić. Na razie nawet nie chcę na niego patrzeć. Sam wiesz, koleś: co się stało, już się nie odstanie.

Nie byłem szczególnie zachwycony, że tak się do mnie zwraca.

Stłoczyliśmy się na przednim siedzeniu scouta (w najdalszym kącie garażu połyskiwał żółtawo lemiesz doczepianego pługa śnieżnego, niczym duch mających dopiero nadejść świąt), po czym wrzuciłem wsteczny bieg i wyjechałem z garażu, miażdżąc kołami zaściełające podjazd gałązki. Steff stała na betonowej ścieżce prowadzącej do warzywnego ogródka na zachodnim skraju działki. Zdążyła już nałożyć rękawiczki; w jednej ręce trzymała sekator, w drugiej grackę. Rondo starego słomkowego kapelusza rzucało cień na jej twarz. Zatrąbiłem dwa razy, a ona pomachała mi ręką z sekatorem. Wtedy widziałem ją po raz ostatni.
Musiałem się zatrzymać, jeszcze zanim dotarliśmy do Kansas Road, ponieważ już po przejeździe samochodu pogotowia energetycznego na drogę runęła całkiem spora sosna. Zdołaliśmy ją trochę przesunąć - pokłuła nas przy tym niemiłosiernie - po czym jakoś przecisnąłem się scoutem przez wąski przesmyk. Billy oczywiście chciał pomagać, ale kazałem mu zostać w samochodzie; bałem się, że wsadzi sobie gałąź w oko. Stare drzewa zawsze przywodziły mi na myśl Tolkienowskie Enty; stare drzewa również zazwyczaj chcą cię skrzywdzić. Nieważne, czy brniesz po kolana w śniegu, jedziesz na biegówkach czy po prostu przechadzasz się po lesie. Stare drzewa chcą zrobić ci krzywdę i chyba nawet chętnie by cię zabiły, gdyby mogły.

Kansas Road była przejezdna, w wielu miejscach jednak zauważyliśmy pozrywane przewody elektryczne, a jakieś pół kilometra za kempingiem Vicki-Linn w rowie leżał zwalony słup z wierzchołkiem otoczonym plątaniną syczących kabli.

- To ci dopiero burza - zauważył Norton miodopłynnym, wyćwiczonym podczas rozpraw sądowych głosem, ale ton już nie był wyniosły, tylko po prostu poważny.

- Aha.


- Tato, patrz!

Wyciągnięta ręka Billy'ego wskazywała na stodołę Ellitchesów. Budowla ta od dwunastu lat spokojnie chyliła się ku upadkowi, otoczona słonecznikami, nawłocią i malwami. Co roku na jesieni byłem przekonany, że nie przetrwa zimy, lecz na wiosnę nadal stała jakby nigdy nic. Aż do tej pory. Zostało po niej trochę potrzaskanych belek i resztki dachu całkowicie ogołocone z dachówek. W końcu wybiła jej godzina, przemknęła mi przez głowę ponura myśl. Nadeszła burza i zrównała ją z ziemią.

Norton wysączył resztkę piwa, następnie zgniótł puszkę i rzucił ją na podłogę. Billy otworzył już usta, ale zastanowił się i zamknął je bez słowa. Mądry chłopak. Norton mieszkał w New Jersey, gdzie nie obowiązywała ustawa o recyklingu; byłem skłonny wybaczyć mu to, że pozbawił mnie pięciu centów, ponieważ sam nie zawsze pamiętałem o tym, że mogę je zarobić.

Billy zaczął grzebać przy radiu, poprosiłem go więc, żeby spróbował złapać WOXO. Doszedł do końca skali, ale z głośników wciąż dobiegał tylko szum. Spojrzał na mnie i bezradnie rozłożył ręce; usiłowałem sobie przypomnieć, jakie stacje radiowe nadawały z miejscowości położonych po tej stronie pasa zagadkowej mgły.

- Spróbuj WBLM.

Strzałka powędrowała na przeciwny koniec skali, mijając po drodze WJBQ-FM i WIGY-FM. Obie stacje działały jak co dzień, lecz tam gdzie zazwyczaj była WBLM, najlepsza rozgłośnia w Maine nadająca rock progresywny, panowała głucha cisza.

- Ciekawe... - mruknąłem.

- O co chodzi? - zainteresował się Norton.

- O nic. Po prostu głośno myślę.

Billy dostroił radio do muzycznej sieczki z WJBQ. Niebawem dotarliśmy do miasteczka.

Samoobsługowa pralnia przy centrum handlowym była nieczynna (rzadko która pralka potrafi działać bez elektryczności), działały natomiast drogeria i supermarket. Na parkingu stało mnóstwo samochodów, w tym (jak każdego lata) sporo z tablicami rejestracyjnymi spoza stanu. Tu i tam widziałem grupki ludzi rozprawiających leniwie o niedawnej burzy - mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami.

W pewnej chwili ujrzałem panią Carmody, tę od wypchanych zwierząt i wody ze spróchniałego pnia leczącej wszelkie dolegliwości. Właśnie wkraczała do supermarketu, ubrana w kanarkowożółty komplet składający się ze spodni i żakietu, z przewieszoną przez ramię torebką wielkości niedużej walizki. Niemal jednocześnie jakiś debil na yamasze przemknął z rykiem silnika kilka centymetrów przed przednim zderzakiem scouta. Miał dżinsową kurtkę i lustrzane okulary, ale był bez hełmu.

- Co za dureń! - warknął Norton.

Okrążyłem parking w poszukiwaniu wygodnego miejsca; niestety, wszystkie były zajęte. Już zamierzałem pogodzić się z koniecznością odbycia długiej wędrówki gdzieś z samego końca placu, kiedy dopisało mi szczęście: zgniłozielony cadillac wielkości niedużego jachtu właśnie wysuwał się ostrożnie z miejsca tuż obok wejścia do supermarketu. Jak tylko odpłynął, wjechałem w pozostawioną przez niego lukę między pojazdami.

Wręczyłem Billy'emu sporządzoną przez Steff listę. Co prawda miał dopiero pięć lat, ale znał już drukowane litery.

- Weź wózek i zacznij beze mnie. Zadzwonię do mamy i zaraz wracam. Jeśli nie będziesz czegoś wiedział, pan Norton ci pomoże.

Jak tylko wysiedliśmy z samochodu, Billy złapał Nortona za rękę. Kiedy był młodszy, uczyliśmy go, że nie wolno mu samemu chodzić po parkingu, i zostało mu to aż do tej pory. W pierwszej chwili Norton był wyraźnie zaskoczony, ale zaraz potem nawet się uśmiechnął. Prawie mógłbym mu wybaczyć nieustanne obmacywanie Steff wzrokiem. Zniknęli we wnętrzu supermarketu.

Niespiesznym krokiem skierowałem się do automatu telefonicznego, wiszącego na ścianie między drogerią a pralnią. Zlana potem kobieta w fioletowej sukience uparcie stukała w widełki. Stałem za nią z rękami w kieszeniach i zastanawiałem się, dlaczego tak się niepokoję o Steff oraz czemu ów niepokój wiąże się bezpośrednio z równiutką linią białej, nieprzeniknionej mgły, milczeniem kilku stacji radiowych... a także Projektem Grot Strzały.

Kobieta w fioletowej sukience miała piegowate ramiona pokryte opalenizną, którą bez trudu można by uznać za poparzenia słoneczne. Wyglądała jak spocona pomarańcza. W końcu odwiesiła z hukiem słuchawkę, odwróciła się na pięcie i burknęła:

- Szkoda czasu i dziesiątaka. Nigdzie nie można się dodzwonić.

Odmaszerowała, złorzecząc pod nosem.

Niewiele brakowało, żebym palnął się ręką w czoło. Przecież wichura na pewno pozrywała linie telefoniczne! Część z nich biegła pod ziemią, ale przecież nie wszystkie. Mimo to spróbowałem. Automaty telefoniczne, jakie spotyka się w tej okolicy, Steff ochrzciła mianem paranoifonów: zamiast włożyć monetę i wybrać numer, najpierw wybiera się numer; kiedy osoba, do której dzwonimy, podniesie słuchawkę, połączenie zostaje automatycznie przerwane. Należy wówczas błyskawicznie wepchnąć monetę do automatu, zanim zniecierpliwiony rozmówca zacznie stukać w widełki. Jest to dość irytujące, ale tym razem pozwoliło mi zaoszczędzić dziesięć centów: w słuchawce panowała głucha cisza. Spocona pomarańcza miała rację.

Odwiesiłem słuchawkę i wolnym krokiem ruszyłem z powrotem w kierunku supermarketu. Dotarłem tam w samą porę, żeby być świadkiem zabawnego zdarzenia: starsza, pogrążona w rozmowie para, zbliżała się do drzwi wejściowych... i zderzyła się z nimi. Zamilkli w pół słowa, kobieta wydała zdumiony okrzyk, po czym z niedowierzaniem wytrzeszczyli oczy na przeszkodę. Dopiero po dłuższej chwili oprzytomnieli i parsknęli śmiechem, następnie mężczyzna z wysiłkiem odepchnął przezroczystą taflę i oboje weszli do środka. Brak elektryczności może okazać się dokuczliwy na mnóstwo sposobów.

Ja również samodzielnie odsunąłem drzwi i przekroczyłem próg sklepu. Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłem uwagę, był brak klimatyzacji. Zazwyczaj latem ustawiają tak intensywne chłodzenie, że można nabawić się odmrożeń.

Jak wszystkie nowoczesne obiekty tego rodzaju, Federal przypominał labirynt dla szczurów: rzeczy naprawdę niezbędne, takie jak chleb, masło, mleko, piwo i błyskawiczne obiady, ulokowano na samym końcu. Żeby tam dotrzeć, trzeba było minąć niewyobrażalne mnóstwo artykułów, które tylko udają, że są do czegoś potrzebne - od wymyślnych zapalniczek poczynając, na gumowych kościach dla psów kończąc.

Zaraz za wejściem znajdował się dział z warzywami i owocami. Rozejrzałem się w poszukiwaniu Nortona i mego syna, ale ich nie dostrzegłem. Starsza pani, która niedawno zderzyła się z drzwiami, buszowała wśród grejpfrutów. Jej mąż czekał nieopodal z wielką torbą na zakupy.

Znalazłem ich w trzeciej alejce. Billy przerzucał stosy torebek z galaretkami i budyniami, Norton zaś stał obok wpatrzony w listę autorstwa Steff. Na widok jego zdezorientowanej miny nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu.

Z trudem utorowałem sobie do nich drogę, przepychając się między częściowo załadowanymi wózkami (najwyraźniej nie tylko Steff uległa wiewiórczemu odruchowi) i myszkującymi wśród regałów klientami. Norton zdjął z najwyższej półki dwie puszki z gruszkami w syropie i włożył je do koszyka.

- Jak wam idzie? - zapytałem. Spojrzał na mnie z nieukrywaną ulgą.

- Znakomicie. Prawda, Billy?

- Jasne - odparł mój syn, po czym zaraz doda) jakby nigdy nic: - Ale pan Norton też nie może wszystkiego odczytać.

- Pokażcie mi to - powiedziałem, wyjmując listę z rąk Nortona.

Przy artykułach, które już włożyli do koszyka (było ich zaledwie kilka, w tym mleko i sześciopak coli), widniały schludne prawnicze "ptaszki". Zostało jeszcze około dziesięciu pozycji.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna