Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona29/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   49

Jako członek komisji handlowej w Bombaju miał przywilej posiadania automobilu, będącego tam prawdziwym rarytasem. Greer twierdził, iż Brower cieszył się jak dziecko jazdą po wąskich uliczkach i zaułkach miasta, straszeniem rozgdakanych stad kur i ludzi, którzy na jego widok padali na kolana, wznosząc modły do swych pogańskich bóstw. Jeździł samochodem wszędzie, budząc prawdziwą sensację i przyciągając gromady obdartych dzieci, nieodstępujących go na krok, lecz pierzchających w popłochu, gdy proponował im przejażdżkę, co czynił nieustannie. Automobil był fordem model A, jednym w pierwszych, które zapalały nie tylko na korbę, lecz także za naciśnięciem guzika. Zechciejcie to zapamiętać.

Pewnego dnia Brower wyjechał autem na drugi koniec miasta, by odwiedzić jednego z oficjeli z sprawie ewentualnego transportu jutowego sznurka. Jak zwykle budził powszechne zaciekawienie, gdy tak sunął przez ulice z hałasem i rykiem niczym nacierające wojska - i, oczywiście, ciągnęły za nim tłumy dzieci.

Brower zamierzał zjeść obiad w manufakturze. Była to duża uroczystość i goście znajdowali się dopiero przy drugim daniu, usadowieni na otwartym tarasie ponad ulicą, kiedy dobiegły ich znajome hałasy i rzężenie automobilu, zmieszane z przeraźliwymi wrzaskami.

Jeden z bardziej żądnych wrażeń chłopców - syn skromnego świętego mędrca - wśliznął się do szoferki pojazdu przekonany, iż smok kryjący się pod żelazną maską nie obudzi się, dopóki za kierownicą nie zasiądzie biały człowiek. A Brower, pochłonięty zbliżającymi się negocjacjami, zostawił włączony silnik.

Możemy sobie wyobrazić, jak chłopiec stopniowo nabrał odwagi, jak dotykał lusterka, ruszał kierownicą i naśladował dźwięk klaksonu. Za każdym razem, gdy igrał ze smokiem pod maską, jego towarzysze musieli spoglądać na niego z coraz to większym podziwem.

Kiedy nacisnął guzik, musiał jednocześnie nadepnąć na sprzęgło, być może szukając oparcia dla stóp. Silnik był gorący, natychmiast zaskoczył. Chłopiec, zdjęty przerażeniem, czym prędzej poderwał nogę, uwalniając sprzęgło. Gdyby samochód był starszy lub mniej zadbany, silnik pewnie by zgasł. Ale Brower dbał o niego jak o własne dziecko, więc automobil ruszył przed siebie urywanymi skokami. Brower znalazł się na miejscu w samą porę, by to zobaczyć.

Ten fatalny w skutkach błąd musiał być czymś więcej niż zwykłym przypadkiem. Być może podczas panicznych prób ucieczki chłopiec uderzył łokciem w zawór przepustnicy. Może zrobił to w nadziei, iż w ten właśnie sposób biały człowiek usypia smoka. Cokolwiek się stało... stało się. Automobil nabrał morderczej prędkości i runął przez zatłoczoną, pełną ludzi ulicę, przewracając stragany i sterty, miażdżąc wiklinowe klatki wędrownego handlarza zwierząt, rozbijając w drzazgi wózek z kwiatami. Popędził w dół wzgórza aż do zakrętu, przeskoczył przez krawężnik, wpadł na kamienną ścianę i wybuchł kłębami płomieni.

George przełożył fajkę z jednego kąta ust w drugi.

- Tyle dowiedziałem się z opowieści Greera, ponieważ jedynie do tego miejsca opowieść Browera brzmiała jako tako sensownie. Reszta stanowiła zniekształcone rozważania na temat tego, co by się stało, gdyby dwie tak odrębne kultury kiedykolwiek się zmieszały. Zdaje się, że ojciec zmarłego chłopca odnalazł Browera, zanim odwołano go z placówki, i rzucił w niego martwym kurczęciem. Była to klątwa. W tym miejscu Greer uśmiechnął się w sposób dający mi do zrozumienia, iż obaj jesteśmy ludźmi światowymi, po czym zapalił papierosa i kontynuował:

- Kiedy wydarza się coś takiego, zawsze ktoś wyskakuje z jakąś klątwą. Ci nieszczęśni poganie muszą trzymać fason za każdą cenę. To dla nich normalne.

- Co to była za klątwa? - spytałem.

- Sądziłem, że się pan domyślił. Ten gość powiedział, że człowiek, który rzuca czary na dziecko, powinien stać się pariasem, wyrzutkiem. Potem oznajmił Browerowi, że wszelkie żywe stworzenie, które dotknie jego ręki - umrze. Teraz i na wieki wieków amen. - Greer zachichotał.

- Czy Brower w to uwierzył? - odezwał się któryś ze słuchaczy.

- Greer sądził, że tak. Musi pan wiedzieć, że ten człowiek doznał okropnego wstrząsu - powiedział. - A z tego, co mi pan mówi wnioskuję, że ta obsesja jeszcze się pogłębiła.

- Czy poda mi pan jego adres? - spytałem.

Greer zaczął grzebać w aktach i po pewnym czasie wyłowił jakiś karteluszek.

- Nie gwarantuję, że go pan tam znajdzie - zastrzegł się. - Ludzie miewali zrozumiałe opory przed wynajęciem mu mieszkania i spodziewam się, że nie wiedzie mu się zbyt dobrze.

Przy tych słowach poczułem ukłucie wstydu, lecz nie zdradziłem tego. Greer wydał mi się nieco zbyt napuszony i zadowolony z siebie, bym miał mu przekazać te okruchy informacji o Henry Browerze, którymi dysponowałem. Jednak kiedy wstałem, coś mnie podkusiło i palnąłem:

- Widziałem wczoraj, jak Brower uścisnął łapę ulicznemu kundlowi. Po kwadransie pies wyzionął ducha.

- Czy tak? Bardzo ciekawe. - Greer uniósł brew, jakby moja uwaga nie miała nic wspólnego z naszą rozmową.

Właśnie miałem się pożegnać, gdy sekretarka zajrzała do gabinetu.

- Proszę wybaczyć, czy to pan jest panem Gregsonem? Potwierdziłem.

- Właśnie zadzwonił niejaki Baker. Prosił, by niezwłocznie przybył pan pod numer dwudziesty trzeci na Dziewiętnastej Ulicy.

Po jej słowach przeszedł mnie zimny dreszcz, ponieważ byłem owego dnia pod tym numerem - mieszkał pod nim Jason Davidson. Kiedy wychodziłem z gabinetu, Greer sadowił się już w fotelu z fajką i "Wall Street Journal". Nie widziałem go nigdy więcej i nie uważam tego za wielką stratę.

Czułem przepełniające mnie bardzo szczególne uczucie - jakby lęk, który nie może się skrystalizować w strach przed konkretną sprawą, ponieważ jest ona zbyt okropna, zbyt niewiarygodna, by brać ją pod uwagę.

Tutaj przerwałem jego opowiadanie.

- Dobry Boże, George! Czyżbyś chciał powiedzieć, że Davidson umarł?

- W rzeczy samej - potwierdził George. - Przybyłem niemal równocześnie z koronerem. Za przyczynę śmierci uznano zakrzepicę tętnicy wieńcowej. Do dwudziestych trzecich urodzin Davidsona zostało szesnaście dni.

Potem starałem się sobie wmówić, że był to tylko paskudny zbieg okoliczności, o którym najlepiej będzie zapomnieć. Zacząłem cierpieć na bezsenność, mimo ofiarnej pomocy mej dobrej przyjaciółki, pani Whisky. Mówiłem sobie, że teraz trzeba podzielić pulę pomiędzy nas trzech i zapomnieć o istnieniu Henry Browera. Ale nie mogłem. Wypisałem czek na tę sumę i poszedłem pod adres, który przekazał mi Greer, czyli do Harlemu.

Nie zastałem tam Browera. Zostawił adres mieszkania w East Side, odrobinę porządniejszej okolicy. Jednak z tego lokum wyprowadził się mniej więcej na miesiąc przed naszą grą, a jego nowe miejsce zamieszkania znajdowało się w East Village, dzielnicy ruder.

Dozorca kamienicy, chudy mężczyzna z powarkującym na mnie wielkim czarnym mastyfem powiedział, iż Brower wyprowadził się trzeciego kwietnia - nazajutrz po naszej grze. Spytałem, czy nie zostawił jakiegoś adresu, a on odrzucił głowę do tyłu i wydał z siebie ponure skrzeczenie, które najwyraźniej uważał za śmiech.

- Jak kto stąd odchodzi, to już go można szukać tylko w piekle, szefuniu. Ale czasami robią jeszcze przystanek w Bowery.

Bowery było wówczas miejscem, za które teraz uchodzi jedynie w oczach przyjezdnych: siedzibą bezdomnych, ostatnim przystankiem tych anonimowych istot, które troszczą się tylko o kolejną butelkę taniego wina lub dawkę owego białego proszku, sprowadzającego długie sny. Poszedłem więc i tam. W dzielnicy tej można było wówczas znaleźć dziesiątki noclegowni, parę misji charytatywnych, które przyjmowały pijaków na noc i setki zaułków, gdzie można było znaleźć stary, zawszawiony materac. Widziałem wiele istot, z których została sama skorupa, wyżarta gorzałką i narkotykami. W tym miejscu zapomniano o nazwiskach. Kiedy ktoś schodzi do ostatniego poziomu piwnicy, a jego wątroba jest zwyrodniała od denaturatu, nos stał się otwartą, zaropiałą raną od ciągłego wdychania kokainy i potażu, palce odmrożone, a zęby wyglądają jak czarne pieńki - taki człowiek nie potrzebuje nazwiska. Mimo to opisałem Henry Browera każdemu, kogo spotkałem. Bez rezultatu. Barmani kręcili głowami i wzruszali ramionami. Inni tylko wbijali wzrok w ziemię i przyspieszali kroku.

Nie znalazłem go tego dnia ani następnego. Minęły dwa tygodnie, aż wreszcie trafiłem na człowieka, który stwierdził, że gościa odpowiadającego memu opisowi widziano przed trzema dniami w hotelu Davarneya.

Poszedłem tam; hotel znajdował się zaledwie o dwie przecznice od miejsca, które przeszukiwałem. Mężczyzna w recepcji był obleśnym starcem o obłażącej ze skóry łysinie i kaprawych oczkach. Na upstrzonym przez muchy oknie od ulicy wisiało ogłoszenie o pokojach do wynajęcia - dziesięć centów za noc. Wyrecytowałem opis Browera, a staruch przez cały czas kiwał głową. Gdy skończyłem, powiedział:

- Znam go, paniczu, znam go dobrze. Ale pamięć mnie zawodzi... Znacznie lepiej mi się myśli, gdy przede mną leży dolar.

Wyjąłem dolara, który błyskawicznie gdzieś zniknął.

- Był tu, paniczu, lecz już go nie ma.

- Wiecie, dokąd odszedł?

- Nie całkiem sobie przypominam, ale mógłbym, gdybym miał przed sobą dolara.

Wyciągnąłem drugi banknot, który zniknął równie sprawnie jak pierwszy. Stary musiał to uznać za niebywale śmieszne, bo nagle zaniósł się gruźliczym rzężeniem.

- Już się zabawiliście - powiedziałem - i dostaliście zapłatę. Czy wiecie, dokąd odszedł ów człowiek?

Stary znowu roześmiał się upiornie.

- Tak! Jego nowa rezydencja znajduje się na cmentarzu, wynajęta na całą wieczność, a mieszka w niej sam diabeł! I jak ci się to podoba, paniczu? Umarł pewnie wczoraj rano, gdyż kiedym do niego przyszedł w południe, był jeszcze cieplutki jak bułeczka. I powiadam ci, siedział sztywno jakby kij połknął, ot co. Przyszedłem na górę, żeby odebrać od niego dziesiątaka lub pokazać mu drzwi. A tu się okazało, że trzeba mu już tylko małej działki na cmentarzu. - Te słowa wywołały kolejny wybuch nieprzyjemnego starczego śmiechu.

- Czy zauważyliście coś niezwykłego? - spytałem, nie mając odwagi konkretnie nazwać tego, o co mi chodziło. - Czegoś, co wydało się wam dziwne?

- Chyba coś sobie przypominani... Zaraz...

Wyjąłem dolara, żeby wspomóc jego pamięć, ale tym razem nie usłyszałem śmiechu, choć banknot zniknął równie szybko jak poprzednie.

- Tak, było tam coś dziwnego - powiedział staruch. - Znajdowałem już dość truposzy, by to poznać. Słodki Jezu, czegom to nie widział! Znajdowałem ich zwisających z haka, martwych w łóżku, na schodkach przeciwpożarowych w styczniu, z butelką między kolanami i sinych jak Atlantyk. Znalazłem nawet jednego, co się utopił w miednicy, choć to akurat zdarzyło się z górą trzydzieści lat temu. Ale ten, taki wyprostowany elegancik w brązowym garniturku, jakby panicz z dobrej rodziny, w dodatku ładnie uczesany... Trzymał lewą dłonią nadgarstek prawej ręki. O, właśnie tak. Widziałem wiele, alem jeszcze nie widział, żeby kto umarł, ściskając własną rękę.

Wyszedłem i wróciłem piechotą aż do doków, a słowa starego człowieka bez końca brzęczały mi w uszach jak zacięta płyta gramofonowa. "Umarł, ściskając własną rękę".

Doszedłem do krańca przystani, gdzie brudna szara woda biła o oślizły brzeg. Potem podarłem czek na tysiąc kawałków i wyrzuciłem go do wody.

George Gregson zamilkł i odchrząknął. Ogień na kominku wygasł i zimno powoli wpełzało do opustoszałego pokoju gier. Stoły i krzesła wydawały się nierealne i widmowe, jakby ze snu, gdzie przeszłość i teraźniejszość zlewają się ze sobą. Płomienie zalśniły gorącą czerwienią w literach wyrytych nad kominkiem: "Historia to nie ten, co ją opowiada".

- Widziałem go tylko raz, a i to wystarczyło. Nigdy go nie zapomniałem. Ale dzięki niemu zdołałem się później otrząsnąć z żałoby, gdyż zrozumiałem, że każdy, kto może chodzić pomiędzy ludźmi, nie jest całkiem samotny. Zechciej mi podać płaszcz, Stevens, a jakoś doczłapię do domu. Już dawno powinienem spać.

A kiedy Stevens pojawił się z okryciem, George uśmiechnął się i wskazał małe znamię tuż pod lewym kącikiem ust kamerdynera.

- Doprawdy, jakież uderzające podobieństwo. Twój dziadek miał znamię dokładnie w tym samym miejscu.

Stevens uśmiechnął się, lecz nie odpowiedział. George wyszedł, a wkrótce po nim i my cicho wymknęliśmy się do domów.


Przełożyła

Maciejka Mazan


ŚWIAT PLAŻY
Statek Federalny ASN/29 runął z nieba i rozbił się. Po jakimś czasie ze strzaskanej czaszki pojazdu wynurzyły się cząstki mózgu - dwóch ludzi. Odeszli kawałek i przystanęli, trzymając hełmy pod pachami; powoli powiedli wokół wzrokiem, sprawdzając, gdzie trafili.

Ujrzeli plażę, która nie potrzebowała oceanu - sama była oceanem, nieruchomym morzem piasku, czarno-białą wakacyjną fotką, na zawsze zastygłym obrazem grzbietów i dolin - i kolejnych grzbietów i dolin.

Wydmy.

Łagodnie i strome, gładkie i poszarpane; ostre jak nóż i płaskie; nieregularne, przypominające kilka wydm, spiętrzonych na sobie - wydmowe domino.



Wydmy. I ani śladu morza.

Doliny pomiędzy nimi umykały w dal czarnymi szczurzymi zygzakami. Jeśli człowiek przyglądał się zbyt długo owym krętym liniom, zaczynał wierzyć, że układają się one w słowa - czarne litery, wiszące tuż nad białymi wydmami.

- Ja pierdolę - mruknął Shapiro.

- Mam się schylić? - odparł Rand.

Shapiro nabrał śliny, ale powstrzymał się przed splunięciem. Sprawił to widok piasku. Może na razie nie powinni marnować wody. Na wpół zagrzebany w ziemi ASN/29 nie wyglądał już jak konający ptak; przypominał raczej tykwę, która pękła, odsłaniając ukrytą wewnątrz zgniliznę. Doszło do pożaru. Prawoburtowe zbiorniki paliwa eksplodowały.

- Kiepska historia ż Grimesem - zauważył Shapiro.

- Właśnie. - Wzrok Randa wciąż wędrował po morzu piasku, w przód i w tył, aż po granicę horyzontu i z powrotem.

Rzeczywiście, historia z Grimesem wyglądała kiepsko. Grimes nie żył. Był teraz jedynie większymi i mniejszymi ochłapami w ładowni na rufie. Shapiro zajrzał tam. Zupełnie jakby Bóg postanowił go pożreć, odkrył, że mu nie smakuje i wyrzygał resztki, przemknęło mu przez głowę. Ta myśl sprawiła, że jego ściśnięty żołądek nie utrzymał zawartości - myśl i widok zębów Grimesa, rozsypanych po całej ładowni.

Teraz czekał, by Rand powiedział coś mądrego, tamten jednak milczał. Nadal wpatrywał się w wydmy, wodząc wzrokiem wzdłuż krętych mechanicznych spiral głębokich dolin pomiędzy grzbietami.

- Hej! - rzucił w końcu Shapiro. - Co teraz? Grimes nie żyje, ty dowodzisz. Co mamy robić?

- Robić? - Oczy Randa poruszały się tam i z powrotem, w przód i w tył, chłonąc obraz milczących wydm. Poruszony powiewem suchego wiatru gumowany kołnierz jego skafandra zaszeleścił cicho. - Nie wiem; chyba że masz piłkę.

- O czym ty mówisz?

- Czyż nie to powinno się robić na plaży? Grać w siatkówkę?

Podczas swej służby w kosmosie Shapiro wielokrotnie się bał, a kiedy na statku wybuchł pożar, niemal wpadł w panikę; teraz jednak, patrząc na Randa, poczuł pierwszy posmak strachu zbyt ogromnego, by dało się go objąć rozumem.

- Taka wielka - dodał z rozmarzeniem Rand i przez sekundę Shapirowi wydało się, że towarzysz mówi o jego panice. - Diabelnie wielka plaża. Coś takiego może się ciągnąć bez końca. Wyobraź sobie: idziesz przeszło sto kilometrów z deską pod pachą i wciąż jesteś praktycznie w miejscu, z którego wyszedłeś, za sobą masz tylko sześć-siedem śladów. Jeśli zaś postoisz pięć minut, także i one znikną.

- Czy zanim spadliśmy, zrobiłeś topograficzny skan terenu? - Rand musi być w szoku, uznał Shapiro. To szok, nie obłęd. W razie potrzeby da mu pastylkę. A gdyby tamten nadal bredził, zostaje jeszcze zastrzyk. - Czy zauważyłeś...

- Co? - Rand na moment uniósł wzrok.

"Zielone pola". To właśnie miał zamiar powiedzieć. Ale nie, zanadto przypominało to cytat z Księgi Psalmów. Wiatr zadźwięczał mu w ustach niczym srebrny dzwonek.

- Co? - powtórzył Rand.

- Skan komputerowy. Skan! - wrzasnął Shapiro. - Nigdy nie słyszałeś o skanach, bezmózgu? Jak wygląda ta planeta? Gdzie za tą pieprzoną plażą zaczyna się ocean? Gdzie są jeziora? Najbliższa oaza? W którą stronę? Gdzie kończy się plaża?

- Kończy? A, grokuję. Ona Się nie kończy. Nie ma tu żadnych oaz, zieleni, czap polarnych, żadnego oceanu. Ta plaża nie zna morza, bracie. Tylko wydmy i wydmy, bez końca.

- To skąd weźmiemy wodę?

- Znikąd.

- Ale statek... nie da się go naprawić!

- Co ty powiesz, Holmesie?

Shapiro milczał. Miał wybór - siedzieć cicho bądź wpaść w histerię, lecz przeczucie, graniczące z pewnością, podpowiadało mu, iż jeśli zacznie histeryzować, Rand nie zareaguje i pozostawi go samemu sobie, by doszedł do siebie - albo nie.

Jak nazwać plażę, która nie ma końca? To proste - pustynią! Największą kurewską pustynią wszechświata, jasne?

Nagle usłyszał w głowie echo słów Randa: "Co ty powiesz, Holmesie".

Shapiro stał dłuższą chwilę obok Randa, czekając, by tamten się ocknął, zrobił cokolwiek, po jakimś czasie jednak zabrakło mu cierpliwości. Potykając się i ślizgając, zaczął zsuwać się po zboczu wydmy. Czuł, jak piasek wsysa jego buty. Chcę cię tu wciągnąć, Bill - wyobraźnia podpowiadała mu słowa pustyni, suchy, gorzki głos kobiety, starej, lecz wciąż złowrogo silnej. Chcę cię tu wciągnąć i bardzo... mocno... uścisnąć.

W pamięci Shapiro odżył obraz z dzieciństwa, wspomnienie zabaw na plaży, gdy kolejno zagrzebywali się po szyję w piasku. Wtedy świetnie się bawił - teraz ta myśl go przerażała. Toteż wyłączył ów głos - Chryste, nie czas na wspominki! - i ruszył naprzód krótkim, miarowym krokiem, uderzając mocno w piasek, próbując bezwiednie naruszyć perfekcyjną gładź jego powierzchni.

- Dokąd idziesz? - Po raz pierwszy w głosie Randa zadźwięczała nuta świadomości i troski.

- Latarnia - odparł Shapiro. - Chcę ją włączyć. Byliśmy na oznakowanym szlaku. Z pewnością odbiorą sygnał i ustalą jego źródło. To tylko kwestia czasu. Wiem, mamy cholernie małe szansę, ale może ktoś się tu zjawi, zanim...

- Latarnia poszła w diabły - przerwał mu Rand. - To się stało, kiedy spadliśmy.

- Może da się ją naprawić! - zawołał przez ramię Shapiro. Kiedy schyliwszy się, przeszedł przez właz, natychmiast poczuł się lepiej, mimo zapachów - swądu spalonych obwodów i gorzkiej woni freonu. Wmawiał sobie, że sprawiła to myśl o latarni, ona bowiem dawała im jakąś, choćby nawet najmniejszą nadzieję. W istocie jednak to nie wspomnienie latarni podniosło go na duchu; jeśli Rand twierdził, że jest zepsuta, z całą pewnością tak było. Ale przynajmniej nie widział już wydm - jego oczy nie dostrzegały ogromnej, bezkresnej plaży.

To właśnie sprawiło, że poczuł się lepiej.
Kiedy znów wspiął się na szczyt pierwszej wydmy, zdyszany i wykończony, czując w skroniach bolesne tętnienie rozgrzanej krwi, ujrzał, że Rand wciąż tam jest i nadal spogląda w dal. Minęła godzina. Słońce stało dokładnie nad ich głowami. Twarz Randa była mokra od potu, w jego brwiach skrzyły się drobne kropelki. Strużki potu spływały po policzkach niczym łzy, kolejne ściekały po szyi i znikały za kołnierzem skafandra, niczym krople bezbarwnego oleju, skapujące do mechanicznego wnętrza androida.

Nazwałem go bezmózgiem, pomyślał Shapiro, czując nagły dreszcz. Chryste, i tak właśnie wygląda - nie jak android, lecz jak bezmógi ćpun, który dopiero co dał sobie w żyłę bardzo grubą igłą.

Na dodatek Rand się mylił.

- Rand?


Brak odpowiedzi.

- Latarnia nie była rozbita. - W oczach Randa zalśnił przelotny błysk; potem znów przygasły, zapatrzone w góry piasku. Z początku Shapiro sądził, że wydmy zastygły w wiecznym bezruchu, przypuszczał jednak, że musiały się poruszać. Stale wiał tu wiatr. Toteż na pewno się ruszały. Przez dziesiątki, setki lat, odbywały prawdziwe... no cóż, wędrówki. Czyż nie tak nazywano je na plażach? Wędrującymi wydmami? Pamiętał to jak przez mgłę z dzieciństwa. A może szkoły. Czy też skądinąd. Jakie, do diabła, to ma znaczenie?

W tym momencie ujrzał maleńką strużkę piasku, zsuwającą się z boku jednej wydm. Zupełnie jakby usłyszała

(usłyszała moje myśli).

Świeży pot wystąpił mu na karku. No dobra, zaczynał mieć stracha. Któż by nie miał? Znaleźli się w paskudnej, naprawdę paskudnej sytuacji. A Rand jakby o tym nie wiedział... albo nie przejmował się tym.

- Miała w środku trochę piasku, a przerywacz pękł, ale to nie problem. Grimes trzymał w swej skrzynce z drobiazgami chyba ze sześćdziesiąt.

Czy on mnie w ogóle słyszy?

- Nie wiem, jakim cudem dostał się do niej piasek - była dokładnie tam, gdzie powinna, w magazynku za koją, za trzema zamkniętymi włazami, ale...

- Och, piasek zawsze się przedrze. Dostaje się do wszystkiego. Pamiętasz, jak w dzieciństwie chodziłeś na plażę, Bill? Wracałeś do domu i matka objeżdżała cię, bo wszędzie nanosiłeś piasku? Piasek na kanapie, na stole kuchennym, w nogach twojego łóżka. Piasek z plaży jest bardzo... - machnął ręką, a potem na jego twarz znów powrócił ów rozmarzony, niepokojący uśmiech - wszędobylski.

- ...ale wcale jej nie zaszkodził - ciągnął dalej Shapiro. - Awaryjny system zasilający wciąż działa. Podłączyłem do niego latarnię. Na chwilę nałożyłem słuchawki i poprosiłem o pasmo walencyjne na pięćdziesięciu parsekach. Zasuwa jak piła łańcuchowa. To więcej, niż śmiałem liczyć.

- Nikt nie przybędzie. Nawet Beach Boysi. Beach Boysi nie żyją już od ośmiu tysięcy lat. Witaj w Surfingowie, Bill. W Surfingowie bez surfingu.

Shapiro spojrzał w dal, na wydmy. Zastanawiał się, od jak dawna jest tu ten piasek. Od tryliona lat? Kwantyliona? Czy w ogóle istniało tu kiedyś życie? Może nawet inteligentne? Rzeki? Zieleń? Oceany zamieniające pustynie w prawdziwą plażę?

Stał obok Randa i myślał. Wiatr poruszał mu włosy na głowie. I nagle poczuł pewność, że wszystko to rzeczywiście kiedyś tu było, i wyobraził sobie, jak musiał wyglądać koniec.

Powolny odwrót miast, w miarę jak drogi wodne i otaczające tereny pokrywały najpierw drobinki, potem cienkie warstewki, a wreszcie dławiące zwały nadciągającego piasku.

Widział lśniąco brązowe błotne wachlarze, z początku błyszczące niczym focze skóry, lecz mętniejące i jaśniejące z każdą chwilą oddalania się od ujść rzek... coraz dalej i dalej, aż w końcu spotkały się ze sobą. Widział, jak gładkie, lśniące focze błoto zamienia się w porośnięte sitowiem bagniska, potem szare złoża gliny, wreszcie ulotny biały piasek.

Widział góry malejące niczym zaostrzone ołówki, śniegi topniejące w miarę, jak wznoszące się piaski atakowały je ciepłymi prądami powietrza; widział ostatnie skalne słupy, celujące w niebo niczym palce pogrzebanego żywcem człowieka; widział, jak bezrozumne wydmy pochłaniają je i natychmiast o nich zapominają.

Jak je nazwał Rand?

Wszędobylskimi.

Jeśli istotnie miałeś wizję, Billy, to doprawdy okropną.

Ale nie, nie była okropna, tylko cicha, jak drzemka w niedzielne popołudnie. Czy istnieje coś spokojniejszego niż plaża?

Potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli. Pomagało, kiedy patrzył na statek.

- Nie przybędzie żadna kawaleria - oznajmił Rand. - Piasek zasypie nas i po jakimś czasie staniemy się piaskiem, a piasek nami. Surfingowo bez surfingu - złapiesz tamtą falę, Bill?

I Shapiro poczuł strach, bo potrafiłby ją złapać. Widok tych wydm tak działał na człowieka.

- Pieprzony bezmózgi dupek - powiedział. I wrócił na statek.

Aby ukryć się przed plażą.
Słońce w końcu zniżyło się ku zachodowi. O tej porze na plażach - prawdziwych plażach - odkładało się piłkę do siatkówki, wkładało bluzę i wyciągało kiełbaski oraz piwo. Jeszcze nie czas na macanki, ale prawie. Czas wyczekiwania na macanki.

Kiełbaski i piwo nie należały do standardowego wyposażenia ASN/29.

Shapiro spędził popołudnie, ostrożnie przelewając do butelek całą wodę na statku. Użył ręcznego odkurzacza, aby wessać ciecz, która wypłynęła z pękniętych żył systemu krążenia i utworzyła kałużę na podłodze. Zebrał odrobinę pozostawioną na dnie strzaskanego zbiornika systemu hydraulicznego. Nie przeoczył nawet niewielkiego cylindra we wnętrznościach systemu oczyszczania powietrza, obsługującego ładownię.



1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna