Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona27/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   49

- Drogi Jezu - usłyszał, jak mówi nieswoim głosem. - Drogi, dobry Jezu...

Wzywałby tak Zbawiciela przez wiele minut lub godzin, gdyby edytor nie zaczął popiskiwać do niego. Na górze ekranu mrugało słowo OVERLOAD. Richard wyłączył edytor i opuścił gabinet tak szybko, jakby ścigały go wszystkie diabły z piekła.

Jednak zanim wyszedł, podniósł sakiewkę i wsunął ją do kieszeni spodni.
Kiedy zadzwonił tego wieczoru do Nordhoffa, zimny listopadowy wiatr wygrywał niemelodyjne tony w gałęziach rosnących przy domu drzew. Na dole zespół Setha mordował jedną z kompozycji Boba Segera. Lina grała w bingo w salce przy kościele pod wezwaniem Naszej Pani Nieustającej Żałości.

- Czy maszyna działa? - zapytał Nordhoff.

- Działa, działa - odrzekł Richard. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej monetę. Była ciężka i nierówno wykonana. Jej grubość zmieniała się od trzech milimetrów z jednej strony do prawie sześciu milimetrów z drugiej. Na jej awersie była wytłoczona głowa konkwistadora i data 1587. - Nigdy by pan nie uwierzył, jak działa. - Zachichotał. Zakrył usta dłonią, ale nie zdołał całkowicie stłumić tego chichotu.

- Uwierzyłbym - powiedział spokojnie Nordhoff. - On był bardzo bystrym chłopcem i bardzo pana kochał, panie Hagstrom. Ale niech pan zachowa ostrożność. Bystry czy nie, chłopiec jest tylko chłopcem, a miłość może być źle ukierunkowana. Czy pan rozumie, co chcę powiedzieć?

Richard wcale go nie rozumiał. Było mu gorąco i czuł się tak, jakby miał podwyższoną temperaturę. W gazecie z tego dnia podano, że aktualna cena rynkowa złota wynosi pięćset czternaście dolarów za uncję. Według jego pocztowej wagi monety miały średnio po cztery i pół uncji każda. Po uwzględnieniu aktualnej ceny rynkowej złota dawało to w sumie dwadzieścia siedem tysięcy siedemset pięćdziesiąt sześć dolarów. I domyślał się, że może to być zaledwie jedna czwarta tego, co mógłby uzyskać za te dublony, sprzedając je jako monety.

- Pani Nordhoff, czy mógłby pan przyjść tutaj? Teraz? Dziś wieczorem?

- Nie - odparł Nordhoff. - Raczej nie, panie Hagstrom. Myślę, że to powinno pozostać między panem a Jonem.

- Ale...


- Proszę tylko pamiętać, co powiedziałem. Niech pan będzie ostrożny, na litość boską. - Rozległo się ciche szczęknięcie i Nordhoff się rozłączył.
Pół godziny później był znowu w swoim gabinecie i patrzył na edytor tekstu. Dotknął włącznika, ale go nie wcisnął. Gdy Nordhoff powiedział to po raz drugi, Richard go usłyszał. "Niech pan będzie ostrożny, na litość boską". Tak. Będzie musiał być ostrożny. Maszyna, która potrafiła zrobić coś takiego...

Jak maszyna mogła zrobić coś takiego?

Nie miał pojęcia dlaczego, ale w jakiś sposób, nie miał żadnych problemów z zaakceptowaniem faktów. Prawdę powiedziawszy, nie było to nic niezwykłego. Był nauczycielem angielskiego i od czasu do czasu pisarzem, a nie technikiem, i nigdy nie mógł zrozumieć, jak funkcjonują różne urządzenia: fonografy, silniki benzynowe, telefony, telewizory, a nawet spłuczka w jego toalecie. Przez całe życie koncentrował się raczej na nauce obsługi tych urządzeń, a nie poznawaniu zasad ich działania. Czy sytuacja, w której się teraz znalazł, różniła się czymkolwiek - oprócz skali - od jego zwykłych doświadczeń?

Włączył maszynę. Tak jak poprzednio powitała go napisem:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN, STRYJKU RICHARDZIE! JON!

Nacisnął klawisz EKECUTE i wiadomość od bratanka znikła.

Ta maszyna nie będzie zbyt długo działać, pomyślał nagle. Był pewny, że Jon jeszcze nad nią pracował, kiedy zginął. Pracował, przekonany, że ma dużo czasu; w końcu do urodzin stryjka Richarda pozostały jeszcze trzy tygodnie.

Ale czas Jona się skończył i dlatego ten absolutnie zadziwiający edytor tekstu, który najwyraźniej potrafił wprowadzać do świata rzeczywistego nowe rzeczy i usuwać z niego stare, pachniał jak smażący się transformator dziecięcej kolejki i zaczął dymić już po kilku minutach. Jon nie zdążył go dopracować. On...

Przekonany, że ma dużo czasu?

To było niemożliwe i Richard o tym wiedział. Spokojna, czujna twarz Jona, jego trzeźwe oczy za grubymi szkłami okularów... nie było w nich pewności siebie, wiary w nadmiar czasu. Jakie to określenie przyszło mu do głowy wcześniej tego dnia? Skazana na zatracenie. To nie było tylko dobre określenie, ono pasowało do Jona wręcz idealnie. Ta otaczająca chłopca atmosfera nieuchronnej zguby była tak wyczuwalna, wręcz namacalna, zdarzały się takie chwile, że Richard chciał go przytulić do siebie i powiedzieć, że czasem zakończenia są szczęśliwe i że dobrzy nie zawsze umierają młodo.

A potem pomyślał o Rogerze rzucającym na chodnik jego Magie 8 Ball, rzucającym z całej siły; usłyszał trzask pękającego plastiku i zobaczył wyciekający z zabawki płyn - ostatecznie to była tylko woda. I ten obraz zlał się w jedno z obrazem brudnego vana Rogera z napisem DOSTAWY HURTOWE HAGSTROMA na boku, przelatującego nad krawędzią jakiegoś skalistego urwiska, roztrzaskującego się na dnie. Zobaczył - chociaż wcale tego nie chciał - twarz żony swego brata, znikającą w fontannie krwi i odłamków kości. Zobaczył Jona palącego się w samochodzie, krzyczącego, czerniejącego.

Nigdy nie przejawiał żadnej ufności i wiary w przyszłość. Zawsze miało się wrażenie, że żyje w poczuciu uciekającego czasu. I ostatecznie okazało się, że miał rację.

- Co to znaczy? - wymamrotał Richard, wpatrując się w czysty ekran.

ZAPYTAJ O TO PÓŹNIEJ JESZCZE RAZ.

Hałas dochodzący z jednostki centralnej znowu stawał się coraz głośniejszy, i to szybciej niż po południu. Richard już czuł, że transformator, który Jon zainstalował za ekranem maszyny, niebezpiecznie się rozgrzewa.

Magiczna maszyna marzeń.

Boski edytor tekstu.

Czy to właśnie jest coś takiego? Czy to właśnie Jon miał zamiar podarować swojemu stryjowi na urodziny? Nowoczesny odpowiednik czarodziejskiej lampy lub studni życzeń?

Usłyszał, jak tylne drzwi domu otwierają się z trzaskiem, a potem dobiegły go głosy Setha i innych członków jego zespołu. Głosy zbyt donośne i zbyt ochrypłe. Albo pili, albo palili trawkę.

- Gdzie jest twój stary, Seth? - zapytał jeden z nich.

- Pewnie jak zwykle leseruje w swoim gabinecie - odparł Seth. - Myślę, że on tam...

Podmuch wiatru zagłuszył resztę jego słów, ale nie zagłuszył ich sprośnego śmiechu.

Richard słuchał ich, przechyliwszy lekko głowę na jedną stronę, po czym nagle napisał.

MOIM SYNEM JEST SETH ROBERT HAGSTROM.

Jego palec zawisł nad klawiszem DELETE.

Co ty robisz -. krzyknął jakiś głos w jego umyśle. - Jak możesz się nad tym nawet zastanawiać? Czy zamierzasz zamordować własnego syna?

- On musi coś tam robić - powiedział jeden z pozostałych.

- To pieprzony tuman - odparł Seth. - Zapytaj kiedyś o niego moją matkę. Powie ci. On...

Nie zamorduję go. Ja go... skasuję. Nacisnął klawisz.

- Nigdy nie robił nic oprócz...

Słowa MOIM SYNEM JEST SETH ROBERT HAGSTROM znikły z ekranu.

Dobiegający z dworu głos Setha urwał się w pół słowa. Słychać było jedynie szum zimnego listopadowego wiatru, nieubłaganie zapowiadającego nadejście zimy.

Richard wyłączył edytor tekstu i wyszedł na zewnątrz. Podjazd był pusty. Gitarzysta prowadzący zespołu, Norm Jakiśtam, jeździł starym, monstrualnym kombi, w którym chłopcy przewozili sprzęt na swoje niezbyt częste występy. Nie było go na podjeździe. Być może był teraz gdzie indziej, mknąc po jakiejś autostradzie lub stojąc na parkingu jakieś zatłuszczonej speluny z hamburgerami, i być może Norm także gdzieś był; podobnie jak Davey, basista, który miał przerażająco puste spojrzenie i który nosił w uchu agrafkę; podobnie jak perkusista, któremu brakowało przednich zębów. Oni byli tam gdzieś na świecie, gdzieś, ale nie tutaj, ponieważ nie było tu Setha; Setha nigdy tu nie było.

Seth został skasowany.

- Nie mam syna - wymamrotał Richard.

Ile to razy natykał się w złych powieściach na to melodramatyczne zdanie. Sto? Dwieście? Nigdy nie brzmiało mu prawdziwie. Ale teraz wyrażało prawdę. Teraz to była prawda. Och, tak.

Wiatr się wzmógł, a Richard nagle poczuł gwałtowny skurcz żołądka. Zgiął się wpół, z trudem łapiąc powietrze.

Kiedy skurcz minął, wszedł do domu.


Pierwsze, co zauważył, to, że z korytarza znikły stare, znoszone tenisówki Setha - miał ich cztery pary i nie chciał żadnej wyrzucić. Podszedł do słupka balustrady schodów i przesunął po jego części kciukiem prawej ręki. W wieku dziesięciu lat (był już na tyle duży, by wiedzieć, że postępuje niewłaściwie, ale Lina nadal nie pozwalała Richardowi sprawić mu lania) Seth wyrzeźbił na tym słupku swoje inicjały. Richard mozolił się potem przez całe lato, próbując je usunąć. Wielokrotnie szlifował drewno, wypełniał wgłębienia i lakierował, ale ślady inicjałów pozostały.

Teraz ich nie było.

Piętro. Pokój Setha. Był czysty, schludny i nie zamieszkany, pozbawiony osobowości. Równie dobrze mógłby mieć na drzwiach tabliczkę POKÓJ GOŚCINNY.

Parter. I to tam Richard zasiedział się najdłużej. Plątanina kabli zniknęła; zniknęły wzmacniacze i mikrofony; nie było także porozrzucanych w nieładzie części magnetofonu, który Seth zawsze zamierzał naprawić, ale jakoś nigdy nie mógł się do tego zabrać (nie miał dłoni Jona ani jego zdolności do koncentracji). Na pokoju niczym pieczęć odcisnęła się osobowość Liny - ciężkie, ozdobne meble i cukierkowate gobeliny (jeden z nich przedstawiał Ostatnią" Wieczerzę, a inny jelenia na tle zachodu słońca na alaskijskim niebie) - ale nie było w nim ani śladu Setha.

Richard wciąż jeszcze stał u stóp schodów i rozglądał się dookoła, kiedy usłyszał zatrzymujący się na podjeździe samochód.

Lina, pomyślał, i poczuł przypływ prawie paraliżującego poczucia winy. To Lina, wraca z bingo, i co ona powie, kiedy zobaczy, że Seth zniknął? Co... Co...

Morderca! - usłyszał w duchu jej krzyk. - Zamordowałeś mojego chłopca!

Ale on nie zamordował Setha.

- Ja go skasowałem - wymamrotał i wszedł po schodach na górę.
Lina był tłustsza.

Kiedy poszła grać w bingo, ważyła mniej więcej dziewięćdziesiąt kilo. Kiedy wróciła, miała przynajmniej sto pięćdziesiąt, może więcej; żeby wejść przez tylne drzwi, musiała się częściowo obrócić bokiem. Słoniowate biodra i uda, opięte poliestrowymi spodniami w kolorze przejrzałych oliwek, falowały przy każdym ruchu. Jej skóra, lekko tylko bladawa jeszcze przed trzema godzinami, teraz miała niezdrowy, ziemisty odcień. Nawet nie będąc lekarzem, Richard mógł wyczytać z tej skóry poważne uszkodzenie wątroby lub początkowe stadium choroby serca. Spod półprzymkniętych powiek przyjrzała się Richardowi z tą samą, niezmienną od lat pogardą.

W jednej ze swoich sflaczałych rąk trzymała zamrożone zwłoki ogromnego indyka. Owinięty ciasno w celofan wyglądał jak ofiara jakiegoś makabrycznego samobójstwa...

- Na co się tak gapisz, Richardzie? - zapytała.

Na ciebie, Lino. Gapię się na ciebie. W taką kobietę zmieniłaś się w świecie, w którym nie mamy dzieci. Tak wyglądasz w świecie, w którym nie masz nikogo do kochania - miłością zatrutą jak twoja. Ty, Lino. Na ciebie się gapię. Na ciebie.

- Ten ptak, Lino - zdołał w końcu powiedzieć. - To największy cholerny indyk, jakiego kiedykolwiek widziałem.

- No więc nie stój i nie patrz tak na niego, idioto! Pomóż mi!

Wziął od niej indyka i poczuł bijący od niego posępny chłód. Kiedy go położył na stole, wydał odgłos jak kloc drewna.

- Nie tam! - krzyknęła niecierpliwie i wskazała mu spiżarnię. - Nie zmieści się do tej pieprzonej lodówki! Włóż go do zamrażarki!

- Przepraszam - mruknął. Nigdy przedtem nie mieli zamrażarki. Nigdy w świecie, w którym żyli z Sethem.

Zaniósł indyka do spiżarni, gdzie zobaczył długą zamrażarkę firmy Amana, która w białym świetle jarzeniówek wyglądała jak zimna, biała trumna. Umieścił go w środku obok kriogenicznie zakonserwowanych trupów innych ptaków i zwierząt, po czym wrócił do kuchni. Lina tymczasem wyjęła z kredensu słoik babeczek z masłem orzechowym i zjadała metodycznie jedną po drugiej.

- To było bingo z okazji Święta Dziękczynienia - powiedziała. - Zorganizowałyśmy to w tym tygodniu zamiast przyszłego, ponieważ w przyszłym tygodniu ojciec Philips musi iść do szpitala na operację usunięcia woreczka żółciowego. Wygrałam. - Uśmiechnęła się. Z jej zębów spływała brązowa mieszanina czekolady i masła orzechowego.

- Lino - zaczął - czy nigdy nie żałowałaś, że nie mamy dzieci?

Spojrzała na niego, jakby zupełnie zwariował.

- A dlaczego, na litość boską, miałabym chcieć jakiegoś pełzającego po dywanach bachora? - zapytała. Włożyła z powrotem do kredensu słoik z babeczkami, którego zawartość została zredukowana do połowy, i dodała: - Idę do łóżka. Przyjdziesz czy wracasz tam, aby poślęczeć jeszcze nad tą swoją maszyną do pisania?

- Myślę, że posiedzę jeszcze trochę. - Jego głos brzmiał zaskakująco spokojnie. - To nie potrwa długo.

- Czy ten gadżet działa?

- Co... - Nagle zrozumiał i znowu ogarnęły go wyrzuty sumienia. Wiedziała o edytorze tekstu; oczywiście, że wiedziała. Skasowanie Setha nie miało wpływu na Rogera ani na los jego rodziny. - Ach, nie. Nie działa.

Skinęła głową z satysfakcją.

- Ten twój bratanek. Głowę miał zawsze w chmurach. Zupełnie jak ty, Richardzie. Gdybyś nie był takim niezgułą, mogłabym się nawet zastanawiać, czy jakieś piętnaście lat temu nie wpychałeś no... tego, tam gdzie nie trzeba.

Wybuchnęła chrapliwym, zaskakująco donośnym śmiechem - śmiechem starzejącej się, cynicznej rajfurki - i mało brakowało, a rzuciłby się na nią. Potem jednak poczuł, że na usta wypełza mu uśmiech - uśmiech tak nieznaczny i zimny jak pierwsza warstewka lodu na powierzchni stawu.

- Nie będę długo - powiedział. - Chcę tylko zrobić parę notek.

- Dlaczego nie napiszesz jakiegoś opowiadania, które dostanie Nobla lub czegoś takiego? - zapytała obojętnym tonem. Deski podłogi w korytarzu zaczęły trzeszczeć i postękiwać, kiedy kołysząc swoim ogromnym cielskiem, ruszyła w stronę schodów. - Wciąż jeszcze jesteśmy winni optykowi za moje okulary do czytania i zalegamy z ratą za magnetowid. Może tak zarobisz wreszcie trochę pieniędzy, do cholery.

- Cóż - odparł Richard. - Postaram się, Lino. Dziś wieczorem przyszło mi do głowy kilka dobrych pomysłów. Naprawdę.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Wydawało się, że chce rzucić jakąś sarkastyczną uwagę - coś o tym, że żaden z jego dobrych pomysłów nie przyniósł im jeszcze powodzenia, a ona tak czy owak jest skazana na niego - ale jednak nie zrobiła tego. Być może powstrzymało ją coś, co zobaczyła w jego uśmiechu. Weszła na górę. Richard stał przy schodach, słuchając odgłosu jej grzmiących kroków. Czuł pot na czole. Ogarnęły go jednocześnie mdłości i trudna do opanowania radość.

Odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu.

Kiedy tym razem włączył edytor, dźwięk, jaki wydała jednostka centralna, nie był buczeniem ani nawet rykiem, ale jakimś nierównym wyciem. Z obudowy ekranu prawie natychmiast zaczął dochodzić swąd rozgrzanego transformatora i gdy tylko nacisnął klawisz EXECUTE, wymazując napis WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN, STRYJKU RICHARDZIE! JON! - urządzenie zaczęło dymić.

Zostało niewiele czasu, pomyślał. Nie, to nie tak. Czas się już prawie kończył.

Miał dwie możliwości do wyboru: sprowadzić Setha za pomocą klawisza INSERT - był pewny, że można to zrobić; byłoby to tak proste jak stworzenie hiszpańskich dublonów - lub dokończyć dzieła.

Dym był coraz gęstszy i wydobywał się coraz szybciej. Za kilka sekund, w najlepszym razie, na ekranie zacznie mrugać komunikat OVERLOAD.

Napisał:

MOJĄ ŻONA JEST ADELINA MABEL WARREN HAGSTROM.

Nacisnął:

DELETE.


Napisał:

JESTEM MĘŻCZYZNA, KTÓRY ŻYJE SAM.

W tym momencie w prawym górnym rogu ekranu zaczęło miarowo mrugać słowo: OVERLOAD OVERLOAD OVERLOAD.

Proszę. Proszę, pozwól mi skończyć. Proszę, proszę, proszę...

Dym, który wydobywał się przez szczeliny obudowy ekranu, był teraz gęsty i szary. Richard popatrzył na wyjącą coraz głośniej jednostkę centralną i zobaczył, że ona także zaczyna dymić... a przebiwszy wzrokiem tumany dymu, dostrzegł również posępny, czerwony odblask ognia.

Magie 8 Ball, czy będę zdrowy, bogaty i mądry? Czy też będę żył samotnie i być może zabiję się z rozpaczy? Czy wystarczy mi czasu?

TERAZ NIC NIE WIDZĘ. SPRÓBUJ PÓŹNIEJ.

Tyle że nie ma żadnego później.

Wcisnął klawisz INSERT i ekran pociemniał z wyjątkiem komunikatu OVERLOAD, który mrugał teraz jeszcze bardziej natarczywie niż poprzednio.

Napisał:


WRAZ Z ŻONA BELINDĄ I SYNEM JONATHANEM.

Proszę. Proszę.

Wcisnął klawisz EKECUTE.

Napis zniknął z ekranu. Przez czas, który ciągnął się jak wieki, pozostał czysty z wyjątkiem komunikatu OVERLOAD, mrugającego teraz tak szybko, że, wyłączywszy lekki cień, wydawał się wręcz stały, jak w wypadku komputera wykonującego zamkniętą pętlę poleceń. Coś wewnątrz jednostki centralnej strzeliło i zaskwierczało. Richard jęknął.

A potem na ekranie pojawiły się zielone litery, jarzące się tajemniczo na czarnym tle.

JESTEM MĘŻCZYZNĄ, KTÓRY ŻYJE SAM WRAZ Z ŻONĄ BELINDĄ I SYNEM JONATHANEM.

Nacisnął dwa razy klawisz EXECUTE.

Teraz - pomyślał. - Teraz napiszę: WSZYSTKIE USTERKI TEGO EDYTORA TEKSTU ZOSTAŁY CAŁKOWICIE USUNIĘTE, ZANIM PAN NORDHOFF PRZYWIÓZŁ GO DO MOJEGO DOMU. Albo napiszę: MAM POMYSŁY NA PRZYNAJMNIEJ DWADZIEŚCIA POWIEŚCI, KTÓRE ZOSTANĄ BESTSELLERAMI. Albo napiszę: MOJA RODZINA I JA BĘDZIEMY ZAWSZE SZCZĘŚLIWI. Albo...

Ale niczego nie napisał. Jego palce wisiały głupio nad klawiaturą, a on czuł - dosłownie czuł - jak wszystkie obwody jego mózgu zapychają się niczym ulice Manhattanu podczas najgorszego korka w historii przemysłu samochodowego.

Ekran nagle wypełnił się słowem

OVERLOADOVERLOADOVERLOADOVERLOADOVERLOADOVERLOADOVERLADOVERLOAD.

W jednostce centralnej znowu coś strzeliło, a potem eksplodowało. Z obudowy buchnęły płomienie, które zaraz zgasły. Richard odchylił się do tyłu w swoim fotelu, osłaniając twarz na wypadek implozji kineskopu. Nie implodował, tylko ekran gwałtownie ściemniał.

Richard siedział tak przez jakiś czas, wpatrując się w ciemny ekran.

NIE POTRAFIĘ ODPOWIEDZIEĆ. ZAPYTAJ O TO PÓŹNIEJ JESZCZE RAZ.

- Tata?

Obrócił się gwałtownie w fotelu. Jego serce biło tak mocno, że miał wrażenie, iż za chwilę wyskoczy mu z piersi.



Na progu stał Jon, Jon Hagstrom. Jego twarz była taka sama, a jednocześnie w jakiś sposób inna; różnica była subtelna, ale zauważalna. Być może, pomyślał Richard, wynika ona z faktu, iż teraz jego ojcem jest drugi z braci. A może po prostu chodziło o to, że ten wyraz czujności zniknął z jego oczu, lekko powiększonych przez grube szkła okularów (w drucianych oprawkach, zauważył, a nie tych brzydkich, masowo produkowanych oprawkach rogowych, które Roger zawsze kupował synowi, ponieważ były o piętnaście dolarów tańsze).

A może wyjaśnienie było jeszcze prostsze: w oczach chłopca nie widać już było tego przekonania, że jego przeznaczeniem jest nieuchronna zguba.

- Jon? - powiedział ochrypłym głosem, zastanawiając się jednocześnie, czy naprawdę chciał dostać od losu więcej niż to, co właśnie otrzymał. Chciał? Mogło się to wydawać śmieszne, ale przypuszczalnie chciał. Ludzie pewnie zawsze chcą. - Jon, to ty, prawda?

- A któż by inny? - Jon wskazał głową edytor. - Czy nic ci się nie stało, kiedy to maleństwo przeniosło się do raju komputerów?

Richard uśmiechnął się.

- Nie. Wszystko w porządku. Jon pokiwał głową.

- Przykro mi, że to nie chciało działać. Nie wiem, co mnie opętało, że użyłem do budowy tych wszystkich wybrakowanych części. - Pokręcił głową. - Klnę się na Boga, że nie wiem. To tak, jakbym musiał to zrobić. Dziecinada.

- Cóż - powiedział Richard, podchodząc do syna i obejmując go ramieniem - następnym razem pójdzie ci lepiej.

- Być może. A może spróbuję zrobić coś innego.

- To także dobry pomysł.

- Mama powiedziała, że przygotowała dla ciebie kakao. Jeśli chcesz się napić, masz zaraz przyjść.

- Chcę - odparł Richard i wyszli razem z gabinetu, zmierzając do domu, do którego nikt nigdy nie przyniósł żadnego zamrożonego indyka wygranego w bingo. - Filiżanka kakao dobrze mi zrobi.

- Wyciągnę z tej maszyny wszystko, co jest cokolwiek warte, a resztę wyrzucę na śmieci.

Richard skinął głową.

- Wykasuj ją z naszego życia - powiedział i śmiejąc się, weszli do domu, gdzie przywitał ich zapach gorącego kakao.
Przełożył

Jan Pyka
CZŁOWIEK, KTÓRY NIE PODAWAŁ RĘKI


Stevens podał drinki i tuż po wybiciu godziny ósmej w tę mroźną zimową noc większość z nas przeszła do biblioteki. Przez jakiś czas nikt się nie odzywał; słyszało się jedynie trzaskanie ognia na kominku, głuchy klekot bil i wycie wichru za oknem. Tutaj, pod numerem 249B na Trzydziestej Piątej Wschodniej, było ciepło i przytulnie.

Pamiętam, że owej nocy po prawej ręce miałem Davida Adleya, natomiast Emlyn McCarron, który niegdyś uraczył nas przerażającą opowieścią o kobiecie rodzącej w dość szczególnych okolicznościach, znajdował się na lewo ode mnie. Za nim siedział Johanssen z egzemplarzem "Wall Street" na kolanach.

Stevens pojawił się z niewielką białą paczuszką i wręczył ją George'owi Gregsonowi, nie zawahawszy się nawet przez sekundę. Pomimo nieznacznego brooklyńskiego akcentu (a może właśnie ze względu na niego) Stevens to kamerdyner doskonały, lecz według mnie jego największą zaletą jest to, że zawsze wie, komu ma przekazać paczkę, nawet jeśli nikt się o nią nie upomina.

George przyjął ją bez protestu i przez chwilę siedział w milczeniu, oparty w wysokim fotelu i wpatrzony w ogień na kominku tak wielkim, że można by na nim upiec wołu. Zauważyłem, że zerknął przelotnie na napis, wyrzeźbiony w kamiennym zworniku: "Historia to nie ten, co ją opowiada".

Drżącymi starczymi palcami rozdarł opakowanie i wrzucił jego zawartość do ognia. Na jedną chwilę płomienie w kominku rozbłysły wszystkimi barwami tęczy; usłyszałem stłumiony śmiech. Odwróciłem się i ujrzałem Stevensa stojącego w znacznym oddaleniu, w cieniu drzwi wychodzących na korytarz. Ręce trzymał założone za plecami, a jego twarz nie zdradzała żadnej emocji.

Sądzę, że wszyscy drgnęliśmy nerwowo, kiedy ciszę zmącił skrzypiący, niemal płaczliwy głos. A jeśli nie wszyscy, to ja z całą pewnością.

- Widziałem kiedyś, jak w tym pokoju zamordowano człowieka - powiedział George Gregson - choć żaden sędzia nie skazałby mordercy. Lecz w końcu on sam wydał na siebie wyrok... i sam go wykonał.

Nastąpiła chwila ciszy, gdy George zapalał fajkę. Dym opłynął błękitnym obłoczkiem jego pomarszczoną twarz; George zgasił zapałkę powolnym, ostrożnym ruchem człowieka dręczonego bólem stawów i wyrzucił ją do kominka, gdzie upadła pomiędzy spopielone szczątki paczki. Przez chwilę przyglądał się, jak płomienie pożerają drewienko. Jego przenikliwe błękitne oczy kryły się w cieniu krzaczastych siwych brwi, nos był duży i garbaty, wargi cienkie i zaciśnięte, a ramiona zgarbione tak, że niemal zbiegały się z głową.

- Na litość boską, nie znęcaj się nad nami - wybuchnął Peter Andrews. - Zacznijże wreszcie!

- Bez obawy. Cierpliwości.

I wszyscy musieliśmy zaczekać, aż fajka rozpali się jak należy. Kiedy wreszcie w dużej główce z korzenia wrzośca znalazła się warstwa węgielków, George położył swą szeroką, nieco bezwładną dłoń na kolanie i powiedział:

- A zatem do rzeczy. Mam lat osiemdziesiąt pięć, a to, o czym zamierzam opowiedzieć, wydarzyło się, gdy liczyłem sobie dwadzieścia wiosen. Był rok 1919, właśnie powróciłem z Wielkiej Wojny. Moja narzeczona umarła pięć miesięcy wcześniej na influencę. Miała zaledwie dziewiętnaście lat; obawiam się, że po jej śmierci piłem i grałem w karty o wiele częściej, niż powinienem. Czekała na mnie dwa lata i regularnie co tydzień dostawałem od niej list. Być może zrozumiecie, dlaczego tak bardzo folgowałem swoim zachciankom. Porzuciłem wiarę, gdyż w okopach wszystkie dogmaty i teorie chrześcijaństwa wydały mi się dość komiczne, a nie miałem rodziny, która by mnie wsparła. Muszę przyznać, że przyjaciele, którzy widzieli mnie w tym trudnym czasie, rzadko mnie opuszczali. Było ich pięćdziesięciu trzech (któż może się pochwalić tak licznym gronem?): pięćdziesiąt dwie karty i butelka whisky. Wynająłem ten sam apartament, który zamieszkuję obecnie, na Brennan Street. Wtedy jednak był on znacznie tańszy, a na półkach nie stało tam tyle buteleczek z medykamentami, pigułkami i miksturami. Jednak większość czasu spędzałem właśnie tutaj, pod numerem 249B, gdyż było to jedyne miejsce, gdzie zawsze grano w pokera.



1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna