Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona26/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   22   23   24   25   26   27   28   29   ...   49

(kochasz tak kocham)

Spojrzał w lewo i była tam - czarna, okrągła jak pionek warcabów, kołysała się lekko. Na jej skórze zatańczyły kolory i szybko odwrócił głowę.

- Wracaj do domu - wychrypiał. - Do domu albo do Kalifornii i zgłoś się na przesłuchanie do filmu Rogera Cormana.

Gdzieś w dali przeleciał samolot i wyobraźnia Randy'ego podsunęła mu senne obrazy. Zgłaszają nasze zaginięcie, całej czwórki. Rozpoczynają się poszukiwania, coraz dalej od Horlicks. Farmer pamięta, jak wyprzedzało go żółte camaro "pędzące jak potępieniec". Poszukiwania skupiają się na okolicach jeziora Cascade. Prywatni piloci dołączają do nich i jeden z nich przelatujący nad jeziorem w swej dwusilnikowej bonanzie widzi nagiego dzieciaka na tratwie, tylko jednego z czwórki, samotnego...

Zorientował się, że zaraz upadnie, toteż ponownie rąbnął się pięścią w nos, aż krzyknął z bólu.

Czarna plama natychmiast śmignęła ku tratwie i wcisnęła się pod spód - może słyszała, czuła albo... Randy czekał.

Tym razem, nim wypłynęła, minęło czterdzieści pięć minut. Jego umysł powoli orbitował w coraz jaśniejszym świetle.
(kochasz tak kocham tak kibice Jankesów Catfish2 kochasz Catfisha tak kocham

(Route 663 pamiętasz corvette George Maharis w corvette Martin Milner w corvette kochasz corvette

(tak kocham corvette

(tak kocham tak kochasz

(gorąco sionce jak płonące szkło to było w jej włosach światło najlepiej pamiętam światło jasne letnie światło

(jasne letnie światło)

popołudnie

Randy płakał.

Płakał, bo zdarzyło się coś nowego - za każdym razem, gdy próbował usiąść, to coś wsuwało się pod tratwę. A zatem nie było całkiem głupie; wyczuło albo zorientowało się, że kiedy siedzi, może go dopaść.

- Odejdź - wyszlochał Randy, patrząc na wielkie czarne znamię na wodzie. Zaledwie pięćdziesiąt metrów od niego, jakże szyderczo blisko, wiewiórka śmigała po masce camaro Deke'a. - Odejdź, proszę, idź dokądkolwiek, tylko zostaw mnie w spokoju. Nie kocham cię.

Plama nie ruszyła się. Na jej powierzchni zawirowały kolory.

(kochasz tak kochasz mnie)

Randy oderwał od niej wzrok i spojrzał na plażę, szukając ratunku, ale nie było tam nikogo. Absolutnie nikogo. Jego dżinsy wciąż leżały na piasku z wywróconą nogawką. Widział białą tkaninę kieszeni. Nie wyglądały już, jakby ktoś miał zaraz podejść i je podnieść. Przypominały pamiątkę po zmarłym.

Gdybym miał pistolet, zabiłbym się, pomyślał.

Stał na tratwie.

Słońce zaszło.

Trzy godziny później wzeszedł księżyc.

Wkrótce potem zaczęły krzyczeć nury.

Niedługo później Randy odwrócił się i spojrzał na czarną rzecz na wodzie. Nie mógł się zabić, ale być może załatwiłaby to tak, by nie poczuł bólu. Może do tego właśnie służyły kolory.

(kochasz tak kochasz)

Szukał jej wzrokiem i oto była, unosiła się na wodzie, kołysała w rytm fal.

- Zaśpiewaj ze mną - wyrzęził Randy. - Kibice Jankesów, wszyscy razem, chórem... Koniec szkoły, cieszmy się... czas na taniec, czas na śpiew...

Kolory zaczęły tworzyć się i wirować. Tym razem Randy nie odwrócił wzroku.

- Kochasz? - szepnął.

Gdzieś z drugiej strony pustego jeziora odpowiedział mu krzyk nura.
Przełożyła

Paulina Arbiter


EDYTOR TEKSTU
Na pierwszy rzut oka urządzenie wyglądało jak edytor tekstu firmy Wang - miało klawiaturę i obudowę Wanga. Dopiero przyjrzawszy się temu dokładniej, Richard Hagstrom dostrzegł, że obudowę kiedyś otworzono (i to niezbyt delikatnie; odniósł wrażenie, że wykonano to za pomocą piły do metalu), po czym zainstalowano w środku nieco większy kineskop IBM. Dyskietki przeznaczone dla tej dziwnej hybrydy nie były wcale elastyczne, lecz tak twarde jak single, których Richard słuchał w młodości.

- Co to jest, na litość boską? - zapytała jego żona, Lina, kiedy wraz z panem Nordhoffem taszczyli do jego gabinetu kolejne części urządzenia.

Nordhoff był sąsiadem rodziny brata Richarda - Rogera, Belindy i ich syna Jonathana.

- To coś zbudował Jon - odparł Richard. - Pan Nordhoff mówi, że to przeznaczono dla mnie. Wygląda jak edytor tekstu.

- O, taak - potwierdził Nordhoff, który miał już za sobą swoje sześćdziesiąte urodziny i zdyszał się mocno. - To właśnie powiedział, biedny dzieciak. Czy możemy to na chwilę postawić na podłodze, panie Hagstrom? Jestem wykończony.

- Oczywiście - odparł Richard.

Zawołał syna, Setha, który na dole ćwiczył dziwne, atonalne dźwięki na gitarze Fendera. Pomieszczenie, które Richard wyobrażał sobie jako pokój rodzinny, kiedy wykładał je boazerią, stało się salą prób jego syna.

- Seth! - krzyknął. - Chodź nam pomóc!

Seth nawet nie zareagował, tylko nadal wydobywał różne akordy ze swojego Fendera. Richard popatrzył na Nordhoffa i wzruszył ramionami, nie mogąc ukryć wstydu. Nordhoff odpowiedział wzruszeniem ramion, jakby chciał powiedzieć: "Te dzieciaki! Czy w obecnych czasach można się po nich spodziewać czegoś lepszego?". Tylko że obaj wiedzieli, iż Jon - biedny, skazany na zatracenie Jon Hagstrom, syn bezwartościowego brata Richarda - był inny, lepszy.

- To bardzo miłe z pana strony, że zechciał mi pan pomóc - odezwał się Richard.

Nordhoff wzruszył ramionami.

- Co innego stary człowiek ma czynić ze swoim czasem? Poza tym przynajmniej tyle mogłem zrobić dla Jonny'ego. Strzygł mi za darmo trawnik, wiedział pan o tym? Chciałem mu płacić, ale dzieciak nie przyjmował pieniędzy. To był niezwykły chłopiec. - Nordhoff ciągle jeszcze mocno dyszał. - Czy mógłbym pana prosić o szklankę wody, panie Hagstrom?

- Oczywiście. - Richard przyniósł ją sam, kiedy jego żona nie ruszyła się od kuchennego stołu, przy którym czytała jakiś romans i pogryzała ciasteczka. - Seth! - krzyknął jeszcze raz. - Chodź na górę i pomóż nam, dobrze?

Ale Seth nie odpowiedział, tylko nadal wygrywał te swoje stłumione, dość nieprzyjemnie brzmiące akordy na gitarze, którą Richard wciąż jeszcze spłacał.

Richard zaproponował Nordhoffowi, by został na kolacji, lecz tamten grzecznie odmówił. Richard skinął głową, znowu zawstydzony, ale być może tym razem udało mu się to nieco lepiej ukryć. "Co taki miły facet jak ty robi z taką rodziną?" - zapytał go kiedyś jego przyjaciel Bernie Epstein, a Richard w odpowiedzi zdołał tylko potrząsnąć głową, czując to samo zakłopotanie, które odczuwał teraz. Był miłym facetem. A jednak w jakiś sposób tak właśnie na tym wyszedł: miał otyłą, wiecznie ponurą żonę, która uważała się za ograbioną ze wszystkiego, co w życiu dobre, która czuła, że postawiła na przegrywającego konia (ale która nigdy otwarcie by tego nie powiedziała), i skrytego piętnastoletniego syna, tylko minimalnie udzielającego się w szkole, gdzie Richard uczył - syna, wygrywającego na gitarze dziwaczne akordy rano, w południe i wieczorem (głównie jednak wieczorem), który zdawał się myśleć, że to zupełnie wystarczy.

- Napiłbym się jednak piwa przed wyjściem - powiedział Nordhoff.

Richard skinął z wdzięcznością głową i przyniósł dwie butelki buda.

Jego gabinet znajdował się w małym, podobnym do szopy budynku stojącym obok domu - i podobnie jak pokój rodzinny, Richard sam go urządził. Jednakże w przeciwieństwie do pokoju rodzinnego było to miejsce, o którym mógł myśleć jako o swoim - miejsce, gdzie mógł się odizolować od tej nieznajomej, z którą się ożenił, i tego obcego chłopaka, któremu dał życie.

Lina oczywiście nie aprobowała tego, że jej mąż ma schronienie, gdzie się może przed nimi zamknąć, ale nie zdołała temu zapobiec - było to jedno z niewielu małych zwycięstw, jakie nad nią odniósł. W głębi ducha uważał, że ona w pewnym sensie rzeczywiście postawiła na złego konia; pobrali się przed szesnastu laty, kiedy oboje wierzyli, że będzie pisał cudowne, lukratywne powieści i już wkrótce zacznie jeździć mercedesami. Ale jedyna książka, którą wydał, nie była lukratywna, a krytycy szybko wykazali, że nie jest także cudowna. Lina podzielała opinię krytyków i to był początek rozłamu między nimi.

W taki to sposób praca w liceum, którą oboje uważali jedynie za odskocznię na jego drodze do sławy, chwały i bogactwa, stała się na następne piętnaście lat głównym źródłem ich dochodu - cholernie długo sterczę na tej odskoczni, myślał czasami. Ale nigdy całkowicie nie porzucił swych marzeń. Pisywał krótkie opowiadania, a od czasu do czasu także artykuły do czasopism. Był członkiem Gildii Autorów i to członkiem o dobrej pozycji. Jego maszyna do pisania przynosiła każdego roku dodatkowe pięć tysięcy dolarów i niezależnie od tego, jak bardzo Lina mogła gderać z tego powodu, zapewniło to mu własny gabinet - zwłaszcza że ona sama nie miała zamiaru podjąć żadnej pracy.

- Ma pan tu ładne miejsce - powiedział Nordhoff, rozglądając się po małym pomieszczeniu, którego ściany zdobiła mieszanina reprodukcji staroświeckich obrazów i grafiki. Dziwny edytor tekstu stał na biurku, a stara elektryczna olivetti Richarda została na jakiś czas odłożona na jedną z szafek.

- Spełnia swoją funkcję - odparł Richard. Wskazał głową edytor. - Nie myśli pan chyba, że to naprawdę działa, prawda? Jon miał... ile? Czternaście lat?

Nordhoff roześmiał się.

- Nie wie pan nawet połowy - odparł. - Zajrzałem do środka tej obudowy z ekranem. Niektóre z tych kabli mają znaki RADIO SHACK. I może pan w to wierzyć albo nie, ale cała masa innych nosi etykietki ERECTOR. - Wypił łyczek piwa i dodał z pewnego rodzaju zadumą: - Piętnaście. Właśnie skończył piętnaście lat.

- Erector? - Richard zamrugał, patrząc na starego człowieka.

- Tak jest. Sprzedają zestawy do różnych elektrycznych modeli. Jon dostał jeden ode mnie, kiedy miał... hm, może ze sześć lat. Dałem mu go na Boże Narodzenie. Nawet wtedy był zwariowany na punkcie najrozmaitszych gadżetów. Każdy z nich sprawiłby mu radość. Czy to małe pudełeczko silniczków erectora go ucieszyło? Myślę, że tak. Przechowywał je przez prawie dziewięć lat. Niewiele dzieci to robi, panie Hagstrom.

- Tak - powiedział Richard, myśląc o zabawkach Setha: porzuconych, zapomnianych lub bez żadnego powodu połamanych, które znosił do domu przez te same dziewięć lat. Zerknął na edytor tekstu. - A zatem nie działa.

- Nie zakładałbym się o to, dopóki bym nie spróbował - odrzekł Nordhoff. - Ten dzieciak był niemal geniuszem elektronicznym. Wiedział pan o tym?

- Wiem, że dobrze sobie radził z gadżetami, jak to pan ujął. Kiedy był w szóstej klasie, wygrał stanowy konkurs naukowy, współzawodnicząc z dzieciakami, które kończyły średnią szkołę. Jego projekt miał coś wspólnego z programami gier elektronicznych, jak mi się wydaje. Ale to...

Nordhoff odstawił piwo.

- Kiedyś, w latach pięćdziesiątych, był taki dzieciak - zaczął - który z dwóch puszek po zupie i sprzętu elektronicznego wartości pięciu dolarów zbudował akcelerator. Jon mi o tym powiedział. Powiedział również, że w jakimś zabitym deskami miasteczku w Nowym Meksyku żył dzieciak, który w roku 1954 odkrył tachiony, cząsteczki poruszające się w przeciwnym do normalnego kierunku osi czasu. W Waterbury w Connecticut był pewien malec, jedenastolatek, który z celuloidu zeskrobanego z grzbietów kart do gry zrobił bombę. Wysadził nią pustą budę dla psa. Dzieciaki czasem są niesamowite. Zwłaszcza te superinteligentne. Być może będzie pan zaskoczony.

- Może. Może będę.

- To był wspaniały chłopiec.

- Pan go trochę kochał, prawda?

- Panie Hagstrom, ja go bardzo kochałem - odparł Nordhoff. - To był chłopak jak złoto.

Jakie to dziwne, pomyślał Richard. Jego brat, który był prawdziwym draniem od czasu, gdy skończył sześć lat, otrzymał od losu cudowną kobietę i wspaniałego, błyskotliwego syna. Natomiast on, który zawsze starał się być łagodny i dobry (cokolwiek to słowo znaczy w tym zwariowanym świecie), poślubił Linę, która zmieniła się w milczącą, otyłą kobietę, i spłodził z nią Setha. Patrząc teraz na uczciwą, zmęczoną twarz Nordhoffa, zaczął się zastanawiać, jak do tego doszło i w jakim stopniu była to jego wina, naturalny wynik jego skrywanej słabości.

- Tak - zgodził się Richard. - Taki właśnie był.

- Nie zdziwiłbym się, gdyby to działało - powiedział Nordhoff. - Wcale bym się nie zdziwił.

Po wyjściu Nordhoffa Richard podłączył edytor tekstu do sieci i włączył go. Kiedy rozległo się ciche buczenie, wbił wzrok w ekran, spodziewając się ujrzeć na nim litery IBM. Nie pojawiły się. Zamiast nich ukazały się te słowa, niesamowite niczym głos z zaświatów czy też zielone duchy wyłaniające się z ciemności:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN, STRYJKU RICHARDZIE! JON!

- Chryste - wyszeptał Richard i ciężko usiadł.

Wypadek, w którym zginęli jego brat z żoną i synem, wydarzył się przed dwoma tygodniami; wracali z jakiejś wycieczki i Roger był pijany - całkowicie normalna sytuacja w życiu Rogera Hagstroma. Tym razem jednak szczęście go zwyczajnie zawiodło i stracił panowanie nad kierownicą swojego starego, brudnego vana. Samochód rozbił się na dnie trzydziestometrowego urwiska i spłonął.

Dwa tygodnie temu. A trzydzieste siódme urodziny Richarda będą...

Za tydzień. Edytor tekstu miał być urodzinowym prezentem od Jona.

To w jakiś sposób jeszcze wszystko pogorszyło. Richard nie potrafił sprecyzować, dlaczego lub jak, ale tak było. Wyciągnął rękę, aby wyłączyć monitor, lecz w ostatniej chwili ją cofnął.

"Jakiś dzieciak z dwóch puszek po zupie i sprzętu elektrycznego wartości pięciu dolarów zbudował akcelerator".

Wstał, obszedł biurko i przez szczeliny wentylacyjne zajrzał do środka urządzenia. Zobaczył to, o czym mówił Nordhoff. Kable z oznaczeniami RADIO SHACK. Kable z oznaczeniami ERECTOR i małymi, zamkniętymi w kółeczkach znaczkami towarowymi (r). I zobaczył jeszcze coś, coś, czego Nordhoff albo nie zauważył, albo o czym nie chciał wspomnieć. Był tam transformator wyjęty z dziecięcej kolejki elektrycznej, opasany drutami jak narzeczona Frankensteina.

- Chryste - powiedział, śmiejąc się, ale też nagle bliski łez. - Chryste, Jonny, co ty chciałeś zrobić?

Znał odpowiedź na to pytanie. Od lat marzył i mówił o posiadaniu edytora tekstu, a kiedy śmiech Liny stawał się zbyt sarkastyczny, by mógł go dłużej znosić, rozmawiał o tym z Jonem. Przypomniał sobie, jak ostatniego lata powiedział do chłopca:

- Mógłbym pisać szybciej, przepisywać szybciej i więcej publikować. - Jon popatrzył na niego poważnie swoimi i jasnoniebieskimi, powiększonymi przez szkła okularów oczami. Zdradzały jego inteligencję, ale zawsze spoglądały z taką zabarwioną ostrożnością rozwagą. - Byłoby wspaniale... naprawdę wspaniale.

- To dlaczego nie zdobędziesz sobie jednego, stryjku Richardzie?

- Prawdę mówiąc, nie rozdają ich na lewo i prawo - odparł z uśmiechem Richard. - Cena najprostszego modelu RADIO SHACK wynosi około trzech tysięcy. Wychodząc od tego, można łatwo dojść do osiemnastu tysięcy dolarów.

- No to może ja ci kiedyś coś takiego zbuduję - powiedział Jon.

- Może rzeczywiście to właśnie zrobisz - roześmiał się Richard, klepiąc go po plecach.

I do chwili gdy zadzwonił do niego Nordhoff, nie myślał o tym więcej.

Kable z elektrycznych modeli dla hobbystów.

Transformator z dziecięcej kolejki.

Chryste.


Wrócił przed ekran edytora, zamierzając go wyłączyć, jakby próba napisania czegoś na nim - i to próba nieudana - w jakiś sposób sprofanowała to, co jego gorliwy, delikatny

(skazany na zatracenie)

bratanek zamierzał zrobić.

Zamiast tego nacisnął klawisz EXECUTE. Kiedy to robił, po grzbiecie przebiegł mu lekki dreszcz - gdy się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że EKECUTE jest niesamowitym słowem. Nie kojarzy się z pisaniem; jest to słowo, które kojarzy się raczej z komorami gazowymi, krzesłami elektrycznymi... i, być może, ze spadającymi w przepaść starymi, brudnymi vanami.

EXECUTE.

Gdy stawał przed wystawą sklepu, udając sam przed sobą, że chce kupić edytor tekstu, nigdy nie słyszał tak głośno pracującej jednostki centralnej; prawdę mówiąc, nieomal ryczała. Co umieściłeś w bloku pamięci, Jon? - zapytał w duchu. Sprężyny do łóżka? Transformatory od dziecinnych pociągów, wszystkie w jednym rzędzie? Puszki po zupie? Jeszcze raz pomyślał o oczach Jona, o jego spokojnej, delikatnej twarzy. Czy to, że zazdrościł innemu mężczyźnie syna, było dziwne, może nawet chore?

Ale on powinien być mój. Wiedziałem to... i myślę, że on także o tym wiedział. Była jeszcze Belinda, żona Rogera. Belinda, która zbyt często w pochmurne dni nosiła okulary słoneczne. Wielkie, ponieważ te siniaki wokół jej oczu zwykle paskudnie się rozlewały na inne części twarzy. Patrzył na nią czasem, siedzącą nieruchomo, czujnie pod parasolem głośnego śmiechu Rogera i za każdym razem myślał prawie to samo: Ona powinna być moja.

To była przerażająca myśl, ponieważ obaj znali Belindę w liceum, obaj się z nią umawiali. Różnica wieku między nim a Rogerem wynosiła dwa lata, a Belinda była dokładnie między nimi, o rok starsza od Richarda i o rok młodsza od Rogera. Prawdę powiedziawszy, to Richard pierwszy zaczął umawiać się z dziewczyną, która miała zostać matką Jona. Ale potem wkroczył Roger - Roger, który był starszy i większy; Roger, który zawsze dostawał to, czego chciał; Roger, który mógł ci zrobić krzywdę, gdybyś stanął mu na drodze.

Wystraszyłem się. Wystraszyłem się i pozwoliłem jej odejść. Czy to było takie proste? Dobry Boże, wybacz mi, ale myślę, że tak właśnie było. Chciałbym, aby było inaczej, lecz być może lepiej nie okłamywać samego siebie w takich sprawach jak tchórzostwo. I wstyd.

A gdyby było inaczej - gdyby Lina i Seth w jakiś sposób należeli do jego nikczemnego brata, a Belinda i Jon w jakiś sposób należeli do niego - czego by to dowodziło? I jak w gruncie rzeczy myślący człowiek powinien zachować się w tak absurdalnie wypaczonej sytuacji. Wybuchnąć śmiechem? Krzyczeć? Zastrzelić się?

Nie zdziwiłbym się, gdyby to działało. Wcale bym się nie zdziwił.

EXECUTE.


Jego palce zatańczyły szybko na klawiszach. Spojrzał na ekran i zobaczył, że na jego powierzchni rozjarzyły się zielenią słowa:

MÓJ BRAT BYŁ BEZWARTOŚCIOWYM PIJAKIEM.

Jaśniały tam, a Richard nagle pomyślał o zabawce, którą dostał, kiedy był dzieckiem. Nazywała się Magie 8 Ball. Zadawało jej się pytania, na które można było odpowiedzieć "tak" lub "nie", po czym obracało się ją, aby sprawdzić, co ma do powiedzenia na dany temat; wśród jej wymijających, a jednak w jakiś sposób zachwycająco tajemniczych odpowiedzi występowały takie jak: JEST PRAWIE PEWNE, ŻE NA TAKIEJ PODSTAWIE NICZEGO BYM NIE PLANOWAŁA oraz ZAPYTAJ O TO PÓŹNIEJ JESZCZE RAZ.

Roger był zazdrosny o tę zabawkę i w końcu, zastraszywszy najpierw Richarda i zmusiwszy go siłą, by pożyczył mu ją na jeden dzień, cisnął ją na chodnik z taką siłą, że rozleciała się na kawałki. Siedząc teraz przy biurku i słuchając dziwnie głośnych dźwięków wydawanych przez obudowę jednostki centralnej, którą złożył Jon, Richard przypomniał sobie, jak osunął się wtedy na chodnik i płakał rzewnymi łzami, nie mogąc uwierzyć w to, że jego starszy brat zrobił coś takiego.

- Beksa, beksa, patrzcie na beksę - szydził zadowolony z siebie Roger. - To przecież była tylko tania, gówniana zabawka, Richie. Popatrz, nie ma tam niczego prócz garści małych literek i mnóstwa wody.

- Powiem! - wrzasnął na cały głos Richard. Czuł, że głowa mu płonie z wściekłości, a zatoki ma całkowicie zapchane łzami. - Naskarżę na ciebie, Roger! Powiem mamie!

- Jeśli powiesz, złamię ci rękę - zagroził Roger, a jego lodowaty uśmiech zdradził Richardowi, że powiedział to najzupełniej serio.

Nie naskarżył na niego.

MÓJ BRAT BYŁ BEZWARTOŚCIOWYM PIJAKIEM. Ekran wyświetlił tekst, który napisał. To, czy edytor zapisze go w pamięci, należy jeszcze sprawdzić, ale jak na razie hybryda utworzona przez Jona przez połączenie klawiatury Wanga z kineskopem IBM najwyraźniej działała. Przypadkiem wywołała także dość nieprzyjemne wspomnienia; ale na pewno nie była to wina Jona.

Rozejrzał się po swoim gabinecie i jego wzrok przypadkiem zatrzymał się na jednym obrazie, którego sam nie wybrał i który zupełnie nie pasował do wnętrza. Był to portret Liny, gwiazdkowy prezent dla niego, który dała mu dwa lata wcześniej.

- Chcę, żebyś powiesił go w swoim gabinecie - powiedziała i oczywiście tak właśnie zrobił. Był to, jak przypuszczał, jej sposób trzymania go na oku nawet wtedy, gdy sama była gdzie indziej. Nie zapomnij mnie, Richardzie. Jestem tutaj. Może postawiłam na złego konia, ale nadal tu jestem. I lepiej, żebyś o tym pamiętał.

Ten portret z jego nienaturalnymi barwami tworzył dziwną kombinację z miłą dla oka mieszaniną reprodukcji dzieł Whistlera, Homera i N. C. Wyetha. Oczy Liny były półprzymknięte, a mięsisty łuk Kupidyna jej warg ułożył się w coś, co niezupełnie było uśmiechem. Wciąż tu jestem, Richardzie, mówiły jej usta. I nie zapomnij o tym.

Napisał:

NA ZACHODNIEJ ŚCIANIE GABINETU WISI PORTRET MOJEJ ŻONY.

Popatrzył na te słowa i stwierdził, że nie podobają mu się tak samo jak obraz. Nacisnął klawisz DELETE. Słowa znikły. Oprócz stale pulsującego kursora na ekranie nie było nic.

Spojrzał na ścianę i zobaczył, że portret jego żony także zniknął.

Siedział nieruchomo przez bardzo długi czas - tak w każdym razie mu się wydawało - patrząc całkowicie zszokowany na ścianę, na której wisiał przedtem obraz. Tym, co w końcu wyrwało go z tego stanu oszołomienia, w którym nie dowierzał żadnemu ze swoich zmysłów, był swąd dochodzący z jednostki centralnej - zapach, który pamiętał z dzieciństwa tak dokładnie, jak dokładnie pamiętał Magie 8 Ball, zabawkę popsutą przez Rogera tylko dlatego, że nie należała do niego. Był to zapach oleju z transformatora kolejki elektrycznej. Kiedy się go czuło, należało wyłączyć urządzenie, żeby mogło ostygnąć.

I tak zrobi.

Za chwilę.

Wstał i na nogach jak z drewna podszedł do ściany. Przesunął dłonią po boazerii. Obraz wisiał tutaj, tak, właśnie tutaj. Ale teraz go nie było, nie było także haczyka ani dziurki w miejscu, gdzie wkręcił go w boazerię.

To wszystko znikło.

Świat nagle poszarzał, a on zatoczył się do tyłu, myśląc półprzytomnie, że zaraz zemdleje niczym aktorka w kiepskim melodramacie. Złapał się za krocze i nagłe brutalnie zacisnął dłoń. Ból był okropny, ale obraz świata znowu się wyostrzył.

Przesunął wzrok z pustego miejsca na ścianie, gdzie wisiał portret Liny, na edytor tekstu, który sklecił jego nieżyjący bratanek.

"Być może będzie pan zaskoczony, zabrzmiały w jego głowie słowa Nordhoffa. Być może będzie pan zaskoczony. Być może będzie pan zaskoczony". O, tak: jeśli jakiś dzieciak w latach pięćdziesiątych mógł odkryć cząsteczki poruszające się w przeciwnym kierunku osi czasu, również to, co jego genialny bratanek zrobił z kilku wybrakowanych części edytora tekstu oraz garści kabli i różnych elektronicznych elementów mogło być zaskakujące. Tak zaskakujące, że miał wrażenie, iż traci zmysły...

Zapach transformatora był teraz intensywniejszy, a poza tym dostrzegł wstęgi dymu wydostające się przez szczeliny wentylacyjne obudowy edytora. Dochodzące z wnętrza dźwięki także były głośniejsze. Najwyższy czas, żeby go wyłączyć - Jon najwyraźniej nie zdążył dopracować wszystkich szczegółów tej zwariowanej konstrukcji.

Ale czy wiedział, że ona zrobi coś takiego?

Czując się jak owoc własnej wyobraźni, Richard usiadł znowu przed ekranem i wystukał na klawiaturze:

OBRAZ MOJEJ ŻONY WISI NA ŚCIANIE, W TYM SAMYM MIEJSCU, GDZIE WISIAŁ POPRZEDNIO.

Patrzył na to przez chwilę, po czym spojrzał na klawiaturę i nacisnął klawisz EXECUTE.

Popatrzył na ścianę.

Obraz Liny powrócił. Był w tym samym miejscu co zawsze.

- Jezu - wyszeptał. - Jezu Chryste.

Pomasował ręką policzek, spojrzał na ekran (znowu czysty, jeśli pominąć kursor), po czym napisał:

NA MOJEJ PODŁODZE NIE MA NIC.

Następnie nacisnął klawisz INSERT i dodał:

OPRÓCZ DWUNASTU HISZPAŃSKICH DUBLONÓW W MAŁYM BAWEŁNIANYM WORECZKU.

Nacisnął EXECUTE.

Popatrzył na podłogę, na której leżała teraz mała sakiewka z białej bawełny.



1   ...   22   23   24   25   26   27   28   29   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna