Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona25/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   21   22   23   24   25   26   27   28   ...   49

- Czy to jest pod spodem? - spytała LaVerne. W jej głosie było coś nonszalanckiego, jakby z całych sił próbowała zachować spokój, lecz jednocześnie krzyczała w duchu. - Czy weszło pod tratwę? Jest pod nami?

- Tak - odparł Deke. Spojrzał na Randy'ego. - Zamierzam popłynąć. Jeśli jest pod nami, mam sporą szansę.

- Nie! - krzyknęła LaVerne. - Nie zostawiaj nas tu, nie...

- Jestem szybki - ciągnął Deke, patrząc na Randy'ego, całkowicie ignorując dziewczynę. - Ale muszę ruszać, póki jest pod nami.

Myśli Randy'ego zastartowały, osiągając dwa machy - na swój szczególny, mdlący, oślizgły sposób było to podniecające, niczym ostatnich kilka sekund przed tym, nim człowiek zacznie rzygać tuż za ściankę taniej lunaparkowej kolejki. Słyszał beczki pod tratwą uderzające głucho o siebie i suchy szelest liści na drzewach przy plaży, poruszanych lekkimi powiewami wiatru. Czemu to coś wpłynęło pod nich?

- Tak - powiedział głośno. - Ale nie sądzę, by ci się udało.

- Uda mi się - odparł Deke i ruszył ku krawędzi. Po dwóch krokach się zatrzymał.

Jego oddech przyspieszał, mózg zmuszał serce i płuca do mobilizacji przed przepłynięciem najszybszych pięćdziesięciu metrów w jego życiu. Teraz jednak oddech zamarł mu w piersiach, podobnie jak całe ciało. Po prostu zastygł w pół wdechu. Deke odwrócił głowę i Randy ujrzał, jak ścięgna szyi napinają się gwałtownie.

- Panch... - wykrztusił zdumionym, zduszonym głosem, a potem zaczął krzyczeć.

Wrzeszczał ze zdumiewającą siłą. Ogłuszające barytonowe krzyki wznosiły się i załamywały w wysokich sopranowych piskach, dość głośnych, by odbijać się od brzegu i powracać widmowym echem. Z początku Randy uznał, że to zwykły krzyk, potem jednak uświadomił sobie, że to słowo - nie, dwa słowa, powtarzane raz po raz.

- Moja stopa! - wrzeszczał Deke. - Moja stopa! Moja stopa! Moja stopa!

Randy spuścił wzrok. Stopa Deke'a wyglądała dziwnie, jakby zapadła się w środku. Powód był oczywisty, lecz umysł Randy'ego odmówił przyjęcia go do wiadomości - to było zbyt niewiarygodne, zbyt szaleńczo groteskowe. Na jego oczach stopa Deke'a znikała, wciągana pomiędzy dwie deski, z których zbudowano pokład tratwy.

A potem ujrzał ciemny błysk czarnej plamy przed palcami i za piętą. Ciemny błysk, w którym wirowały żywe złowieszcze kolory.

Plama chwyciła jego stopę. ("Moja stopa - wrzeszczał Deke, jakby potwierdzając tę banalną dedukcję. - Moja stopa, och moja stopa, moja STOOOOOPA"). Deke nadepnął na jedną ze szpar pomiędzy deskami ("Wdepnij na szparę, a zarobisz karę", podpowiedziała usłużnie pamięć Randy'ego), a to coś już tam było. To coś...

- Ciągnij! - krzyknął nagle. - Ciągnij, na miłość boską, Deke, ciągnij!

- Co się dzieje? - ryknęła LaVerne i Randy zorientował się tępo, że nie tylko potrząsała jego ramię, lecz także zatopiła w nim szpiczaste paznokcie, ostre niczym szpony. Na nic mu się nie przyda. Rąbnął ją łokciem w brzuch. Wydała z siebie charczące kaszlnięcie i usiadła gwałtownie na tyłku, on zaś przyskoczył do Deke'a i chwycił go za rękę.

Ciało Deke'a było twarde jak carraryjski marmur, każdy mięsień odcinał się ostro niczym żebro wyrzeźbionego z kamienia szkieletu dinozaura. Równie dobrze mógł próbować wyrwać z korzeniami rosłe drzewo. Oczy Deke'a spoglądały w fioletowe wieczorne niebo, zamglone i pełne niewiary, a on wciąż krzyczał, krzyczał, krzyczał.

Randy spojrzał w dół. Stopa Deke'a aż po kostkę zniknęła w szparze pomiędzy deskami. Szczelina miała może pół centymetra, najwyżej centymetr szerokości, lecz jego noga zagłębiła się w nią. Krew spływała po białych deskach ciemnymi strugami. Czarna plama pulsowała w szczelinie niczym wrzący plastik, w górę i w dół, jak bijące serce.

Muszę go wyciągnąć. Muszę go szybko wyciągnąć albo nigdy nam się nie uda... Trzymaj się, Cisco, błagam cię, trzymaj się...

LaVerne wstała i cofnęła się, byle dalej od przygarbionego, wrzeszczącego drzewa, które było Dekiem, rosnącego pośrodku tratwy, stojącej na kotwicy pod październikowymi gwiazdami na jeziorze Cascade. Dziewczyna tępo potrząsała głową, obejmując rękami brzuch w miejscu, w które trafił łokieć Randy'ego.

Deke opierał się o niego ciężko, bezmyślnie wymachując rękami. Randy znów spojrzał w dół i ujrzał krew tryskającą z łydki przyjaciela, która obecnie zwężała się ostro jak świeżo zatemperowany ołówek - tyle że jej czubek był biały, nie czarny; to była kość, ledwie widzialna kość.

Czarna masa wydęła się, wsysając, pochłaniając.

Deke zawodził.

Już nigdy nie zagrasz w piłkę tą stopą - JAKĄ stopą, cha-cha-cha, pomyślał Randy. Ze wszystkich sił pociągnął Deke'a, i nadal przypominało to wyrywanie drzewa.

Deke zakołysał się, wydając z siebie długi świdrujący wrzask, który sprawił, że Randy odskoczył, także krzycząc, zasłaniając rękami uszy. Krew trysnęła z porów całej łydki Deke'a i jego napuchnięte fioletowe kolano napięło się, jakby próbując zabsorbować niewiarygodny nacisk czarnej plamy, która wciągała nogę centymetr za centymetrem przez wąską szczelinę.

Nie mogę mu pomóc. Rany, jakie to silne! Teraz nie mogę już mu pomóc. Tak mi przykro, Deke, tak mi przykro...

- Obejmij mnie, Randy - krzyknęła LaVerne, przywierając do niego całym ciałem, wbijając mu twarz w pierś. Jej skóra była tak gorąca, że zdawała się parzyć. - Przytul mnie, proszę, przytul.

Tym razem to zrobił.

Dopiero później Randy uświadomił sobie straszliwą prawdę. W czasie gdy czarna plama była zajęta Dekiem, obydwoje mogli prawie na pewno popłynąć do brzegu - a gdyby LaVerne odmówiła, mógł zrobić to sam. Kluczyki do camaro tkwiły w kieszeni dżinsów Deke'a, leżących na plaży. Mógł to zrobić... ale uświadomił to sobie, gdy było już za późno.

Deke umarł w chwili, kiedy jego udo zaczęło znikać w głębi wąskiej szczeliny pomiędzy deskami. Przestał wrzeszczeć kilka minut wcześniej i wydawał z siebie jedynie niskie, bulgocące pomruki. Potem i one ucichły. Gdy zemdlał, padając na brzuch, Randy usłyszał, jak to, co zostało z jego prawej kości udowej, pęka, rozszczepiając się niczym zielona gałązka.

W sekundę później Deke uniósł głowę, rozejrzał się sennie i otworzył usta. Randy myślał, że znów zacznie krzyczeć, tymczasem on wyrzucił z siebie potężny strumień krwi, tak gęstej, że niemal zakrzepłej. Ciepły płyn obryzgał Randy'ego i LaVerne, która znów zaczęła wrzeszczeć, piskliwie, ochryple.

- Błeeee! - krzyczała, a jej twarz wykrzywiał szaleńczy grymas obrzydzenia. - Błeeee! Krew! Błeeee, krew! Krew! - Rozpaczliwie tarła skórę dłońmi, rozmazując jedynie krwawe smugi.

Krew wylewała się z oczu Deke'a z taką siłą, że wypychane krwotokiem gałki oczne wybałuszyły się niemal komicznie. To dopiero żywotność, pomyślał Randy. Chryste, spójrzcie tylko, wygląda jak pieprzony człowiek hydrant. Boże! Boże! Boże!

Strumienie krwi tryskały z uszu Deke'a, jego twarz przypominała potworną fioletową rzepę, napuchnięta i bezkształtną pod wpływem niewiarygodnego ciśnienia napływających do czaszki płynów; twarz człowieka miażdżonego w uścisku przez potworną, obcą siłę.

A potem, na szczęście, nadszedł koniec.

Deke znów runął naprzód, jego włosy opadły na zakrwawione deski i Randy z niezdrową fascynacją dostrzegł, że nawet ze skóry głowy popłynęła krew.

Odgłosy spod tratwy. Mlaski. Ssanie.

Wtedy właśnie w jego oszołomionym, balansującym na krawędzi obłędu umyśle pojawiła się myśl, że mógłby popłynąć i miałby spore szansę dotarcia do brzegu. Lecz LaVerne ciążyła mu złowieszczo w ramionach. Gdy spojrzał w jej stężałą twarz, a następnie uniósłszy powiekę, ujrzał wyłącznie biel, wiedział, że nie tyle zemdlała, ile osunęła się w stan głębokiej, wywołanej szokiem nieświadomości.

Randy przyjrzał się powierzchni tratwy. Oczywiście mógłby położyć LaVerne, lecz deski miały tylko jakieś trzydzieści centymetrów szerokości. Latem przytwierdzano do nich trampolinę, tę jednak właściciele już zdjęli i gdzieś schowali na zimę. Pozostała jedynie sama tratwa, czternaście desek, każda szeroka na trzydzieści centymetrów i długa na sześć metrów. W żaden sposób nie zdołałby ułożyć LaVerne tak, by jej nieprzytomne ciało nie znalazło się na jednej ze szpar.

Wdepnij na szparę, a zarobisz karę.

Zamknij się.

A potem umysł podpowiedział mu obłąkańczą myśl. Nieważne, zrób to. Połóż ją i płyń.

Ale nie, nie mógł tego zrobić. Z nagłym poczuciem winy odrzucił pokusę. Trzymał ją, czując miękki stały nacisk na ręce i plecy. LaVerne była rosłą dziewczyną.


Deke znikał.

Randy trzymał LaVerne w obolałych ramionach i patrzył. W istocie nie chciał tego oglądać i na długie sekundy, może nawet minuty odwracał twarz, jednakże jego wzrok zawsze powracał ku temu miejscu.

Po śmierci Deke'a proces stał się szybszy.

Reszta jego prawej nogi zniknęła. Lewa prostowała się, sięgając coraz dalej i dalej, aż wreszcie Deke zaczął przypominać jednonogą tancerkę klasyczną, rozciągniętą w niewiarygodnym szpagacie. Miednica rozszczepiła się na dwoje, a kiedy brzuch chłopaka napuchł złowieszczo, poddany gwałtownemu naciskowi, Randy na długo odwrócił głowę, starając się nie słuchać wilgotnych mlaśnięć, próbując całkowicie skupić się na bólu rąk. Może zdołałbym ją ocucić, pomyślał, na razie jednak lepiej było czuć pulsujący ból ramion i pleców. Dzięki temu miał o czym myśleć.

Z tyłu dobiegł go chrzęst, jakby silne zęby miażdżyły garść landrynek. Gdy się obejrzał, żebra Deke'a zapadały się w głąb szczeliny. Jego ręce unosiły się szeroko rozłożone. Wyglądał jak potworna parodia Richarda Nixona, wyrzucającego ramiona w geście zwycięstwa, który doprowadzał do euforii demonstracje w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Jego oczy były otwarte. Język wysuwał się wprost ku Randy'emu.

Randy znów odwrócił głowę, patrząc przez jezioro. Szukaj świateł, powiedział do siebie. Wiedział, że żadnych nie zobaczy, ale i tak powtarzał, że musi ich szukać. Wypatruj świateł, ktoś musi spędzać tydzień w domku nad jeziorem. Jesienne widoki, nie wolno ich przegapić. Zabierz nikona, twoje slajdy wzbudzą zachwyt u znajomych i rodziny.

Gdy się obejrzał, ręce Deke'a celowały w niebo. Nie był już Nixonem, lecz sędzią sygnalizującym, że zawodnik zarobił dodatkowy punkt.

Jego broda opierała się na deskach.

Oczy miał wciąż otwarte.

Z ust nadal sterczał język.

- Och, Cisco - mruknął Randy i odwrócił wzrok. Jego ręce i ramiona drżały, lecz nadał trzymał mocno LaVerne. Spojrzał na dalszy brzeg, pogrążony w ciemności. Gwiazdy rozbłyskiwały na czarnym niebie - struga zimnego mleka, zawieszona wysoko w powietrzu.

Mijały minuty. Pewnie już zniknął, Możesz spojrzeć. No dobra, w porządku. Ale nie patrz. Na wszelki wypadek nie patrz jeszcze. Zgoda? Zgoda. Oczywiście. Przyklepane jednoglośnie.

Ale i tak spojrzał. Akurat na czas, by ujrzeć znikające palce Deke'a. Palce te poruszały się - prawdopodobnie ruch wody pod tratwą kołysał owym obcym, nieznanym czymś, co chwyciło Deke'a, a ono z kolei poruszało jego palcami. Najprawdopodobniej. Jednakże Randy odniósł wrażenie, jakby Deke machał do niego. Cisco Kid żegnał się. Adios. Po raz pierwszy poczuł, jak jego umysł kołysze się gwałtownie - niczym tratwa, która zachwiała się, gdy we czwórkę stanęli po tej samej stronie. Po chwili wrócił do normy, lecz Randy nagle pojął, iż obłęd - prawdziwe szaleństwo - jest bardzo blisko.

Pierścień footballowy Deke'a - mistrzostwa 1981 roku - zsunął się powoli z trzeciego palca lewej dłoni. Złota obrączka rozbłysła w świetle gwiazd. Blask zatańczył na małych zagłębieniach pomiędzy wygrawerowanymi cyframi, 19 po jednej stronie czerwonego kamienia, 81 po drugiej. Pierścień całkiem się zsunął. Był nieco zbyt duży, by zmieścić się między deskami, i oczywiście nie dał się wciągnąć.

Leżał tam. Teraz już tylko on pozostał z Deke'a. Deke zniknął. Koniec z ciemnowłosymi dziewczynami o sennych oczach, koniec ze strzelaniem z mokrego ręcznika w goły tyłek Randy'ego, gdy ten wychodził spod prysznica, koniec z szalonymi biegami z piłką ze środkowego pola, gdy fani zrywali się z miejsc, a majoretki wywijały zwycięskie fikołki po bokach boiska. Koniec z przejażdżkami camaro po zmroku i z Thin Lizzy, ryczącym ogłuszająco "The Boys Are Back in Town" z głośnika magnetofonu. Cisco Kid odszedł.

I wówczas znów rozległ się ów cichy szorstki szelest - kłąb płótna przeciągany powoli przez wąskie okienko.

Randy stał boso okrakiem na dwóch deskach. Kiedy spojrzał w dół, odkrył, że szpary po obu stronach jego nóg wypełniła nagle lśniąca ciemność. Wytrzeszczył oczy, przypominając sobie strugę krwi wystrzeliwującą z ust Deke'a i gałki oczne wypchnięte jak na sprężynach, gdy krwotoki zamieniały jego mózg w krwawą miazgę.

To mnie czuje. Wie, że tu jestem. Czy może wejść na górę? Czy przedostanie się przez szpary? Potrafi to? Potrafi?

Patrzył w dół, zapominając o wciąż trzymanym w rękach bezwładnym ciężarze, zafascynowany przeraźliwą wagą pytania. Zastanawiał się, co by poczuł, gdyby to coś zalało jego stopy i wczepiło się w nie.

Czarna lśniąca masa dźwignęła się niemal do krawędzi desek (Randy, nie zdając sobie nawet sprawy, uniósł się na palcach), a potem znów opadła. Ponownie rozległ się szmer mokrego płótna i nagle Randy ujrzał ją na wodzie, wielką czarną plamę, ciemny pieprzyk o średnicy pięciu metrów. Plama unosiła się i opadała, wraz z łagodnymi falkami, wznosiła się i opadała, wznosiła i opadała, a gdy Randy dostrzegł na jej powierzchni pulsujące kolory, natychmiast odwrócił wzrok.

Ostrożnie położył LaVerne i gdy tylko jego mięśnie odprężyły się lekko, ręce zaczęły gwałtownie dygotać. Pozwolił im. Ukląkł obok niej; rozrzucone włosy dziewczyny tworzyły na białych deskach asymetryczny ciemny wachlarz. Klęczał i obserwował ciemny pieprzyk na wodzie, gotów znów ją dźwignąć, gdyby tamten choć drgnął.

Zaczął lekko klepać ją po twarzy, najpierw jeden policzek, potem drugi, tam i z powrotem, niczym sekundant, próbujący ocucić boksera. LaVerne nie chciała się ocknąć. LaVerne nie chciała przejść linii startu i odebrać dwustu dolarów albo wybrać pytania za czterysta. LaVerne zobaczyła już dosyć. Lecz Randy nie mógł pilnować jej całą noc, podnosząc niczym żeglarski worek za każdym razem, gdy ta rzecz się ruszyła (a nie zapominajmy, że nie mógł przyglądać się plamie zbyt długo). Znał jednak pewną sztuczkę. Nie nauczył się jej w college'u, lecz od przyjaciela starszego brata. Przyjaciel ów był sanitariuszem w Wietnamie i znał mnóstwo użytecznych sztuczek - jak wyłapywać wszy z ludzkiej głowy i urządzać im wyścigi w pudełku zapałek, jak wzmacniać kokainę pigułką przeczyszczającą albo zaszywać głębokie skaleczenia zwykłą igłą i nitką. Pewnego dnia rozmawiali o sposobach cucenia pijanych w trupa ludzi, tak by owi pijani w trupa ludzie nie zadusili się własnymi wymiocinami, jak zrobił to Bon Scott, wokalista AC/DC.

- Chcesz szybko kogoś ocucić? - spytał przyjaciel dysponujący katalogiem użytecznych sztuczek. - Spróbuj tego. - I opowiedział Randy'emu o sposobie, którego ten obecnie użył.

Nachylił się i z całych sił ugryzł LaVerne w ucho.

Do jego ust siknęła gorąca gorzka krew. Powieki LaVerne uniosły się gwałtownie niczym rolety. Krzyknęła ochrypłym szorstkim głosem i uderzyła go. Randy uniósł wzrok. Dostrzegł jedynie kawałek plamy, reszta była już pod tratwą. To coś poruszało się z niesamowitą, przerażającą, bezszelestną prędkością.

Ponownie dźwignął LaVerne i jego mięśnie zaprotestowały gwałtownie, skręcając się w twarde supły. Dziewczyna tłukła go w twarz. Jeden cios trafił w obolały nos i Randy ujrzał przed oczami czerwone gwiazdy.

- Przestań! - wrzasnął szurając stopami po deskach. - Przestań, dziwko, to znów jest pod nami. Przestań, do kurwy nędzy, albo cię upuszczę, przysięgam na Boga!

Natychmiast przestała wymachiwać rękami, oplatając nimi jego szyję w rozpaczliwym uchwycie tonącego. W migotliwym blasku gwiazd jej oczy lśniły bielą.

- Przestań! - Nie posłuchała. - Daj spokój, LaVerne, dusisz mnie!

Ucisk wzmógł się. W jego umyśle zapłonęła panika. Głuchy stukot beczek stał się miększy, stłumiony - zapewne sprawiła to plama.

- Nie mogę oddychać. Lekko zwolniła uścisk.

- Posłuchaj. Zamierzam cię postawić. Nic ci nie będzie, jeśli tylko...

Ale ona usłyszała tylko "cię postawić" i ręce ponownie zacisnęły się niczym śmiertelna obręcz wokół jego szyi. Prawa dłoń Randy'ego podtrzymywała plecy dziewczyny. Zakrzywił szponiasto palce i zadrapał ją z całej siły. LaVerne machnęła nogami, zawodząc piskliwie i przez sekundę niemal stracił równowagę. Poczuła to. Strach bardziej niż ból sprawił, że przestała się szarpać.

- Staniesz na deskach.

- Nie! - Jego policzek owiało powietrze, gorące niczym pustynny wiatr.

- Nie może cię dopaść, jeśli staniesz na deskach.

- Nie, nie puszczaj mnie, to mnie złapie. Wiem, że to zrobi, wiem...

Znów rozdarł paznokciami jej plecy. Wrzasnęła z wściekłości, bólu i strachu.

- Stań albo cię rzucę, LaVerne.

Opuścił ją powoli, ostrożnie. W ciszy słychać było tylko ich krótkie ostre oddechy - obój i flet. Stopy dziewczyny dotknęły desek. Natychmiast poderwała nogi, jakby drewno ją oparzyło.

- Opuść je - syknął. - Nie jestem Dekiem, nie utrzymam cię całą noc.

- Deke...

- Nie żyje.

Jej stopy dotknęły tratwy. Powoli wypuszczał ją. Stali naprzeciw siebie jak tancerze. Widział, że czeka na pierwsze dotknięcie plamy. Jej usta otwarty się szeroko niczym pyszczek złotej rybki.

- Randy - szepnęła. - Gdzie to jest?

- Pod nami. Spójrz.

Spojrzała. On także. Ujrzeli czerń wypełniającą szczeliny teraz już niemal na całej powierzchni tratwy. Randy wyczuł jej niecierpliwość. Miał wrażenie, że LaVerne też to czuje.

- Randy, proszę...

- Ciii. Stali.

Wbiegając do wody, Randy zapomniał zdjąć zegarek. Sprawdził, że trwało to kwadrans. Piętnaście po ósmej czarna rzecz wyśliznęła się spod tratwy, odpłynęła około piętnastu metrów i zatrzymała się jak przedtem.

- Zamierzam usiąść - oznajmił.

- Nie!

- Jestem zmęczony. Usiądę, a ty będziesz to obserwować. Pamiętaj tylko, żeby co chwilę odwracać wzrok. Potem ja wstanę, a ty usiądziesz. I tak na zmianę. Masz - dał jej zegarek. - Co piętnaście minut.



- To pożarło Deke'a - szepnęła. - Tak.

- Co to jest?

- Nie wiem.

- Zimno mi.

- Mnie też.

- Obejmij mnie.

- Dość długo cię obejmowałem. Ustąpiła.

Kiedy usiadł, poczuł się jak w niebie. Fakt, że nie musiał obserwować tej rzeczy, wprawił go w euforię. Zamiast tego patrzył na LaVerne, pilnując, by co pewien czas odwracała wzrok od plamy na wodzie.

- Co my zrobimy, Randy? Zastanowił się.

- Będziemy czekać - rzekł.

Po piętnastu minutach wstał i pozwolił jej najpierw usiąść, a potem położyć się na pół godziny. Potem znów postawił ją na nogi i odstała piętnaście minut. I znowu, i znowu. Za piętnaście dziesiąta na niebo wzeszedł zimny rąbek księżyca, kreśląc na wodzie srebrzysty szlak. O wpół do jedenastej usłyszeli przenikliwy krzyk, który odbił się echem na całym jeziorze. LaVerne wrzasnęła.

- Zamknij się - rzucił. - To tylko nur.

- Zamarzam, Randy. Jestem cała odrętwiała.

- Nic na to nie poradzę.

- Obejmij mnie - poprosiła. - Musisz. Przytulimy się do siebie. Możemy siąść i obserwować to razem.

Zastanawiał się chwilę, lecz ziąb wnikający w ciało sięgał już kości i to sprawiło, że podjął decyzję.

- Zgoda.

Usiedli razem, obejmując się ciasno, i wówczas coś się stało - coś naturalnego bądź perwersyjnego, zależnie od punktu widzenia. Poczuł, że twardnieje. Jego dłoń znalazła okrytą wilgotnym nylonem pierś i ścisnęła. LaVerne westchnęła cicho i jej palce powędrowały do krocza Randy'ego. Powoli zsunął drugą dłoń, znajdując miejsce, w którym kryło się ciepło. Pchnął ją na plecy.

- Nie - zaprotestowała, lecz ręka w jego kroczu zaczęła poruszać się szybciej.

- Widzę to - rzekł. Serce znów zabiło mu mocniej, szybciej pompując krew, wysyłając fale ciepła ku nagiej, zmarzniętej skórze. - Będę to obserwować.

Wymamrotała coś w odpowiedzi i poczuł, jak gumka zsuwa mu się z bioder na uda. Pchnął naprzód, w górę, w nią. Ciepło. Boże, tam przynajmniej była ciepła. Mruknęła ochryple i jej palce pochwyciły zimne ściśnięte pośladki Randy'ego.

Patrzył. Plama się nie ruszała. Patrzył. Obserwował ją uważnie. Dostarczane przez dotyk wrażenia były niewiarygodne, fantastyczne. Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia, ale nie był też prawiczkiem. Kochał się wcześniej z trzema dziewczynami, lecz nigdy nie czuł czegoś takiego. LaVerne jęknęła i zaczęła poruszać biodrami. Tratwa kołysała się lekko, jak najtwardsze na świecie łóżko wodne. Zanurzone w wodzie beczki mamrotały głucho.

Patrzył. Kolory zaczęły wirować, tym razem powoli, zmysłowo. Nie wyczuwał w nich zagrożenia. Patrzył na nie i na plamę. Szeroko otwierał oczy. Odbijały się w nich kolory. Nie czuł już zimna, było mu gorąco, tak jak pierwszego dnia na plaży na początku czerwca, gdy słońce napina wyblakłą po zimie skórę i rumieni ją, przydając jej

(koloru)


koloru, barwy. Pierwszy dzień na plaży, pierwszy dzień lata. Czas na stare hity Beach Boys i nowe The Ramones. The Ramones śpiewali, że Sheena to punkówka, że możesz pojechać do Rockaway Beach ujrzeć piasek, plaże, kolory

(ruszyło się, zaczęło się ruszać)

i poczuć lato, dotyk lata. Gary US Bonds, szkoła skończona, kibice Jankesów, dziewczyny w bikini na plaży, plaży, plaży, kochasz, tak kochasz tak

(kochasz)

plaża kochasz tak

(kocham tak kocham)

jędrne piersi pachnące olejkiem, a jeśli dół bikini był dość skąpy, można było dostrzec

(włosy jej włosy JEJ WŁOSY SĄ O BOŻE W WODZIE JEJ WŁOSY SĄ W WODZIE)

Odskoczył gwałtownie, próbując ją podnieść, lecz ta rzecz poruszała się ślisko, błyskawicznie i wplątała się w jej włosy niczym gęsta, czarna, kleista sieć i gdy ją podniósł, LaVerne już krzyczała. Czuł ciężar rzeczy, która wynurzyła się z wody - poskręcana, koszmarna błona, rozbłyskująca oślepiającymi barwami - ognistym szkarłatem, płomiennym szmaragdem, wyniosłą żółcią.

Niczym fala zalała twarz dziewczyny, unicestwiając ją.

Jej stopy kopały i tłukły w deski. W miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się twarz dziewczyny, skręcała się i pulsowała czarna masa. Krew spływała strumieniami po jej szyi. Krzycząc, ale nie słysząc własnego krzyku, Randy podbiegł do niej, oparł stopę na jej biodrze i pchnął. LaVerne, szamocząc się i szarpiąc, runęła w tył. Jej nogi połyskiwały w promieniach księżyca niczym alabaster. Przez kilka niekończących się chwil woda pieniła się i obryzgiwała tratwę, jakby ktoś schwytał tam na haczyk największego okonia świata, który desperacko usiłował się uwolnić.

Randy krzyczał. Krzyczał. A potem, dla odmiany, znów zaczął krzyczeć.

Jakieś pół godziny później, gdy rozpaczliwe pluski i szamotanie już dawno ucichły, nury odpowiedziały.
Ta noc trwała wieki.
Kwadrans przed piątą niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać i poczuł niemrawą nadzieję. Trwała jednak tylko chwilę, równie złudna jak świt. Stał na deskach z półprzymkniętymi oczami, spuszczając głowę. Jeszcze przed godziną siedział, lecz nagle ocknął się - nie wiedział nawet, że spał - na dźwięk złowieszczego szmeru mokrego płótna. Zerwał się na nogi zaledwie sekundę przedtem, nim zachłanna czerń wypełniła szczeliny. Oddech z jękiem ulatywał mu z ust. Przygryzł wargę aż do krwi.

Zasnąłeś, spałeś, ty dupku!

W pół godziny później plama powoli wyśliznęła się spod tratwy. On jednak nie usiadł. Bał się siąść, bał się, że znów zaśnie i tym razem umysł nie ostrzeże go na czas.

Wciąż stał, gdy na wschodzie zapłonęło silniejsze światło, tym razem prawdziwego poranka. Zaśpiewały ptaki. Wzeszło słońce, o szóstej rano było już dość jasno, by mógł widzieć plażę. Jasnożółte camaro Deke'a wciąż stało tam, gdzie je zaparkowali, niemal dotykając maską ogrodzenia. Na piasku leżał łańcuch poskręcanych kolorowych koszulek i bluz oraz czterech par dżinsów. Ich widok napełnił go na nowo grozą, choć Randy sądził, że z pewnością nic już nie jest w stanie go przerazić. Widział swoje dżinsy, z jedną nogawką wywróconą i wywaloną kieszenią. Wyglądały tak bezpiecznie, leżąc tam na piasku, jakby czekały, by się zjawił, przewrócił nogawkę na prawą stronę, ściskając kieszeń tak, by nie wypadły drobne. Niemal czuł, jak z szumem wsuwa je na nogi, jak zapina mosiężne guziki rozporka...



1   ...   21   22   23   24   25   26   27   28   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna