Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona23/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   49

- A tyś co za jeden? - warknął Scollay.

- Nazywam się Demetrius - powiedział facecik. - Demetrius Katzenos. Przychodzę od Greka.

Tańce ustały w jednej chwili. Odpinano guziki marynarek, ręce znikały pod klapami. Manny był zdenerwowany. Mnie też, kurna, nie było do śmiechu. Ale graliśmy dalej, a co.

- A to dopiero - mruknął Scollay, prawie łagodnie.

- Wcale nie chciałem przyjść! - wybuchnął facecik. - To ten Grek, on ma moją żonę. On mówi: on ją zabije, jak ja nie powiem tę wiadomość!

- Jaką wiadomość? - warknął Scollay. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.

- On mówi... - Facecik zamilkł i skrzywił się boleśnie. Grdyka chodziła mu w górę i w dół, jakby słowa uwięzły mu w gardle. - On mówi: twoja siostra to tłusta świnia. On... on... - Zobaczył, co się maluje na twarzy Scollaya i oczy omal nie wywróciły się mu białkami do góry. Zerknąłem na Maureen; wyglądała, jakby ją ktoś walnął pięścią w twarz. - On mówi: ją swędzi. On mówi: jak grubą kobietę swędzą plecy, to kupuje skrobaczkę. A jak ją swędzi to, co wiesz, to kupuje męża.

Maureen wydała z siebie straszny zdławiony krzyk i wybiegła z płaczem. Podłoga pod nią zadrżała. Rico truchtem poleciał za nią, załamując ręce.

Scollay tak poczerwieniał, że policzki zrobiły się mu dosłownie fioletowe. Prawie się spodziewałem - właściwie to byłem pewien - że mózg mu bluźnie uszami. Na jego twarzy zobaczyłem ten sam wyraz co wtedy, w ciemnościach przed knajpą Englandera. Może i był zwyczajnym tanim bandziorem, ale i tak zrobiło mi się go żal. Wy też byście go pożałowali.

Kiedy się odezwał, miał bardzo spokojny głos - prawie łagodny.

- Coś jeszcze?

Mały Grek zakwilił. Głos rwał mu się ze strachu.

- Pan mnie nie zabija, panie Scollay! Moja żona... ten Grek, on ma moją żonę! Ja wcale nie chcę tego powiedzieć! On ma moją żonę, moją kobietę...

- Nic ci nie zrobię - przerwał mu Scollay, jeszcze spokojniej. - Tylko mi powiedz resztę.

- On mówi: całe miasto się z pana śmieje. Przestaliśmy grać i w sali zapadła martwa cisza. Potem Scollay zwrócił spojrzenie na sufit. Obie ręce mu się trzęsły i trzymał je przed sobą, zaciśnięte w pięści. Zaciskał je tak mocno, że pod koszulą zarysowały mu się napięte ścięgna.

- Dobra! - wrzasnął. - Dobra!!!

Skoczył do drzwi. Dwaj jego ludzie starali się go powstrzymać, mówili, że to samobójstwo, że na to właśnie liczy Grek, ale Scollay jakby oszalał. Przewrócił ich i wypadł w ciemną letnią noc.

W martwym milczeniu, które zapadło po jego odejściu, słychać było tylko rzężący oddech posłańca, a gdzieś z głębi sali dobiegał cichy szloch panny młodej.

Właśnie wtedy ten młodziak, co nas obszukał na samym początku, zaklął i rzucił się ku drzwiom. Tylko on.

Ale zanim zdołał dobiec pod wielki papierowy liść koniczyny w hallu, na chodniku rozległ się pisk opon i ryk silników - bardzo wielu silników. Jak na wyścigach.

- O żeż w mordę! - wrzasnął mały. - To karawan! Szefie, padnij! Padnij! Padnij...

W ciemnościach eksplodowały strzały i przez minutę, może dwie wyglądało to tak, jakby rozpętała się tam Wielka Wojna. Kule wpadały przez otwarte drzwi do budynku, jeden z lampionów pękł z trzaskiem. Za oknem zrobiło się jasno jak podczas fajerwerków. Potem samochody odjechały z rykiem. Jakaś dziewczyna wytrząsała odłamki szkła ze spiętych spinką włosów.

Dopiero teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, reszta goryli pogoniła na dwór. Drzwi kuchenne trzasnęły i wypadła przez nie Maureen. Cała się trzęsła, a twarz miała jeszcze bardziej obrzmiałą niż zwykle. Rico dreptał za nią jak przestraszony pekińczyk. Wybiegli na zewnątrz.

Panna Gibson pojawiła się w pustym hallu. Miała szeroko otwarte oczy. Mały facecik, przez którego śpiewający telegram to wszystko się zaczęło, zdążył prysnąć.

- Coś tu strzelało - wymamrotała pani Gibson. - Co to było?

- Zdaje się, że Grek skasował nam szefa - powiedział Biff.

Spojrzała na mnie ze zdumieniem, ale zanim zdołałem przetłumaczyć, Billy-Boy odezwał się cichym, grzecznym głosem:

- On mówi, że pan Scollay właśnie odwalił kitę. Panna Gibson wytrzeszczyła oczy, jeszcze bardziej pobladła i zemdlała. Sam też poczułem się trochę słabo.

Właśnie wtedy rozległ się najbardziej rozpaczliwy krzyk, jaki zdarzyło mi się słyszeć kiedykolwiek przedtem lub potem. To nieludzkie zawodzenie ciągnęło się bez końca, bez ustanku. Nie trzeba było nawet wychodzić na dwór, by wiedzieć, kto tak łka na ulicy, kto wylewa wszystkie łzy nad zmarłym bratem, podczas gdy gliny i pismaki już biegną w jego stronę.

- Spadamy - mruknąłem. - Piorunem. Spakowaliśmy się w niespełna pięć minut. Paru opryszków wróciło do środka, ale byli zbyt pijani i przestraszeni, żeby zwracać na nas uwagę.

Wyszliśmy tylnymi drzwiami; każdy niósł jakąś część perkusji Biffa. Nieźle musieliśmy wyglądać, kiedy tak zasuwaliśmy ulicą. Otwierałem pochód z futerałem pod pachą i talerzem w każdej ręce. Chłopcy zaczekali na rogu, aż sprowadzę furgonetkę. Gliny jeszcze się nie pokazały. Gruba dziewczyna ciągle kuliła się nad ciałem brata na środku ulicy i zawodziła jak potępiona dusza, a jej malutki mąż krążył wokół niej niczym księżyc obiegający wielką planetę.

Podjechałem na róg i chłopaki wrzuciły wszystko, jak leci, na tył. Potem prysnęliśmy. Aż do Morgan pruliśmy stówą, po wykrotach i w ogóle, a zbiry Scollaya albo zapomniały nas zakapować, albo gliny miały nas gdzieś, ponieważ dano nam święty spokój.

Tych dwóch stów oczywiście nie dostaliśmy.
Przyszła do Tommy'ego Englandera jakieś dziesięć dni później, gruba Irlandka w żałobnej sukni. W czerni było jej tak samo nie do twarzy jak w bieli.

Englander pewnie wiedział, co to za jedna (jej zdjęcie było we wszystkich gazetach w Chicago, zaraz obok fotki Scollaya), bo sam zaprowadził ją do stolika i uciszył paru pijaków, którzy się z niej śmiali.

Cholernie jej współczułem, tak jak czasami Billy'emu-Boyowi. Ciężko jest żyć na marginesie społeczeństwa. Nie trzeba wielkiego mędrca, żeby się tego domyślić, choć muszę przyznać, że tak naprawdę nikt nie wie, jak to jest. A przez te parę chwil, kiedy z nią rozmawiałem, wydała mi się po prostu słodka.

Podczas przerwy podszedłem do jej stolika.

- Proszę przyjąć wyrazy współczucia - powiedziałem z zakłopotaniem. - Wiem, że naprawdę panią kochał i...

- Równie dobrze mogłabym sama go zastrzelić - przerwała mi. Spoglądała na swoje dłonie i dopiero teraz spostrzegłem, że były naprawdę ładne, małe i delikatne. - Wszystko, co powiedział ten mały człowiek, to prawda.

- O, co znowu... - mruknąłem. Co niby miałem powiedzieć? Żałowałem, że w ogóle do niej podszedłem, bo zachowywała się bardzo dziwnie. Jakby została zupełnie sama i oszalała.

- Ale nie rozwiodę się z nim - ciągnęła. - Prędzej bym się zabiła i oddała duszę diabłu.

- Tak nie wolno mówić.

- Chciałeś się kiedyś zabić? - spytała, wbijając we mnie wzrok. - Nigdy nie czułeś, że ludzie cię wykorzystali i jeszcze się z ciebie śmieją? A może nikt ci nigdy tego nie zrobił? Możesz tak twierdzić, ale wybacz, nie uwierzę. Wiesz, jak to jest, kiedy ciągle jesz i jesz, i nienawidzisz się za to, a potem znowu jesz? Wiesz, jak to jest, kiedy rodzony brat umiera z powodu twojej tuszy?

Ludzie odwracali się w naszą stronę, a pijacy znowu zaczęli chichotać.

- Przepraszam - szepnęła.

Chciałem powiedzieć, że mi jej żal. Chciałem powiedzieć... no, cokolwiek, żeby tylko się lepiej poczuła. Chciałem się do niej przebić przez te fałdy tłuszczu. Ale nic mi nie przychodziło do głowy.

Więc powiedziałem tylko:

- Muszę już iść. Gramy jeszcze jedną turę.

- Oczywiście - szepnęła. - Oczywiście... W przeciwnym razie zaczną, się śmiać z ciebie. Ale przyszłam dlatego, że... czy moglibyście zagrać "Róże Pikardii"? Na przyjęciu graliście je bardzo ładnie. Zechcecie to zrobić?

- Jasne. Z przyjemnością.

I zagraliśmy. Ale ona wyszła w połowie, a ponieważ ten kawałek był trochę zbyt smętny jak na knajpę Englandera, więc przerwaliśmy i przerzuciliśmy się na ragtime'ową wersję "The Varsity Drag". To zawsze się podobało. Przez resztę wieczoru piłem zbyt dużo, a do zamknięcia całkiem o niej zapomniałem. No, prawie całkiem.

Kiedy wychodziłem, wreszcie przyszło mi do głowy, co powinienem jej powiedzieć. Życie toczy się dalej - tak, właśnie to. Tak się mówi ludziom, którzy stracili ukochaną osobę. Ale potem przemyślałem sprawę i jednak byłem zadowolony, że tego nie powiedziałem. Bo chyba tego właśnie się bała.
Oczywiście teraz wszyscy słyszeli już o Maureen Romano i jej mężu Rico, który ją przeżył i obecnie mieszka sobie na koszt państwa w więzieniu w stanie Illinois. Wiadomo, jak przejęła rządy nad mizerną organizacją swego brata i jak zmieniła ją w imperium czasów prohibicji, rywalizujące z gangiem Capone'a. Jak skasowała dwóch przywódców drugiego gangu z North Side i zagarnęła ich wpływy. Jak przyprowadzono jej Greka i jak go rzekomo zabiła, wbijając mu w lewe oko strunę fortepianową i przebijając nią mózg, podczas gdy on klęczał przed nią i błagał o litość. Rico, ten przestraszony pekińczyk, został jej prawą ręką i był osobiście odpowiedzialny co najmniej za tuzin akcji.

Śledziłem osiągnięcia Maureen z zachodniego wybrzeża, gdzie nagraliśmy parę bardzo popularnych płyt. Bez Billy'ego-Boya. Założył własną kapelę tuż po tym, jak porzuciliśmy Englandera - zespół samych czarnych, grający dixieland i ragtime. Odnieśli na południu spory sukces, co bardzo mnie ucieszyło. Dobrze się stało, że odszedł. W wielu wytwórniach nie poproszono by nas nawet na przesłuchanie, gdybyśmy mieli czarnego w składzie.

Ale mówiłem o Maureen. Znalazła się na pierwszych stronach gazet i nie tylko dlatego, że wyglądała jak inteligentna Ma Barker, choć to się także liczyło. Była strasznie wielka i strasznie zła, a wszyscy Amerykanie mieli do niej jakieś dziwne upodobanie. Kiedy w 1933 roku zmarła na atak serca, niektóre gazety podały, że ważyła dwieście pięćdziesiąt kiło. Ale ja w to nie wierzę. Nikt nie może być aż tak gruby, no nie?

Dobra, do rzeczy. O jej pogrzebie wszystkie gazety pisały na pierwszej stronie. Nie można było tego powiedzieć o jej bracie, który przez całą swoją żałosną karierę nie zaszedł dalej niż na czwartą stronę. Trzeba było dziesięciu chłopa, żeby udźwignąć jej trumnę, niektóre brukowce zamieściły nawet zdjęcie. Naprawdę, straszliwy widok. Trumna miała rozmiary lodówki przemysłowej - którą prawdopodobnie była.

Jej mężowi nie starczyło rozumu, by samodzielnie utrzymał interes i za rok posadzili go za napad i usiłowanie zabójstwa.

Nigdy nie udało mi się zapomnieć o Maureen ani o rozpaczliwym spojrzeniu zbitego psa, które Scollay miał tamtej pierwszej nocy, gdy o niej mówił. Ale teraz, kiedy się tak zastanawiam, nie mogę jej za bardzo żałować. Grubi ludzie zawsze mogą przestać jeść. Ludzie tacy jak Billy-Boy Williams mogą tylko przestać oddychać. Nadal nie mam pojęcia, jak mógłbym im obojgu pomóc, ale naprawdę, ciągle mnie coś gryzie, kiedy o nich myślę. Pewnie to dlatego, że jestem już stary i nie śpię tak dobrze jak kiedyś. To chyba dlatego, prawda?

Prawda?
Przełożyła

Maciejka Mazan


LAMENT PARANOIKA
@Już nie mogę wychodzić.

Przy drzwiach stoi człowiek

w przeciwdeszczowym płaszczu

i pali papierosa.


Ale
opisałem go w dzienniku

i teraz koperty leżą rzędem

na łóżku, krwistoczerwone w blasku

barowego neonu naprzeciwko.


Dobrze wie, że jeśli umrę

(albo choćby zaginę bez wieści),

mój dziennik zabierze poczta i wszyscy się dowiedzą:

siedziba CIA jest w Wirginii.


500 kopert kupowanych

w 500 kioskach, każda inna,

i 500 notesów

po 500 stron w każdym.


Jestem gotów.
Widzę go stąd.

Papieros mruga

znad samego kołnierza,

a metrem jedzie człowiek,

siedzi pod reklamą black velvet i powtarza w myślach

moje imię.


Rozmawiają o mnie w zakamarkach.

Kiedy dzwoni telefon, słyszę tylko martwy oddech.

W barze naprzeciwko w męskiej toalecie

Zmienił właściciela pękaty rewolwer.

Na każdym pocisku jest moje imię.

Moje imię figuruje w kartotekach

I w prasowych nekrologach.
Przesłuchiwano moją matkę;

Dzięki Bogu nie żyje.


Mają próbki pisma,

Analizują mój mocz

I uderzenia na polu golfowym.
Mówiłem wam, że mój brat jest z nimi?

Jego żona jest Rosjanką,

Wciąż wypełniani za nią jakieś kwestionariusze.

Wszystko opisałem w dzienniku.

Słuchaj...

słuchaj


słuchaj:

musisz mnie wysłuchać.


W deszczu na przystanku,

czarne wrony z czarnymi parasolami

udają, że spoglądają na zegarki, ale

nie pada. Oczy mają ze srebrnych dolarówek.

Część z nich to naukowcy opłacani przez FBI,

większość to cudzoziemcy, od których roi się

na ulicach. Wykiwałem ich,

wysiadłem z autobusu na rogu Dwudziestej Piątej

i Lexington,

tam gdzie taksówkarz obserwował mnie zza rozłożonej

gazety.
Stara kobieta w pokoju nade mną

postawiła na podłodze kubek z elektryczną przyssawką.

Wysyła promienie przez mój żyrandol,

więc piszę po ciemku

przy blasku neonu.

Mówię ci, że WIEM.

Nasłali na mnie psa w brązowe łaty

z anteną radiową w nosie.

Utopiłem go w zlewie i opisałem

w teczce GAMMA.


Już nie zaglądam do skrzynki na listy.

W świątecznych kartkach są ukryte bomby.


(Cofnij się! Cofnij się,

do jasnej cholery! Wiesz, kogo znam?

Czy ty wiesz, kogo ja znam?!)
Podłoga w barze gada,

a kelnerka twierdzi że przyniosła mi sól, chociaż ja wiem,

że to arszenik. Do tego żółtawy smak musztardy

dla zabicia gorzkiej woni migdałów.


Widziałem dziwne światła na niebie.

Wczorajszej nocy człowiek o ciemnej skórze, za to bez

twarzy, pełzł

piętnaście kilometrów kanałami ściekowymi aż do mojej

toalety.

Wsłuchiwał się chromowanymi uszami w moje rozmowy

telefoniczne.

Mówię ci, ja go słyszę.


Widziałem ślady jego rąk

na porcelanie.


Czy już ci mówiłem

że nie używam telefonu?


Chcą zalać ziemię ściekami.

Chcą wedrzeć się przemocą.


Mają lekarzy,

którzy zalecają dziwaczne pozycje seksualne.

Produkują uzależniające środki przeczyszczające

i piekące czopki.


Wiedzą, jak zgasić słońce

strzałami z wiatrówek.

Czy już ci mówiłem, że okładam się lodem?

W ten sposób oszukuję ich prześwietlarki.

Znam zaklęcia i noszę amulety.

Może wydaje ci się, że masz mnie w garści, ale ja

mógłbym

zniszczyć cię w każdej chwili.


W każdej chwili.
W każdej chwili.
Masz ochotę na kawę, kochanie?
Czy już ci mówiłem, że nie mogę wychodzić?

W drzwiach stoi człowiek

w przeciwdeszczowym płaszczu.
Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


TRATWA
Jezioro Cascade dzieliło od Uniwersytetu Horlicksa w Pittsburghu sześćdziesiąt kilometrów. I choć w tej części świata w październiku zmrok zapada szybko, a oni wyruszyli dopiero o szóstej, gdy dotarli na miejsce, niebo wciąż jeszcze całkiem nie pociemniało. Przyjechali camaro Deke'a. Deke nawet na trzeźwo nie lubił tracić czasu, a po paru piwach sprawiał, że wóz ożywał.

Ledwie zdążył zatrzymać samochód przy ogrodzeniu oddzielającym parking od plaży, a już wyprysnął na zewnątrz, jednocześnie ściągając koszulę. Jego wzrok powędrował ku wodzie w poszukiwaniu tratwy. Randy z lekkim wahaniem wysiadł po drugiej stronie. Prawda, to był jego pomysł, ale nigdy nie przypuszczał, że Deke potraktuje go poważnie. Dziewczęta wierciły się na tylnym siedzeniu.

Oczy Deke'a uparcie badały wodę, wędrując z boku na bok. (Oczy snajpera, pomyślał Randy i myśl ta go zaniepokoiła). W końcu skupiły się na jednym punkcie.

- Jest! - krzyknął, waląc dłonią w maskę camaro. - Tak jak mówiłeś, Randy. A niech mnie! To dopiero!

- Deke... - zaczął Randy, poprawiając na nosie okulary, ale nawet nie próbował mówić dalej, bo tamten zdążył już przeskoczyć ogrodzenie i biegł teraz plażą, nie oglądając się na Randy'ego, Rachel czy LaVerne. Ani na moment nie spuszczał wzroku z tratwy zakotwiczonej jakieś pięćdziesiąt metrów od brzegu.

Randy odwrócił głowę, jakby zamierzał przeprosić dziewczyny za to, że je w to wciągnął, one jednak obserwowały Deke'a. Rachel miała do tego prawo, Rachel była jego dziewczyną, ale LaVerne też na niego patrzyła i przez ułamek sekundy Randy poczuł palące ukłucie zazdrości, które pchnęło go do czynu. Zdjął bluzę, rzucił ją obok okrycia Deke'a i przeskoczył przez płot.

- Randy! - zawołała LaVerne, on jednak uniósł tylko rękę w szarym październikowym powietrzu, zachęcając, by poszły w jego ślady. Przez moment niemal znienawidził się za to - dziewczyna wahała się, może nawet była gotowa wszystko odwołać. Pomysł październikowej kąpieli w pustym jeziorze znacznie wykraczał poza ramy zwyczajnych przechwałek w mieszkaniu, które dzielili z Dekiem. Lubił LaVerne, ale Deke był silniejszy, a ona wyraźnie na niego leciała, co potwornie drażniło Randy'ego.

Deke, nie zwalniając kroku, rozpiął dżinsy i zsunął je z wąskich bioder. Jakimś cudem udało mu się ściągnąć je w biegu; Randy nie zdołałby tego dokonać nawet za tysiąc lat. Deke pędził dalej, ubrany jedynie w skąpe slipki. Mięśnie na jego plecach i pośladkach grały popisowo. Randy, boleśnie świadom własnej chudości, zrzucił levisy i niezgrabnie wyskoczył z nogawek - u Deke'a przypominało to balet, u niego burleskę.

Deke wpadł do wody i ryknął:

- Ale zimna! Matko Boska!

Randy zawahał się, lecz tylko w myślach, tam bowiem wszystko trwało dłużej. Woda ma jakieś siedem, najwyżej dziesięć stopni, podpowiadał mu umysł. Taki wstrząs może zatrzymać ci serce. Studiował medycynę, wiedział, że to prawda... ale w świecie rzeczywistym nie było czasu na wahania. Wskoczył do jeziora i na ułamek sekundy jego serce rzeczywiście zamarło, albo tak mu się przynajmniej zdawało. Oddech ugrzązł mu w gardle i musiał zmusić płuca do nabrania powietrza. Zanurzona w wodzie skóra natychmiast straciła czucie. Wariactwo, pomyślał, ale to twój pomysł, Pancho. Zaczął płynąć za Dekiem.

Dziewczyny spojrzały po sobie. W końcu LaVerne uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

- Jeśli oni mogą, to my też - oznajmiła, zdejmując koszulkę Lacoste, spod której wyłonił się niemal przezroczysty stanik.

- Podobno dziewczyny mają dodatkową warstewkę tłuszczu.

Z tymi słowy przeskoczyła przez płot i popędziła do jeziora, rozpinając spodnie. Po chwili Rachel ruszyła w jej ślady, tak jak Randy pobiegł w ślady Deke'a.
Dziewczyny zjawiły się u nich wczesnym popołudniem - we wtorki żadne z nich nie miało zajęć później niż o pierwszej. Deke dostał właśnie miesięczne stypendium - jeden z absolwentów mających hysia na punkcie futbolu (gracze nazywali ich "aniołami") zadbał o to, by co miesiąc dostawał dwie setki w gotówce - w lodówce ziębiła się skrzynka piwa, a na wysłużonym gramofonie Randy'ego grała nowa płyta Night Ranger. Cała czwórka zaczęła popijać i wkrótce przyjemnie zaszumiało im w głowach. Po jakimś czasie rozmowa zeszła na temat końca długiego babiego lata. W radiu zapowiadano, że we środę spadnie pierwszy śnieg. LaVerne była zdania, iż meteorolodzy przepowiadający śnieżycę w październiku powinni zostać rozstrzelani i wszyscy zgodzili się z jej opinią.

Rachel zauważyła, że kiedy była mała, lato zdawało się trwać wiecznie, teraz jednak, gdy dorosła ("siwa, zgrzybiała, dziewiętnastoletnia staruszka" zażartował Deke, a ona kopnęła go w kostkę), co rok wydaje się krótsze.

- Mam wrażenie, że całe życie spędziłam nad jeziorem Cascade - oznajmiła, wstając i maszerując po zniszczonym kuchennym linoleum w stronę lodówki. Zajrzała do środka, znalazła puszkę niskokalorycznego piwa, ukrytą za stosem niebieskich pojemników na żywność (w środkowym pozostały jeszcze resztki prehistorycznego chili, obecnie pokrytego grubą warstwą pleśni - Randy był dobrym studentem, a Deke świetnym graczem, ale obaj wyróżniali się wybitnym antytalentem w dziedzinie gospodarstwa domowego), i przywłaszczyła ją sobie. - Wciąż pamiętam ten dzień, gdy pierwszy raz zdołałam dopłynąć na tratwę. Siedziałam tam dwie godziny, bo bałam się wrócić.

Usiadła obok Deke'a, który objął ją delikatnie. Uśmiechnęła się na to wspomnienie i Randy pomyślał nagle, że Rachel wygląda jak ktoś sławny, gwiazda czy gwiazdeczka, nie potrafił określić kto. Potem miał sobie przypomnieć w znacznie mniej miłych okolicznościach.

- W końcu mój brat musiał podpłynąć i odholować mnie do brzegu na dętce. Jezu, jaki był wściekły. A ja spiekłam się tak, że byście nie uwierzyli.

- Tratwa wciąż tam jest - mruknął Randy wyłącznie po to, by coś powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że LaVerne znów patrzy na Deke'a. Ostatnio często na niego patrzyła.

Teraz jednak zerknęła na niego.

- Już prawie Halloween, Randy. Plaża w Cascade jest zamknięta od połowy września.

- Ale tratwa pewnie wciąż tam stoi - upierał się Randy. - Jakieś trzy tygodnie temu na zajęciach z geologii poszliśmy na drugi brzeg jeziora i widziałem ją. Wyglądała jak... - wzruszył ramionami - ...skrawek lata, który ktoś zapomniał sprzątnąć i schować w szafie do następnego roku.

Sądził, że go wyśmieją, ale nikt się nie roześmiał - nawet Deke.

- To, że była tam trzy tygodnie temu, nie znaczy, że jest też dzisiaj - nie ustępowała LaVerne.

- Wspomniałem o niej jednemu gościowi. - Randy dopił piwo - Billy'emu DeLoisowi; pamiętasz go, Deke?

Deke przytaknął.

- Grał w drugiej linii, póki nie odniósł kontuzji.

- Chyba tak. W każdym razie on stamtąd pochodzi i twierdzi, że goście, do których należy plaża, nigdy nie ściągają tratwy aż do samych mrozów. To lenie, tak przynajmniej mówił. Śmiał się, że kiedyś w końcu się spóźnią i tratwa utkwi w lodzie.

Umilkł, wspominając widok tratwy zakotwiczonej na jeziorze - kwadrat białego drewna na jaskrawym błękicie jesiennej wody. Przypomniał sobie dobiegający uszu stukot umieszczonych pod nią beczek - głuche puk-puk. Dźwięk był cichy, lecz w nieruchomym powietrzu jego echo niosło się daleko. Słychać było tylko ów odgłos oraz krakanie wron, wykłócających się o resztki pozostałe na nieuprzątniętych grządkach czyjegoś ogrodu.

- Jutro ma padać śnieg. - Rachel wstała w chwili, gdy dłoń Deke'a niemal mimowolnie powędrowała ku jej piersiom. Podeszła do okna i wyjrzała. - Niech to szlag.

- Powiem wam coś - rzucił Randy. - Jedźmy nad jezioro. Popłyniemy na tratwę, pożegnamy się z latem i wrócimy.

Gdyby nie był zdrowo podchmielony, nigdy by o tym nie wspomniał. Z całą pewnością nie oczekiwał też, że ktoś weźmie to sobie do serca. Ale Deke natychmiast podchwycił pomysł.

- Świetnie! Ekstra, Pancho! Naprawdę ekstra! - LaVerne podskoczyła i rozlała piwo. Uśmiechnęła się jednak i uśmiech ten zaniepokoił Randy'ego. - Zróbmy to!

- Deke, odbiło ci. - Rachel także się uśmiechała, lecz w jej uśmiechu kryło się wahanie, lekka obawa.

- Nie, naprawdę zamierzam to zrobić. - Deke chwycił płaszcz i Randy z mieszaniną podniecenia i rezygnacji dostrzegł jego minę - pełną zapału, nieco szaloną. Od trzech lat mieszkali razem - Mięśniak i Mózg, Cisco i Pancho, Batman i Robin - i Randy dobrze wiedział, co to znaczy. Deke nie żartował, zamierzał to zrobić. Decyzja zapadła.

Zapomnij, stary - ja nie idę. Słowa same cisnęły mu się na usta, zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, LaVerne zerwała się z miejsca. Jej oczy lśniły tym samym wesołym szalonym blaskiem (a może to tylko efekt zbyt dużych ilości wypitego piwa?).

- Ja w to wchodzę!

- Zatem ruszajmy. - Deke zerknął na Randy'ego. - Co ty na to, Pancho?

Randy popatrzył na Rachel i dostrzegł w jej oczach błysk rozpaczy. Jeśli o niego chodziło, Deke i LaVerne mogli pojechać razem nad jezioro i całą noc uprawiać pływanie synchroniczne. Nie byłby zachwycony, wiedząc, że rżnęli się jak stado drwali, lecz wcale by go to nie zdziwiło, ale oczy tej dziewczyny, przerażone, niespokojne oczy...



1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna