Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona22/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   49

- Ricky... - zaczął, lecz w tym momencie zjawili się stewardzi ze swoim wózkiem.

- Gotowi? - spytał jeden z nich. Mark przytaknął.

- Tatusiu, boję się - szepnęła Patty. - Czy to będzie bolało?

- Nie, kochanie, oczywiście, że nie. - Jego głos był spokojny, lecz serce biło nieco szybciej, jak zawsze, choć to miał być jego dwudziesty piąty jaunting. - Pójdę pierwszy; zobaczysz, jakie to łatwe.

Steward spojrzał na niego pytająco. Mark skinął głową i uśmiechnął się. Maska opadła. Ujął ją w dłonie i wciągnął w płuca ciemność.


Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł, było czarne, nieubłagane marsjańskie niebo, widoczne poprzez kopułę otaczającą Whitehead City. Na Marsie panowała noc i gwiazdy świeciły ognistym blaskiem, nieznanym na Ziemi.

Potem uświadomił sobie, że w sali wybudzeń wybuchło zamieszanie - pomruki, głosy, wreszcie przenikliwy krzyk. Dobry Boże, to przecież Marilys! - pomyślał i zerwał się z kozetki, walcząc z nagłym zawrotem głowy.

Rozległ się kolejny krzyk i Mark ujrzał biegnących ku nim stewardów. Ich długie jaskrawoczerwone tuniki łopotały wokół kolan. Marilys chwiejnie ruszyła ku niemu, wskazując coś dłonią. Raz jeszcze krzyknęła i osunęła się na podłogę. Próbowała chwycić się pustej kozetki, ta jednak odtoczyła się powoli na bok.

Lecz Mark zdążył już powędrować wzrokiem w stronę, w którą wskazywał palec żony. Zobaczył. Ów błysk w oczach Ricky'ego nie oznaczał strachu, lecz podniecenie. Powinien był wiedzieć, bo znał Ricky'ego - Ricky'ego, który gdy miał zaledwie siedem lat spadł z najwyższej gałęzi drzewa na podworku w Schenectady i złamał sobie rękę (szczęście, że tylko rękę); Ricky'ego, który odważył się pojechać na desce szybciej i dalej niż jakikolwiek inny dzieciak z sąsiedztwa; Ricky'ego, który przyjmował każde wyzwanie. Ricky i strach nie byli zbyt dobrymi przyjaciółmi.

Aż do teraz.

Obok Ricky'ego leżała jego siostra, szczęśliwie wciąż pogrążona we śnie. Istota, która była jego synem, podskakiwała i wiła się na kozetce jauntingowej; dwunastoletni chłopak o śnieżnobiałych włosach i niewiarygodnie starych oczach z pożółkłymi ze starości rogówkami. Oto stwór starszy niż sam czas, udający dziecko, podskakujący i skręcający się z potworną obsceniczną radością; na dźwięk jego zduszonych obłąkańczych chichotów stewardzi cofnęli się przerażeni. Kilku uciekło, choć wszyscy przeszli szkolenie i wiedzieli, co robić, gdyby doszło do równie nieprawdopodobnego przypadku.

Stare-młode nogi podskakiwały i drżały, zakrzywione szponiasto dłonie uderzały i tańczyły w powietrzu. Nagle opadły i stwór, który był jego synem, zaczął rozdzierać nimi własną twarz.

- Dłużej, niż myślisz, tato! - chichotał. - Dłużej, niż myślisz! Wstrzymałem oddech, kiedy podali mi gaz! Chciałem zobaczyć! I zobaczyłem! Widziałem! Widziałem! Dłużej, niż myślisz!

Chichocząca i wrzeszcząca istota na kozetce nagle wydrapała sobie oczy. Trysnęła krew. W całej sali rozbrzmiewały krzyki.

- Dłużej, niż myślisz, tato! Widziałem! Widziałem! Długi jaunting! Dłużej, niż myślisz...

Stwór powiedział jeszcze więcej, nim stewardzi zdołali w końcu go usunąć, odtaczając szybko kozetkę, podczas gdy on wciąż wrzeszczał i dźgał palcami w oczy, które oglądały niewiarygodną wieczność. Powiedział jeszcze inne rzeczy, a potem zaczął krzyczeć, lecz Mark Oates już tego nie słyszał, gdyż w tym czasie sam także już krzyczał.
Przełożyła

Paulina Arbiter


WESELNA CHAŁTURA
W 1927 roku graliśmy jazz w spelunce na południu Morgan w stanie Illinois - mieście leżącym sto czterdzieści kilometrów od Chicago. Było to prawdziwe zadupie - w promieniu czterdziestu kilometrów ani jednego dużego miasta, za to mnóstwo parobków, którzy po upalnym dniu w polu mieli ochotę na coś mocniejszego, i masa przyszłych wielbicielek zespołu prowadzających się ze swoimi chłopakami, domorosłymi kowbojami. Trafiało się też paru żonatych mężczyzn (zawsze się wyróżniają, przyjacielu, zupełnie jakby mieli znaki rozpoznawcze), przybyłych z daleka, by nie spotkać kogoś znajomego, gdy się zabawiają niekoniecznie ze swoją ślubną.

Były to czasy, gdy jazz był jazzem, a nie hałasem. Mieliśmy pięcioosobową kapelę: perkusja, trąbka, puzon, fortepian, kornet - i byliśmy cholernie dobrzy. Ale do nagrania naszej pierwszej płyty i do filmów miało upłynąć jeszcze wiele lat.

Zasuwaliśmy właśnie "Bamboo Bay", kiedy pojawił się ten wielki gość w białym garniturze i z fajką, co miała więcej zakrętasów niż waltornia. Do tego czasu wszyscy byliśmy już trochę zmarnowani, za to publika tak się rozgrzała, że zaczęła roznosić knajpę. Ale myśmy się nie przejmowali, bo przez cały wieczór nikt ani razu nie wyjął kosy. Pot lał się z nas strumieniami, a Tommy Englander, właściciel, bez przerwy dolewał nam gorzały. Englander to był w porządku gość, dobrze się dla niego pracowało i w dodatku lubił naszą muzykę, dzięki czemu miał u mnie plusa wielkiego jak stodoła.

Gość w białym garniturku siadł przy barze i całkiem o nim zapomniałem. Na koniec zagraliśmy "Aunt Hagar's Blues". Ten kawałek to był wtedy hit sezonu, więc dostaliśmy duże brawa. Manny uśmiechał się szeroko, gdyśmy schodzili ze sceny. W knajpie była jedna samotna dziewczyna w zielonej sukni wieczorowej i ta dziewczyna, uważacie, przez cały wieczór robiła do mnie oko. Była ruda, a rude zawsze mnie cholernie kręciły. Dała mi znak głową, więc ruszyłem do niej przez tłum, żeby spytać, czy czasem nie ma ochoty na drinka.

Byłem już w połowie drogi, kiedy facet w białym garniturze zastąpił mi drogę. Z bliska wyglądał na kawał twardziela. Włosy na karku jeżyły mu się jak szczotka, choć śmierdział, jakby wylał sobie na łeb wiadro pomady... i miał dziwne, płaskie i lśniące oczy, takie jak u niektórych ryb morskich.

- Chcę z tobą pogadać na zewnątrz - powiedział. Ruda nadąsała się i odwróciła głowę.

- To może poczekać - ja mu na to. - Puszczaj.

- Nazywam się Scollay. Mike Scollay.

Znałem to nazwisko. Mike Scollay to był taki drobny kanciarz, co zarabiał na łatwe życie, szmuglując gorzałę z Kanady. Taki sport, który się zaczął w kraju, gdzie faceci chodzą w spódniczkach i grają na dudach... jak się na chwilę oderwą od pędzenia samogonu, ma się rozumieć. Parę razy widziałem jego fotkę w gazetach. Ostatnim razem, jak go chciał skasować inny gangster, niejaki Dan.

- Tu nie Chicago - zaznaczyłem.

- Przyprowadziłem paru kolegów, nic się nie martw. Wychodzimy.

Ruda spojrzała na mnie. Wskazałem Scollaya, wzruszając ramionami, Prychnęła i odwróciła się do mnie tyłem.

- No ładnie - powiedziałem. - Patrz, coś narobił.

- W Chicago za centa możesz mieć furmankę takich zdzir.

- Nie chciałem furmanki.

- Wychodzimy.

No to wyszedłem. Po dusznej atmosferze klubu powietrze wydawało się chłodne i słodko pachniało świeżo skoszoną lucerną. Widziałem gwiazdy, migoczące i piękne. Widziałem też oprychów Scollaya, nie aż tak pięknych, choć ich papierosy migotały całkiem jak gwiazdy.

- Mam dla ciebie robotę - odezwał się Scollay.

- A to ci dopiero.

- Daję dwie setki. Podziel się z kapelą albo schowaj dla siebie.

- Co to ma być?

- Występ, a co myślałeś? Moja siostra idzie do ołtarza. Chcę, żebyście zagrali na weselu. Lubi dixieland. Dwaj moi ludzie powiedzieli, że fajnie gracie dixieland.

Mówiłem już, że Englander to był w porządku gość, a płacił nam osiemdziesiąt baksów na tydzień. Ten facet dawał ponad dwa razy więcej za jeden występ.

- W przyszły piątek, od piątej do ósmej - dodał Scollay. - W Domu Synów Irlandii na Grover Street.

- No nie, tego już za wiele. Dlaczego?

- Z dwóch powodów. - Scollay pyknął z fajki; wyglądała zupełnie idiotycznie w tej jego bandyckiej mordzie. Powinien palić jakiegoś peta, może lucky strike green, a może sweet caporal - papierosy dla bandziorów. Z fajką nie wyglądał jak bandzior. Przez tę fajkę wydawał się smutny i śmieszny.

- Z dwóch powodów - powtórzył. - Może słyszałeś, że Grek chciał mnie rozwalić?

- Widziałem zdjęcie w gazetach - odparłem. - Ty byłeś tą ofermą, co się wczołgiwała na chodnik.

- Mądrala - warknął, choć bez prawdziwej urazy. - Robię się dla niego za silny. Grek się starzeje. Nie stać go na rzeczy wielkie. Powinien wrócić do ojczyzny, żeby tam popijać oliwę z oliwek i patrzyć na Pacyfik.

- Chyba raczej Morze Egejskie.

- Może być nawet wodospad Niagara, gówno mnie to obchodzi. Problem w tym, że Grek nie chce być stary. Ciągle usiłuje mnie dopaść. Nie wie, że czasy się zmieniły i kto inny będzie tu rządzić.

- Ty.


- Żebyś wiedział.

- Innymi słowy, dajesz nam dwie setki, bo możemy grać przy akompaniamencie karabinów maszynowych?

Jego twarz wykrzywiła się w grymasie gniewu, lecz było tam jeszcze coś innego. Wtedy nie wiedziałem, co to takiego, ale teraz chyba już wiem. Wydaje mi się, że to był smutek.

- Bracie, mam najlepszych goryli, jakich można kupić. Jeśli jakaś łajza spróbuje się pojawić, nie będzie mieć nawet czasu, żeby się odezwać.

- Więc o co biega?

- Moja siostra wychodzi za Włocha - powiedział cicho.

- Za dobrego katolika, tak jak ty.

Znowu się wściekł i już mi się zdawało, że tym razem przegiąłem.

- Ja jestem Irlandczykiem! Dobrym Irlandczykiem, synu, i lepiej o tym nie zapominaj! - Potem dodał tak cicho, że prawie niedosłyszalnie: - Choć prawie zupełnie wyłysiałem, to i tak jestem rudy.

Chciałem coś powiedzieć, ale mi przerwał. Przyciągnął mnie do siebie i przysunął się tak blisko, że prawie stuknęliśmy się nosami. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś miał na twarzy wyraz takiej wściekłości, upokorzenia, gniewu i determinacji. W tamtych czasach biali nieczęsto mieli takie miny, całkiem jakby nie wiedzieli, co to znaczy cierpieć i czuć się parszywie. Kochać i nienawidzić. Ale owego wieczoru ujrzałem właśnie to na jego twarzy i zrozumiałem, że jak jeszcze parę razy otworzę jadaczkę, będzie mnie można wlewać do trumny przez lejek.

- Ona jest gruba - szepnął, owiewając mi twarz zapachem miętówek. - Bardzo wiele ludzi śmiało się ze mnie za plecami. Ale kiedy stawali przede mną, wcale nie było im wesoło, zapewniam cię, panie trębacz. Może i nie mogła złapać nikogo lepszego niż ten makaroniarz. Tyle tylko, że nie będziecie się śmiać z niej, ze mnie ani z makaroniarza. W ogóle nikt się nie będzie śmiać. Bo będziecie grać głośno jak jasna cholera. Nikt się nie będzie wyśmiewać z mojej siostry.

- Nigdy się nie śmiejemy podczas występów. Za trudno jest dmuchać.

To rozładowało napięcie. Scollay parsknął śmiechem - krótkim, przypominającym szczeknięcie.

- Macie tam być i zacząć grać o piątej. U Synów Irlandii na Grover Street. Zwrócę wam za podróż w obie strony.

To był rozkaz. Wcale nie wiedziałem, czy chcę się na to zdecydować, ale on nie dał mi czasu na dyskusję. Odwrócił się i odszedł, a jeden z goryli otworzył przed nim tylne drzwi packarda coupe.

I odjechali. Postałem trochę, wypaliłem papierosa. Wieczór był piękny i ciepły; stopniowo zaczęłam odnosić wrażenie, że to spotkanie mi się przyśniło. Myślałem właśnie, jak by to było miło, gdyby można było wynieść instrumenty na parking i grać tutaj, gdy Biff trącił mnie w ramię.

- Już pora.

- Dobra.


Weszliśmy do środka. Ruda zdążyła sobie poderwać jakiegoś szpakowatego marynarza, ze dwa razy od niej starszego. Nie mam pojęcia, co facet z marynarki wojennej robił w Illinois, ale skoro ruda nie wiedziała, co dobre, mogła go sobie wziąć na własność, mała strata. Miałem już dobrze w czubie, chciało mi się rzygać, a Scollay wydawał się o wiele bardziej realny tutaj, gdzie opary tego, co sprzedawał on i jemu podobni, były tak gęste, że można by powiesić siekierę.

- Mamy zamówienie na "Camptown Races" - odezwał się Charlie.

- Zapomnij - warknąłem. - Do północy nie gramy piosenek dla czarnuchów.

Widziałem, że Billy-Boy zesztywniał, siadając do fortepianu, lecz po chwili jego twarz znowu była spokojna. Miałem ochotę sobie tak nakopać do tyłka, żeby się aż zakurzyło, ale przecież, do jasnej Anielki, nie można oduczyć się przyzwyczajeń przez jedną noc, rok, a może nawet dziesięć lat. W owych czasach nienawidziłem słowa "czarnuch", choć bez końca je powtarzałem.

Podszedłem do fortepianu.

- Przepraszam, Bill... nie jestem dziś sobą.

- Jasne - mruknął, ale spoglądał gdzieś ponad moim ramieniem i wiedziałem, że przeprosiny nie zostały przyjęte. Było to paskudne uczucie, ale powiem wam, poczułem coś jeszcze gorszego. Zrozumiałem, że Billy się na mnie zawiódł.
Podczas następnej przerwy opowiedziałem chłopakom o chałturze i nie kryłem niczego na temat kasy oraz tego, że Scollay jest bandytą (choć nie wspomniałem o drugim bandycie, który go ścigał). Uprzedziłem ich też, że siostra Scollaya jest gruba, a on nie lubi, żeby o tym wspominać. I że każdy, kto sobie pozwoli na dowcipy o lądowych wielorybach, zarobi dodatkową dziurkę w głowie.

Ciągle popatrywałem na Billy'ego-Boya Williamsa, lecz miał twarz nieprzeniknioną jak kamienna maska. Łatwiej byłoby się domyślić na podstawie zmarszczek na skorupce, co kombinuje orzech włoski. Billy-Boy był naszym najlepszym pianistą i wszyscyśmy mu współczuli z powodu tych małych nieprzyjemności, na jakie się natykał podczas podróży. Oczywiście najgorzej było na południu - wydzielone miejsca w pociągach i tramwajach dla Murzynów, filmy o raju czarnuchów, takie tam rzeczy - choć na północy też nie działo się najlepiej. Ale co niby mogłem zrobić? No? Jak jesteście tacy mądrzy, to mi powiedzcie. W tamtych czasach trzeba było się z tym pogodzić.

Dotarliśmy do Domu Synów Irlandii o czwartej - na godzinę przed przyjęciem. Przyjechaliśmy specjalną furgonetką marki Ford, którą Biff, Manny i ja złożyliśmy własnymi rękami. Skrzynię miała nakrytą plandeką, a w środku znajdowały się dwie prycze, mocno przybite do podłogi. Mieliśmy nawet zasilaną bateriami kuchenkę elektryczną, a na zewnątrz wymalowaliśmy nazwę kapeli.

Dzień był idealny, jak z landszaftu - białe chmurki rzucające cienie na pola. Ale jak tylko wjechaliśmy do miasta, zrobiło się gorąco i jakby lepko, no i cholernie hałaśliwie, od czego się odwyka w takiej dziurze jak Morgan. Zanim dotarliśmy na miejsce, ubranie zaczęło się mi kleić do skóry i chciało mi się do wychodka. Chętnie bym sobie strzelił także małpeczkę samogonu Tommy'ego Englandera.

Dom Synów Irlandii znajdował się w takim wielkim drewnianym budynku blisko kościoła, w którym brała ślub siostra Scollaya. Znacie takie miejsca, jeśli się bawicie w te religijne hocki-klocki: kółko różańcowe we wtorki, bingo w środy i przyjęcie dla dzieci w sobotni wieczór.

No i ruszyliśmy do środka, każdy z instrumentem w jednej ręce i fragmentem perkusji Biffa w drugiej. Jakiś chudy babiszon, płaski jak deska, kierował ruchem w środku sali. Dwaj spoceni goście wieszali bibułkę. Na końcu sali znajdowało się podwyższenie dla kapeli, a nad nim wisiała szarfa z napisem i dwa różowe weselne dzwony z papieru. Na szarfie widniało: "NIECH NAM ŻYJĄ MAUREEN I RICO".

Maureen i Rico. Niech mnie drzwi ścisną, wreszcie zrozumiałem, dlaczego Scollay był taki wkurzony. Maureen i Rico. Ale ubaw.

Chuda ruszyła na nas. Wyglądała tak, jakby miała wiele do powiedzenia, więc od razu spiąłem się do ataku.

- Jesteśmy muzykami - powiedziałem.

- Muzycy? - Obejrzała podejrzliwie nasze instrumenty. - Miałam nadzieję, że to dostawcy przekąsek.

Uśmiechnąłem się, jakby dostawcy zawsze prowadzali się z puzonami i bębnami.

- Możecie... - zaczęła, ale nagle pokazał się jakiś elegancik, mniej więcej dziewiętnastoletni. Z kąta ust zwisał mu papieros, choć coś mi mówiło, że mały nie miał z tego wielkiej radochy, pominąwszy fakt, że od dymu łzawiło mu lewe oko.

- Otwierać - rozkazał.

Charlie i Biff spojrzeli na mnie. Wzruszyłem ramionami. Otworzyliśmy futerały, a mały zaczął oglądać nasze trąbki. Kiedy się przekonał, że nie da się z nich strzelać, poszedł do kąta i usiadł na składanym krzesełku.

- Możecie już ustawić swoje rzeczy - ciągnęła chuda, jakby nie zauważyła, że jej przerwano. - Fortepian stoi w drugim pokoju. Kiedy tylko moi ludzie skończą wieszać dekoracje, przesuną go tutaj.

Biff od razu zabrał się do ustawiania perkusji na małej scenie.

- Myślałam, że to dostawcy - powtórzyła chuda z roztargnieniem. - Pan Scollay zamówił tort, przystawki, pieczeń wołową i...

- Na pewno przyjdą - powiedziałem. - Płacą im od dostawy.

- ...dwie pieczenie wieprzowe, no i kapłona, i będzie wściekły, jeśli... - Spostrzegła, że jeden z pomocników zrobił sobie przerwę i zapalił papierosa tuż pod serpentyną z bibułki. - Henry!!! - wrzasnęła. Facet podskoczył, jakby dostał kulą. Ja uciekłem na estradę.
Za kwadrans piąta wszystko było gotowe. Puzonista Charlie pogrywał sobie z tłumikiem: uaaa, uaaa, a Biff masował nadgarstki. Dostawcy pojawili się o czwartej dwadzieścia i panna Gibson (tak nazywała się ta chuda damulka - dzięki takim imprezom zarabiała na życie) prawie rzuciła się im na szyję.

Ustawiono cztery długie stoły i przykryto je białymi obrusami. Cztery czarne kobiety w białych czepeczkach i fartuszkach zaczęły ustawiać krzesła. Tort postawiono na środku sali, żeby wszyscy go sobie dobrze obejrzeli. Był sześciopiętrowy, z małą parą nowożeńców na czubku.

Wyszedłem na dwór na papierosa i nie zdążyłem go nawet wypalić do połowy, kiedy nagle ich usłyszałem. Jechali, rycząc klaksonami i wrzeszcząc. Stałem spokojnie, aż wreszcie zobaczyłem, jak pierwszy samochód wyłania się zza rogu budynku. Wtedy zgniotłem peta i wróciłem do środka.

- Już są - powiadomiłem pannę Gibson.

Od razu pobladła jak prześcieradło i się zachwiała. Ta kobieta powinna wybrać sobie inne zajęcie - może dekorowanie wnętrz albo bibliotekarstwo.

- Sok pomidorowy! - krzyknęła. - Przynieście sok pomidorowy!

Wróciłem na estradę i zaczęliśmy czekać w pogotowiu. Już miewaliśmy takie chałtury - jak każda kapela - i kiedy drzwi się otworzyły, z miejsca zasunęliśmy ragtime'ową wersję marsza weselnego, do której osobiście zrobiłem aranżację. Jeśli wam się wydaje, że brzmiało to po fajansiarsku, no to muszę przyznać, że macie rację, ale na weselach ludzie przeważnie kupują taki kit, a tutaj nie było inaczej. Wszyscy bili brawo, gwizdali i darli się niemiłosiernie, a potem zaczęli uderzać w gaz. Po tym, jak sobie przytupywali pod stołami poznałem, że dobrze nam idzie. Podobało im się; pomyślałem, że to będzie fajna chałtura. Wiem, co ludzie gadają o Irlandczykach i w większości to sama prawda, ale niech mnie diabli! Oni to się potrafią bawić, jak już się do tego zabiorą!

No i dobrze. Zagraliśmy prawie cały numer, zanim wreszcie pojawiła się młoda para. Scollay, ubrany w jasną marynarkę i prążkowane spodnie, rzucił mi paskudne spojrzenie i przeszły mnie ciarki. Ale zachowałem kamienną twarz, chłopaki też się opanowały - żaden nie zmylił taktu. Nasze szczęście. Goście weselni, przeważnie sami goryle Scollaya i ich laleczki, też wiedzieli, o co chodzi. Musieli wiedzieć, jeśli byli w kościele. Ale ja słyszałem jedynie odległe grzmoty, by tak powiedzieć.

Pewnieście słyszeli o Jacku Spratcie i jego żonie. Ta impreza była ze sto razy gorsza. Siostra Scollaya miała więcej rudych włosów niż on, a były one długie i kędzierzawe. Ale nie miały tego ładnego kasztanowego odcienia, który pewnie sobie wyobrażacie. O, co to, to nie - były pomarańczowe jak marchewka i skręcone jak sprężynki. Skórę miała białą jak mleko, tyle tylko, że trudno to było poznać przez piegi. Scollay mówił, że jest gruba? Chłopie, to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że w Nowym Jorku mieszka parę osób. To był normalny dinozaur - ze sto pięćdziesiąt kilo jak w pysk dał. Sadło poszło jej w piersi, biodra, tyłek i uda, tak jak zwykle grubych dziewczyn, więc to, co powinno być seksowne, zrobiło się przerażające i groteskowe. Niektóre tłuste dziewczyny mają żałośnie ładne buzie, ale siostrunię Scollaya i to ominęło. Jej oczy były zbyt blisko siebie, usta za szerokie, a uszy odstające. No i wszędzie te piegi. Nawet bez sadła byłaby tak brzydka, że ptaki by spadały w locie - całymi stadami.

Ale to wszystko nie wystarczyłoby, żeby ktoś się z niej śmiał, chyba żeby był głupi albo podły. Dopiero gdy do tego obrazka dodało się pana młodego - Rico - można się było obśmiać do łez. Nawet w cylindrze nie dosięgał jej do ramienia. Na moje oko mógł ważyć góra czterdzieści pięć kilo, w ubraniu i butach. Był chudy jak żerdź i bardzo smagły. Kiedy się uśmiechnął nerwowo, odsłonił zęby rzadkie jak sztachety.

A myśmy grali.

Scollay ryknął:

- Szczęść Boże młodej parze!

Jego srogie spojrzenie mówiło: "Jeśli Bóg im nie da szczęścia, to wy na pewno - przynajmniej dzisiaj".

Wszyscy zaczęli krzyczeć i bić brawo. Zakończyliśmy numer z przytupem; oklaski zerwały się znowu. Maureen, siostra Scollaya, uśmiechnęła się. Jezu, ależ miała wielkie te usta. Rico zrobił głupią minę.

Przez jakiś czas goście chodzili, jedli ser i kanapki z wędliną i pili najlepszą szkocką Scollaya. Ja też strzeliłem sobie ze trzy lufy między numerami i musiałem przyznać, że samogon Tommy'ego Englandera w ogóle się nie umywał.

Scollay zaczął wyglądać ciut weselej - bez przesady, ale zawsze. Podszedł raz do estrady i powiedział:

- Całkiem nieźle gracie, chłopaki.

W ustach takiego miłośnika muzyki był to prawdziwy komplement.

Tuż przed głównym posiłkiem podeszła do nas sama Maureen. Z bliska była jeszcze brzydsza, a w ślubnej sukni (wyszło na nią tyle białego atłasu, że starczyłoby na trzy komplety pościeli) wcale nie wyglądała powabnie. Spytała, czy możemy zagrać "Róże Pikardii", tak jak Red Nichols i Jego Pięć Groszy, ponieważ, powiedziała, to jest jej najukochańsza piosenka. Może i była gruba, za to nie zadzierała nosa jak te ofermy, co zamawiały u nas kawałki. Zagraliśmy, choć nie za dobrze. Ale i tak posłała w naszą stronę słodki uśmiech, przez który prawie zrobiła się ładna, i biła nam brawo.

Do stołu wszyscy usiedli kwadrans po szóstej; pomocnicy panny Gibson wtoczyli żarcie. Goście rzucili się na nie jak zwierzęta, co właściwie wcale nie było dziwne. Ja nie mogłem oderwać oczu od Maureen, która zaczęła wtrajać. Raz po raz odwracałem głowę w inną stronę, jednak po chwili musiałem choć zerknąć, jakby moje oczy chciały się upewnić, że naprawdę widzą to, co widzą. Wszyscy rąbali jak maszyny, ale przy tej dziewczynie najgorsi bandyci wyglądali jak starsze panie na herbatce. Maureen nie miała już czasu na słodkie uśmiechy i "Róże Pikardii"; można by przed nią postawić tablicę "Kobieta pracująca". Widelec i nóż nie były jej potrzebne, bardziej by się przydała łopata i pas transmisyjny. Żałość brała patrzeć. A Rico (któremu nad stołem widać było tylko głowę o brązowych oczach, płochliwych jak u sarny) podawał jej talerze i bez końca uśmiechał się nerwowo.

Na czas krojenia tortu zrobiliśmy sobie dwadzieścia minut przerwy. Sama panna Gibson przygotowała nam poczęstunek w kuchni, rozpalonej jak piekło od tych wszystkich piecyków. Jakoś nie mieliśmy apetytu. Impreza zaczęła się fajnie, ale teraz coś się zaczęło psuć. Świadczyły o tym miny chłopaków... i nawet panny Gibson.

Kiedy wróciliśmy na estradę, wszyscy już uderzali w gaz na potęgę. Chłopy wielkie jak bawoły łaziły chwiejnym krokiem po sali i szczerzyły się w głupich uśmiechach albo gromadziły się w kątach nad zakładami wyścigowymi. Parę osób chciało tańczyć charlestona, więc zagraliśmy im "Aunt Hagar's Blues" (te wieśniaki to łyknęły), "I'm Gonna Charleston Back to Charleston" i parę innych numerów. Jazzowy elementarz. Laleczki skakały po parkiecie, błyskały pończochami zrolowanymi w obwarzanki i wymachiwały paluszkami, wrzeszcząc "la di da o da". Na ten dźwięk po dziś dzień chce mi się rzygać. Zaczęło się ściemniać. Z jakiegoś okna zsunęła się siatka na owady i do środka wpadły chmary ciem, trzepoczących wokół żarówek. A kapela, tak jak w piosence, grała dalej. Państwo młodzi stali w kącie - chyba żadne nie miało ochoty wymknąć się wcześniej - w zupełnym zapomnieniu. Nawet Scollay o nich nie pamiętał. Był już nieźle naprany.

Zbliżała się ósma, kiedy pojawił się ten mały facecik. Od razu go zauważyłem, bo był trzeźwy i przerażony - przerażony jak ślepy kot na podwórzu pełnym psów. Podszedł do Scollaya, który rozmawiał z jakąś lafiryndą tuż przy estradzie, i dotknął jego ramienia. Scollay się odwrócił; słyszałem wyraźnie każde słowo. Wierzcie mi, żałuję tego.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna