Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona21/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   17   18   19   20   21   22   23   24   ...   49

Carune wyciągnął mysz z powrotem. Tym razem nie wpadła w katatonię; przeciwnie, ugryzła go aż do krwi w skórę między kciukiem a palcem wskazującym. Wrzucił ją pospiesznie z powrotem do pudełka POCHODZĘ Z KRÓLESTWA ZWIERZĄT STACKPOLE'A i sięgnął do apteczki po butelkę wody utlenionej, by zdezynfekować rankę.

Zakleił ją plastrem i po krótkich poszukiwaniach znalazł parę grubych roboczych rękawic. Czuł, że czas płynie coraz szybciej i szybciej. Była druga jedenaście.

Wydobył kolejną mysz i wepchnął ją w portal tyłem naprzód, aż do końca. Ruszył pospiesznie do portalu numer dwa. Ta mysz żyła jeszcze niemal dwie minuty; zdołała nawet przejść kawałek. No, może "przejść" to zbyt mocno powiedziane. Przeczołgała się chwiejnie na drugą stronę skrzynki po pomarańczach, upadła na bok, powoli dźwignęła się i przycupnęła w miejscu. Carune pstryknął palcami tuż obok jej głowy i zwierzątko znów ruszyło naprzód. Zrobiło może cztery kroki, po czym znów upadło. Jego boki unosiły się coraz słabiej, wolniej, aż wreszcie znieruchomiały. Nie żyła.

Carune poczuł nagły dreszcz.

Wrócił, wyjął następną mysz i przepchnął ją do połowy głową naprzód. Zobaczył, jak pojawia się po drugiej stronie, sama głowa... potem szyja i klatka piersiowa. Ostrożnie zwolnił uchwyt wokół tułowia myszki, gotów schwycić ją, gdyby się szarpnęła. Ale tego nie zrobiła. Stała jedynie bez ruchu, pół ciała po jednej stronie stodoły, drugie pół po drugiej.

Carune podbiegł do portalu numer dwa.

Mysz żyła, lecz jej różowe oczy były szkliste i zamglone, a wąsiki się nie poruszały. Obchodząc portal, Carune dostrzegł zdumiewający widok. Tak jak wcześniej ołówek, widział teraz przekrój myszy; kręgi maleńkiego kręgosłupa; urywający się gwałtownie szereg małych okrągłych kół, krew krążącą w żyłach, tkanki poruszające się łagodnie w rytm przypływów i odpływów życia. Z całą pewnością, pomyślał (i napisał później w swoim artykule do "Popular Mechanics") jego urządzenie mogłoby stać się cudownym narzędziem diagnostycznym.

Nagle zauważył, że regularny ruch tkanek ustał. Mysz zdechła.

Carune wyciągnął ją za pyszczek (dotyk zwierzęcia był dziwnie niemiły) i wrzucił do papierowej torby obok towarzyszek. Dość już białych myszy, uznał. Mysz zdychają. Zdychają jeśli prześle się je całe, a także jeżeli wepchnie się do połowy głową naprzód. Wsunięte tyłem naprzód pozostają żwawe.

Co tam, do diabła, jest?

Wrażenia zmysłowe, rzucił na chybił trafił. Podczas przesyłania coś widzą - słyszą, czegoś dotykają - Boże, może nawet czują zapach - coś, co je zabija. Ale co?

Nie miał pojęcia, ale zamierzał się przekonać.

Carune wciąż dysponował niemal czterdziestoma minutami, nim COMLINK. odbierze mu dostęp do baz danych. Pospiesznie odkręcił przytwierdzony do ściany obok drzwi kuchennych termometr, pobiegł truchtem do stodoły i wsunął go w portal. Na wejściu termometr wskazywał 83 stopnie Fahrenheita, na wyjściu także 83 stopnie. Carune pogrzebał w składziku, w którym przechowywał też kilka zabawek wnucząt. Wśród nich znalazł paczkę balonów. Nadmuchał jeden z nich, związał i wrzucił w portal. Balonik wynurzył się po drugiej stronie nietknięty - pierwsza wskazówka zadająca kłam teorii o nagłej zmianie ciśnienia wywoływanej przez proces, który w myślach zwał już jauntingiem.

Na pięć minut przed upływem magicznej godziny wbiegł do domu, chwycił akwarium ze złotymi rybkami (wewnątrz, Percy i Patrick wymachiwali ogonami i krążyli, wyraźnie zaniepokojeni) i popędził do stodoły. Błyskawicznie wepchnął akwarium w portal numer jeden.

Podbiegł do portalu numer dwa; akwarium stało na skrzynce. Patrick unosił się w nim brzuchem do góry. Percy krążył wolno tuż nad dnem, jakby oszołomiony. Chwilę później on także wypłynął do góry brzuchem. Carune sięgał właśnie po akwarium, gdy ogon Percy'ego drgnął lekko. Po chwili rybka znów zaczęła niemrawo pływać, powoli otrząsając się z efektu przesłania. Gdy Carune wrócił z kliniki weterynaryjnej Mosconiego o dziewiątej tegoż wieczoru, Percy wyglądał równie zdrowo jak zawsze.

Patrick nie żył.

Carune poczęstował Percy'ego podwójną porcją jedzenia dla rybek, a Patrickowi wyprawił godny bohatera pogrzeb w ogrodzie.

Gdy komputer odciął połączenie, Carune postanowił zabrać się stopem do Mosconiego. I tak, za kwadrans czwarta stanął na poboczu drogi numer dwadzieścia sześć, odziany w dżinsy i sportowy płaszcz w jaskrawą kratę, wystawiając kciuk. W drugiej ręce trzymał papierową torbę.

Po dłuższym czasie jakiś dzieciak jadący chevroletem nie większym od puszki sardynek zatrzymał się i Carune wsiadł do środka.

- Co masz w tej torbie, człowieku?

- Kilka zdechłych myszy - odparł fizyk. W końcu udało mu się zatrzymać kolejny wóz. Gdy siedzący za kółkiem farmer spytał o torbę, Carune odparł, że trzyma w niej kanapki.

Mosconi na miejscu przeprowadził sekcję jednej myszy. Obiecał, że resztę załatwi później i przekaże wyniki przez telefon. Pierwsza sekcja nie wyglądała obiecująco. Z tego, co dostrzegł weterynarz, mysz, którą rozciął, była idealnie zdrowa - poza faktem, że nie żyła.

Przygnębiające...
- Victor Carune był ekscentrykiem, ale z pewnością nie głupcem - ciągnął Mark. Stewardzi zbliżali się do nich i wiedział, że powinni się pospieszyć... albo będzie musiał dokończyć swą opowieść w wybudzalni, w Whitehead City. - Tego wieczoru, wracając do domu autostopem - a legenda głosi, że większą część drogi pokonał pieszo - uświadomił sobie, iż za jednym zamachem rozwiązał jedną trzecią kryzysu energetycznego. Wszystkie towary transportowane dotąd pociągami, ciężarówkami, łodziami i samolotami mogły być jauntowane. Każdy mógł napisać list do przyjaciela w Londynie, Rzymie czy Senegalu, a adresat otrzymałby go następnego dnia, beż zużycia nawet grama paliwa. Dziś uważamy to za coś oczywistego, ale wierzcie mi, dla Carune'a był to przełom. A także dla wszystkich innych.

- Ale co się stało z myszami, tato? - powtórzył Rick.

- To samo pytanie zadawał sobie Carune - wyjaśnił Mark - bo uświadomił sobie także, że gdyby ludzie mogli się jauntować, rozwiązałoby to niemal cały problem energetyczny, moglibyśmy też podbić kosmos. W swoim artykule z "Popular Mechanics" pisał, że jaunting pozwoliłby nam zdobyć nawet gwiazdy. Użył przy tym porównania do człowieka przekraczającego płytki strumień bez moczenia sobie stóp. Należy po prostu znaleźć duży kamień, wrzucić go do strumienia, znaleźć następny, stanąć na pierwszym, wrzucić tamten do strumienia, wrócić, znaleźć trzeci, wrócić na drugi kamień, wrzucić trzeci i tak dalej, póki nie zbuduje się ścieżki wiodącej na drugi brzeg... czy też, w tym przypadku, na drugą stronę Układu Słonecznego, może nawet Galaktyki.

- Nic z tego nie rozumiem - burknęła Patty.

- To dlatego że zamiast mózgu masz kozie bobki - powiedział Ricky wyraźnie zadowolony z siebie.

- Nieprawda. Tato, Ricky mówi...

- Dzieci, przestańcie - upomniała łagodnie Marilys.

- Carune praktycznie przewidział to, co się stało - ciągnął Mark. - Bezzałogowe rakiety, zaprogramowane tak, by lądować najpierw na Księżycu, potem na Marsie, Wenus, zewnętrznych księżycach Jowisza, i roboty mające do wykonania tylko jedno zadanie...

- Zbudować stację jauntingową dla astronautów - dokończył Ricky.

Mark przytaknął.

- I dziś mamy placówki naukowe w całym Układzie Słonecznym. Może kiedyś, wiele lat po naszej śmierci, zdobędziemy następną planetę. Statki jauntingowe zmierzają do czterech różnych gwiazd, mających własne układy planet... Ale minie naprawdę dużo czasu, nim tam dotrą.

- Chcę wiedzieć, co się stało z myszami - wtrąciła niecierpliwie Patty.

- W końcu rząd dowiedział się o wszystkim - podjął opowieść Mark. - Carune opóźniał ten moment, jak tylko mógł, lecz wreszcie zwęszyli sprawę i zwalili się na niego całą kupą. Aż do śmierci, w dziesięć lat później, Carune pozostał nominalnym szefem projektu jauntingowego, w istocie jednak nigdy już nim nie kierował.

- Biedak - wtrącił Ricky.

- Ale został bohaterem - zaprotestowała Patricia. - Jest we wszystkich podręcznikach do historii, tak jak prezydent Lincoln i prezydent Hart.

Z pewnością to dla niego wielka pociecha... gdziekolwiek jest, pomyślał Mark i kontynuował swą opowieść, starannie pomijając co drażliwsze kwestie.


Rząd, przyciśnięty do muru przez narastający kryzys energetyczny, istotnie zwalił się na niego całą kupą. Chcieli, by jaunting jak najszybciej zaczął zarabiać - najlepiej już wczoraj. W obliczu chaosu gospodarczego i narastającego prawdopodobieństwa anarchii i klęski głodu w latach dziewięćdziesiątych, jedynie z najwyższym trudem dali się przekonać, by odłożyć ogłoszenie nowego odkrycia do czasu wykonania pełnej analizy spektrograficznej jauntowanych przedmiotów. Gdy analizy zakończono i nie wykryto żadnych zmian w przesłanych obiektach, władze z wielkim międzynarodowym hukiem ogłosiły istnienie jauntingu. Choć raz wykazując się inteligencją (ostatecznie potrzeba to matka wynalazków), rząd zaangażował agencję Young and Rubicam, aby zajęła się PR-em.

Wówczas właśnie rozpoczęło się tworzenie mitu wokół postaci Victora Carune'a, starszego dziwaka, który brał prysznic najwyżej dwa razy w tygodniu i zmieniał ubranie tylko wtedy, gdy przyszła mu na to ochota. Young and Rubicam oraz kolejne agencje zrobiły z niego połączenie Thomasa Edisona, Eliego Whitneya, Pecos Billa i Flasha Gordona. Najzabawniejsze - choć nieco makabryczne - było to (Mark Oates nie powtórzył tej części opowieści swojej rodzinie), że Victor Carune mógł już nawet nie żyć albo popaść w obłęd; podobno sztuka naśladuje życie, a Carune z pewnością znał powieść Roberta Heinleina, traktującą o sobowtórach zastępujących znane osoby podczas publicznych wystąpień.

Victor Carune stanowił problem; irytujący problem, którego nie dało się rozwiązać. Był wyszczekaną zawadą na drodze postępu, reliktem Ekologicznych Lat Sześćdziesiątych - czasów, gdy świat wciąż miał dość energii, by można było stawać na drodze postępu. Jednakże w Paskudnych Latach Osiemdziesiątych chmury pyłu węglowego zasnuły niebo, a spory fragment kalifornijskiego wybrzeża lada moment miano uznać za nienadający się do zamieszkania z powodu odpadów promieniotwórczych.

Victor Carune pozostał problemem mniej więcej do roku 1991. Potem stał się tylko symbolem, uśmiechniętą, spokojną, pełną godności postacią, która na kronikach machała ręką z trybun do tłumów. W 1993 roku, trzy lata przed swą oficjalna śmiercią, jechał nawet pierwszym wozem podczas Parady Róż.

Dziwne. I nieco złowieszcze.

Ogłoszenie istnienia jauntingu - działającej teleportacji - dziewiętnastego października 1988 roku wywołało ogólnoświatowe podniecenie i zamęt gospodarczy. Kurs starego sponiewieranego amerykańskiego dolara osiągnął zawrotne wyżyny. Ludzie, którzy jeszcze niedawno kupowali złoto po osiemset sześć dolarów za uncję, odkryli nagle, iż obecnie za funt tego metalu otrzymają niecałe tysiąc dwieście dolarów. W ciągu roku pomiędzy ogłoszeniem istnienia jauntingu i zbudowaniem pierwszych stacji jauntingowych w Nowym Jorku i Los Angeles, indeks giełdowy wzrósł do ponad tysiąca punktów. Cena ropy spadła zaledwie o siedemdziesiąt centów za baryłkę, lecz w roku 1994, gdy stacje jauntingowe wyrosły w siedemdziesięciu głównych miastach USA, OPEC przestała istnieć, a cena ropy zaczęła spadać. W 1998 roku, kiedy stacje stworzono już w większości miast wolnego świata, a transport towarów pomiędzy Tokio i Paryżem, Paryżem i Londynem, Londynem i Nowym Jorkiem, Nowym Jorkiem i Berlinem odbywał się wyłącznie tą drogą, ropa kosztowała już tylko czternaście dolarów za baryłkę. W roku 2006, gdy ludzie zaczęli wreszcie korzystać z jauntingu na wielką skalę, giełda zatrzymała się na poziomie o pięć tysięcy punktów wyższym niż w roku 1987, ropa kosztowała sześć dolarów za baryłkę, a koncerny naftowe zaczęły zmieniać nazwy. Texaco przekształciło się w Texaco Oil/Water, a Mobil w Mobil Hydro-2-Ox.

Do roku 2045 woda stała się najbardziej poszukiwanym bogactwem, a ropa z powrotem tym, czym była w 1906 roku - ciekawostką.
- Co się stało z myszami, tato? - dopytywała się niecierpliwie Patty. - Co się stało z myszami?

Mark uznał, że teraz już może to zrobić i pokazał dzieciom stewardów, aplikujących pasażerom gaz zaledwie trzy rzędy od nich. Rick jedynie przytaknął, lecz na twarzy Patty odbił się niepokój, gdy kobieta o modnie wygolonej i pomalowanej głowie pociągnęła haust gazu z gumowej maski i straciła przytomność.

- Nie można się jauntować, kiedy jest się przytomnym, prawda, tato? - spytał Rick.

Mark przytaknął i uśmiechnął się pocieszająco do Patricii.

- Carune zrozumiał to na długo przed rządem - rzekł.

- Skąd rząd w ogóle się dowiedział, Mark? - chciała wiedzieć Marilys.

Jej mąż wciąż się uśmiechał.

- Czas komputerowy - rzekł. - Baza danych. To była jedyna rzecz, której Carune nie mógł pożyczyć, wyżebrać ani ukraść. Komputer zajmował się transmisją cząsteczkową - kontrolował miliardy informacji. Do dziś dnia komputer pilnuje, abyś nie wylądowała u celu z głową pośrodku brzucha. Marilys zadrżała.

- Nie bój się - rzekł. - Nigdy nie doszło do czegoś takiego, Mare. Nigdy.

- Zawsze musi być pierwszy raz - wymamrotała. Mark spojrzał na Ricky'ego.

- Skąd wiedział? - spytał syna. - Skąd Carune wiedział, że trzeba zasnąć?

- Kiedy wsuwał myszy tyłem - zaczął powoli Rick - nic im się nie stało. Przynajmniej póki nie przepchnął ich całych. Tylko kiedy wsuwał je głową naprzód, były... no, zmienione. Zgadza się?

- Zgadza - odparł Mark. Stewardzi zbliżali się, popychając przed sobą milczący wózek snu. Nie starczy mu czasu na dokończenie opowieści. Może i dobrze. - Nie trzeba było wielu eksperymentów, by wyjaśnić, co się stało. Jaunting zniszczył cały przemysł transportowy, ale przynajmniej pozwoliło to naukowcom w spokoju prowadzić doświadczenia...

Owszem, znów można było stawać na drodze postępu i badania trwały ponad dwadzieścia lat, choć już pierwsze próby Carune'a z uśpionymi myszami przekonały go, że nieprzytomne zwierzęta nie odczuwają skutków tego, co on nazwał efektem organicznym, a co później ochrzczono mianem efektu jauntingowego.

Wraz z Mosconim uśpili kilka myszy, spuścili je przez portal numer jeden, odebrali z drugiej strony i czekali niecierpliwie, aby zwierzęta obudziły się... bądź umarły. Myszy obudziły się i po krótkim czasie podjęły na nowo swe przerwane mysie życia - jadły, kopulowały, bawiły się, wydalały - bez najmniejszych złych skutków. Myszy te stały się pierwszym pokoleniem starannie badanych zwierząt. Nie wykryto u nich żadnych skutków długofalowych; nie umierały wcześniej, w ich miotach nie zaobserwowano potomstwa o dwóch głowach albo zielonym futrze, a u małych także nie ujawniły się żadne skutki uboczne.

- Kiedy zaczęli z ludźmi, tato? - spytał Rick, choć z pewnością czytał o tym w szkole. - Opowiedz nam o tym.

- Chcę wiedzieć, co się stało z myszami - upierała się Patty.

Choć stewardzi dotarli już do początku ich rzędu (oni sami leżeli prawie przy końcu), Mark Oates przez moment milczał, zatopiony w myślach. Jego córka, która wiedziała znacznie mniej, wiedziona głosem serca, zadała jednak najważniejsze pytanie. Postanowił zatem odpowiedzieć na pytanie syna.


Pierwszymi jauntującymi ludźmi nie zostali astronauci ani piloci oblatywacze, lecz więźniowie, ochotnicy, których nie sprawdzono nawet pod kątem stabilności psychologicznej. W istocie kierujący doświadczeniami naukowcy (Carune nie był jednym z nich; w owych czasach stał się już tylko szefem tytularnym) uważali, że im większych świrów dostaną, tym lepiej. Jeśli psychol zdoła przetrwać bez żadnych szkód - a przynajmniej nie w gorszym stanie niż wcześniej - proces zapewne będzie bezpieczny dla dyrektorów, polityków i modelek tego świata. Pół tuzina ochotników przywieziono do Province w stanie Vermont (ośrodka, który później zyskał sławę porównywalną z Kitty Hawk w Karolinie Północnej). Tam podano im gaz i przepuszczono po kolei przez portale, oddalone od siebie o trzy kilometry.

Mark opowiedział o tym dzieciom, bo rzecz jasna cała szóstka ochotników dokonała jauntingu cało i zdrowo, piękne dzięki. Nie opowiedział im natomiast o domniemanym siódmym ochotniku. Ta postać, może prawdziwa, może zmyślona, albo (co najbardziej prawdopodobne) stanowiąca połączenie prawdy i mitu, miała nawet nazwisko: Foggia. Rudy Foggia był ponoć mordercą skazanym na śmierć przez sąd stanu Floryda za zabicie czworga staruszków podczas partyjki brydża w Sarasota. Według legendy, połączone siły Centralnej Agencji Wywiadowczej i Ef Bi Aj zwróciły się do Foggii z wyjątkową, jednorazową, niepowtarzalną, absolutnie precedensową ofertą. Dokona jauntingu bez usypiania. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dostanie do ręki ułaskawienie, podpisane przez gubernatora Thurgooda i może odejść wolno, aby podążać drogą Świętego Krzyża, albo załatwić jeszcze kilku grających w brydża staruszków. Jeśli skończy martwy bądź obłąkany, trudno. Sutek nie cudek, jak ponoć powiedziała kotka. Co on na to?

Foggia, który zdawał sobie sprawę, że Floryda to jedyny stan traktujący karę śmierci bardzo serio, i którego prawnik poinformował, że jest pierwszy w kolejce do podłączenia do baterii, zgodził się.

Owego Wielkiego Dnia latem 2007 roku eksperyment obserwowało dosyć naukowców, by zapełnić ławę przysięgłych (z czterema czy pięcioma kandydatami zapasowymi). Lecz jeśli historia Foggii była prawdziwa, a Mark Oates wierzył, że tak, poważnie wątpił, by to któryś z nich zaczął mówić. Raczej jeden ze strażników, którzy przylecieli z Foggią z Raiford do Montpelier, a potem odeskortowali go do Province w pancernej furgonetce.

- Jeśli wyjdę z tego żywy - powiedział ponoć Foggią - zanim was pożegnam, chcę dostać na obiad kurczaka.

Następnie wkroczył w portal numer jeden i natychmiast pojawił się w portalu numer dwa.

Lecz choć wyszedł żywy, Rudy Foggią nie był już w stanie zjeść żadnego kurczaka. W czasie potrzebnym do jauntingu na odległość trzech kilometrów (komputer oszacował go na 0,000 000 000 67 sekundy) włosy Foggii kompletnie posiwiały. Jego twarz nie zmieniła się - nie pojawiły się obwisłe policzki, chudość czy zmarszczki - sprawiała jednak wrażenie bardzo, niewiarygodnie starej. Foggią chwiejnie wydostał się z portalu, tępo wybałuszając oczy. Jego ustami poruszał tik, ręce wysuwał wprost przed siebie. Nagle zaczął się ślinić. Zgromadzeni wokół w naukowcy cofnęli się i nie, Mark naprawdę wątpił, by któryś z nich powiedział o tym komukolwiek. Ostatecznie wiedzieli o szczurach, świnkach morskich i chomikach, o wszystkich zwierzętach mających mózg bardziej skomplikowany niż przeciętny płaziniec. Musieli czuć się trochę jak niemieccy eksperymentatorzy, próbujący zapłodnić Żydówki spermą owczarków alzackich.

- Co się stało? - krzyknął (podobno) jeden z naukowców. Było to jedyne pytanie, na jakie Foggią zdążył odpowiedzieć.

- Tam jest wieczność - rzekł i runął martwy, powalony, jak to później stwierdzono, rozległym zawałem serca.

Zgromadzonym w bazie naukowcom pozostał tylko trup (którym natychmiast zajęły się CIA i Ef Bi Aj) oraz dziwne, straszliwe ostatnie słowa: "Tam jest wieczność".


- Tatusiu, chcę wiedzieć, co się stało z myszami - powtórzyła Patty. Mogła o to spytać tylko dlatego, że mężczyzna w drogim garniturze i superbłyszczących butach okazał się pewnym problemem dla stewardów. Tak naprawdę wcale nie miał ochoty odetchnąć gazem i ukrywał to, udając twardziela i zadając mnóstwo pytań. Stewardzi starali się robić swoje - uśmiechali się, przekonywali, zachęcali - ale zabrało to trochę czasu.

Mark westchnął. Sam poruszył ten temat - owszem, wyłącznie po to, by odwrócić uwagę dzieci od przedjauntingowych obrzędów, ale jednak sam zaczął - toteż uznał, że powinien zamknąć go możliwie blisko prawdy, tak aby nie przestraszyć ich ani nie zaniepokoić.

Toteż na przykład nie powiedział im o książce C.K. Summersa "Polityka jauntingu", zawierającej rozdział zatytułowany "Druga twarz jauntingu" - istne kompendium bardziej wiarygodnych pogłosek. Rzecz jasna znalazła się w nim historia Rudy'ego Foggii, tego od zabójstw brydżystów i niezjedzonego kurczaka na obiad, a także historie trzydziestu (może było ich więcej, może mniej, kto to wie) innych ochotników, kozłów ofiarnych bądź szaleńców, którzy przez ostatnich trzysta lat dokonali jauntingu bez usypiania. Większość z nich przybyła na miejsce martwa, reszta - beznadziejnie obłąkana. W niektórych przypadkach sam akt wyjścia wystarczył, by wywołać wstrząs prowadzący do śmierci.

Wśród pogłosek i apokryficznych historii o jauntingu Summers zamieścił także inne niepokojące wzmianki. Najwyraźniej jauntingu użyto kilka razy jako narzędzia mordu. W najsłynniejszym (i jedynym udokumentowanym) przypadku zaledwie sprzed trzydziestu lat, badacz jauntingu Lester Michaelson związał żonę pleksiplastową skakanką, należącą do córeczki, i wepchnął wrzeszczącą w portal jauntingowy w Silver City w Nevadzie. Zanim jednak to zrobił, nacisnął przycisk "zero" na konsoli, wykasowując co do jednego setki tysięcy możliwych portali, przez które mogłaby wynurzyć się pani Michaelson - od pobliskiego Reno, po doświadczalną stację jauntingową na Io, jednym z księżyców Jowisza. Gdzieś tam w ozonie, pani Michaelson wciąż jauntowała bez końca. Adwokat Michaelsona, po tym, jak jego klienta uznano za zdrowego na umyśle i zdolnego odpowiadać przed sądem (wedle wąskich definicji prawnych może i pozostawał zdrowy, lecz w każdym sensie praktycznym Lester Michaelson był równie szalony jak Kapelusznik), przedstawił nowatorską linię obrony: jego klienta nie można sądzić za morderstwo, ponieważ nikt nie potrafi dowieść z całą pewnością, że pani Michaelson nie żyje.

Straszliwa wizja kobiety, bezcielesnej, lecz wciąż świadomej, krzyczącej w otchłani - na wieki - wystarczyła. Michaelson został skazany i stracony.

Summers sugerował także, że jaunting wykorzystywany był przez przeróżnych drobnych dyktatorów do eliminowania dysydentów i przeciwników politycznych; niektórzy sądzili, iż mafia dysponuje własnymi nielegalnymi stacjami jauntingowymi, podłączonymi do centralnego komputera kontrolnego poprzez ich kontakty w CIA. Krążyły pogłoski, że mafia korzystała z zerowego jauntingu, aby pozbywać się ciał, które, w odróżnieniu od nieszczęsnej pani Michaelson, były już martwe. Z tej perspektywy jaunting jawił się jako najdoskonalsza machina do niszczenia dowodów, znacznie lepsza niż miejscowa kopalnia żwiru bądź kamieniołom.

Wszystko to prowadziło do wniosków autora i teorii dotyczących jauntingu oraz, rzecz jasna, uporczywych pytań Patty o los myszy.

- No cóż - powiedział powoli Mark; żona ostrzegła go wzrokiem, by był ostrożny. - Nawet teraz nikt do końca nie wie, Patty, lecz wszystkie doświadczenia na zwierzętach - także myszach - wskazują, że choć fizycznie jaunting jest niemal natychmiastowy, to mentalnie trwa bardzo, bardzo długo.

- Nie rozumiem - oznajmiła ponuro Patty. - Wiedziałam, że nie zrozumiem.

Ricky jednak patrzył na ojca z namysłem.

- One wciąż myślały - rzekł. - Zwierzęta doświadczalne. I my także byśmy myśleli, gdyby nas nie usypiali.

- Owszem - przytaknął Mark. - Tak obecnie uważamy. W oczach Ricky'ego rozbłysło nowe światełko. Strach?

Podniecenie?

- To nie jest zwykła teleportacja, prawda tato? To rodzaj skoku w czasie.

Tam jest wieczność, pomyślał Mark.

- W pewnym sensie - powiedział głośno. - Ale to pojęcie z komiksów: brzmi dobrze, lecz w sumie nic nie znaczy. W istocie chodzi o samą ideę świadomości i fakt, że świadomości nie da się rozbić na cząstki - pozostaje ona stała i niezmienna i zachowuje swe osobliwe poczucie czasu. Nie wiemy jednak, jak czysta świadomość mierzyłaby czas ani czy pojęcie to w ogóle cokolwiek znaczy dla czystego umysłu. Nie potrafimy nawet sobie wyobrazić, czym jest czysty umysł.

Mark umilkł. Wyraz oczu syna zaniepokoił go. Były zanadto ciekawe. Pojmuje, ale nie rozumie, pomyślał Mark. Umysł może być naszym najlepszym przyjacielem: zabawia nas, gdy nie mamy nic do czytania ani do zrobienia, ale pozbawiony zbyt długo bodźców zewnętrznych może zwrócić się przeciw nam, czyli przeciw sobie, atakując samego siebie, a może nawet pożerając w ohydnym akcie autokanibalizmu. Ile czasu mierzonego w latach trwa jaunting? Ciało przenosi się w 0,000 000 000 067 sekundy, a co z nierozdrobnioną świadomością? Sto lat? Tysiąc? Milion? Miliard? Ile czasu spędzamy sam na sam z naszymi myślami w świecie nieskończonej bieli? A potem, gdy upłynęły już miliardy wieczności, nagle powraca światło, kształt, ciało. Kto by nie oszalał?



1   ...   17   18   19   20   21   22   23   24   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna