Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona20/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   49

Kto wie? - pomyślał cierpko. Może mnie także uspokoi ta opowieść.

- Z tego, co wiemy - zaczął - jaunting został wynaleziony jakieś trzysta dwadzieścia lat temu, około roku 1987, przez Victora Carune'a. Carune dokonał tego w ramach prywatnych badań, częściowo opłacanych przez rząd - i, oczywiście, w pewnym momencie rząd przejął wszystko. Wybór był prosty: albo rząd, albo kampanie naftowe. Dokładnej daty nie znamy dlatego, że Carune był nieco ekscentryczny...

- To znaczy szalony, tato? - wtrącił Ricky.

- Ekscentryczny oznacza odrobinę szalony, kochanie - wyjaśniła Marilys i uśmiechnęła się do Marka ponad głowami dzieci.

Wygląda na nieco mniej zdenerwowaną, pomyślał Mark.

- Ach tak.

- W każdym razie Carune już dość długo prowadził doświadczenia, gdy w końcu powiadomił rząd o tym, co odkrył - ciągnął Mark. - I zrobił to tylko dlatego, że zabrakło mu pieniędzy, a oni mieli mu je zwrócić.

- Chętnie zwrócimy ci pieniądze - rzuciła Pat i znów zachichotała ostro.

- Zgadza się, kochanie. - Mark rozczochrał jej włosy. Po drugiej stronie pomieszczenia drzwi rozsunęły się bezszelestnie i do środka weszła dwójka stewardów, odzianych w jaskrawoczerwone bluzy obsługi jauntingu. Popychali przed sobą stół na kółkach, na którym umieszczono gumową rurę zakończoną dyszą ze stali nierdzewnej. Mark wiedział, że pod gustownym obrusem ukryto dwie butle gazu. Siatkowa torba przyczepiona do stołu mieściła w sobie sto jednorazowych masek. Mówił dalej, nie chcąc, by jego rodzina zbyt szybko zauważyła przedstawicieli Lety. Jeśli starczy mu czasu na opowiedzenie całej historii, z radością przyjmą swą porcję gazu.

Biorąc pod uwagę tę drugą możliwość.

- Oczywiście wiecie, że jaunting to ni mniej, ni więcej, jak tylko teleportacja. Czasami, na zajęciach z chemii i fizyki w college'u nazywają go procesem Carune'a, w istocie jednak to teleportacja i sam Carune, jeśli wierzyć legendzie, nazwał ją jauntingiem. Lubił bowiem fantastykę i znał powieść niejakiego Alfreda Bestera, zatytułowaną "Gwiazdy moje przeznaczenie". To właśnie Bester wymyślił słowo "jaunting" oznaczające teleportację, tyle że w jego książce jauntingu dokonywało się samą myślą, a my tego nie potrafimy.

Stewardzi przymocowali maskę do stalowej dyszy i podawali ją właśnie starszej kobiecie po drugiej stronie sali. Kobieta wzięła ją, odetchnęła i opadła bezwładnie na kozetkę. Jej spódnica uniosła się lekko, ukazując zwiędłe udo, pokryte gęstą siecią żylaków. Stewardesa troskliwie poprawiła jej strój. Druga zdjęła zużytą maskę i nałożyła inną. Wszystko to skojarzyło się Markowi z plastikowymi szklankami w pokojach motelowych. Gorączkowo pragnął, by Patty nieco się uspokoiła. Widywał dzieci, które trzeba było przytrzymywać siłą, czasami krzyczały, gdy gumowa maska przykrywała im twarz. Przypuszczał, że to naturalna reakcja, ale przykro było patrzeć na coś takiego i nie chciał, by spotkało też Patty. Co do Ricka, czuł się znacznie pewniej.

- Można chyba powiedzieć, że odkrycie jauntingu nastąpiło w ostatniej możliwej chwili - podjął opowieść. Zwracał się do Ricky'ego, jednocześnie jednak wyciągnął rękę i ujął dłoń córki. Jej palce natychmiast zacisnęły się wokół ręki ojca z paniczną siłą. Dłoń miała zimną i lekko spoconą. - Światowe zasoby ropy wyczerpywały się, a większość z tego, co jeszcze zostało, należała do pustynnych plemion z Bliskiego Wschodu, zdecydowanych użyć jej jako broni politycznej. Ludzie ci stworzyli kartel, który nazwali OPEC...

- Co to jest kartel, tatusiu? - wtrąciła Patty.

- No cóż, monopol - wyjaśnił Mark.

- To tak jak klub, kochanie - dodała Marilys. - I mogłaś do niego należeć, tylko jeśli miałaś mnóstwo ropy.

- Ach tak.

- Nie mam czasu, by wyjaśniać wam całą ówczesną paskudną sytuację - ciągnął Mark. - Częściowo poznacie ją w szkole, ale, uwierzcie, było naprawdę paskudnie. Jeśli ktoś miał samochód, mógł nim jeździć tylko dwa dni w tygodniu, a benzyna kosztowała piętnaście starych dolarów za galon.

- O rany! - przerwał mu Ricky. - Teraz kosztuje tylko cztery centy, prawda tato?

Mark uśmiechnął się.

- Dlatego właśnie udajemy się tam, gdzie się udajemy. Na Marsie jest dość ropy, by starczyło nam niemal na osiem tysięcy lat, a na Wenus na kolejnych dwadzieścia tysięcy. Lecz dziś ropa nie już taka istotna. Obecnie najbardziej potrzebujemy...

- Wody! - krzyknęła Patty i biznesmen znów uniósł wzrok znad papierów, uśmiechając się do niej przez moment.

- Zgadza się - przytaknął Mark. - Bo w okresie pomiędzy tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym a dwa tysiące trzydziestym rokiem zatruliśmy większość naszej. Pierwsze wydobycie wody z marsjańskich czap polarnych nazwano...

- Operacją Słomka. - To Ricky.

- Owszem. Dwa tysiące czterdzieści pięć czy coś koło tego. Lecz na długo wcześniej wykorzystywano jaunting do odnajdywania źródeł czystej wody tu, na Ziemi. A teraz woda jest podstawowym produktem eksportowym Marsa... ropa stanowi tylko dodatek. Wtedy jednak była najważniejsza. Dzieci skinęły głowami.

- Chodzi o to, że te złoża zawsze tam były, ale my mogliśmy do nich dotrzeć tylko dzięki jauntingowi. Gdy Carune wynalazł swój proces, świat stał na krawędzi nowego średniowiecza. Zaledwie zimę wcześniej, w samych Stanach Zjednoczonych zamarzło ponad dziesięć tysięcy ludzi, bo zabrakło energii, by ich ogrzać.

- Ojej - rzuciła beznamiętnie Patty.

Mark zerknął w prawo; stewardzi rozmawiali właśnie z na oko nieśmiałym mężczyzną, przekonywali go. W końcu wziął maskę i w sekundę później opadł na kozetkę, pogrążony w pozornej śmierci. To jego pierwszy raz, pomyślał Mark. Zawsze można poznać.

- Dla Carune'a wszystko zaczęło się od ołówka... kluczy... zegarka... a potem myszy. Przy myszach pojawił się pewien problem...
Ogarnięty gorączką podniecenia Victor Carune wracał do pracowni, myśląc, że teraz wie, jak czuli się Morse, Aleksander Graham Bell i Edison - tyle że on osiągnął coś znacznie większego. Dwukrotnie omal nie rozbił ciężarówki w drodze powrotnej ze sklepu zoologicznego w New Paltz, w którym za ostatnie dwadzieścia dolarów kupił dziewięć białych myszek. Cały jego ziemski majątek wynosił obecnie dziewięćdziesiąt trzy centy w prawej przedniej kieszeni i osiemnaście dolarów na rachunku oszczędnościowym... lecz Carune zupełnie o tym nie myślał. A nawet gdyby pomyślał, z pewnością nie przejąłby się tym.

Pracownia mieściła się w odnowionej stodole na końcu półtorakilometrowej drogi gruntowej, odchodzącej od trasy dwadzieścia sześć. I właśnie skręcając w tę drogę, omal po raz drugi nie rozbił swojej furgonetki. Jej bak był prawie pusty i miał taki pozostać przez najbliższe dziesięć dni do dwóch tygodni, to jednak także go nie obchodziło. Myśli wirowały mu w rozkosznym podnieceniu.

To, co się zdarzyło, nie było całkiem nieoczekiwane. Rząd właśnie dlatego przyznał mu mizerną dotację w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów rocznie, że wiedział, iż w dziedzinie transmisji cząsteczkowej kryją się ogromne, niezrealizowane dotąd możliwości.

Ale że udało się ot tak... nagle... bez ostrzeżenia... i wymagało mniej prądu, niż potrzeba do zasilenia telewizora kolorowego... Boże! Chryste!

Carune zahamował gwałtownie na żwirowej drodze, złapał uchwyt leżącego obok na brudnym siedzeniu pudełka (na którym wymalowano psy, koty, chomiki i złote rybki oraz napis: POCHODZĘ Z KRÓLESTWA ZWIERZĄT STACKPOLE'A) i rzucił się biegiem do wielkich podwójnych drzwi. Z wnętrza pudełka dobiegały piski i tupot jego obiektów doświadczalnych.

Próbował pchnąć jedno ze skrzydeł drzwi; kiedy nie ustąpiło, przypomniał sobie, że je zamknął.

- Cholera! - rzucił głośno, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Rząd wymagał, aby zawsze zamykać pracownię - był to jeden z warunków dołączonych do ich pieniędzy, lecz Carune ciągle o tym zapominał.

W końcu wyciągnął klucze i przez chwilę jedynie wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany, przesuwając opuszką kciuka po wycięciach kluczyka od stacyjki. Raz jeszcze pomyślał: Boże! Chryste! Potem zaczął szukać na kółku klucza yale, otwierającego drzwi stodoły.


Tak jak to miało miejsce z pierwszą rozmową telefoniczną - Bell krzyknął do telefonu "Watsonie, chodź tu", gdy pochlapał papiery i samego siebie kwasem - również pierwszy akt teleportacji nastąpił przypadkiem. Victor Carune teleportował dwa palce swojej lewej dłoni na drugą stronę pięćdziesięciometrowej stodoły.

Carune ustawił po obu stronach stodoły dwa portale. Przy jednym stała zwykła wyrzutnia jonowa, dostępna w każdym sklepie z elektroniką za niecałe pięćset dolarów. Po drugiej, tuż za portalem - prostokątną bramką wielkości zwykłej książki - zamontował komorę pęcherzykową. Między nimi ustawił coś, co na pierwszy rzut oka przypominało nieprzejrzystą zasłonkę spod prysznica, tyle że zazwyczaj zasłonek pod prysznic nie robi się z ołowiu. Chodziło o to, by wystrzelić jony przez portal numer jeden, a potem przejść na drugą stronę i patrzeć, jak przelatują przez komorę pęcherzykową za portalem numer dwa. Ołowiana przesłona miała udowodnić, że naprawdę doszło do transmisji. Tyle że przez ostatnie dwa lata udało się to jedynie dwukrotnie i Carune nie miał zielonego pojęcia dlaczego.

Gdy ustawiał na miejscu wyrzutnię, jego palce wśliznęły się w głąb portalu - zazwyczaj nie stanowiło to problemu, tyle że tego ranka jego biodro przesunęło także przełącznik na panelu po lewej stronie bramki. Nie zauważył nawet, co się stało - maszyna wydała z siebie zaledwie cichutki pomruk - póki nie poczuł mrowienia w palcach.

"Nie przypominało to wstrząsu elektrycznego", napisał Carune w swym pierwszym i jedynym artykule na ten temat, wydrukowanym, nim rząd zamknął mu usta. Artykuł, choć trudno to sobie wyobrazić, ukazał się w piśmie "Popular Mechanics". Autor sprzedał mu go za siedemset pięćdziesiąt dolarów w ostatniej rozpaczliwej próbie zapewnienia prywatnym przedsiębiorcom dostępu do technologii jauntingu. "Nie czułem też nieprzyjemnego ukłucia, towarzyszącego złapaniu uszkodzonego przewodu. Bardziej przypominało wrażenie, jakie odnosi się, przykładając dłoń do obudowy małej, działającej na pełnych obrotach maszyny. Wibracje są tak szybkie i lekkie, że wywołują jedynie leciutkie mrowienie.

Potem spojrzałem na portal i ujrzałem, że mój palec wskazujący został odcięty ukośnie przez kostkę, a środkowy nieco powyżej. Zniknął także paznokieć trzeciego palca".

Carune instynktownie cofnął rękę, krzycząc głośno. Napisał później, że był tak przekonany, iż zobaczy krew, że przez chwilę wyobraził ją sobie. Jego łokieć uderzył w wyrzutnię jonową i strącił ją ze stołu.

Stał tak, wsuwając palce do ust i upewniając się, że wciąż są całe i na miejscu. Najpierw przyszło mu do głowy, że może ostatnio za ciężko pracował, potem pomyślał, że ostatnie modyfikacje mogły... mogły coś zmienić.

Nie wsunął jednak palców z powrotem w głąb portalu. W istocie, Carune przez resztę życia dokonał jeszcze tylko jednego jauntingu.

Z początku nic nie zrobił; długą chwilę spacerował po stodole, wymachując rękami w powietrzu i zastanawiając się, czy powinien zadzwonić do Carsona w New Jersey, czy do Buffingtona w Charlotte. Carson, ten skąpiec, nie przyjąłby rozmowy na swój koszt, ale Buffington zapewne tak. Wówczas coś przyszło mu do głowy i rzucił się biegiem do portalu numer dwa. Jeśli jego pałce naprawdę przeniosły się na drugą stronę, może zostawiły jakiś ślad.

Oczywiście niczego nie znalazł. Portal numer dwa stał na trzech skrzynkach po pomarańczach z Pomony i nieodparcie kojarzył się z gilotyną-zabawką, pozbawioną jedynie ostrza. Po jednej stronie stalowej framugi Carune umieścił gniazdko, z którego wybiegał kabel łączący bramkę z terminalem, będącym w istocie urządzeniem do transformacji cząsteczkowej, podłączonym do komputera.

Co przypomniało mu...

Spojrzał na zegarek i przekonał się, że jest kwadrans po jedenastej. Umowa z rządem zapewniała mu skromne pieniądze i nieskończenie od nich cenniejszy czas komputerowy. Tego dnia mógł korzystać z komputera do trzeciej, a potem do widzenia, aż do poniedziałku. Musiał zacząć działać, musiał coś zrobić...

"Ponownie spojrzałem na stos skrzynek - napisał Carune w swym artykule do «Popular Mechanics». Potem przeniosłem wzrok na opuszki moich palców. I rzeczywiście, zobaczyłem dowód. Pomyślałem, że nie przekonałby on nikogo poza mną samym, lecz na początku to właśnie siebie musiałem przekonać".
- Co to było, tato? - spytał Ricky.

- Tak - dodała Patty - co?

Mark uśmiechnął się lekko. Wszyscy połknęli haczyk, nawet Marilys. Niemal zapomnieli, gdzie są. Kątem oka widział czwórkę stewardów, toczących powoli wózek między jauntowcami i usypiających ich kolejno. Już wcześniej odkrył, że wśród cywilów trwało to zawsze dłużej niż wśród wojskowych. Cywile denerwowali się i chcieli porozmawiać. Dysza i gumowa maska zanadto przypominały szpitalną salę operacyjną, na której wyposażony w noże chirurg kryje się za plecami anestezjologa, szafującego gazami ze stalowych pojemników. Czasami dochodziło do wybuchów paniki, histerii i zawsze znajdowało się kilka osób, które po prostu się załamywały. Mark, mówiąc do dzieci, zauważył dwie: mężczyzn, którzy po prostu wstali z kozetek, bez żadnych fanfar przeszli do wyjścia, odpięli przyczepione do klap dokumenty, oddali je i nie oglądając się za siebie, wyszli. Stewardzi mieli polecone nie dyskutować z tymi, którzy chcą odejść. Na listach rezerwowych zawsze było dość ludzi, czasem nawet czterdziestu czy pięćdziesięciu, oczekujących na miejsce. Gdy ci, którzy nie mogli znieść myśli o jauntingu, wyszli, do środka wpuszczono pasażerów rezerwowych z dokumentami przypiętymi do koszul.

- Carune znalazł w swym palcu wskazującym dwie drzazgi - oznajmił Mark. - Wyciągnął je i odłożył na bok. Jedna zaginęła, lecz drugą możecie oglądać w Instytucie Smithsona w Waszyngtonie, zamkniętą w hermetycznej szklanej gablocie, obok kamieni przywiezionych przez pierwszych astronautów z Księżyca.

- Naszego Księżyca, tato, czy jednego z Marsa? - wtrącił Ricky.

- Naszego - odparł Mark z uśmiechem. - Na Marsie wylądowała tylko jedna rakieta z załogą, francuska ekspedycja, około roku 2030. W każdym razie zwykła stara drzazga ze skrzynki po pomarańczach znalazła się w Instytucie Smithsona dlatego, że była pierwszym obiektem, który został naprawdę teleportowany. Dokonał jauntingu poprzez przestrzeń.

- Co było potem? - spytała Patty.

- Cóż, podobno Carune podbiegł...


Carune podbiegł do portalu numer jeden i stał tam przez chwilę, zdyszany, z walącym sercem. Musisz się uspokoić, pomyślał. Zastanów się. Jeśli będziesz działał bez planu, nie wykorzystasz czasu.

Z rozmysłem lekceważąc instynkt wrzeszczący, że musi coś zrobić, wydłubał z kieszeni cążki i czubkiem wyciągnął drzazgi z palca. Wrzucił je niedbale do białego opakowania po batoniku, który jadł, majstrując przy transformatorze i próbując rozszerzyć jego zdolności skupiające (najwyraźniej powiodło mu się to lepiej, niż mógł kiedykolwiek marzyć). Jedna wypadła z papierka i zaginęła, druga natomiast wylądowała w Instytucie Smithsona, zamknięta w szklanej gablocie otoczonej grubymi aksamitnymi sznurami i pozostającej pod wieczną czujną strażą sterowanej komputerowo kamery przemysłowej.

Po wyjęciu drzazg Carune nieco się uspokoił. Ołówek. Nada się równie dobrze. Złapał leżący obok notatnika ołówek i wsunął łagodnie w portal numer jeden. Drewno zaczęło gładko znikać, centymetr za centymetrem, jak w optycznej sztuczce pierwszorzędnego iluzjonisty. Na jednym z jego boków czarnymi literami na żółtym drewnie wypisano EBERHARD FABER NR 2. Gdy wsunął ołówek tak, że pozostał już tylko napis EBERH, Carune obszedł portal numer jeden i zajrzał do środka.

Ujrzał przekrój ołówka; wyglądało to tak, jakby ktoś przeciął go gładko ostrym nożem. Carune zaczął obmacywać miejsce, gdzie powinna znajdować się reszta drewnianej obsadki. Oczywiście nie poczuł niczego. Pobiegł na drugą stronę stodoły, do portalu numer dwa, i ujrzał brakującą część leżącą na skrzynce. Z sercem walącym tak mocno, że zdawało się wstrząsać całą klatką piersiową, Carune chwycił czubek ołówka i pociągnął go ku sobie.

Uniósł go i obejrzał dokładnie. Nagle chwycił ołówek i napisał na desce: DZIAŁA!, tak mocno, iż podczas kreślenia ostatniej litery grafit pękł. Carune wybuchnął śmiechem; jego głos odbijał się dźwięcznym echem w pustej stodole. Śmiał się tak mocno, że spłoszył śpiące jaskółki, które zaczęły obijać się między belkami dachu.

- Działa! - krzyknął, biegnąc z powrotem do portalu numer jeden. Cały czas wymachiwał rękami, ściskając w palcach złamany ołówek. - Działa! Działa! Słyszysz mnie, Carson, ty fiucie? Działa i DOKONAŁEM TEGO!

- Mark, uważaj, jak się wyrażasz - upomniała go Marilys.

Mark wzruszył ramionami.

- Podobno to właśnie powiedział.

- Nie mógłbyś zastosować lekkiej cenzury?

- Tato? - spytała Patty. - Czy ołówek też jest w muzeum?

- A czy niedźwiedzie srają w lesie? - odparł Mark, po czym gwałtownie uniósł dłoń do ust. Dzieci zachichotały radośnie, lecz z głosu Patty zniknęła ostra nuta, a po chwili udawanej powagi Marilys także zaczęła się śmiać.


Następne były klucze. Carune po prostu cisnął je przez portal. Znów zaczął myśleć logicznie i zdecydował, że najpierw musi przekonać się, czy sam proces odmienia przesyłane rzeczy, czy też są one takie jak przedtem.

Ujrzał, jak klucze przelatują przez portal i znikają; w tym samym momencie usłyszał ich brzęk na skrzynce po drugiej stronie. Pobiegł tam - teraz już tylko truchtem - po drodze odsuwając ołowianą przesłonę. Już jej nie potrzebował, podobnie jak wyrzutni jonowej. I całe szczęście, bo wyrzutnia była kompletnie zniszczona.

Złapał klucze, podszedł do zamka, którego zamontowanie wymusił na nim rząd, i spróbował klucza yale. Klucz zadziałał. Sprawdził ten od domu. Także pasował. Podobnie jak kluczyki otwierające szafki i uruchamiające furgonetkę.

Schował do kieszeni pęk żelastwa i zdjął zegarek. Był to kwarcowy seiko LC z wbudowanym pod cyfrowym wyświetlaczem kalkulatorem - dwudziestoma czterema małymi przyciskami, które pozwalały obliczyć niemal wszystko - od dodawania i odejmowania po pierwiastek kwadratowy. Bardzo delikatne urządzenie i, co istotne, połączone z czasomierzem. Carune położył go przed portalem numer jeden i delikatnie pchnął ołówkiem.

Przebiegł na drugą stronę i chwycił zegarek. Kiedy wsuwał go w portal, na wyświetlaczu widniało 11:31:07, obecnie wskazywał 11:31:49. Doskonale, wszystko się zgadza, tyle że powinien mieć asystenta, który stałby po drugiej stronie i raz na zawsze zanotował fakt, że przesyłaniu nie towarzyszy upływ czasu. Nieważne. Wkrótce rząd przyśle mu aż nadto asystentów; będzie mógł w nich przebierać.

Sprawdził kalkulator. Dwa i dwa wciąż równało się cztery; osiem dzielone przez cztery wciąż dawało dwa; pierwiastek kwadratowy z jedenastu nadał wynosił 3,3166247... i tak dalej.

I wtedy postanowił, że nadszedł czas na myszy.
- Co się stało z myszami, tato? - spytał Ricky.

Mark zawahał się przez moment. Będzie musiał zachować ostrożność. Nie chce przecież śmiertelnie przerazić dzieci (nie mówiąc już o żonie) zaledwie kilka minut przed ich pierwszym jauntingiem. Przede wszystkim należy przekonać całą trójkę, że obecnie wszystko jest już w porządku, problemy zostały rozwiązane.

- Jak mówiłem, pojawił się pewien problem...

Tak. Koszmar, obłęd i śmierć. Niezły problem, co dzieci?


Carune postawił na półce pudełko z napisem POCHODZĘ Z KRÓLESTWA ZWIERZĄT STACKPOLE'A i zerknął na zegarek. Do diabła, założył go do góry nogami. Przekręcił czasomierz i odkrył, że dochodzi za kwadrans druga. Została mu zaledwie godzina i piętnaście minut połączenia komputerowego. Przy dobrej zabawie czas prędko mija, pomyślał i zachichotał.

Otworzył pudełko, sięgnął do środka i wyciągnął za ogon piszczącą białą myszkę. Posadził ją przed portalem numer jeden i rzekł:

- Biegnij, myszo.

Mysz posłusznie zbiegła po ściance skrzynki, na której stał portal, i śmignęła w kąt.

Przeklinając, Carune rzucił się za nią i zdołał nawet sięgnąć ku niej ręką, nim przecisnęła się przez szparę pomiędzy dwoma deskami i zniknęła.

- Cholera! - wrzasnął, pędząc z powrotem do pudełka. Zdążył akurat w porę, by wepchnąć do środka dwie potencjalne uciekinierki. Wyciągnął drugą mysz, tym razem trzymając ją w połowie tułowia (z zawodu był fizykiem i zupełnie nie znał się na myszach), po czym błyskawicznie zamknął pudło.

Tym razem rzucił zwierzątko. Mysz usiłowała chwycić dłoń Carune'a. Na próżno; poleciała na łeb, na szyję i przeleciała przez portal. Carune natychmiast usłyszał, jak ląduje na skrzynkach po drugiej stronie stodoły.

Od razu puścił się biegiem, pamiętając, jak łatwo umknęła mu pierwsza mysz. Nie miał się o co martwić. Biała myszka siedziała bez ruchu na skrzynce, oczy miała zamglone, jej boki unosiły się lekko. Carune zwolnił i podszedł ostrożnie. Co prawda nie znał się na zwierzętach, ale nie trzeba mieć czterdziestu lat doświadczenia, by dostrzec, że coś było potwornie nie tak.

(- Po przejściu mysz nie czuła się dobrze - poinformował Mark Oates dzieci, uśmiechając się przy tym promiennie. Tylko żona dostrzegła cień fałszu w owym uśmiechu).

Carune dotknął myszki. Zupełnie jakby jego palce musnęły coś sztucznego, sprasowaną słomę albo trociny - tyle że boki wciąż unosiły się i opadały. Mysz nie spojrzała nawet na niego; nadal patrzyła przed siebie. Carune wrzucił do portalu ruchliwe żywe zwierzątko; teraz miał przed sobą coś, co przypominało żyjącą woskową podobiznę.

Uczony pstryknął palcami tuż przed różowymi oczkami myszy, która mrugnęła... i upadła na bok, martwa.
- Wówczas Carune postanowił spróbować z następną myszą - oznajmił Mark.

- Co się stało z tą pierwszą? - spytał Ricky. Mark ponownie przywołał na usta szeroki uśmiech.

- Przeszła na emeryturę z pełnymi honorami - rzekł.
Carune znalazł papierową torebkę i schował do niej mysz. Wieczorem zabierze ją do Mosconiego, weterynarza. Mosconi przeprowadzi sekcję i powie mu, czy narządy wewnętrzne zostały uszkodzone. Rząd nie będzie zachwycony tym, że wciągnął zwykłego obywatela do projektu, który, gdy tylko się o nim dowiedzą, zostanie uznany za superściśle tajny. Trudno, sutek nie cudek, jak powiedziała kotka, gdy jej dzieci narzekały na temperaturę mleka. Carune był zdecydowany jak najdłużej odwlekać chwilę, gdy powiadomi w końcu o wszystkim Wielkiego Białego Ojca w Waszyngtonie. Owszem, pomógł mu trochę, ale teraz może zaczekać. Sutek nie cudek.

Nagle przypomniał sobie, że Mosconi mieszka na zadupiu po drugiej stronie New Paltz, a w baku wozu nie pozostało dość benzyny, by dowieźć go nawet do miasta, nie mówiąc już o powrocie.

Była druga trzy; miał jeszcze niecałą godzinę dostępu do komputera. Później będzie się martwił cholerną sekcją.

Carune skonstruował prowizoryczną pochylnię, wiodącą do wylotu portalu numer jeden (w istocie była to pierwsza rampa jauntingowa, powiedział dzieciom Mark; Patty niezwykle rozśmieszyła idea rampy jauntingowej przeznaczonej dla myszy), i rzucił na nią następną białą myszkę. Jeden koniec zastawił grubą książką; po chwili bezcelowego wiercenia się i węszenia, mysz przeszła przez portal i zniknęła.

Carune pobiegł na drugą stronę.

Ta mysz dotarła na miejsce nieżywa.

Nie dostrzegł żadnej krwi ani opuchlizny wskazującej, by gwałtowna zmiana ciśnienia uszkodziła narządy wewnętrzne. Carune zaczął podejrzewać, że może brak tlenu...

Niecierpliwie potrząsnął głową. Przebycie tej odległości zabrało myszce zaledwie kilka nanosekund; jego własny zegarek potwierdzał, że czas trwania procesu wynosił zero albo niewiele więcej.

Druga biała myszka dołączyła do pierwszej w papierowej torbie. Carune wyjął trzecią (czwartą, jeśli liczyć szczęściarę, która uciekła przez szczelinę). Po raz pierwszy zastanowił się przelotnie, co skończy się pierwsze - czas komputerowy czy zapas zwierząt doświadczalnych.

Trzymając mocno jej tułów, wsunął tylne łapki w portal i zobaczył, jak pojawiają się po drugiej stronie pomieszczenia... tylko łapki i zad. Małe samotne nóżki wpiły się rozpaczliwie w szorstkie drewno skrzynki.



1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna