Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona2/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49

Drugie uderzenie nie było już tak silne, niemniej kilka drzew, osłabionych pierwszym atakiem nawałnicy, runęło z łoskotem. Jedno z nich - już kiedy wiatr zaczął ponownie cichnąć - zawadziło o dach z odgłosem, jaki mógłby towarzyszyć uderzeniu pięścią w trumienne wieko. Billy podskoczył i z niepokojem spojrzał w górę.

- Wytrzyma, spokojna głowa - powiedziałem. Uśmiechnął się nerwowo.

Około dziesiątej nastąpił ostatni wściekły atak. Wiatr wył niemal równie głośno jak za pierwszym razem, błyskawice uderzały ze wszystkich stron. Padały kolejne drzewa, w pewnej chwili zaś od strony jeziora dobiegł trzask tak przeraźliwy, że Steff aż krzyknęła. Billy zdążył tymczasem zasnąć w jej objęciach.

- Co to było?

- Przypuszczam, że szopa na łodzie - odparłem.

- O, Boże...

- Myślę, że powinniśmy wrócić na dół.

Wziąłem Billy'ego na ręce. Steff wpatrywała się we mnie wielkimi, przerażonymi oczami.

- Davidzie, wszystko będzie w porządku, prawda?

- Oczywiście.

- Jesteś tego pewien? - Tak.

Dziesięć minut po tym, jak schroniliśmy się na parterze, na piętrze rozległ się donośny trzask. Okno w salonie. A więc być może moja niedawna wizja wcale nie była tak nieprawdopodobna. Steff, która tymczasem zdążyła zapaść w drzemkę, obudziła się z cichym okrzykiem, Billy zaś poruszył się niespokojnie na łóżku.

- Deszcz zniszczy nam meble - powiedziała.

- Trudno. Dom jest ubezpieczony.

- To niewiele zmienia - odparta gderliwym tonem. - Toaletka twojej matki... Nasza nowa kanapa... Telewizor...

- Ciii... Lepiej śpij.

- Kiedy nie mogę!

Pięć minut później już spała.

Czuwałem jeszcze pół godziny w towarzystwie jednej świecy, przysłuchując się odgłosom burzy. Podejrzewałem, że z samego rana mnóstwo właścicieli domów wokół jeziora sięgnie po telefony, by zadzwonić do swoich agentów ubezpieczeniowych, wkrótce potem rozlegnie się warkot niezliczonych pił, którymi zaczną ciąć konary drzew blokujących podjazdy i przygniatających dachy, a na szosie pojawią się samochody pogotowia energetycznego.

Wyglądało na to, że nawałnica cichnie na dobre. Zostawiłem Steff i Billy'ego pogrążonych we śnie na łóżku, poszedłem na piętro i zajrzałem do salonu. Rozsuwanym drzwiom nic się nie stało, ale tam gdzie jeszcze niedawno było panoramiczne okno, ziała ogromna dziura wypełniona liśćmi. Wiekowa brzoza, która, odkąd pamiętam, rosła przy wejściu do piwnicy, nie wytrzymała naporu wichury. Dopiero teraz, patrząc na jej wierzchołek, który zawitał do naszego salonu, zrozumiałem, co Steff miała na myśli, mówiąc, że fakt, iż dom jest ubezpieczony, niewiele zmienia. Kochałem to drzewo. Dzielnie przetrzymało niezliczone surowe zimy i jako jedyne między domem a jeziorem nie zawarło bliskiej znajomości z moją piłą spalinową. Płomień świecy odbijał się w niezliczonych szklanych odłamkach zaścielających dywan. Zapamiętałem, żeby ostrzec Steff i Billy'ego; zazwyczaj rano biegali po domu na bosaka, ale tym razem było to wykluczone.

Wróciłem na dół. Noc spędziliśmy w łóżku w gościnnej sypialni; Billy spał między Steff i mną. Śniło mi się, że w Harrison po drugiej stronie jeziora zobaczyłem przechadzającego się Boga. Był tak wielki, że od pasa w górę nikł w błękitnej odchłani nieba. Drzewa trzaskały pod jego stopami jak zapałki. Zmierzał wokół jeziora w naszym kierunku, a wszystkie domy i letnie domki na jego drodze eksplodowały purpurowym ogniem, jakby trafione piorunami. Dym szybko gęstniał, aż wreszcie okrył wszystko niczym mgła.


2. PO BURZY. NORTON. WYPRAWA DO MIASTECZKA.
- O rety! - wykrzyknął Billy.

Stał przy płocie odgradzającym naszą działkę od działki Nortona i gapił się na podjazd. Podjazd zaczyna się jakieś czterysta metrów od domu, przy bocznej drodze gruntowej, która z kolei kilometr dalej łączy się z asfaltową szosą zwaną Kansas Road. Stamtąd można już jechać, dokądkolwiek się chce, pod warunkiem że będzie to Bridgton.

Podążyłem wzrokiem za spojrzeniem Billy'ego i włosy zjeżyły mi się na głowie.

- Nie podchodź bliżej. Nie zaprotestował.

Ranek był rześki i czysty jak kryształ. Niebo, przez cały okres upałów bure i zamglone, teraz przybrało soczyście niebieską, niemal jesienną barwę. Wiał lekki wiaterek, po ziemi biegały wesołe plamy słonecznego blasku. Słychać było dość głośny syk, a zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym stał Billy, w trawie leżało coś, co na pierwszy rzut oka można było wziąć za drgające kłębowisko węży: zerwane przez wiatr przewody elektryczne, wciąż pod napięciem, wijące się leniwie i groźnie syczące. Gdyby nie ulewny deszcz, dom mógłby stanąć w płomieniach, a tak skończyło się na skrawku wypalonej trawy.

- Tatusiu, czy to może kogoś porazić?

- Owszem, może.

- Więc co z tym zrobimy?

- Nic. Zaczekamy na pogotowie energetyczne.

- A kiedy przyjadą?

- Nie wiem. - Pięciolatkowi nigdy nie zabraknie pytań. - Na pewno mają dzisiaj mnóstwo roboty. Przejdziesz się ze mną do drogi?

Ruszył w moją stronę, lecz po kilku krokach stanął jak wryty, ponieważ jeden z przewodów poruszył się leniwie, nie przestając syczeć.

- Tatusiu, czy lelektyczność może biec po ziemi? Celne pytanie.

- Tak, ale niczego się nie bój. Ona po prostu chce się tam schować, ty zupełnie jej nie interesujesz. Nic ci nie będzie, tylko trzymaj się z daleka.

- Chce się schować... - wymamrotał, po czym podbiegł do mnie.

Szliśmy, trzymając się za ręce. Sytuacja przedstawiała się gorzej, niż myślałem. Na podjazd zwaliły się aż cztery drzewa: jedno nieduże, dwa średniaki i jeden olbrzym o pniu średnicy co najmniej półtora metra, zakuty niczym w gorset w pancerz z wilgotnego mchu.

Połamane gałęzie, częściowo ogołocone z liści, walały się dokoła niczym bezładnie rozrzucone resztki stogu siana. Idąc w kierunku drogi, odciągaliśmy na boki mniejsze z nich. Przypomniało mi to pewien letni dzień mniej więcej sprzed dwudziestu pięciu lat; byłem wtedy chyba niewiele starszy od Billy'ego. Zjechali się wówczas wszyscy moi wujkowie. Przez cały dzień pracowali w lesie piłami, siekierami i sekatorami, wieczorem zaś usiedli przy zbitym z desek stole do monstrualnego posiłku składającego się z hot dogów, hamburgerów i sałatki ziemniaczanej. Piwo lało się strumieniami, a nieco później wujek Reuben wskoczył do jeziora w ubraniu i w butach. W tamtych czasach w lesie można było jeszcze spotkać jelenia.

- Tatusiu, mogę pójść nad jezioro?

Znudziło go uprzątanie gałęzi z podjazdu. Kiedy małego chłopca coś znudzi, trzeba pozwolić mu zająć się czymś innym.

- Jasne.


Wróciliśmy razem do domu, po czym Billy skręcił w prawo, obchodząc z daleka pozrywane przewody, ja zaś poszedłem w lewo, do garażu, po piłę spalinową. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, po jeziorze niósł się warkot co najmniej kilku takich urządzeń.

Napełniłem zbiorniczek paliwem, zdjąłem koszulę i wróciłem na podjazd, gdzie już czekała na nie Steff, niepewnie spoglądając na zwalone drzewa.

- Jak to wygląda? - zapytała.

- Powinienem dać sobie radę. A co w domu?

- Posprzątałam szkło, ale będziesz musiał coś zrobić z tym drzewem. Nie możemy mieć drzewa w salonie.

- Raczej nie - przyznałem jej rację.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w blasku porannego słońca, po czym wybuchnęliśmy śmiechem. Położyłem piłę na betonie, przygarnąłem Steff, chwyciłem ją mocno za pośladki i pocałowałem.

- Davidzie, nie... - wymamrotała. - Billy... W tej samej chwili nasz syn wybiegł zza domu.

- Tato! Tatusiu! - wykrzyknął, zasapany. - Chodź zobaczyć...

Steff dopiero teraz zauważyła pozrywane przewody i wrzasnęła przeraźliwie, żeby uważał. Billy, którego dzieliło od nich dobre parę kroków, zatrzymał się i spojrzał na matkę z takim wyrazem twarzy, jakby podejrzewał, że postradała zmysły.

- Wszystko w porządku, mamusiu - powiedział tonem, którym zazwyczaj przemawia się do osób dotkniętych starczą demencją, po czym ruszył ku nam powolnym, dostojnym krokiem, aby zademonstrować, jak bardzo jest dorosły i rozsądny. Poczułem, że Steff drży w moich ramionach.

- Wszystko w porządku - powtórzyłem za nim. - On wie, że to niebezpieczne.

- Wszyscy o tym wiedzą, a jednak wciąż giną ludzie porażeni prądem. Billy, wracaj do domu!

- Ale mamo! Chciałem pokazać tacie szopę dla łodzi!

Oczy niemal wyszły mu na wierzch z podniecenia. Zakosztował smaku poburzowej apokalipsy i teraz pragnął się tym podzielić.

- Wracaj natychmiast! Te druty są niebezpieczne!

- Tata powiedział, że chodzi im o ziemię, nie o mnie...

- Billy, nie dyskutuj!

- Zaraz obejrzę szopę, mistrzu. Biegnij tam prędko, tylko trzymaj się z daleka od przewodów.

Wyczułem jak Steff napina mięśnie.

- Jasne! Dobrze, tato!

Pognał jak huragan, z koszulą częściowo wystającą ze spodni. Po chwili zza domu dobiegł jego radosny okrzyk - widocznie dostrzegł kolejne ślady zniszczenia. Delikatnie objąłem Steff ramieniem.

- On wie, czym grozi dotknięcie przewodów pod napięciem - powiedziałem. - Boi się ich. To dobrze, bo dzięki temu nic mu nie grozi.

Po jej policzku popłynęła łza.

- Boję się, Davidzie!

- Daj spokój. Już po wszystkim.

- Czyżby? To samo było poprzedniej zimy... i późną wiosną... w miasteczku mówili nawet o "czarnej wiośnie"... wszyscy powtarzają, że coś takiego nie zdarzyło się w tych stronach od 1888...

"Wszyscy" oznaczało zapewne panią Carmody, właścicielkę antykwariatu w Bridgton, a właściwie sklepu ze starzyzną, do którego Steff zaglądała od czasu do czasu. Billy chętnie jej towarzyszył. W pogrążonych w półmroku, zakurzonych pomieszczeniach na zapleczu rozpościerały skrzydła wypchane sowy o wielkich złocistych oczach, zaciskając szpony na polakierowanych drążkach, dokoła kawałka zakurzonego szkła udającego strumień stały trzy wypchane kuny, a nadjedzony przez mole wilk zamiast piany toczył z pyska tumany kurzu, szczerząc zęby w nieustającym paskudnym grymasie. Pani Carmody twierdziła, jakoby wilka zastrzelił przy potoku Stevensa jej ojciec pewnego wrześniowego popołudnia w 1901 roku.

Oboje wracali z tych wypraw w znakomitych nastrojach, moja żona bowiem uwielbiała obrazy malowane na szkle, syna zaś fascynowało obcowanie ze śmiercią w postaci wypchanych zwierząt. Odnosiłem jednak wrażenie, iż stara kobieta wywiera na Steff - pod wszystkimi innymi względami niezwykle rozsądną i praktyczną - niedobry wpływ. Trafiła w jej czułe miejsce, intelektualną piętę Achillesa. Steff nie była zresztą jedyną osobą w okolicy, którą fascynowały ponure przepowiednie pani Carmody oraz jej medyczne porady, oparte na ludowej mądrości i zawsze udzielane w imię Boże.

Jeśli miałaś męża, który po paru głębszych chętnie wymachiwał pięściami, to na siniaki najlepiej robiła woda ze zbutwiałego pnia. Tego, jaka będzie najbliższa zima, można było dowiedzieć się już w czerwcu, mierząc długość gąsienic, albo najdalej w sierpniu, oceniając grubość plastrów miodu. A teraz, chroń nas dobry Boże, zapowiada się na powtórkę CZARNEJ WIOSNY ROKU 1888 (każdy niech doda tyle wykrzykników, ile uważa za stosowne). Ja także słyszałem tę historię. Miejscowi lubią ją opowiadać. Jeśli wiosna jest chłodniejsza niż zwykle, lód skuwający jeziora robi się w końcu czarny jak zepsuty ząb. Zdarza się to rzadko, ale na pewno częściej niż raz na sto lat. Tak, wszyscy lubią ją opowiadać, bez wątpienia jednak z największym przekonaniem czyni to pani Carmody.

- Mieliśmy ostrą zimę i późną wiosnę - powiedziałem. - Teraz mamy gorące lato. Burza przyszła i poszła. Takie zachowanie jest do ciebie zupełnie niepodobne.

- To nie była zwyczajna burza - wyszeptała.

- Zgadzam się. Jeśli o to chodzi, masz całkowitą rację. Historię o Czarnej Wiośnie opowiedział mi Bill Giosti, właściciel i zarazem pracownik (a raczej "pracownik"...) stacji benzynowej w Casco Village. W prowadzeniu interesu na co dzień pomagali mu zapijaczeni synowie, a od czasu do czasu równie zapijaczeni wnukowie - pod warunkiem że akurat nie grzebali przy swoich skuterach śnieżnych albo rowerach górskich. Bill miał siedemdziesiąt lat, wyglądał na osiemdziesiąt, ale kiedy był w formie, pił jak dwudziestolatek. Któregoś dnia, po majowej burzy połączonej z niespodziewaną śnieżycą, wziąłem Billy'ego i pojechaliśmy zatankować. Giosti był już po paru głębszych, więc chętnie podzielił się ze mną swoją wersją opowieści o Czarnej Wiośnie, chociaż w tych okolicach śnieg w maju nie jest niczym nadzwyczajnym: niekiedy spada, a dwa dni później nie ma po nim śladu.

Steff wciąż przyglądała się podejrzliwie pozrywanym przewodom.

- Kiedy przyjedzie pogotowie energetyczne?

- Najprędzej jak tylko możliwe. Niedługo. Nie zamartwiaj się niepotrzebnie o Billy'ego. Ma dobrze poukładane w głowie. Czasem zapomina po sobie posprzątać, ale to jeszcze nie znaczy, że bez zastanowienia da się porazić prądem. Na szczęście potrafi zatroszczyć się o siebie. - Uniosłem palcami kąciki jej ust; posłusznie zostały w górze, dając początek uśmiechowi. - Już lepiej?

- Przy tobie zawsze jest lepiej.

Zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Z drugiej strony domu dobiegło wołanie Billy'ego.

- Chodźmy obejrzeć zniszczenia - zaproponowałem.

- Gdybym chciała oglądać zniszczenia, wystarczyłoby, żebym weszła do salonu - odparła z goryczą.

- W takim razie chodźmy sprawić przyjemność małemu chłopcu.

Trzymając się za ręce, zeszliśmy po kamiennych stopniach. Na pierwszym zakręcie zderzył się z nami biegnący w przeciwnym kierunku Billy. Niewiele brakowało, żeby nas przewrócił.

- Hola, nie tak prędko - upomniała go Steff, marszcząc brwi. Przypuszczalnie wyobraziła sobie, jak zamiast na nas wpada w kłębowisko śmiertelnie niebezpiecznych przewodów.

- Musicie to zobaczyć! - wysapał bez tchu w piersi. - Rozwaliło szopę, pomost wyrzuciło na skały, wszędzie leżą drzewa... W mordę, ale wiało!

- Billy! - zagrzmiała Steff.

- Przepraszam, mamo. Szybko, chodźcie! I zniknął.

- Rzekłszy te słowa, herold zniszczenia odbieżał pospiesznie - powiedziałem z namaszczeniem, ponownie wywołując uśmiech na twarzy Steff. - Jak tylko uda mi się uprzątnąć podjazd, pojadę do rejonowego biura energetycznego i powiem im, jaki mamy tu pasztet. Zgoda?

- Zgoda! - odparła z wdzięcznością. - Jak myślisz, kiedy ci się uda?

Gdyby nie to wielkie drzewo o pniu porośniętym mchem, roboty byłoby najwyżej na godzinę, a tak miałem poważne wątpliwości, czy zdążę przed jedenastą.

- W takim razie pojedziesz dopiero po lunchu, ale będziesz musiał też zrobić zakupy. Już prawie skończyło się mleko i masło, a oprócz tego... Zresztą, przygotuję ci listę.

W chwili zagrożenia kobieta zamienia się w wiewiórkę. Uścisnąłem ją mocno i skinąłem głową, po czym ruszyliśmy dalej. Jak tylko znaleźliśmy się z drugiej strony domu, zrozumieliśmy, dlaczego Billy był tak bardzo podekscytowany.

- O, rety... - wyszeptała Steff.

Z miejsca, w którym staliśmy, roztaczał się widok na co najmniej półkilometrowy odcinek brzegu jeziora, od działki Bibberów po lewej stronie poczynając, poprzez naszą, na działce Brenta Nortona kończąc.

Potężna stara sosna, strzegąca szopy na łodzie, złamała się w połowie; to, co z niej zostało, przypominało nieudolnie zaostrzony ołówek. Białe obnażone drewno lśniło bezbronnie, kontrastując mocno z ciemną korą. Druga, co najmniej dwudziestometrowa część sosny, spoczywała częściowo zanurzona w wodzie naszej płytkiej zatoczki. Mieliśmy sporo szczęścia, że nie zatopiła motorówki; zaledwie tydzień wcześniej silnik star-cruisera odmówił posłuszeństwa i łódka wciąż stała w przystani w Naples, cierpliwie czekając w kolejce do naprawy.

Na drugim końcu należącego do nas krótkiego odcinka brzegu jeziora inne ogromne drzewo przygniotło zbudowaną przez mojego ojca szopę na łodzie - kiedyś "mieszkał" w niej osiemnastometrowy chris-craft, ale to były dawne czasy. Przed burzą rosło, a raczej stało, na działce Nortona. Ogarnął mnie gniew; drzewo już od pięciu lat było martwe, powinien był dawno je ściąć! Spoczywało całym ciężarem na naszej szopie, której dach wyglądał jak przekrzywiony, poszarpany przez psy słomkowy kapelusz. Roztrzaskane dachówki walały się w promieniu kilkunastu metrów. Użyte przez Billy'ego określenie "rozwaliło szopę" okazało się całkowicie uzasadnione.

- To drzewo Nortona! - wykrzyknęła Steff z takim oburzeniem, że mimo wszystko musiałem się uśmiechnąć. Maszt również leżał w wodzie, amerykańska flaga kołysała się smętnie na falach oplatana sznurkami. Bez trudu mogłem sobie wyobrazić, co usłyszę od Nortona: podaj mnie do sądu, jeśli masz ochotę.

Billy przedostał się na kamienny falochron i oglądał szczątki wyrzuconego przez fale pomostu pomalowanego w wesołe błękitne i żółte pasy.

- To chyba Martinsów, prawda? - zapytał z szerokim uśmiechem, spojrzawszy na nas przez ramię.

- Chyba tak - odparłem. - Mógłbyś wejść do wody i zabrać flagę?

- Jasne!


Na prawo od falochronu znajdowała się nieduża piaszczysta plaża. W roku 1941, jeszcze zanim wielki kryzys ostatecznie odszedł w niepamięć po krwawej łaźni w Pearl Harbor, mój ojciec wynajął człowieka, który przywoził ciężarówką piasek i usypywał go na brzegu oraz w wodzie, tak że powstała nie tylko ta plaża, ale i piaszczyste dno (kończyło się dopiero tam, gdzie woda sięgała mi trochę powyżej piersi). Człowiek wziął za całą robotę osiemdziesiąt dolarów, a plaża przetrwała do dzisiaj. I bardzo dobrze, ponieważ teraz nie wolno już usypywać własnych plaż. Odkąd odprowadzane do jeziora ścieki doprowadziły do wyginięcia większości ryb, niedobitki zaś uczyniły całkowicie niejadalnymi, władze zakazały jakichkolwiek ingerencji w wygląd linii brzegowej, tłumacząc, że piaszczyste plaże mogą niekorzystnie wpłynąć na ekologię akwenu. Bez ograniczeń mogą je natomiast usypywać developerzy.

Billy ruszył w kierunku flagi... po czym znieruchomiał. W tej samej chwili poczułem, że Steff gwałtownie napina mięśnie, i sam też to zobaczyłem: drugi brzeg jeziora znikł. Okrył go nieprzenikniony całun białej mgły, zupełnie jakby z nieba zsunął się na ziemię ogromny, zwiastujący piękną pogodę obłok.

Natychmiast przypomniałem sobie niedawny sen. Kiedy Steff zapytała, co to jest, niewiele brakowało, żebym odpowiedział: Bóg.

- Davidzie...

Nie sposób było dostrzec nawet najdrobniejszego fragmentu brzegu, ale po wielu latach spędzonych nad Long Lakę mógłbym przysiąc, że ukrywa się tuż za zasłoną z mgły, nie dalej niż parę metrów. Granica przebiegała wzdłuż linii prostej.

- Tatusiu, co to takiego? - zawołał Billy. Stał po kolana w wodzie, trzymając w ręce skraj mokrej flagi.

- Wał mgły.

- Na jeziorze? - zapytała z powątpiewaniem Steff, a ja bez trudu dosłyszałem pobrzmiewające w jej głosie echo historii opowiadanych przez panią Carmody. Niech szlag trafi tę kobietę! Już wróciła mi pewność siebie; bądź co bądź, sny są równie niematerialne jak mgła.

- Jasne. Przecież nieraz widywałaś tu mgłę.

- Ale nigdy taką. Ta wygląda raczej jak chmura.

- Ponieważ świeci słońce - wyjaśniłem. - Tak samo wyglądają chmury, kiedy patrzy się na nie z samolotu.

- Ale skąd się wzięła? Przecież mgły powstają tylko przy wilgotnej pogodzie...

- Tę mamy teraz, a raczej mają ją w Harrison. Drobny uboczny skutek burzy, i tyle. Rezultat spotkania dwóch frontów atmosferycznych albo coś w tym rodzaju.

- Jesteś pewien?

Roześmiałem się i objąłem ją za szyję.

- Oczywiście, że nie. Improwizuję. Gdybym był pewien, przygotowywałbym prognozę pogody dla telewizji. A teraz idź i przygotuj tę listę z zakupami.

Rzuciła mi jeszcze jedno powątpiewające spojrzenie, osłoniła ręką oczy, przez chwilę przyglądała się ścianie mgły, po czym pokręciła głową.

- Dziwne... - mruknęła i odeszła w stronę domu. Tymczasem dla Billy'ego mgła straciła urok nowości.

Wyłowił z wody sznurek i flagę, po czym rozłożyliśmy ją na trawie, aby wyschła.

- Słyszałem, że to niedobrze, kiedy flaga dotyka ziemi - powiedział rzeczowym tonem.

- Tak?

- Tak. Victor McAllister mówi, że za coś takiego można trafić na krzesło elektryczne.



- Przy najbliższej okazji powiedz mu, że zamiast mózgu ma w głowie pełno tego, czego widać aż nadto, kiedy spojrzy się na wschód ze Statuy Wolności.

- To znaczy wodę?

Billy jest bystrym chłopcem, ale prawie całkowicie pozbawionym poczucia humoru. Dla mistrza wszystko odbywa się na poważnie. Mam nadzieję, że sam dojdzie do wniosku, iż takie podejście do życia może być bardzo niebezpieczne - zanim będzie za późno.

- Właśnie. Ale nie powtarzaj tego mamie. Jak tylko flaga wyschnie, złożymy ją ze wszystkimi honorami i schowamy w jakimś bezpiecznym miejscu.

- A naprawimy dach szopy i postawimy nowy maszt? - zapytał z niepokojem. Chyba nawet on zaczął już odczuwać przesyt zniszczeniem.

Poklepałem go uspokajająco po ramieniu.

- Nie przejmuj się. Wszystko będzie w porządku.

- Mogę pójść do Bibberów i zobaczyć, co tam się dzieje?

- Tak, ale tylko na chwilę. Na pewno też wzięli się do sprzątania, a niektórzy robią się wtedy trochę nerwowi.

Tak jak ja, gdy patrzę na drzewo Nortona tkwiące w mojej szopie na łodzie.

- No to, na razie! Puścił się pędem.

- Tylko postaraj się nie pętać im pod nogami. I jeszcze jedno!

Obejrzał się.

- Pamiętaj o pozrywanych przewodach. Jeśli gdzieś je zobaczysz, trzymaj się z daleka.

- Jasne, tato.

Jeszcze przez jakiś czas przyglądałem się zniszczeniom, potem znowu przeniosłem wzrok na ścianę mgły. Odniosłem wrażenie, że jest bliżej, ale nie byłem tego pewien. Jeśli tak właśnie miały się sprawy, zjawisko to urągało prawom natury, jako że musiałaby się wówczas przemieszczać pod wiatr. Była niesamowicie biała - jedyne, z czym mógłbym ją porównać, to ze świeżym śniegiem kontrastującym wyraźnie z głęboko, soczyście granatowym zimowym niebem. Jednak śnieg lśni w promieniach słońca milionami jaskrawych punkcików, ta mgła natomiast, choć nieskalanie czysta, nie odbijała słonecznego blasku. Wbrew temu, co mówiła Steff, mgły powstają również przy ładnej pogodzie, wówczas jednak niemal zawsze towarzyszą im tęcze. Tutaj tęczy nie było.

Ponownie ogarnął mnie niepokój, zanim jednak rozgościł się na dobre, dobiegł przytłumiony mechaniczny odgłos - M, tul, lut! - potem zaś ledwo słyszalne:

- Cholera!

Chwilę potem odgłos rozległ się ponownie, lecz tym razem nie towarzyszyło mu przekleństwo. Za trzecim razem do moich uszu dobiegło przytłumione "Kurwa mać!".

Łuł, łuł, łuł!

Cisza. A potem:

- Ty cholerna cipo!

Uśmiechnąłem się. Dobiegający z oddali warkot pił spalinowych nie był na tyle głośny, by uniemożliwić mi rozpoznanie niezbyt melodyjnego głosu mego sąsiada, cenionego prawnika i właściciela działki nad jeziorem, Brentona Nortona.

Udając, że interesuję się wyłącznie pomostem wyrzuconym na skały przy brzegu, zbliżyłem się do jeziora. Teraz doskonale widziałem Nortona. Stał na odsłoniętym terenie przy swojej zabudowanej werandzie, na grubym dywanie z sosnowych igieł, ubrany w zachlapane farbą dżinsy i biały podkoszulek. Miał zmierzwione włosy (fryzura za czterdzieści dolarów) i mokrą od potu twarz. Przyklęknąwszy na jedno kolano, zmagał się z piłą, znacznie bardziej imponującą od mojej value house za 79 dolarów i 95 centów. Na pierwszy rzut oka miała wszystko - z wyjątkiem przycisku, którym można by ją uruchomić. Norton szarpał za linkę, piła wydawała znane mi już odgłosy, po czym milkła. Z zadowoleniem stwierdziłem, że dorodna brzoza runęła na turystyczny stolik, miażdżąc go zupełnie.

Norton po raz kolejny z ogromną siłą szarpnął za sznurek.

Łuł, łuł, łuł! Łułułułułu! ŁUŁUŁUUUUUU... Łuł... Łuł...

Prawie mu się udało.

Jeszcze jedno straszliwe szarpnięcie.

Łuł, łuł, łuł.

- Pieprzona dziwka! - wrzasnął Norton i wyszczerzył zęby na swoją kosztowną piłę.

Po raz pierwszy od chwili, kiedy wstałem z łóżka, zrobiło mi się naprawdę przyjemnie. Wróciłem do domu, wydobyłem starą piłę, uruchomiłem ją i wziąłem się do roboty.

Około dziesiątej ktoś klepnął mnie w ramię. Okazało się, że to Billy z puszką piwa w jednej ręce i sporządzoną przez Steff listą w drugiej. Wepchnąłem listę do tylnej kieszeni spodni, po czym wziąłem piwo, które może nie było lodowate, ale przynajmniej chłodne. Jednym haustem wlałem w siebie prawie połowę zawartości puszki - rzadko kiedy piwo smakuje aż tak dobrze - a następnie zasalutowałem nią Billy'emu.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna