Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona19/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   49

"No, masz rację - mówi ona. - Naprawdę jest zajebisty. Szkoda tylko, że nie mogę namówić Wortha, aby kiedyś spróbował... ale on nigdy nie wyjdzie ze swojej koleiny, chyba żeby go stamtąd wyrzucić, jednak do tego potrzeba co najmniej pocisku Tytan II, bo Worth zbudował sobie schron atomowy na samym dnie tej koleiny. Chodź, Homer, wejdziemy do środka i postawię ci obiad".

I postawiła mi obiad jak się patrzy, Dave, ale nie mogłem jeść. Ciągle myślałem o drodze powrotnej, jak będzie teraz, kiedy się ściemnia. Potem w połowie obiadu ona przeprosiła i poszła zadzwonić. Kiedy wróciła, zapytała mnie, czy mogę odprowadzić jej maszynkę z powrotem do Castle Rock. Powiedziała, że rozmawiała z jakąś kobietą, która jest w tym samym szkolnym komitecie, i ta kobieta powiedziała, że mają jakieś kłopoty. Powiedziała, że wynajmie samochód u Hertza, jeśli Worth jej nie odwiezie. "Bardzo nie chcesz wracać po ciemku?" - pyta mnie.

- Popatrzyła na mnie z takim uśmieszkiem i wiedziałem, że pamiętała niektóre rzeczy... Bóg jeden wie ile, ale dostatecznie dużo, żeby wiedzieć, że na pewno nie pojadę jej skrótem po zmroku, jeśli w ogóle... chociaż widziałem po błysku w jej oczach, iż jej to nie robiło różnicy.

Toteż powiedziałem, że nie robi mi różnicy, i dokończyłem obiad z lepszym apetytem niż na początku. Zanim skończyliśmy, zrobiło się ciemno. Podrzuciła nas pod dom tej kobiety, do której dzwoniła. A kiedy wysiadła, spojrzała na mnie z tym samym błyskiem w oczach i mówi: "Na pewno nie chcesz zaczekać, Homerze? Widziałam dzisiaj kilka bocznych dróg i chociaż nie mogę ich znaleźć na mapach, powinny urwać jeszcze kilka kilometrów".

Mówię na to: "Chciałbym, pszepani, ale w moim wieku najlepiej spać we własnym łóżku, już sprawdziłem. Odstawię pani samochód na miejsce bez jednego zadrapania, chociaż pewnie nabiję więcej kilometrów na liczniku niż pani".

Ona roześmiała się tak miękko i pocałowała mnie. To był najlepszy pocałunek w całym moim życiu, Dave. Tylko w policzek, czysty pocałunek zamężnej kobiety, ale dojrzały jak brzoskwinia albo jak te kwiaty, które otwierają się w nocy, i kiedy dotknęła wargami mojej skóry, poczułem się jak... nie wiem dokładnie, co poczułem, bo mężczyzna nie bardzo może zachować te rzeczy, które zdarzyły mu się z dziewczyną, kiedy była dojrzała i kiedy świat był młody, zapamiętać to uczucie... trochę mętnie gadam, ale chyba rozumiesz. Te rzeczy we wspomnieniach są za czerwoną mgiełką i nie widzisz ich wyraźnie.

"Słodki jesteś, Homerze, i kocham cię za to, że mnie wysłuchałeś i ze mną pojechałeś - mówi ona. - Jedź ostrożnie".

Potem weszła do domu tej kobiety. Ja pojechałem do domu.

- Jaką drogą? - zapytałem. Zaśmiał się cicho.

- Autostradą, ty głupku - odparł i nigdy jeszcze nie widziałem tylu zmarszczek na jego twarzy.

Siedział i patrzył w niebo.

- Nadeszło lato, kiedy zniknęła. Nieczęsto ją widywałem... tamtego lata był pożar, pamiętasz, a potem wielka burza, która zwaliła wszystkie drzewa. Dużo roboty dla dozorcy. Och, myślałem o niej czasami i o tamtym dniu, i o tamtym pocałunku, ale to wydawało się jak sen. Jak wtedy, kiedy miałem szesnaście lat i nie mogłem myśleć o niczym innym, tylko o dziewczynach. Orałem zachodnie pole George'a Bascombe'a, to z widokiem na jezioro w górach, i marzyłem tak, jak marzą nastoletni chłopcy. Podważyłem zębami brony tę skałę i ona pękła, Dave, i zaczęła krwawić. Przynajmniej wyglądała, jakby krwawiła. Czerwony płyn wyciekał ze szczeliny w skale i wsiąkał w ziemię. Nigdy nikomu nie mówiłem, tylko matce, i nawet jej nie powiedziałem, co to dla mnie znaczyło ani co się ze mną stało, chociaż wyprała mi kalesony i chyba wiedziała. W każdym razie poradziła, żebym modlił się na niej. Tak zrobiłem, ale nie dostąpiłem żadnego oświecenia i po jakimś czasie coś zaczęło mi szeptać, że to był sen. Czasami tak bywa. Są dziury w samym środku, Dave. Wiesz o tym?

- Tak - przyznałem, myśląc o pewnej nocy, kiedy coś zobaczyłem. To było w pięćdziesiątym dziewiątym, zły rok dla nas, ale moje dzieciaki nie wiedziały, że to był zły rok; wiedziały tylko, że chcą jeść jak zawsze. W sierpniu wypatrzyłem stadko jeleni na dalekim polu Henry'ego Bruggera i wróciłem tam po zmierzchu, żeby je zwabić latarką. Można ubić dwa, jak są tłuste w lecie; drugi przychodzi i obwąchuje pierwszego, jakby chciał powiedzieć: "Co u diabła? Czy to już jesień?" i trafiasz go jak na kręgielni. Odcinasz tyle mięsa, żeby wykarmić bachory przez sześć tygodni, i zakopujesz resztę. Tych dwóch jeleni nie zastrzelą myśliwi, co przyjeżdżają w listopadzie, ale dzieciaki muszą jeść. Ten gość z Massachusetts żałował, że nie może sobie pozwolić, żeby tu mieszkać przez okrągły rok, a ja mogę tylko powiedzieć, że czasami płacisz za ten przywilej po zmroku. Więc stałem tam i zobaczyłem to wielkie pomarańczowe światło na niebie; schodziło coraz niżej, a ja stałem i patrzyłem, i szczęka mi opadała aż na koszulę, a kiedy dotknęło jeziora, cała woda przez minutę świeciła purpurowopomarańczowym blaskiem, który jakby promieniował prosto w niebo. Nikt nigdy ze mną nie gadał o tym świetle i ja sam nic nikomu nie mówiłem, trochę dlatego że bałem się, że mnie wyśmieją, no i przede wszystkim, żeby nie zaczęli się zastanawiać, co, u diabła, tam robiłem po zmroku. I po jakimś czasie było tak, jak mówił Homer - jakby to mi się przyśniło, i nie miało dla mnie żadnego znaczenia, bo do niczego się nie przydało. Zupełnie jak promień księżyca. Nie ma za co złapać i nie ma do czego przyłożyć. Nie mogłem tego wykorzystać, więc zostawiłem w spokoju, jak człowiek robi, kiedy wie, że i tak dzisiaj wyjdzie na swoje.

- Są dziury w środku różnych rzeczy - powiedział Homer i usiadł prosto, jakby się rozzłościł. - Dokładnie w cholernym środku rzeczy, nawet nie z lewej czy z prawej strony, gdzie masz peryferyjne widzenie i możesz powiedzieć: "A niech mnie...". Tam są dziury i omijasz je tak samo, jak omijasz wyrwę w jezdni, żeby nie złamać osi. Wiesz? A potem zapominasz. Albo kiedy orzesz, możesz odsłonić uskok. Ale jeżeli tam jest jakaś wyrwa w ziemi i widzisz ciemność, jakbyś zaglądał do jaskini, mówisz: "Skręcaj, stary koniu. Zostaw to! Tam po lewej masz dużo miejsca". Bo niepotrzebna ci jaskinia ani żadna sensacja, tylko dobra orka.

- Dziury w samym środku rzeczy.

Potem milczał przez długi czas, a ja pozwoliłem mu milczeć. Nie musiałem go poganiać. I w końcu mówi:

- Zniknęła w sierpniu. Pierwszy raz zobaczyłem ją na początku lipca i wyglądała... - Homer odwrócił się do mnie i wypowiadał każde słowo ze starannie odmierzonym naciskiem. - Dave Owensie, ona wyglądała zachwycająco! Zachwycająca, dzika i nieposkromiona. Małe zmarszczki koło oczu, które u niej przedtem zauważyłem, jakby znikły. Worth Todd był na jakiejś konferencji czy czymś takim w Bostonie. A ona staje na skraju tarasu - byłem na środku, bez koszuli - i mówi: "Homerze, nigdy nie uwierzysz".

"Nie, pszepani, ale spróbuję".

"Znalazłam dwie nowe drogi - mówi - i ostatnim razem dojechałam do Bangor po stu siedmiu kilometrach".

Pamiętałem, co mówiła wcześniej, więc odpowiadam: "To niemożliwe, pszepani. Przepraszam, ale sam wyliczyłem odległość na mapie i 126 to najmniej... lotem ptaka".

Roześmiała się i wyglądała jeszcze ładniej. Jak bogini w słońcu, na takim wzgórzu z opowieści, gdzie jest tylko zielona trawa i fontanny, i żadne ciernie nie drapią człowieka po rękach. "Słusznie - mówi - a człowiek nie przebiegnie mili szybciej niż w cztery minuty. To matematycznie udowodnione".

"To nie to samo" - mówię.

"To to samo - mówi ona. - Złóż mapę i zobaczysz, ile kilometrów jest wtedy, Homerze. Może trochę mniej niż w linii prostej, jeśli trochę złożysz mapę, albo dużo mniej, jeśli złożysz bardziej".

Wtedy przypomniałem sobie naszą przejażdżkę, jak się przypomina sen, i mówię: "Pszepani, można złożyć papierową mapę, ale nie można złożyć ziemi. A przynajmniej nie powinna pani próbować. Trzeba ją zostawić w spokoju".

"Nie, szanowny panie - odpowiada ona. - To jedyna rzecz w moim życiu, której nie zostawię, bo znalazłam ją i teraz jest moja".

Trzy tygodnie później... jakieś dwa tygodnie przed zniknięciem... zadzwoniła do mnie z Bangor. I mówi: "Worth pojechał do Nowego Jorku, a ja wracam do domu. Zgubiłam gdzieś ten cholerny klucz, Homerze. Otwórz mi drzwi, żebym mogła wejść do środka".

No, telefon odebrałem o ósmej, akurat kiedy zaczęło się ściemniać. Zjadłem kanapkę i wypiłem piwo przed wyjściem... jakieś dwadzieścia minut. Potem dojechałem na miejsce. W sumie trwało to ze czterdzieści pięć minut. Kiedy podjechałem pod dom Toddów, zobaczyłem światło w spiżarni, którego sam wcześniej nie zostawiłem. Patrzyłem na to światło i mało nie wpadłem na jej maszynkę. Stała zaparkowana trochę krzywo, jakby parkował ją pijany, i była zachlapana błotem aż po same szyby, a w błocie tkwiły jakieś badyle, które wyglądały jak wodorosty... tylko że kiedy padło na nie światło, jakby się ruszały. Zaparkowałem za mercedesem i wysiadłem z ciężarówki. To nie były wodorosty, ale jakieś inne zielska i naprawdę się ruszały... powoli i niemrawo, jak gdyby umierały. Dotknąłem jednego i próbowało owinąć mi się wokół ręki. W dotyku było oślizłe i paskudne. Wyrwałem rękę i wytarłem o spodnie. Obszedłem samochód dookoła. Wyglądał tak, jakby przejechał sto czterdzieści kilometrów przez bagna i moczary. Wyglądał jak zmęczony. Całą przednią szybę pokrywały rozgniecione owady - tylko że nie przypominały żadnych owadów, jakie dotąd widywałem. Była tam ćma wielkości wróbla, która jeszcze trzepotała skrzydełkami, słabo i zamierająco. Były jakby komary, tylko że miały prawdziwe oczy, widziałem je... i one też mnie widziały. Słyszałem, jak te zielska drapią o karoserię mercedesa, umierają, próbują czegoś dosięgnąć. I myślałem tylko o jednym: Gdzie ona była, do cholery? I jakim cudem dojechała tutaj ledwie w trzy kwadranse? Potem zobaczyłem coś jeszcze. Na kracie chłodnicy tkwił jakiś zmiażdżony zwierzak, tuż pod tym znakiem mercedesa... tym, co wygląda jak gwiazda wpisana w koło. No więc przejechane zwierzaki zwykle przyczepiają się pod samochodem, bo kulą się przed uderzeniem w nadziei, że samochód ich nie zauważy i ocalą skórę. Ale czasami taki zwierzak skacze, nie w bok, lecz prosto na cholerny samochód, jakby chciał przynajmniej raz porządnie ugryźć to draństwo, które chce go zabić... sam to widziałem. Ten stwór pewnie tak zrobił. A wyglądał wystarczająco wrednie, żeby rzucić się na czołg. Wyglądał jak skrzyżowanie świstaka z łasicą, ale miał jeszcze inne kawałki, na które nawet nie chciałeś patrzeć. Oczy bolały od patrzenia, Dave; gorzej, mózg bolał. Sierść miał zlepioną krwią, między poduszkami na łapach sterczały pazury jak u kota, tylko dłuższe. Wielkie żółtawe oczy były szkliste. Jako dzieciak, miałem szklaną kulkę z marmurowym wzorkiem, która tak wyglądała. I zęby. Długie, cienkie zęby, ostre jak cholerne igły, sterczały mu z pyska. Kilka wbiło się w tę stalową kratownicę. Dlatego ciągle się trzymał; wisiał na własnych zębach. Tylko na niego spojrzałem i od razu wiedziałem, że jest jadowity jak grzechotnik i skoczył na tę maszynkę, kiedy miała go przejechać, żeby ją ukąsić na śmierć. I nie chciałem go stamtąd ściągać, bo miałem pokaleczone ręce, skaleczenia od trawy, i bałem się, że padnę trupem, jak ta trucizna dostanie się do ran.

Otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Zapaliło się wewnętrzne oświetlenie i spojrzałem na ten specjalny licznik, który nastawiała przed wyjazdem... i zobaczyłem, że pokazywał 50,6.

Popatrzyłem na niego chwilę, a potem poszedłem do tylnych drzwi. Zerwała siatkę i rozbiła szybę przy zamku, żeby wsunąć rękę do środka i otworzyć drzwi. Wisiała tam kartka: "Drogi Homerze - przyjechałam trochę szybciej, niż myślałam. Znalazłam skrót naprawdę bombowy! Jeszcze nie dojechałeś, więc włamałam się do środka. Worth przyjeżdża pojutrze. Zdążysz przedtem naprawić siatkę i wstawić nową szybę? Mam nadzieję. Takie rzeczy zawsze go denerwują. Jeśli nie wyjdę się przywitać, to znaczy, że poszłam spać. Jazda była bardzo męcząca, ale pobiłam rekord! Ophelia".

Męcząca! Popatrzyłem jeszcze raz na to straszydło zwisające z kratownicy i pomyślałem sobie, taak, pewnie była męcząca. Jak cholera.

Ponownie zrobił przerwę i rozprostował palce, aż strzeliło mu w stawach.

- Widziałem ją jeszcze tylko raz. Jakiś tydzień później. Worth był, ale pływał w jeziorze, tam i z powrotem, tam i z powrotem, jakby piłował drzewo albo podpisywał papiery. Raczej jakby podpisywał papiery.

"Pszepani - mówię - to nie mój interes, ale powinna pani dać sobie spokój. Tamtego wieczoru, jak pani wróciła i wybiła szybę w drzwiach, żeby wejść, widziałem coś przyczepione do pani samochodu...".

"Och, świstak! Sprzątnęłam go" - mówi ona.

"Chryste! - mówię. - Mam nadzieję, że pani była ostrożna".

"Włożyłam ogrodowe rękawice Wortha - powiedziała. - Zresztą to nie było nic takiego, tylko przejechany świstak, trochę jadowity".

"Ale pszepani - mówię - gdzie są świstaki, tam są i niedźwiedzie. A jeśli tak wyglądają świstaki na paninym skrócie, co będzie, jak pani napotka niedźwiedzia?".

Spojrzała na mnie i zobaczyłem w niej tę drugą kobietę... tę Dianę. I mówi: "Jeśli tam są inne rzeczy na tych drogach, Homerze, może ja też jestem inna. Popatrz".

Włosy miała zebrane w kok na karku, tak jakoś zwinięte i spięte szpilką. Rozpuściła je. Na widok takich włosów mężczyzna zastanawia się, jak by wyglądały rozsypane na poduszce. Ona mówi: "Zaczynałam siwieć, Homerze. Widzisz jakąś siwiznę?". I rozgarnia je palcami, żeby wpuścić więcej słońca.

"Nie, pszepani" - mówię.

Patrzy na mnie, oczy jej się błyszczą i mówi: "Twoja żona to dobra kobieta, Homerze Bucklandzie, ale spotkałam ją w sklepie i na poczcie i zamieniłyśmy parę słów, i widziałam, że patrzyła na moje włosy z taką satysfakcją, którą znają tylko kobiety. Wiem, co mówi i co opowiada przyjaciółkom... że Ophelia Todd zaczęła farbować włosy. Ale nie zaczęłam. Zgubiłam drogę niejeden raz, szukając skrótu... zgubiłam drogę... i zgubiłam siwiznę". I roześmiała się nie jak studentka, tylko jak uczennica. Podziwiałem ją i pragnąłem jej piękności, lecz wtedy zobaczyłem w jej twarzy tę inną piękność... i znowu strach mnie obleciał. Strach przed nią i strach o nią.

"Pszepani - mówię - w końcu pani straci więcej niż kilka siwych włosów".

"Nie - odpowiada ona. - Mówię ci, że tam jestem inna... tam jestem cała sobą. Kiedy jadę tamtą drogą w swoim małym samochodzie, nie jestem Ophelia Todd, żoną Wortha Todda, która nigdy nie mogła donosić dziecka, albo tą kobietą, która próbowała pisać kiepskie wiersze, albo tą kobietą, która siedzi i robi notatki na zebraniu komitetu, albo jeszcze kimś innym. Kiedy jestem na tej drodze, jestem w sercu siebie i czuję się jak..."

"Diana" - dokończyłem.

Spojrzała na mnie trochę dziwnie i trochę ze zdziwieniem, a potem roześmiała się. "Albo jakaś inna bogini - powiedziała. - Diana najbardziej pasuje, bo jestem nocnym markiem... uwielbiam siedzieć do późna, aż skończę książkę albo zagrają hymn w telewizji, no i jestem bardzo blada, jak księżyc... Worth zawsze mówił, że potrzebuję witamin albo badania krwi, albo innych takich bzdur. Ale w głębi serca chyba każda kobieta pragnie być boginią... mężczyźni słyszą zniekształcone echo tych pragnień i stawiają kobietę na piedestale (kobietę, która obsika sobie nogi, jeśli nie przykucnie! zabawne, jak o tym pomyśleć)... ale mężczyzna nie wyczuwa tego, czego pragnie kobieta. Kobieta pragnie swobody, to wszystko. Przystanąć, kiedy zechce, albo iść dalej...". Spojrzała w stronę tej swojej maszynki na podjeździe, oczy jej się zwęziły. Potem uśmiechnęła się. "Albo prowadzić samochód, Homerze. Mężczyzna tego nie widzi. Myśli, że bogini chce wylegiwać się na trawie gdzieś u stóp Olimpu i zajadać owoce, ale w tym nie ma żadnej boskości. Kobieta chce tego samego, czego chce mężczyzna... kobieta chce prowadzić samochód".

"Tylko niech pani uważa, gdzie pani jeździ" - mówię, a ona śmieje się i cmoka mnie w środek czoła.

I mówi: "Będę uważać, Homerze", ale widzę, że to nic nie znaczy, bo powiedziała to jak mężczyzna, który obiecuje żonie czy dziewczynie, że będzie uważał, chociaż wie, że nie będzie... nie może.

Wróciłem do ciężarówki i pomachałem jej na pożegnanie, a tydzień później Worth zgłosił, że zaginęła. Ona i ta maszynka. Todd czekał siedem lat, aż uznali ją oficjalnie za zmarłą, a potem odczekał jeszcze rok na dokładkę... trzeba to głupkowi przyznać... a potem ożenił się z drugą panią Todd, tą, która właśnie przejeżdżała. I nie musisz wierzyć ani w jedno cholerne słowo z tej całej gadki.

Na niebie jedna z tych wielkich płaskobrzuchych chmur przesunęła się tak, że zasłoniła upiorny półksiężyc, blady jak mleko. I serce podskoczyło mi w piersi na ten widok, pół ze strachu, pół z miłości.

- Ale wierzę - powiedziałem. - W każde cholerne sakramenckie słowo. A nawet jeśli zełgałeś, Homerze, to powinna być prawda.

Objął mnie ramieniem za szyję i uścisnął, bo mężczyźni nie mogą zrobić nic więcej, skoro świat pozwala im całować tylko kobiety, zaśmiał się i wstał.

- Nawet jeśli nie powinna, to jest prawda - oświadczył. Wyjął zegarek z kieszeni spodni i spojrzał na niego. - Muszę pojechać i sprawdzić dom Scottów. Przejedziesz się?

- Chyba posiedzę tutaj jeszcze trochę - odparłem - i pomyślę.

Podszedł do schodów, potem odwrócił się i popatrzył na mnie z półuśmiechem.

- Wierzę, że mówiła prawdę - powiedział. - Była inna na tych drogach, które znalazła... nic tam nie śmiało jej tknąć. Mnie czy ciebie może tak, ale nie ją.

- I wierzę, że jest młoda.

Potem wsiadł do ciężarówki i pojechał sprawdzić dom Scottów.

To było dwa lata temu, a potem Homer wyjechał do Vermont, jak chyba wam mówiłem. Któregoś wieczoru przyjechał mnie odwiedzić. Włosy miał uczesane, ogoli! się i pachniał jakimś ładnym płynem po goleniu. Twarz miał gładką, spojrzenie ożywione. Tamtego wieczoru wyglądał na sześćdziesiąt lat, nie na siedemdziesiąt, i cieszyłem się z tego, zazdrościłem mu i trochę go nienawidziłem. Artretyzm to drańsko uparty stary rybak, a tamtego wieczoru Homer wyglądał tak, jakby artretyzm nie wbijał haczyków w jego dłonie równie mocno jak w moje.

- Wyjeżdżam - oznajmił.

- Aha?

- Aha.


- W porządku; załatwiłeś przesyłanie poczty?

- Nie chcę żadnej poczty - odparł. - Popłaciłem rachunki. Zrywam się na dobre.

- No to zostaw mi adres. Czasem skrobnę do ciebie, stary koniu. - Już czułem samotność owijającą mnie jak koc... a patrząc na niego wiedziałem, że nic nie jest takie, jakie się wydaje.

- Jeszcze nie mam adresu - odparł.

- No dobrze - powiedziałem. - Ale to w Vermont?

- No - mówi - to wystarczy ludziom, którzy chcą wiedzieć.

O mało nie zrezygnowałem, lecz w końcu zapytałem:

- Jak ona teraz wygląda?

- Jak Diana - odparł. - Ale jest łagodniejsza.

- Zazdroszczę ci, Homerze - wyznałem i mówiłem szczerze.

Stanąłem w drzwiach. Był zmierzch w pełni lata, kiedy pola pachną kwieciem dzikiej marchwi. Księżyc w pełni kładł srebrną ścieżkę na jeziorze. Homer przeszedł przez ganek i zszedł po schodach. Na miękkim poboczu drogi stał samochód, silnik ciężko pracował na jałowym biegu jak w tych starych wozach, które jeszcze pędzą "całą naprzód i kichać na torpedy". Jak teraz pomyślę, auto samo wyglądało jak torpeda. Trochę poobijane, ale jeszcze mogło wyciągnąć setkę i nawet się nie zasapać. On zatrzymał się u stóp schodów i podniósł coś... kanister na benzynę, taki wielki, na dziesięć galonów. Przeszedł po moim chodniku do samochodu od strony pasażera. Ona przechyliła się i otworzyła mu drzwi. W środku zapaliło się światło i przez chwilę ją widziałem, długie rude włosy wokół twarzy, czoło jaśniejące jak lampa. Jaśniejące jak księżyc. On wsiadł i odjechali. Stałem na ganku i patrzyłem, jak tylne światła jej maszynki błyszczą czerwono w mroku... coraz mniejsze i mniejsze. Jak węgle w palenisku, potem jak świetliki, a potem całkiem znikły.

Vermont, mówię miastowym i oni wierzą w Vermont, bo tylko tak daleko potrafią sięgnąć myślami. Czasami sam prawie w to wierzę, zwłaszcza kiedy jestem zmęczony i wykończony. Ale kiedy indziej myślę o nich - chyba przez cały październik, bo w październiku mężczyźni najczęściej rozmyślają o dalekich miejscach i drogach, które tam ich zawiozą. Siedzę na ławce przed frontem sklepu Bella i myślę o Homerze Bucklandzie i o pięknej dziewczynie, która przechyliła się, żeby otworzyć mu drzwi, kiedy nadszedł ścieżką z pełnym czerwonym kanistrem benzyny w prawej ręce - wyglądała jak dziewczyna najwyżej szesnastoletnia, która zwolniła się z lekcji, i jej piękność była porażająca, ale już nie zabijała mężczyzn, których obrzuciła spojrzeniem; przez chwilę jej oczy oświetliły mnie, lecz nie zabiły, chociaż cząstka mojej istoty umarła u jej stóp.

Olimp musi olśniewać oczy i serce i są tacy, którzy do niego tęsknią, i tacy, którzy znajdują do niego prostą drogę, ale ja znam Castle Rock jak własną kieszeń i nie wyjechałbym stąd dla żadnych skrótów, gdziekolwiek prowadzą; w październiku niebo nad jeziorem nie jest olśniewające, lecz ulotnie piękne z tymi wielkimi białymi chmurami, które płyną tak wolno; siedzę tutaj na ławce i myślę o Phelii Todd i Homerze Bucklandzie, i nawet nie żałuję, że nie jestem na ich miejscu... ale wciąż żałuję, że nie palę.
Przełożyła

Danuta Górska


JAUNTING
- Ostatnie wezwanie do Jauntu 701. - Miły kobiecy głos odbił się echem w całej błękitnej hali Nowojorskiego Terminalu Pasażerskiego. NTP nie zmienił się specjalnie w ciągu ostatnich trzystu lat - wciąż był lekko obskurny i nieco przerażający. Automatyczny kobiecy głos stanowił zapewne jego najmilszy element. - Jaunting do Whitehead City na Marsie - ciągnął. - Wszyscy pasażerowie powinni już przebywać w komorze snów. Prosimy upewnić się, że mają państwo przy sobie niezbędne zezwolenia. Dziękujemy.

Komory snu na górze z całą pewnością nie można było nazwać obskurną. Całą podłogę pokrywał elegancki szary dywan. Ściany w kolorze złamanej bieli ozdobiono tu i ówdzie miłymi abstrakcyjnymi grafikami. Na suficie tańczyły i wirowały gamy kojących barw. W dużej sali ustawiono sto kozetek, po dziesięć w każdym rzędzie. Pięcioro stewardów krążyło po pomieszczeniu, przemawiając ściszonymi pogodnymi głosami i częstując pasażerów mlekiem. Po jednej stronie sali widniało wejście, pilnowane przez uzbrojonych strażników i kolejną stewardesę, sprawdzającą właśnie dokumenty spóźnialskiego, znękanego biznesmena z nowojorskim "World-Timesem" pod pachą. Dokładnie naprzeciwko podłoga opadała, tworząc rynnę szeroką na półtora metra i długą może na trzy, zakończoną pozbawionym drzwi otworem. Wszystko to przypominało nieco dziecięcą ślizgawkę.

Rodzina Oatesów leżała na czterech sąsiednich kozetkach do jauntingu, niemal na końcu sali. Mark Oates i jego żona, Marilys, po bokach, w środku dwójka dzieci.

- Tato, opowiesz nam teraz o jauntingu? - spytał Ricky. - Obiecałeś.

- Tak, tato, obiecałeś - powtórzyła Patricia i zachichotała przenikliwie.

Biznesmen o byczej posturze zerknął na nich, po czym wrócił do pliku papierów, które przeglądał, leżąc na plecach ze złożonymi stopami, odzianymi w wyczyszczone do połysku buty. Zewsząd dobiegał cichy szmer rozmów oraz szelesty - to pasażerowie sadowili się na kozetkach jauntingowych.

Mark spojrzał na Marilys Oates i mrugnął. Odmrugnęła, lecz dostrzegł, że denerwuje się niemal tak mocno jak Patty. Czemu nie? - pomyślał Mark. Dla całej trójki był to pierwszy jaunting. Przez ostatnie sześć miesięcy on i Marilys dyskutowali, omawiając zalety i wady przeprowadzki całej rodziny - bo właśnie sześć miesięcy temu Texaco Water poinformowała go o przenosinach do Whitehead City. W końcu postanowili, że cała czwórka przeprowadzi się na dwa lata kontraktu Marka. Teraz, patrząc na pobladłą twarz Marilys, zastanawiał się, czy żona żałuje tej decyzji.

Zerknął na zegarek. Niemal pół godziny do rozpoczęcia jauntingu. Dość czasu, by opowiedzieć całą historię, a przy okazji nieco uspokoić dzieci. Kto wie, może nawet ukoi nieco niepokój Marilys.

- W porządku - rzekł.

Ricky i Pat obserwowali go z powagą. Syn miał dwanaście lat, córka dziewięć. Mark znów uświadomił sobie, że kiedy wrócą na Ziemię, Ricky będzie akurat w samym środku piekła dojrzewania, a córce zapewne zaczną rosnąć piersi. Wciąż trudno mu było w to uwierzyć. Dzieci będą uczęszczały do niewielkiej połączonej szkoły w Whitehead, wraz z setką potomków tamtejszych inżynierów i pracowników firmy naftowej. Może za kilka miesięcy jego syn wybierze się na geologiczną wycieczkę na Fobosa? Niewiarygodne... ale prawdziwe.



1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna